BerezynaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Mapy

Ziemia Baffina, lipiec. Pół roku przed wyjazdem

Kilka dni przed wyjazdem. Moskwa, listopad

Dzień pierwszy. Z Moskwy do Borodino

Dzień drugi. Z Borodino do Wiaźmy

Dzień trzeci. Z Wiaźmy do Smoleńska

Dzień czwarty. Ze Smoleńska do Borysowa

Dzień piąty. Z Borysowa do Wilna

Dzień szósty. Z Wilna do Augustowa

Dzień siódmy. Z Augustowa do Warszawy

Dzień ósmy. Z Warszawy do Pniew

Dzień dziewiąty. Z Pniew do Berlina

Dzień dziesiąty. Z Berlina do Naumburga

Dzień jedenasty. Z Naumburga do Bad Kreuznach

Dzień dwunasty. Z Bad Kreuznach do Reims

Dzień ostatni. Z Reims na l’Esplanade des Invalides

Przypisy

Inne książki Sylvaina Tessona

Tytuł oryginału: BEREZINA

Opracowanie redakcyjne: ANNA KOŁAT

Korekta: BEATA WYRZYKOWSKA, JAN JAROSZUK

Projekt okładki: TOMASZ LEC z wykorzystaniem fotografii © Thomas Goisque

Mapy zamieszczone w książce na stronach 12–15 © Éditions Paulsen

Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk

Copyright © Éditions Guérin, Paris 2015

Published by arrangement with Agence littéraire Astier-Pécher

and Renata de La Chapelle Agency

All rights reserved

For the Polish edition

Copyright © 2017, Noir sur Blanc, Warszawa

ISBN 978-83-65613-54-7

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

mojej matce,

Marie-Claude Tesson-Millet †

A jednak kto żyw, ruszył w drogę.

sierżant Bourgogne, Wspomnienia

Otchłanie abulii! Aby się jej nie poddać, czytam od czasu do czasu książkę o Napoleonie.

Odwaga innych bywa niekiedy środkiem pobudzającym.

Cioran, Zeszyty, 17 stycznia 1958

Czytam wspomnienia kapitana Coigneta, gdzie czterech Francuzów zawsze roznosi w pył

dziesięć tysięcy Kozaków. Czasy się zmieniły.

Paul Morand, Dziennik bezużyteczny, tom II

To odwaga – głośny toczyć bój –

Lecz wiem, że bardziej dzielny,

Kto w sobie odpiera nieszczęście

Jak szarżę kawalerii –

[...]

Ufam, że w pierzastej procesji

Dla takich – szereg po szeregu –

Równym krokiem pójdą Aniołowie –

W uniformach ze śniegu.

Emily Dickinson, ***(To odwaga – głośny toczyć bój...)

przełożyła Ludmiła Marjańska

Berezyna – rzeka na Białorusi, dopływ Dniepru, o długości 613 kilometrów; w 1812 roku nad Berezyną doszło do bitwy między wojskami cara a wycofującymi się spod Moskwy resztkami Wielkiej Armii Napoleona; pot. określenie katastrofalnej sytuacji ([C’est] la bérézina); Co z tobą, Gros? Wyglądasz, jakbyś znalazł się nad Berezyną (San Antonio).



Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Ziemia Baffina, lipiec.

Pół roku przed wyjazdem

Plany podróży rodzą się w trakcie poprzedniej wyprawy. Wyobraźnia unosi wędrowca daleko od miejsca, w którym akurat utkwił. Na pustyni Negew marzy o szkockim Great Glen; smagany monsunem śni o górach Ahaggaru; na zachodniej grani Aiguilles du Dru o weekendzie w Toskanii. Człowieka nigdy nie zadowala jego własny los, pragnie czegoś innego, jest pełen sprzeczności, wymyka się chwili obecnej. Niezadowolenie to motor jego działania. Pytanie „Co ja tu robię?” brzmi jak tytuł książki i jako jedyne jest w pełni uzasadnione.

Tego lata codziennie mijaliśmy skrzypiące góry lodowe. Wyłoniwszy się z mgły, sunęły smutne i samotne jak kostki lodu w wieczornej whisky. Nasz żaglowiec „La Poule” pływał od fiordu do fiordu. Letnie światło, rozmyte przez opary mgły, dzień i noc karmiło mlekiem brzegi Ziemi Baffina. Czasem cumowaliśmy u stóp sterczącej z wody skalnej ściany, wysokiej na sześćset metrów. Rozwijaliśmy liny, żeby rozpocząć wspinaczkę. Skała była z litego granitu i trzeba się było natrudzić, żeby powbijać haki, ale mieliśmy od tego Daniela Du Laca, śmiałka jakich mało. Gdy wisiał wysoko nad wodą, czuł się naprawdę swobodnie – lepiej niż na pokładzie statku. Przesuwał kamienne bloki, torując nam drogę. Odłamki skał leciały za naszymi plecami i uderzały w wodę z odgłosem zamaszystego sierpa spadającego na szczękę.

