Czasy secondhandTekst

Z serii: Reportaż
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czasy secondhand
Czasy secondhand
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 83,80  67,04 
Czasy secondhand
Czasy secondhand
Audiobook
Czyta Krystyna Czubówna
50,90  37,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

O dziewiątej wieczorem „pierwszy” jeszcze raz zebrał wszystkich u siebie. Raportował szef dzielnicowego KGB. Opowiadał o nastrojach wśród ludności. Według tego co mówił, ludzie popierają Państwowy Komitet Stanu Wyjątkowego. Nikt się nie oburza. Gorbaczow wszystkim obrzydł… Kartki na wszystko oprócz soli… Wódki nie ma… Chłopcy z KGB biegali po mieście i zapisywali rozmowy. Kłótnie w kolejkach:

– Przewrót! Co będzie z krajem?

– A co ci się przewróciło? Łóżko jest na miejscu. Wódka też ta co przedtem.

– Skończyła się wolność.

– Aha! Wolność likwidacji kiełbasy.

– Niektórym się zachciało gumy do… żucia. Palić marlboro…

– Już dawno trzeba to było zrobić! Kraj na skraju przepaści!

– Judasz Gorbaczow! Chciał sprzedać kraj za dolary.

– Poleje się krew…

– A bez krwi u nas nie da rady…

– Żeby uratować kraj… partię… Potrzebne są dżinsy, ładna bielizna damska i kiełbasa, a nie czołgi.

– Słodkiego życia się zachciało? A gówno! Możecie o tym zapomnieć!

(Milknie).

Krótko mówiąc, ludzie czekali, tak jak my… Pod koniec dnia w bibliotece partyjnej już nie było kryminałów, wszystko rozpożyczyli. (Śmieje się). To nie kryminały wszyscy powinni byli czytać, tylko Lenina. Lenina i Marksa. Naszych apostołów.

Zapamiętałam konferencję prasową Komitetu… Janajewowi trzęsły się ręce. Stał i się tłumaczył: „Gorbaczow zasługuje na szacunek pod każdym względem… Jest moim przyjacielem…”. Oczy ma rozbiegane… przerażone… Serce mi się ścisnęło. To nie byli ludzie, którzy mogliby… których oczekiwaliśmy… Pigmeje… Zwykli aparatczycy… Ratować kraj! Ratować komunizm! Ale nie było komu… Na ekranie: ulice Moskwy i morze ludzi. Morze! Ludzie pognali kolejkami podmiejskimi do Moskwy. Jelcyn na czołgu. Rozdaje ulotki… „Jelcyna! Jelcyna!” – skanduje tłum. Triumf! (Nerwowo skubie skraj obrusa). Ten obrus jest chiński… Cały świat jest pełen chińskich towarów. Chiny to kraj, w którym zwyciężył PKSW… A gdzie my jesteśmy? W Trzecim Świecie. Gdzie są ci, którzy wołali: „Jelcyn! Jelcyn!”? Myśleli, że będą żyli jak w Ameryce czy w Niemczech, a żyją jak w Kolumbii. Przegraliśmy… Przegraliśmy kraj… Nas, komunistów, było w owym czasie piętnaście milionów! Partia mogła… zdradzono ją… Na piętnaście milionów nie znalazł się żaden lider. Ani jeden! A po tamtej stronie lider był – Jelcyn! Wszystko sromotnie przegraliśmy! Pół kraju spodziewało się, że zwyciężymy. Już nie było jednego kraju. Były dwa.

