Czasy secondhandTekst

Z serii: Reportaż
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czasy secondhand
Czasy secondhand
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 83,80  67,04 
Czasy secondhand
Czasy secondhand
Audiobook
Czyta Krystyna Czubówna
50,90  37,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa
Część pierwsza

Z gwaru ulicznego i kuchennych rozmów (1991–2001)

O Wańce Głuptasie i Złotej Rybce

Co zrozumiałem? Zrozumiałem, że bohaterowie jednej epoki rzadko bywają bohaterami drugiej. Wyjątkiem jest Wańka Głuptas. A także Jemiela[6]. Czyli ulubieni bohaterowie bajek rosyjskich. Nasze bajki mówią o szczęśliwym trafie, o sprzyjającej bohaterowi fortunie. O jego czekaniu na cudowną pomoc, na to żeby pieczone gołąbki same wpadały mu do gąbki. Na to żeby móc się wylegiwać na piecu i wszystko mieć. Żeby piec sam wypiekał bliny, a Złota Rybka spełniała wszystkie życzenia. Chcę tego, chcę tamtego. Chcę ślicznej królewny! I chcę żyć w innym królestwie, tam gdzie są rzeki mlekiem i miodem płynące. Tak, oczywiście, jesteśmy marzycielami. Dusza trudzi się i cierpi, a tu sprawa, o którą chodziło, nie bardzo się posuwa, bo już sił do niej zaczyna brakować. Stoi w miejscu. Zagadka duszy rosyjskiej… Wszyscy usiłują ją rozwikłać… Czytają Dostojewskiego… Co też ci Rosjanie mają w duszy? A nic takiego, w duszy mamy tylko duszę. Lubimy sobie pogawędzić w kuchni, poczytać książkę. Najważniejszy u nas zawód to czytelnik. Albo widz. Mamy też poczucie własnej wyjątkowości, choć żadnych ku temu podstaw, jeśli nie liczyć ropy naftowej i gazu. Z jednej strony właśnie to przeszkadza nam wprowadzać zmiany w życie, a z drugiej – daje chyba poczucie sensu. Zawsze mamy wrażenie, że Rosja powinna stworzyć i pokazać światu coś niebywałego. Naród wybrany przez Boga. Odrębna droga Rosji… Mamy tu samych Obłomowów, którzy leżą na kanapie i czekają na cud. Brakuje za to Sztolców[7]. Przedsiębiorczy, zaradny Sztolc jest obiektem pogardy, bo wyciął ukochany zagajnik brzozowy, wiśniowy sad. Potem buduje fabrykę, robi pieniądze. Tacy są nam obcy…

* * *

Rosyjska kuchnia… Uboga kuchenka w „chruszczowcu” – od dziewięciu do dwunastu (szczęście!) metrów kwadratowych, za cienką ścianą toaleta. Typowy radziecki rozkład mieszkania. Na oknie rośnie cebula w słoikach po majonezie, w doniczce – aloes, środek na katar. Nasza kuchnia nie jest tylko miejscem, gdzie się przygotowuje posiłki, to także jadalnia, salon, gabinet i trybuna. Tu odbywają się zbiorowe seanse psychoterapeutyczne. W wieku XIX cała kultura rosyjska żyła w szlacheckich dworach, w XX zaś – w kuchniach. Pierestrojka także. Całe życie szestidiesiatników, czyli pokolenia lat sześćdziesiątych, było właśnie takie – kuchenne. Dzięki niech będą Chruszczowowi! To za jego czasów zrezygnowano z komunałek i wprowadzono oddzielne kuchnie, gdzie można było psioczyć na władzę, a co najważniejsze – nie bać się, bo w kuchni wszyscy byli swoi. Tam rodziły się idee, fantastyczne projekty. Opowiadano sobie dowcipy… Sypano nimi! Komunistą jest ten, kto czytał Marksa, antykomunistą zaś – ten, kto go zrozumiał… Wyrośliśmy w kuchniach, nasze dzieci także, razem z nami słuchały Galicza i Okudżawy. Puszczaliśmy sobie Wysockiego… Łapaliśmy BBC. Rozmowy o wszystkim: o tym, że wszystko jest do d…, o sensie życia i o powszechnym szczęściu. Pamiętam takie śmieszne zdarzenie… Zasiedzieliśmy się do północy, aż nasza dwunastoletnia córka zasnęła na małym tapczanie. A my o coś zaczęliśmy się głośno kłócić. A ona wtedy zaspana jak nie krzyknie: „Dosyć już o tej polityce! Znowu ten Sacharow… Sołżenicyn… Stalin…”. (Śmieje się).