Cédric Gras wspinał się za nim, uskrzydlony swoistą cnotą: obojętnością. Ja bałem się schodzić w dół. Na żaglowcu atmosfera była niewesoła. W mesie wszyscy w milczeniu chłeptali zupę. Kapitan przemawiał do nas jak do psów, a wieczorem – jak do swojej publiczności. Musieliśmy wysłuchiwać opowieści o jego wyczynach oraz uwag z dziedziny, w której stał się ekspertem: historii morskich katastrof. Istnieją ludzie, którzy przywodzą na myśl Napoleona w miniaturze; zwykle kończą na statkach, jedynym miejscu, gdzie mogą władać mocarstwami. Jego imperium miało osiemnaście metrów długości.

Pewnego wieczoru spotkaliśmy się z Grasem na przednim pokładzie. Wieloryby wzdychały przed dziobem żaglowca, płynęły niemrawo, kładły się na boku. Żywot kolosów.

– Trzeba by się wybrać w jakąś prawdziwą podróż, stary. Mam już dość tego rejsu mormonów – stwierdziłem.

– Prawdziwa podróż, a co to takiego? – zapytał.

– Obsesja, która cię prześladuje – odparłem. – Unosi cię w sferę mitu. Fiksacja, dryfowanie przez historię i geografię, przesycone wódką kluczenie na wzór Kerouaca, coś, co zapiera dech w piersiach i wyciska łzy z oczu, wieczorem, kiedy jesteś na skraju przepaści. Wywołuje gorączkę...

– Ach tak... – wtrącił.

– Tak. W grudniu obaj jedziemy na targi książki do Moskwy. A może wrócilibyśmy do Paryża motocyklem z przyczepą? Motorem marki Ural, produkowanym w Rosji. Będziesz się wygrzewał w koszu i czytał całymi dniami. Ja siądę za kierownicą. Ruszamy z placu Czerwonego, bierzemy kurs na zachód, na Smoleńsk, Mińsk i Warszawę. I wiesz co?

– Nie – odparł.

– W tym roku przypada dwusetna rocznica odwrotu Wielkiej Armii spod Moskwy – rzekłem.

– Doprawdy?

– Czemu nie mielibyśmy pokonać tych czterech tysięcy kilometrów, by złożyć hołd żołnierzom Napoleona? Ich duchom. Ich wielkiej ofiarności. We Francji wszyscy mają gdzieś Stare Zrzędy[1]. Zajmują się wyłącznie kalendarzem Majów. Mówią o końcu świata, nie wiedząc, że już jest martwy.

– Fakt – stwierdził Gras.

– To nasz obowiązek oddać cześć Wielkiej Armii – rzekłem. – Ci goście sprzed dwustu lat marzyli o czymś więcej niż szerokopasmowy dostęp do internetu. Byli gotowi umrzeć, byle tylko ujrzeć lśniące kopuły Moskwy.

– Jednak to była straszna jatka! – powiedział.

– Cóż z tego? To będzie podróż przez pamięć. My też wpakujemy się w nie lada tarapaty, obiecuję.

– Zatem zgoda.

Minęła chwila. Priscilla dołączyła do nas na dziobie żaglowca. Towarzyszyła nam we wszystkich wyprawach. Ze swoimi obiektywami, olejkami eterycznymi i gestami joginki. Wtajemniczyliśmy ją w nasz plan. Sine słońce krążyło na horyzoncie. Morze było ze stali. Wielki płetwal mieszał tę rtęć ogonem. Nagle Priscilla spytała:

– Ale właściwie po co mielibyście to robić?

 

Na bakburcie wieloryb wystrzelił pióropusz kropel wody. Obłok zawisł w poświacie.

– Żeby trzymać fason, kochana, żeby trzymać fason.

Kilka dni przed wyjazdem.