Ci, którzy mienili się komunistami, nagle zaczęli wyznawać, że nienawidzili komunizmu od kołyski. Oddawali legitymacje… Jedni przynosili i zostawiali legitymacje w milczeniu, drudzy trzaskali drzwiami. Byli tacy, którzy legitymacje rzucali nocą pod budynkiem komitetu… Jak złodzieje. Pożegnaliby się choć uczciwie z komunizmem. A oni – potajemnie. Rano dozorcy chodzili i zbierali na podwórzu legitymacje partyjne, komsomolskie i nam przynosili. Przynosili w reklamówkach, wielkich workach plastikowych… Co z tym robić? Gdzie przekazywać? Nie ma poleceń. Żadnych sygnałów z góry. Martwa cisza. (Zamyśla się). Taki to był czas… Ludzie zaczęli wszystko zmieniać… Absolutnie wszystko. Wszyściuteńko. Jedni wyjeżdżali, zmieniali ojczyznę. Drudzy – przekonania i zasady. Pozostali zmieniali rzeczy w domu i to masowo. Stare radzieckie wyrzucali, kupowali wszystko importowane… Czełnoki[32] od razu nazwozili wszystkiego: czajniki, telefony, meble, lodówki… Jakoś nagle wszystkiego zrobiło się pełno. „Mam pralkę Boscha”, „Ja telewizor Siemensa”. W każdej rozmowie musiały paść nazwy: „Panasonic”, „Sony”, „Philips”… Spotykam sąsiadkę: „To wstyd cieszyć się z niemieckiego młynka do kawy… Ale ja jestem szczęśliwa!”. Ona przecież dopiero co… dopiero niedawno jeszcze… całą noc stała w kolejce po tom Achmatowej, teraz wariuje na punkcie młynka. Takiego głupstwa… Z legitymacją partyjną ludzie też się rozstawali jak z niepotrzebnym sprzętem. Aż trudno było uwierzyć… W ciągu kilku dni wszystko się zmieniło. Z pamiętników można się dowiedzieć, że Rosja carska zniknęła w ciągu trzech dni. Tak samo zniknął komunizm. W parę dni. To się nie mieściło w głowie… Byli co prawda i tacy, którzy chowali swoje czerwone książeczki, trzymali na wszelki wypadek. Niedawno w pewnej rodzinie pokazano mi trzymane na antresoli popiersie Lenina. Przechowują… Może się jeszcze przyda… Jak wrócą komuniści, to pierwsi przypną sobie czerwone wstążeczki. (Długo nic nie mówi). Na moim stole leżały setki oświadczeń o wystąpieniu z partii… Wszystko to w krótkim czasie uprzątnięto i wyniesiono ze śmieciami. Żeby zgniło na wysypisku. (Szuka czegoś w teczkach na stole). Ale parę kartek zachowałam… Kiedyś jakieś muzeum o nie poprosi. Będą tego szukali… (Odczytuje).

„…Byłam oddaną komsomołką… ze szczerym sercem wstąpiłam do partii. Teraz chcę oświadczyć, że partia nie ma już nade mną żadnej władzy…”.

„…Epoka wprowadziła mnie w błąd… Wierzyłam w Wielką Rewolucję Październikową. Kiedy przeczytałam Sołżenicyna, zrozumiałam, że te »piękne ideały komunizmu« ociekają krwią. To oszustwo…”.

„…To strach kazał mi wstąpić do partii… Leninowscy bolszewicy rozstrzelali mojego dziadka, a stalinowscy komuniści wykończyli mi rodziców w łagrach Mordowii…”.

„…W imieniu swoim i swojego zmarłego męża oświadczam, że występuję z partii…”.