Niekończąca się herbata. Kawa. Wódka. W latach siedemdziesiątych piliśmy też rum kubański. Wszyscy byli zakochani w Fidelu! W rewolucji kubańskiej! Che w berecie. Gwiazdor z Holly­woodu. Niekończąca się gadanina. Obawy, że nas podsłuchują, na pewno podsłuchują. W środku rozmowy zawsze ktoś musiał popatrzeć z chichotem na żyrandol albo wyłącznik i powiedzieć: „Słyszycie, towarzyszu majorze?”. Niby-ryzyko… niby-zabawa… Czerpaliśmy nawet jakąś satysfakcję z tego zakłamanego życia. Otwarcie sprzeciwiała się niewielka garstka, więcej było kuchennych dysydentów. Takich, co pokazywali władzy figę w kieszeni…

* * *

Teraz wstyd być biednym, niewysportowanym… Pomyślą, że marnie ci się powodzi. A ja należę do pokolenia stróżów i palaczy. To był rodzaj emigracji wewnętrznej. Żyje człowiek i tego, co jest dookoła, nie dostrzega tak samo jak widoku za oknem. Skończyliśmy z żoną wydział filozoficzny Uniwersytetu Petersburskiego (wtedy Leningradzkiego), ona zatrudniła się jako dozorczyni, a ja – jako palacz w kotłowni. Pracuje się przez dobę, potem dwie spędza w domu. W tamtych latach inżynier zarabiał sto trzydzieści rubli, a ja w kotłowni – dziewięćdziesiąt, czyli godziłem się na to, że dostaję o czterdzieści mniej, ale za to mam całkowitą swobodę. Czytaliśmy książki, dużośmy czytali. Rozmawiali. Myśleliśmy, że tworzymy idee. Marzyliśmy o rewolucji, baliśmy się tylko, że jej nie dożyjemy. Żyliśmy w izolacji, nic nie wiedząc o tym, co dzieje się w świecie. Byliśmy roślinami pokojowymi. Jak się później okazało, fantazjowaliśmy tylko, wszystkośmy sobie uroili: i Zachód, i kapitalizm, i lud rosyjski. Żyliśmy mirażami. Takiej Rosji jak w książkach i w naszych kuchniach nigdy nie było. Istniała tylko w naszych głowach.

Podczas pierestrojki wszystko to się skończyło… Nadszedł kapitalizm… Dziewięćdziesiąt rubli stało się dziesięcioma dolarami. Za tyle nie można było wyżyć. Wyszliśmy w końcu z kuchni na ulicę i od razu widać było, że nie mamy żadnych pomysłów, żeśmy po prostu cały ów czas przesiedzieli i przegadali. Nie wiadomo skąd wychynęli całkiem inni ludzie – młodzi faceci, którzy nosili malinowe marynarki i mieli złote pierścienie na palcach. A także całkiem nowe reguły gry: masz kasę – jesteś gość, nie masz – jesteś nikim. Kogo to obchodzi, że przeczytałeś całego Hegla? Słowo „humanista” brzmiało jak diagnoza. Jedyne, co taki potrafi, to trzymać w rękach tomik Mandelsztama. Dokonano nagle mnóstwa odkryć. Inteligencja zubożała do granic nieprzyzwoitości. W naszym parku w dni wolne krisznowcy ustawiali kuchnię polową i rozdawali zupę, a na drugie jakąś prostą potrawę. Ustawiała się taka długa kolejka schludnych staruszków, że aż się serce ściskało. Niektórzy z nich zasłaniali twarze. Myśmy w tym czasie mieli już dwoje małych dzieci. Najzwyczajniej w świecie głodowaliśmy. Zaczęliśmy więc z żoną handlować. Braliśmy w fabryce od czterech do sześciu skrzynek lodów i jechali na targ, gdzie było dużo ludzi. Lodówek nie mieliśmy, więc po kilku godzinach lody już się topiły. Rozdawaliśmy je głodnym dzieciom. Jakaż wtedy była radość! Sprzedawała żona, a ja to przynosiłem coś, to podwoziłem – robiłem cokolwiek, byle nie sprzedawać. Długo czułem się niekomfortowo.