Moskwa, listopad

Moskiewskie Targi Książki były bardzo udane. Dlaczego organizatorzy nazwali „debatą przy okrągłym stole” spotkanie ludzi w pełni ze sobą zgodnych przy stole kwadratowym? Siedziałem obok Maylis de Kerangal, onieśmielony urodą autorki książki Tangente vers l’est [Magistrala Wschód]. Mówiła o swojej miłości do Rosji z rezerwą. Wyjmowała mi słowa z ust, sam nie wyraziłbym tego lepiej. Spoglądała wyniośle szeroko rozstawionymi oczami, co cechuje ludzi naprawdę wyjątkowych. Opowiadała o swojej podróży Koleją Transsyberyjską. Chciałbym być z nią w pociągu, podawać herbatę, nosić bagaże, a wieczorem, przed snem, czytać jej Borysa Godunowa.

My z Grasem staraliśmy się przekonać publiczność, że warto powtórzyć trasę wycofującej się z Rosji Wielkiej Armii. Sparaliżowani spojrzeniem Maylis, niezbyt pewni swych racji, nawzajem zrzucaliśmy na siebie winę. Wyglądaliśmy pewnie jak Bouvard i Pécuchet[2].

– Napoleon był może potworem żądnym krwi... – zacząłem.

– ...ale przyznajmy, że nasza administracja, nasz kataster i prawo... – dodał Gras.

– ...wszystko mu zawdzięczają – powiedziałem.

– We Francji codziennie poruszamy się w ramach regulacji zrodzonych w jego umyśle – stwierdził Gras.

– Czy był szaleńcem? – ciągnąłem. – Geniuszem? Wyspiarskim prorokiem, który widząc klanowe podziały na Korsyce, zapragnął jedności...

– ...a nawet zjednoczenia Wschodu i Zachodu? – spytał Gras.

– Zresztą nie to jest celem naszej ekspedycji...

– ...nie, chcemy tylko – wtrącił Gras.

– ...uczcić pamięć setek tysięcy nieszczęsnych żołnierzy, którzy ślepo zaufali swojemu wodzowi, wierząc, że naród – dodałem.

– ...może napisać zbiorową epopeję krwią każdego z nich...

– ...i dotknąć palcem chwały...

– ...stopić się z duchem Napoleona, jak mówił Léon Bloy.

– Aby złożyć hołd tym ludziom, pojedziemy na motocyklach – oznajmiłem.

– Nie zamierzamy niczego celebrować – zastrzegł Gras.

– Powtórzymy jedynie marszrutę Odwrotu.

– Próbując oszacować, jeżeli to możliwe...

– ...ogrom nieszczęścia...

– ...bezmiar cierpień...

– ...zrozumieć, ile trzeba wyrzeczeń, by spełnić sen o wielkości...

– ...i ile trzeba łez, by zreformować świat.

– Dlaczego ci ludzie zgodzili się wziąć udział w zaślubinach honoru, szaleństwa i śmierci? – zapytał Gras.

– Ostatecznie są nam bardzo bliscy. Dwieście lat to chwila! – podsumowałem.

Konferencja dobiegła końca. Maylis zniknęła. Dołączyliśmy do naszej gospodyni, dyplomatki z sekcji kultury ambasady francuskiej.

To wystąpienie bardzo nas pobudziło. Chcieliśmy poznać jej zdanie.

– Sądzi pani, że nasze wypowiedzi zdegustowały Rosjan? – spytałem.

– Lubią Napoleona, prawda? Czy tego rodzaju projekt przypadnie im do gustu? – drążył Gras.

Osoba odpowiedzialna za propagowanie francuskiej kultury i języka w Rosji zapytała tylko:

– Zameldowaliście się już w hotelu?

Szybko można przywyknąć do noszenia dwurogu[3] na głowie. Był koniec listopada. Tego wieczoru, po konferencji na targach, przy jednym stole zasiadło piętnaście osób. Grono przyjaciół w mieszkaniu przy ulicy Pietrowka, pod portretami Lenina i Berii. Na żyrandolu paliły się rosyjskie świeczki: wosk topił się błyskawicznie i spływał przejrzystymi łzami. Rozmawialiśmy po rosyjsku, jak przystało na dobrze wychowanych Europejczyków. Byli tam Francuzi, Słowianie, Niemiec, Bałt, dwóch czy trzech Ukraińców – wszyscy zaproszeni przez naszego przyjaciela Jacques’a von Poliera, astmatyka, człowieka o wielkopańskich manierach, rusofila i biznesmena. Miałem na głowie kopię cesarskiego bikornu, jaki widuje się w zakładach dla obłąkanych, i nie zamierzałem się z nim rozstawać podczas naszej wyprawy. Zawsze wierzyłem, że nakrycie głowy ma szczególny walor. Niegdyś kapelusz definiował człowieka. Nadal jest tak w krajach Orientu – to, co nosisz na głowie, określa twoją tożsamość. Jednym z przejawów nowoczesności jest fakt, że zmusiła nas ona do chodzenia z gołymi głowami po ulicach. Może na skutek jakiejś tajemnej alchemicznej transmutacji ów bikorn tchnie we mnie cząstkę geniuszu Cesarza...