To trzeba było przeżyć… I nie paść z przerażenia… W komitecie ustawiały się kolejki jak w sklepie. Kolejki chcących zwrócić legitymację partyjną. Docisnęła się do mnie prosta kobieta. Dojarka. Płakała. „Co mam robić? W gazetach piszą, że trzeba wyrzucać legitymacje partyjne”. Tłumaczyła się, że ma trójkę dzieci i boi się o nie. Ktoś puścił plotkę, że członków partii będą sądzić. I zsyłać. Na Syberii już remontuje się stare baraki… Milicji dostarczono transport kajdanek… Ktoś widział, jak wyładowywano je z ciężarówek przykrytych brezentem. Straszne rzeczy, tak! Ale zapamiętałam też prawdziwych komunistów. Oddanych idei. Młodego nauczyciela… Na krótko przed PKSW przyjęli go do partii, ale nie zdążyli mu wręczyć legitymacji, więc poprosił: „Wkrótce tu was opieczętują. Proszę mi zaraz dać legitymację, bo nigdy jej nie dostanę”. W takich chwilach ludzie bardzo dobitnie pokazywali, kim są. Przyszedł frontowiec… Cały w orderach bojowych. Ikonostas na piersi! Zwrócił legitymację, którą wręczono mu na wojnie, i powiedział: „Nie chcę być w jednej partii z tym zdrajcą Gorbaczowem!”. Mocno… mocno pokazywali, kim są. I znajomi, i obcy. Nawet krewni. Kiedyś wołali na mój widok: „O, Jelena Jurjewna!”, „Jak pani zdrowie, Jeleno Jurjewno?”. A teraz jak zobaczą z daleka, to przechodzą na drugą stronę ulicy, żeby się nie witać. Dyrektor najlepszej szkoły w dzielnicy… Na krótko przed tamtymi wydarzeniami zrobiliśmy w tej szkole konferencję naukową na temat książek Breżniewa Mała Ziemia i Odrodzenie. Wówczas wygłosił wspaniały referat o kierowniczej roli partii w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i osobiście towarzysza Breżniewa… Wręczyłam mu dyplom komitetu dzielnicowego. Wierny komunista! Leninowiec! Mój Boże… Nie minął nawet miesiąc… Spotkał mnie na ulicy i zaczął na mnie krzyczeć: „Skończyły się wasze czasy! Odpowiecie za wszystko! Przede wszystkim za Stalina!”. Mnie zabrakło tchu z oburzenia… To mnie mówi? Mnie, której ojciec siedział w obozie… (Mija kilka chwil, zanim się uspokoi). Stalina nigdy nie lubiłam. Ojciec mu wybaczył, ja nie. Nie wybaczyłam… (Milknie). Rehabilitacja „politycznych” zaczęła się po dwudziestym zjeździe partii. Po referacie Chruszczowa… A to… To już było za Gorbaczowa… Mianowano mnie przewodniczącą komisji dzielnicowej do spraw rehabilitacji ofiar politycznych represji. Wiem, że najpierw proponowano to innym: naszemu prokuratorowi i drugiemu sekretarzowi naszego komitetu. Odmówili. Dlaczego? Może się bali? Ludzie u nas do tej pory boją się wszystkiego, co związane jest z KGB. A ja nie wahałam się ani chwili – tak, zgadzam się. Mój ojciec też był ofiarą. Czego miałabym się bać? Pierwszy raz zaprowadzono mnie do piwnic… Dziesiątki tysięcy teczek… Jedna „sprawa” liczy dwie strony, inna – cały tom. Tak jak w trzydziestym siódmym mieli plan, rozdzielnik, w kwestii „ujawnienia i wytępienia wrogów ludu”, tak w latach osiemdziesiątych dzielnice i obwody dostawały z góry liczby osób do rehabilitacji. Plan trzeba było wykonać i przekroczyć. Stalinowski styl: narady, krytyki, nagany. Dawaj, dawaj… (Kręci głową). Po nocach siedziałam i czytałam, wertowałam te tomy. Powiem… powiem szczerze… Włosy stawały dęba… Brat donosił na brata, sąsiad na sąsiada… Pokłócili się o ogródek czy pokój w komunałce. Ktoś zaśpiewał na weselu czastuszkę: „Wszyscy dziś pękamy z dumy, Gruzin dał nam buty z gumy”. I to wystarczało. System niszczył człowieka, ale i ludzie nie oszczędzali się wzajemnie. Człowiek był w stanie…

Zwyczajna komunałka… Mieszka tu razem pięć rodzin – dwadzieścia siedem osób. Jedna kuchnia i jedna ubikacja. Dwie sąsiadki się przyjaźnią, jedna ma pięcioletnią córkę, druga jest samotna. W komunałkach ludzie zwykle się obserwowali. Podsłuchiwali. Ci, którzy mieli dziesięciometrowy pokój, zazdrościli tym, którzy mieli dwudziestopięciometrowy. Życie… takie jest… No i w nocy przyjeżdża „czarny kruk”… Aresztują kobietę, która ma córeczkę. Zanim ją zabrali, zdążyła krzyknąć do przyjaciółki: „Weź moją córkę, jeśli nie wrócę, nie oddawaj do domu dziecka”. Kobieta rzeczywiście zabrała dziecko. Przepisali na nią drugi pokój… Dziewczynka zaczęła mówić do niej „mamo”, to była „mama Ania”… Minęło siedemnaście lat… Po siedemnastu latach wróciła prawdziwa mama. Całowała przyjaciółkę po rękach i po nogach. Bajki zazwyczaj kończą się w tym miejscu, ale w życiu finał był inny. Bez happy endu. Za Gorbaczowa, kiedy otwarto archiwa, byłą łagierniczkę spytano, czy chce zobaczyć swoją sprawę. Powiedziała, że chce. Wzięła swoją teczkę, otworzyła… Na wierzchu leżał donos… Znajomy charakter pisma… sąsiadki… To „mama Ania” doniosła… Pani coś z tego rozumie? Ja nie. Tamta kobieta też nie mogła zrozumieć… Wróciła do domu i się powiesiła. (Milknie). Jestem ateistką. Ale mam do Boga wiele pytań… Pamiętam… Wspominam słowa taty: „Łagier można przeżyć, ludzi – nie”. Mawiał jeszcze: „Ty umrzesz dzisiaj, a ja jutro” – te słowa usłyszałam po raz pierwszy nie w łagrze, ale od naszego sąsiada. Od Karpuszy… Karpusza z rodzicami całe życie się kłócił, bo nasze kury chodziły po jego grządkach. Biegał pod naszymi oknami ze strzelbą myśliwską… (Milknie).