Bikorn, który miałem na głowie, był wierną repliką dwurogu małego Korsykanina. Ten kapelusz z trójkolorową kokardą zdobił nie tyle człowieka, co wielką niewiadomą. Gdy Cesarz urodził się na granitowej wyspie porośniętej kasztanowcami, nie wiedział, że nosi w sobie pokłady nadludzkiej energii. W jaki sposób stajemy się tym, kim jesteśmy? Właśnie to pytanie stawiał przed nami los Napoleona. Jaki tajemniczy splot okoliczności sprawił, że ten niepozorny oficer w roku 1804 koronował się na Cesarza Francuzów w paryskiej katedrze Notre Dame? Jakie magiczne moce postawiły go na czele półmilionowej armii wojowników budzących postrach w całej Europie? Jaka gwiazda poprowadziła go do wielkiego triumfu? Czy to Kairos podszepnął mu metody godne innego greckiego boga: ciskanie gromów i zuchwałość?

Przekonał swoich ludzi, że nic nie stanie na drodze ich zwycięskiego marszu. W 1798 roku ofiarował im egipskie piramidy, w 1805 – Nadrenię, w 1808 otworzył przed nimi bramy Madrytu, w 1810 dał im holenderskie równiny. W roku 1802, w Amiens, upokorzył Anglię, a w roku 1807, w Tylży, zmusił cara, by położył po sobie uszy. Usprawnił administrację, zreformował państwo, wywrócił do góry nogami stare wzorce społeczne, zbudował własną legendę na wzór Aleksandra Wielkiego.

I nagle sen się rozwiał na skutek tragicznego marszu przez rosyjskie stepy. Rok 1812 był jak tornado śmierci. Pierwszy akt tej tragedii rozegrał się nad Niemnem, koniec nastąpił trzy lata później, pośród przeżartych saletrą ścian domu na Wyspie Świętej Heleny.

Piliśmy zatem wina von Poliera. Opróżnialiśmy butelki krymskiego caberneta, jedliśmy śledzie z koperkiem, kaszankę z żurawiną, słodkie korniszony. Na stole stały karafki napełnione białoruską wódką tak krystalicznie czystą jak górskie źródła w Sabaudii, tym eliksirem zapomnienia – a zatem przebaczenia – oraz schadenfreude[4]. Nasz gospodarz osiedlił się w Moskwie przed dwudziestu laty, gdyż miał dość Francji, nadmiaru przepisów, drobnych sklepikarzy wielbiących Poujade’a, aroganckich socjalistów sprawujących władzę, doniczek z geranium i wymuskanych klombów w centrach małych miasteczek. We Francji – raju zamieszkanym przez ludzi przekonanych, że przebywają w piekle, raju zarządzanym przez stróżów moralności, którzy trzymają w ryzach mieszkańców owego ludzkiego rezerwatu – nie mógł zaspokoić swojej potrzeby wolności. Zatęsknił za przygodą, chciał dotknąć rzeczywistości. Wolał negocjować z biznesmenami wyglądającymi na zbirów niż z szakalami chwalącymi się dyplomem HEC, którym nigdy nie przyszło do głowy, by po podpisaniu umowy zaproponować mu popijawę w saunie. Jacques wolał towarzystwo rybaka znad Ładogi niż gości prezentujących mu biznesplany. We Francji zaś wszyscy zdawali się zajęci sporządzaniem bilansów i biznesplanów. Teraz przemierzał najbardziej odległe zakątki dawnego ZSRR. Słusznego wzrostu, jowialny, z obłędem w czarnych oczach, które wypatrują okazji, by spędzić bezsenną noc.