 

Dwudziestego trzeciego sierpnia… Aresztowano ­członków PKSW. Zastrzelił się minister spraw wewnętrznych Pugo… Przedtem zastrzelił żonę… Ludzie się cieszyli: „Pugo się zastrzelił!”. Marszałek Achromiejew powiesił się w swoim kremlowskim gabinecie. Było jeszcze kilka dziwnych zgonów… Kierujący sprawami KC Nikołaj Kruczina wypadł z okna na czwartym piętrze… Samobójstwa czy zabójstwa? Do tej pory o tym mówią… (Milk­nie). Jak żyć? Jak wyjść na ulicę? Po prostu wyjść na ulicę i kogoś spotkać. Wtedy… Już od kilku lat byłam sama. Córka wyszła za mąż za oficera, wyjechała do Władywostoku. Mąż umarł na raka. Wieczorami wracałam do pustego mieszkania. Nie jestem słabym człowiekiem, ale miewałam różne myśli… straszne… Powiem szczerze… Tak, miewałam… (Milknie). Jeszcze przez jakiś czas chodziliśmy do pracy w komitecie. Zamykaliśmy się w swoich gabinetach. Oglądaliśmy dzienniki w telewizji. Czekaliśmy. Czekaliśmy. Mieliśmy jakąś nadzieję. Gdzie jest nasza partia? Nasza niezwyciężona partia Lenina! Świat runął… Telefon z jakiegoś kołchozu – chłopi z kosami i widłami, ze strzelbami myśliwskimi – co kto miał – zebrali się koło biura, żeby bronić władzy radzieckiej. „Pierwszy” rozkazał: „Odeślijcie ludzi do domów”. Wystraszyliśmy się… wszyscyśmy się wystraszyli… A ludzie byli zdecydowani. Znam kilka takich przypadków. Ale myśmy się przestraszyli…

I wtedy… tego dnia zadzwoniono z komitetu wykonawczego dzielnicy: „Mamy rozkaz opieczętować państwa gabinety. Mają państwo dwie godziny na zabranie swoich rzeczy”. (Jest tak przejęta, że nie może mówić). Dwie godziny… dwie… Gabinety opieczętowywała specjalna komisja… Demokraci! Jakiś ślusarz, młody dziennikarz, matka pięciorga dzieci… Już znałam ją z wieców. Z listów do komitetu… do naszej gazety… Mieszkała z dużą rodziną w baraku. Zawsze przemawiała i żądała mieszkania. Przeklinała komunistów. Zapamiętałam jej twarz… W takich chwilach triumfowała… Kiedy przyszli do „pierwszego”, rzucił w nich krzesłem. U mnie w gabinecie jedna z członkiń komisji podeszła do okna i demonstracyjnie rozdarła zasłonę. Żebym jej nie zabrała do domu czy co? Mój Boże! Kazali mi otworzyć torebkę… Kilka lat później spotkałam na ulicy tę matkę piątki dzieci. Nawet teraz pamiętam, jak się nazywała – Galina Awdiej. Zapytałam ją: „Dostała pani mieszkanie?”. A ona pogroziła pięścią w stronę budynku administracji obwodowej. „Ci łajdacy też mnie oszukali”. Potem… Potem… co? Po wyjściu z gmachu komitetu zetknęliśmy się z tłumem. „Komunistów pod sąd! Teraz ich – na Sybir!”, „Teraz tak wziąć karabiny maszynowe i serią po oknach”. Odwracam się, a za moimi plecami dwaj podpici faceci… To oni… o tym karabinie… Odpowiadam: „Ale ja odpowiem ogniem”. Obok stał milicjant i udawał, że nic nie słyszy. Znajomy milicjant.

Cały czas miałam wrażenie, że słyszę za plecami: uuuuu… Nie ja jedna tak się czułam… W szkole do córki naszego instruktora podeszły dwie koleżanki z klasy i mówią:

– Nie będziemy się z tobą kolegować. Twój tato pracował w komitecie partii.

– Mój tatuś jest dobry.

– Dobry tatuś nie mógł tam pracować. Wczoraj byłyśmy na wiecu…

Piąta klasa… dzieci… To już gawrosze, gotowe podawać naboje. „Pierwszy” dostał zawału. Umarł w karetce pogotowia, nie dowieźli go do szpitala. Myślałam, że tak jak zawsze będzie dużo wieńców, orkiestr, a tutaj nie było nic i nikogo. Za trumną szło kilkoro ludzi… Grupa towarzyszy… Jego żona kazała na pomniku wyryć sierp i młot oraz pierwsze słowa hymnu radzieckiego: „Niezłomny jest związek republik swobodnych…”. Śmiali się z niej. Cały czas słyszałam ten szept: uuuu… Myślałam, że oszaleję… W sklepie obca kobieta mówi do mnie: „No co, komuchy, przesraliście kraj!”. Prosto w twarz powiedziała.

Co nas ratowało? Ratowały telefony… Telefon od przyjaciółki: „Jeśli ześlą cię na Syberię, to nie bój się. Tam jest ładnie”. (Śmieje się). Była tam z wycieczką. Spodobało jej się. Telefon od siostry ciotecznej z Kijowa.

– Przyjedź do nas. Dam ci klucze. Możesz schować się u nas na daczy. Nikt cię tam nie znajdzie.

– Nie jestem zbrodniarką. Nie będę się ukrywała.

Rodzice dzwonili codziennie:

– Co teraz robisz?

– Zaprawiam ogórki.

Całymi dniami zapełniałam słoiki i gotowałam. Nie czytałam gazet i nie oglądałam telewizji. Czytałam kryminały, kończyłam jedną książkę i zaczynałam następną. Telewizja mnie przerażała. Gazety też.

Długo nie mogłam dostać pracy… Wszyscy byli przekonani, że podzieliliśmy się pieniędzmi partii i każdy z nas ma kawałek rurociągu czy też przynajmniej małą stację benzynową. A ja nie mam ani stacji, ani sklepiku, ani kiosku. Nazywają je komkami. Komki, czełnoki… Wielkiego języka rosyjskiego nie można teraz poznać: wauczer[33], korytarz walutowy… transza MFW… Rozmawiamy w obcym języku. Wróciłam do szkoły. Czytamy z uczniami ukochanego Tołstoja i Czechowa. A co z innymi? Różnie ułożyły się losy moich towarzyszy… Jeden z naszych instruktorów odebrał sobie życie… Kierownik gabinetu nabawił się rozstroju nerwowego, długo leżał w szpitalu. Inny został biznesmenem… Drugi sekretarz jest dyrektorem kina. A kolejny instruktor komitetu przyjął święcenia kapłańskie. Odbyłam z nim rozmowę. Ten człowiek zaczął nowe życie. Pozazdrościłam mu. Przypomniało mi się… Byłam w galerii malarstwa… Pamiętam, że na jednym z obrazów jest dużo światła, na moście stoi kobieta. Patrzy gdzieś w dal… mnóstwo światła… Nie umiałam odejść od tego obrazu. Ledwie odeszłam, zaraz wracałam, ciągnęło mnie do niego. Ja też mogłabym zacząć nowe życie. Nie wiem tylko jakie.

Anna Iljiniczna

Obudził mnie huk… Otworzyłam okno… Po Moskwie! Po stolicy jeżdżą czołgi i transportery. Radio! Prędko włączyłam radio. A w radiu nadawano odezwę do narodu radzieckiego: „Nad Ojczyzną zawisło śmiertelne niebezpieczeństwo… Kraj pogrąża się w otchłani przemocy i bezprawia… Oczyścimy ulice z elementów przestępczych… Położymy kres zamętowi…”. Nie wiedzieliśmy, czy Gorbaczow został zdymisjonowany z powodu stanu zdrowia, czy go aresztowano. Dzwonię do męża, który był na daczy. Mówię:

– W kraju trwa zamach stanu. Władza jest w rękach…

– Głupia! Odłóż słuchawkę, zaraz po ciebie przyjdą.