W 2008 roku wykupił fabrykę produkującą zegarki Rakieta. Manufakturę założył car Piotr Wielki w XVIII wieku. W czasach Związku Radzieckiego była to legendarna marka. Biuro Polityczne KC KPZR uwieczniało wszystkie ważniejsze wydarzenia, wypuszczając okolicznościową serię zegarków. Modele na cześć załogi łodzi podwodnej, upamiętniające igrzyska olimpijskie w 1980 roku, pierwszy lot Gagarina, ekspedycję polarną. W roku 1991, wraz z końcem Związku Radzieckiego, fabryka upadła. Ryzykowne interesy pociągały Jacques’a, ekscytowały go z góry przegrane sprawy. Podczas gdy w 1990 roku zakład wytwarzał sześć milionów zegarków, na początku XXI stulecia produkcja spadła do tysiąca sztuk. Liczba pracowników, którym przez pół roku nie wypłacano pensji, zmalała do pięćdziesięciu, podczas gdy w czasach Gorbaczowa kartę za bramą zakładu podbijały tysiące osób.

Jacques dwoił się i troił, żeby odrodzić markę. Wkładał w to wszystkie siły i całe swoje serce. Rosjanie z początku pukali się w czoło, ale w końcu zaczęli darzyć podziwem tego paryżanina, który ocalił jedyną fabrykę wyrobów precyzyjnych w tym kraju prowizorki i walczy o to, by rakiety wciąż tykały na przegubach mużyków.

Wraz z Grasem byliśmy dumni jak przodownicy z brygady traktorzystów odznaczeni medalem pracy – Jacques podarował nam ozdobione napoleońskim orłem zegarki z krótkiej serii, którą wypuścił z okazji dwusetnej rocznicy kampanii 1812 roku. Na kopercie widniały profile Napoleona i Kutuzowa, naprzeciwko siebie, na polu bitwy pod Borodino. Z takimi zegarkami mogliśmy pędzić przez zimę i noc bez najmniejszych obaw. Jedyna obawa mogła dotyczyć tylko tego, że będziemy spóźnieni, ponieważ były to zegarki mechaniczne, a my, dzieci Zachodu, utraciliśmy nawyk nakręcania zegarków.

Przy stole siedział Thomas Goisque, zaprzyjaźniony z nami od dziesięciu lat fotograf, który pokochał Rosję trochę później niż my, ale równie gorąco. Dołączył w ostatniej chwili. Kiedy lądował na lotnisku Szeremietiewo, czterdzieści kilometrów od centrum Moskwy, wpadł w skrajne przygnębienie. Przez okno samolotu odkrył prawdziwe oblicze rosyjskiej zimy – pejzaż wywołujący depresję. Świat stracił barwy. Las wyglądał jak powalony przez wiatr. Niebo zwiastowało porażkę, śnieg miał kolor cementu. I wszędzie wokół błoto.

– Posłuchajcie, nigdy przez to nie przejedziemy, utopimy się – stwierdził, siadając przy stole. – Co miałbym fotografować?

Dostał w prezencie zegarek, wypił karafkę wódki i jego myśl o piętrzących się przed nami trudnościach powoli zaczęła się rozwiewać. Wódka ożywia skuteczniej niż nadzieja. I nie jest tak trywialna. Nadeszła pora toastów. Wszyscy wstawali po kolei, unosząc kieliszek, i wygłaszali kilka słów, czym wzbudzali protesty lub entuzjazm współbiesiadników. W Rosji sztuka wznoszenia toastów sprawia, że nikt nie musi poddawać się psychoanalizie. Gdy możemy publicznie wyrzucić z siebie wszystko, niepotrzebna nam kozetka i niemy uczeń Freuda.

– Za wasz rosyjski Odwrót! W Mińsku jest minus piętnaście, doprawdy nie wiem, czy mam wam czego zazdrościć – stwierdził Jacques.

– Za plebejskiego króla! – wykrzyknąłem.

– Za przeklętego Korsykanina! – zawtórował mi jeden z moskiewskich przyjaciół. – To dzięki niemu naród rosyjski zrozumiał po raz pierwszy, co znaczy patriotyzm!

– Za antychrysta Bonapartego! – dodała jego przyjaciółka. – Uczynił nas Rosjanami! Sprawił, że staliśmy się tym, kim jesteśmy!

– Za Kozaków! – rzucił opasły F. o dłoniach Falstaffa.

F. urodził się w pikardyjskiej wiosce, lecz zdegustowany Francją tak samo jak von Polier, przeniósł się nad Don. Po chwili dodał:

– Za bliskich memu sercu Kozaków, za ich gromkie hura! Za kampanię z tysiąc osiemset czternastego roku i moje biedne dziecko, które jest już w niebie!