Włączam telewizor. Na wszystkich kanałach Jezioro łabędzie. A ja mam przed oczami całkiem inne kadry: Chile… Santiago… płonie pałac prezydencki… Głos Salvadora Allende… Zaczęły się telefony: w mieście pełno pojazdów wojskowych, czołgi stoją na placu Puszkina, na Teatralnym… Akurat była wtedy u nas teściowa i strasznie się przeraziła: „Nie wychodź na ulicę. Żyłam w dyktaturze i wiem, co to znaczy”. A ja nie chcę żyć w dyktaturze!

Po obiedzie mąż wrócił z daczy. Siedzieliśmy w kuchni. Dużo paliliśmy. Baliśmy się podsłuchu… Przykryliśmy telefon poduszką… (Śmieje się). Naczytaliśmy się literatury dysydenckiej. Nasłuchali. Teraz się przydała… Dali nam trochę odetchnąć, a teraz znowu wieko się zatrzaśnie. Zapędzą nas z powrotem do klatki, wdepczą nas w asfalt… Będziemy jak motyle w cemencie… Wspominaliśmy niedawne wydarzenia na placu Tian’anmen. Albo jak saperkami rozpędzano demonstracje w Tbilisi. Szturm wieży telewizyjnej w Wilnie… „Myśmy czytali Szałamowa i Płatonowa – powiedział mąż – a tymczasem wybuchła wojna domowa. Dawniej spieraliśmy się w kuchniach, chodzili na wiece, a teraz będziemy do siebie strzelać”. Nastrój był taki, jakby zbliżała się jakaś katastrofa… Nie wyłączaliśmy radia ani na chwilę, kręcili gałkami, ale wszędzie nadawano muzykę. I nagle – cud! Odezwało się Radio Rosji: „Odsunięto od władzy legalnie wybranego prezydenta… Dokonano cynicznej próby przewrotu…”. Wtedy się dowiedzieliśmy, że tysiące ludzi wyszły już na ulicę. Gorbaczow w niebezpieczeństwie… Iść czy nie iść – nad tym się nawet nie zastanawialiśmy. Iść! Teściowa najpierw mnie powstrzymywała, mówiła: „Jesteś szalona, pomyśl o dziecku, gdzie ty się pchasz?”. Milczałam. Kiedy jednak zobaczyła, że mimo wszystko zamierzamy pójść, powiedziała: „Jak jesteście tacy głupi, to weźcie roztwór sody, zmoczcie gazę i gdyby puszczali gaz, to przytknijcie ją do twarzy”. Przygotowałam trzylitrowy słój tego roztworu i podarłam jedno prześcieradło. Wzięliśmy też ze sobą co tylko mieliśmy do jedzenia, wyciągnęłam z kredensu wszystkie konserwy.

Wielu ludzi szło do metra tak jak my… A inni stali w kolejce po lody… Kupowali kwiaty. Minęliśmy rozbawione towarzystwo: „Jeśli jutro przez te czołgi nie pójdę na koncert, to mają u mnie przechlapane”. Z naprzeciwka biegnie mężczyzna w majtkach i z siatką, a w niej ma puste butelki. Zrównał się z nami: „Nie wiedzą państwo, którędy na ulicę Stroitielną?”. Pokazałam mu gdzie ma skręcić w prawo, a potem iść prosto. Podziękował. Nic go nie obchodziło, chciał tylko oddać butelki. A co, czy w siedemnastym roku było inaczej? Jedni strzelali, drudzy tańczyli na balach. Lenin na samochodzie pancernym…

Jelena Jurjewna

To była farsa! Odegrali farsę! Gdyby zwyciężył PKSW, dzisiaj żylibyśmy w innym kraju. Gdyby Gorbaczow nie stchórzył… Nie wydawaliby pensji w oponach i lalkach. W szamponie. Jak fabryka robi gwoździe, to gwoździami. Jak mydło, to mydłem. Wszystkim mówię: popatrzcie na Chińczyków… mają własną drogę. Od nikogo nie zależą, nikogo nie naśladują. No i dzisiaj cały świat boi się Chińczyków… (Znowu do mnie z uwagą). Jestem pewna, że pani wykreśli moje słowa.

Obiecuję – będą dwie opowieści. Chcę zostać chłodnym historykiem, a nie historykiem z płonącą pochodnią. Niech czas osądzi. Czas jest sprawiedliwy, tyle że nie ten całkiem bliski, ale odległy. Czas, w którym nas już nie będzie. Nie będzie naszych namiętności.

Anna Iljiniczna

Można się z tych dni wyśmiewać, nazywać je operetką. Dziś modny jest wygłup. Ale wtedy to wszystko było na serio. Z honorem. Wszystko odbywało się naprawdę, i myśmy też byli prawdziwi. Nieuzbrojeni ludzie stali przed czołgami, gotowi na śmierć. Siedziałam na barykadzie i widziałam tych ludzi – zjechali się z całego kraju. Jakieś moskiewskie staruszki, ptaszyny boże, przynosiły kotlety, gorące ziemniaki zawinięte w ręczniki. Dokarmiały wszystkich… Czołgistów też częstowały. „Jedzcie, chłopcy – mówiły. – Tylko nie strzelajcie. Chyba nie będziecie?” Żołnierze nic z tego nie rozumieli. Kiedy otworzyli włazy i wyjrzeli z czołgów, zgłupieli. Cała Moskwa wyległa na ulice! Dziewczyny powłaziły do nich na czołgi, ściskały ich, całowały. Częstowały bułkami. Matki żołnierzy poległych w Afganistanie płakały. Mówiły: „Nasze dzieci zginęły na obcej ziemi, a wy co – przyjechaliście umierać na własnej?”. Jakiś major… kiedy otoczyły go kobiety, nie wytrzymał nerwowo i zaczął krzyczeć: „Sam jestem ojcem! Nie będę strzelał! Przysięgam wam – nie będę! Nie pójdziemy przeciwko narodowi!”. Było tam mnóstwo różnych sytuacji, śmiesznych i wzruszających do łez. Nagle w tłumie rozlegają się krzyki: „Czy ktoś ma walidol, bo tutaj człowiek źle się poczuł”. Walidol znalazł się od razu. Stała kobieta z dziec­kiem w wózku (musiałaby to widzieć moja teściowa!), wyjęła pieluszkę, żeby narysować na niej czerwony krzyż. Czym? „Kto ma szminkę?”. Zaczęto jej rzucać szminki – i tanie, i od Lancôme’a… Od Diora… od Chanel… Nikt tego nie sfilmował, nie utrwalił szczegółów. Szkoda. Wielka szkoda. Kształt wydarzeń, ich piękno… pojawiają się później, te wszystkie sztandary i muzyka… wszystko potem zastyga w spiżu… A w życiu to jest pokawałkowane, brudne i sine: ludzie siedzieli całą noc przy ognisku, na gołej ziemi. Na gazetach i ulotkach. Głodni, źli. Klęli i popijali, ale nie było pijanych. Niektórzy przywozili kiełbasę, ser, chleb. Kawę. Mówiono, że to ajenci… biznesmeni… Widziałam nawet kilka puszek czerwonego kawioru. Kawior zniknął u kogoś w kieszeni. Papierosy też rozdawano bezpłatnie. Koło mnie siedział chłopak z więziennymi tatuażami. Tygrys! Rockersi, punki, studenci z gitarami… Profesorowie też. Wszyscy byli razem. Naród! To był mój naród! Spotkałam tam kolegów z instytutu, których nie widziałam od piętnastu lat, jeśli nie dłużej. Jeden mieszkał w Wołogdzie… drugi w Jarosławiu… Ale każdy wsiadł do pociągu i przyjechał do Moskwy! Bronić czegoś dla nas ważnego. Rano zabraliśmy ich do siebie. Umyliśmy się, zjedli śniadanie i poszli z powrotem. Przy wyjściu z metra każdemu już wręczano kamień albo kawałek żeliwnego pręta. „Brukowiec – broń proletariatu”[34] – śmialiśmy się. Budowaliśmy barykady. Przewracali trolejbusy, piłowali drzewa.