Po jego nalanym różowym policzku spłynęła łza. Przed kilku laty jego sześcioletni syn zginął pod kołami ciężarówki i F. wytatuował sobie na lewym przedramieniu twarz nieszczęsnego malca, na którą spoglądał teraz z wielkim bólem, a ta zdawała się poruszać, może dlatego, że zadrżał jakiś mięsień, może za sprawą magii. A my patrzyliśmy w ciszy, jak ten osierocony ojciec wlewa sobie do gardła pięćdziesiąt gramów trucizny[5].

Jedna z naszych przyjaciółek, brunetka, której wargi siniały w zetknięciu z mołdawskim merlotem, zaprosiła założyciela ruchu dysydentów kontestujących władzę Putina. Miał na imię Ilja, bardzo bladą cerę i wyglądał raczej na potomka francuskiego rodu zwykłego polować w Dolinie Loary niż na gościa, który zamierza wysadzić Kreml w powietrze. Fizjonomia rosyjskich anarchistów jest często myląca. Wyglądają, jakby przystępowali do pierwszej komunii, ale coś zdradza wewnętrzny zamęt i gotowość do czynu, być może jest to rasputinowski błysk w oku lub zbyt cofnięte czoło, na którym plączą się niesforne kosmyki. Spójrzcie na fotografię Borysa Sawinkowa, autora Wspomnień terrorysty – niełatwo żyć z tak dziwnie ukształtowaną czaszką. Musiały się w niej kłębić wywrotowe myśli. Co powiedzieć na temat Kropotkina, anarchistycznego księcia o dobrodusznym wyglądzie: oblicze Świętego Mikołaja lub właściciela cukierni, a gdzieś w głębi pragnienie, by zdemolować świat.

 

Wiosną 2012 roku młodzi, wykształceni mieszkańcy Moskwy wywołali zamieszki w centrum miasta. Zachód – uradowany, że może to zagrozić władzy Władimira Putina – nagłośnił ich żądania; zapewnił tę młodzież z dobrych domów, surfującą w sieci i korzystającą z najnowszych modeli smartfonów czy tabletów, o swym poparciu. Od czasów eksplozji internetu rewolucja wymaga stosowania technik marketingowych. Nie chodzi już o to, by opanować budynki administracji publicznej, przeciągnąć na swoją stronę armię i powiesić władcę na rzeźniczym haku. Teraz należy zdominować sektor medialny, tworzyć własny dyskurs, uzupełniać blogi i wznosić trybuny dla zachodnich mówców i płatnych oratorów, którzy przyjadą, gdy sprawa okaże się chodliwa na giełdzie ideałów Unii Europejskiej. Potrzebna jest jedność miejsca (rozległy miejski plac przemawia do wyobraźni), ekipa rozsyłająca twitty, sympatyczne idee, jednoczący emblemat, T-shirty, symboliczna barwa i chwytliwe slogany. Pragniecie zmienić świat? Musicie stworzyć spektakl!

Ilja aktywnie działał podczas wiosennych zajść. Był ujmującym chłopcem o delikatnych dłoniach i głowie pełnej liberalnych zasad. Nie wiem, co myślał o zastawionym butelkami stole, o biesiadnikach zamroczonych wódką, z których jeden przewiesił sobie przez ramię szabeltas[6] huzarów, drugi wymachiwał zabytkową szablą, trzeci miał wytatuowany na bicepsie ortodoksyjny krzyż, czwarty – odznakę pułku, a wszyscy opróżniali butelki tokaja, śpiewali na całe gardło marszowe pieśni Pierwszego Cesarstwa i hymny Armii Czerwonej, wspominali sierżanta Bourgogne’a, wznosili toasty za księcia Murata i wykrzykiwali „hura” jak Kozacy atamana Płatowa.

F. zaintonował pieśń spadochroniarzy. Ilja poczuł, że nie znajdzie tu niczego, co można by zamieścić na YouTubie. Wyszedł.

Nazajutrz o ósmej rano spotkaliśmy się w garażu za Dworcem Jarosławskim. Było ciemno, powietrze cuchnęło smołą. Moskwa już warczała jak piekielna maszyna do prania ludzkich dusz. Błoto zalegało ulice, barwa nieba wprawiała w przygnębiający nastrój. Samochody tworzyły gigantyczne korki. Na chodnikach piętrzyły się zwały śniegu. Pod spodem z pewnością leżały trupy pijaków. W Rosji mówiono na nie „przebiśniegi” – zapowiadały poprawę aury tak samo niezawodnie jak wędrowne ptaki. Z trudem dotarliśmy na miejsce.