 

Trybuna już stała. Nad nią powieszono plakaty: „Juncie – nie!”, „Lud nie jest błotem, nie wolno go deptać”. Mówcy przemawiali przez megafon. I zwykli ludzie, i znani politycy zaczynali od całkiem parlamentarnych wyrażeń. Po paru minutach żadnemu już nie wystarczały zwyczajne słowa, więc zaczynali bluzgać. „My z tymi gnojami…” I dalej taki soczysty, rosyjski bluzg. „Skończyły się ich czasy…” Niezłomny jest związek przekleństw rosyjskich! Bluzgi jako hasło bojowe. Wszyscy to rozumieli, bo odpowiadało wielkości chwili. Chwile takiego porywu! Takiej siły! Brakowało starych słów, a nowe jeszcze nie powstały! Cały czas spodziewaliśmy się szturmu. Cisza, zwłaszcza w nocy, była niesamowita. Wszyscy w wielkim napięciu. Tysiące ludzi i cisza. Pamiętam zapach lanej do butelek benzyny. To był zapach wojny…

To stali dobrzy ludzie! Doskonali! Teraz dużo się pisze o wódce i narkotykach. Że niby jaka to rewolucja! Na barykady poszli pijacy i narkomani. Kłamstwo! Wszyscy naprawdę gotowi byli umrzeć. Wiedzieliśmy, że ta machina siedemdziesiąt lat mełła ludzi na proszek… Nikt nie sądził, że tak łatwo się zepsuje… Bez wielkiego przelewu krwi… Rozeszły się słuchy, że most jest zaminowany, że zaraz puszczą gaz. Ktoś ze studentów medycyny tłumaczył, jak należy zachowywać się podczas ataku gazowego. Sytuacja zmieniała się co pół godziny. Straszna nowina: trzech chłopaków zginęło pod czołgiem… Ale nikt nie drgnął, nie odszedł z placu. To takie ważne dla naszego życia, cokolwiek by się później wydarzyło. Jakichkolwiek doznalibyśmy rozczarowań. To jednak… przeżyliśmy naprawdę… Tacy właśnie byliśmy! (Płacze). Rano nad placem: „Hurra! Hurra!”. I znowu rzucanie mięsem… łzy… okrzyki… Z ust do ust podawano sobie wieści: Wojsko przeszło na stronę ludu, komandosi z „Alfy” odmówili udziału w szturmie. Czołgi wyjeżdżają ze stolicy. A kiedy ogłoszono, że puczystów aresztowano, ludzie rzucili się sobie w objęcia – takie to było szczęście! Wygraliśmy! Obroniliśmy swoją wolność. Razem daliśmy radę! To znaczy, że możemy! Brudni, przemoczeni od deszczu długo jeszcze nie chcieliśmy się rozejść do domów. Zapisywaliśmy swoje adresy. Przysięgaliśmy, że je zapamiętamy. Że się zaprzyjaźnimy. Milicjanci w metrze byli bardzo uprzejmi, nigdy ani przedtem, ani potem nie widziałam tak uprzejmych milicjantów.

Zwyciężyliśmy… Gorbaczow wrócił z Foros do całkiem innego kraju. Ludzie chodzili po mieście i uśmiechali się do siebie. Zwyciężyliśmy. To uczucie długo mnie nie opuszczało… Chodziłam i wspominałam… Przed oczami miałam sceny… Jak ktoś zawołał: „Czołgi! Czołgi jadą!”. Wszyscy wzięli się za ręce i zrobili łańcuch. Była druga albo trzecia w nocy. Stojący koło mnie mężczyzna wyjął paczkę herbatników. „Chcecie?” – i wszyscy się częstują. Zaśmiewamy się nie wiadomo z jakiego powodu. Mamy ochotę na herbatniki, chcemy żyć! Ja… do dzisiaj… Jestem szczęśliwa, że tam byłam. Z mężem, z przyjaciółmi. Wtedy wszyscy byli bardzo szczerzy. Szkoda tamtych nas, że już tacy nie jesteśmy… Zwłaszcza dawniej było mi żal.

Żegnam się i pytam je, jak udało im się zachować przyjaźń, która trwa, jak się zdołałam zorientować, od lat studenckich.

– Mamy umowę, że nie poruszamy tych tematów. Nie przyczyniamy sobie wzajemnie bólu. Kiedyś – tak, kłóciłyśmy się, zrywałyśmy kontakt. Latami nie rozmawiałyśmy ze sobą. Ale to minęło.

– Teraz mówimy tylko o dzieciach i wnukach. Albo co u której rośnie na daczy.

– Kiedy się zbiorą nasi przyjaciele… Wówczas ani słowa o polityce. Każdy doszedł do tego własną drogą. Żyjemy razem: panowie i towarzysze. „Biali” i „czerwoni”. Ale strzelać nikt nie ma ochoty. Dosyć już przelano krwi.