Ujrzeliśmy go, zapaliwszy plafonierę w jednym z boksów – był to nasz sidecar, barwy khaki, gotowy nieść nas przez białoruskie wertepy. Określenie „motocykl z bocznym koszem” jest bardziej eleganckie. Te maszyny to chluba sowieckiej technologii. Zapowiadają podróż pełną przygód. Nigdy nie wiadomo, czy silnik odpali, a gdy już motocykl jest w ruchu, nikt nie może być pewny, że zdoła go zatrzymać. Sowieci skonstruowali je w latach trzydziestych XX wieku na wzór bmw, używanego przez niemiecką armię. Potem urale zalały terytorium Związku Radzieckiego. Obraz Olega, mużyka w kaszkiecie, który mknie na uralu, wioząc na tylnym siedzeniu dwoje dzieci, a w koszu młodą chłopkę, Tatianę lub Lenę, w czerwonej chustce na głowie, oraz bańkę mleka przytroczoną do zapasowego koła – to jungowski archetyp rosyjskiej wsi. Do dziś w każdej rosyjskiej wiosce możemy znaleźć trzy lub cztery takie okazy rdzewiejące wśród chaszczy. Fabryka Ural wciąż wypuszcza identyczne modele. Tylko one oparły się nowoczesności. Osiągają prędkość osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Przemierzają polne drogi bez żadnej elektroniki. Każdy może je zreperować, jeśli ma obcęgi. Pochodzą z czasów, gdy człowiek nie był niewolnikiem technologicznych nowinek, gdy niepodzielnie królował przemysł stalowy. Aby jeździć na uralu, trzeba nie lada wprawy, nie wolno zbyt szybko skręcać w prawo, żeby nie unieść wózka, i należy uważać, by nas nie zniosło na lewo. Trzeba też mieć bogate życie wewnętrzne, bo ural jest powolny, a Rosja nie ma końca. Od dwudziestu lat, wiedziony fascynacją podszytą masochizmem, kupuję te maszyny. W istocie mógłbym umrzeć za kierownicą urala.

Kiedyś wracaliśmy uralem z Kijowa do Francji, przez południową Polskę. Zepsuł się przed Frankfurtem i holowaliśmy go na linie, na której rzeźnik wieszał tusze w chłodni. Niemcy mierzyli nas wzrokiem. Upadek muru rozbudził wśród zjednoczonych Teutonów pogardę dla Słowian. W Uzbekistanie przemierzyłem pustynię Kyzył-kum na maszynie z 1966 roku. Nocą musiałem jechać z wciśniętym klaksonem, by na skutek zwarcia przewodów świecił się reflektor. W Chiwie zderzyłem się z radiowozem, a ponieważ wgniotłem prawy błotnik auta, musiałem oddać tym ważniakom w mundurach buty z cholewami i piękną skórzaną kurtkę. Na wyspie Olchon chciałem kupić urala od jakiegoś chłopa. Hamulce nie działały, zbiornik paliwa przeciekał. „Każdy motor ma swoją historię” – stwierdził jego właściciel. W Kambodży wjechałem do Angkoru na białym uralu, którego półoś urwała się pod Bramą Zachodnią strzeżoną przez Buddę. Niebieskim motocyklem, nabytym w Moskwie, wracałem w środku lata przez Finlandię; Bałtyk zalatywał humusem, dzikie gęsi mknęły w stronę słońca, które nie chciało się skryć za horyzontem. Na paryskich przedmieściach, nie wyrobiwszy się na zakręcie, uszkodziłem kamienny narożnik pewnej willi. Właściciel nie był czuły na poezję sowieckiego złomu, jego mur się ukruszył, a mój sidecar nie doznał najmniejszej szkody. W Rungis, podczas wyrywkowej kontroli na drodze, zarekwirowano mi motor, bo miał trefne papiery. A przecież sfałszowany dowód rejestracyjny nie wzbudził żadnych podejrzeń na granicy...

Natomiast Goisque przemierzył na uralu deltę Mekongu i kirgiskie stepy. Na uralu z 1966 roku razem objechaliśmy Bajkał skuty lodem. Trzeba było przywyknąć do jazdy po przejrzystej tafli i nie hamować gwałtownie, gdy krystaliczne podłoże do złudzenia przypominało wodę. Goisque, tak samo jak ja, zasmakował w jeździe rosyjskimi motocyklami z koszem, polubił to uczucie, że dosiada wierzchowca, a równocześnie steruje rybackim kutrem.

Gras nie potrafił jeździć na motorze. Miał pełnić funkcję balastu. Zaproponowaliśmy mu miejsce trupa w ocynkowanej trumnie. Na Ziemi Baffina oszukałem go, mówiąc, że będzie mógł sobie czytać w cieple. W rzeczywistości wszystkie prognozy pogody zapowiadały nam okropny powrót. Wprawdzie nie będzie to koszmar z 1812 roku, ale raczej sportowy wyczyn niż piknik w Toskanii. Zatknęliśmy sztandar na dziobie przyczepy. Na trójkolorowym tle napisaliśmy złotymi literami:

Gwardia Cesarska

Cesarz Francuzów

I pułk szwoleżerów

– Panowie – powiedziałem. – Nic nie zatrzyma naszego urala, nawet jego hamulce!

Był początek grudnia. Postanowiliśmy wyruszyć nazajutrz, czyli drugiego, w dniu koronacji Napoleona i bitwy pod Austerlitz. Z uwagi na to, że nasz motocykl miał się stać czółenkiem tkackim na wielkim krośnie czasu, ponieważ mieliśmy pędzić na złamanie karku przez pamięć i mit, należało mnożyć symbole i parantele.

Mieliśmy nasz bikorn, wybraliśmy datę.

Należało już tylko odnaleźć fantomy.

Czekały na skraju drogi.

Po dwustu latach mieliśmy półtora miesiąca spóźnienia w stosunku do historii – 19 października 1812 roku Wielka Armia opuściła Moskwę. Liczyła już tylko sto tysięcy żołnierzy. Cesarz w czarnym bikornie na głowie po raz pierwszy poczuł zwątpienie. Jego armię czekała jedna z najcięższych, najtragiczniejszych przepraw w długiej historii ludzkości.

Sto tysięcy żołnierzy. A za nimi tysiące cywilów, koni i furgonów.

Nas będzie pięciu. Trzech Francuzów: Gras, Goisque i ja. Nasi rosyjscy przyjaciele, Witalij i Wasilij, pojadą jeden na czarnym, drugi na białym uralu. Co roku wyruszają w szaleńcze wyprawy. Pokonują po pięćset kilometrów dziennie w siarczystym mrozie, po zabłoconych drogach, zmierzając do miast będących niegdyś scenerią straszliwych zmagań, do dawnych stolic cierpienia, omytych łzami kobiet, których nazwy do dziś chwytają za serce: Kursk, Charków, Kijów. Po słowiańsku obojętni na przeciwności aury, zuchwali jak rosyjscy himalaiści wśród gwałtownych porywów wiatru. Sami siebie nazwali „radykalnymi miłośnikami urala”. Wasilij wygląda jak Wareg o złocistych włosach, jeden z tych bardów, którzy w IX wieku spływali Dnieprem, by sprzedawać bałtycki bursztyn Turkom z Pontu. Jest wysoki, a swój szalony wzrok skupia na rozmówcy tylko wtedy, gdy wyjaśnia mu jakiś problem związany z dopływem paliwa do gaźnika. Genialny mechanik, wynalazca, rozłożył na części pierwsze dziesiątki motocykli. Czy składa je równie sprawnie, jak rozmontowuje?

Natomiast Witalij, finansista z zawodu, jest typowym moskwianinem: niecierpliwy, inteligentny, sprytny i obrotny. Spędza dnie pod krawatem, w klimatyzowanym biurze, ale w zimową noc może spać w lesie, owinięty w wełniany płaszcz. W Rosji Tołstoj jest zawsze gdzieś w pobliżu. Nowoczesność nigdy nie zdołała oderwać jej dzieci od natury.

Byliśmy przyjaciółmi i upamiętnienie setek tysięcy poległych Rosjan i Francuzów wydało im się wystarczającym powodem, by przez dwa tygodnie odmrażać sobie kolana na bezkresnych pustkowiach. Byli spóźnieni. Silniki ich motocykli leżały na betonie w kałużach oleju.

– Nie będziemy jutro gotowi – stwierdził Witalij.

– To nic – rzekł Wasilij. – Ruszajcie bez nas, we trzech na jednym uralu, dogonimy was w Borodino, z waszymi bagażami...

– Będziemy jak Kozacy Płatowa, którzy nękali ariergardę dowodzoną przez Neya – dodał Witalij.

– Kozacy nękali tyły armii, lecz nigdy nie wygrali – stwierdziłem.

– My was dopadniemy, przekonacie się – odparł Wasilij.

– Zatem do jutra – skwitowałem rozmowę.