Kiedyś często wspominałem nasze „kuchenne życie”… Jaka wtedy była miłość! Jakie kobiety! Te kobiety gardziły bogaczami. Nie można ich było kupić. A teraz nikt nie ma czasu na uczucia – wszyscy muszą zarabiać. Odkrycie pieniędzy było jak wybuch bomby jądrowej…

O tym, jak pokochaliśmy Gorbiego

i jak przestaliśmy go kochać

Czasy Gorbaczowa… Tłumy ludzi z uszczęśliwionymi twarzami. „Wol-ność! Wol-ność!” Wszyscy tym oddychali. Gazety rozchwytywano. To był czas wielkich nadziei: jeszcze chwila, a znajdziemy się w raju. Poznamy to nieznane zwierzę – demokrację. Biegaliśmy na wiece jak szaleni. Zaraz dowiemy się całej prawdy o Stalinie, o Gułagu, przeczytamy zakazane Dzieci Arbatu, przeczytamy inne dobre książki i zostaniemy demokratami! Jakże się myliliśmy! Ze wszystkich odbiorników słychać było tę prawdę… Prędzej, prędzej! Czytajcie! Słuchajcie! Nie wszyscy okazali się na to przygotowani… Większość ludzi nie żywiła wcale antyradzieckich nastrojów, chcieli tylko jednego – dobrze żyć. Żeby można było kupić dżinsy, wideo i szczyt marzeń – samochód! Wszyscy tęsknili do kolorowych ubrań, smacznego jedzenia. Kiedy przyniosłam do domu Archipelag GUŁag Sołżenicyna, mama była przerażona. „Jeśli zaraz mi nie odniesiesz tej książki, to wypędzę cię z domu”. Babci przed wojną rozstrzelano męża, a ona mówiła: „Waśki mi nie żal. Słusznie go wsadzili. Za długi miał język”. „Babciu – pytałam – dlaczego nic mi o tym nie opowiadałaś?”. „Wolałam, żeby moje życie zdechło razem ze mną, niżbyście wy mieli ucierpieć”. Tak żyli nasi rodzice i rodzice rodziców. Wszystko wyrównywał jeden walec. Pierestrojki nie zrobił lud, zrobił ją jeden człowiek. Gorbaczow. Gorbaczow i grupka inteligentów…

* * *

Gorbaczow to amerykański tajny agent… Mason… Zdradził komunizm. Komunistów – do zsypu, komsomolców – na śmietnisko! Nienawidzę Gorbaczowa za to, że ukradł mi ojczyznę. Paszport radziecki przechowuję jako najcenniejszą rzecz. Tak, staliśmy w kolejkach po zsiniałe kurczaki i zgniłe kartofle, ale to była nasza ojczyzna. Kochałem ją. To pani żyła w „Górnej Wolcie z rakietami”[8], ja żyłem w wielkim kraju. Na Zachodzie bali się Rosji, zawsze była dla nich wrogiem, kością w gardle. Oni nie chcą silnej Rosji, z komunistami czy bez nich. Patrzą na nas jak na magazyn ropy, gazu, drewna i metali kolorowych. Naftę wymieniamy na majtki. Nasza cywilizacja obywała się bez ciuchów i klamotów. Cywilizacja radziecka! Komuś na tym zależało, żeby zniknęła. To operacja CIA. Amerykanie już nami rządzą. Dobrze za to zapłacili Gorbaczowowi… Prędzej czy później stanie przed sądem. Mam nadzieję, że ten Judasz dożyje dnia gniewu ludu. Z satysfakcją strzeliłbym mu w kark na poligonie butowskim[9]. (Wali pięścią w stół). Teraz jesteśmy szczęśliwi, tak? Mamy kiełbasę i banany. Tarzamy się w gównie i jemy wszystko, co obce. Zamiast ojczyzny mamy wielki supermarket. Jeśli to nazywa się wolnością, to ja wypraszam sobie taką wolność. Tfu! Ludzi wdeptali w ziemię, jesteśmy teraz niewolnikami. Niewolnikami! Za komunistów, jak mówił Lenin, państwem rządziła kucharka – robotnicy, dojarki, tkaczki, a teraz w parlamencie siedzą bandyci. Dolarowi milionerzy. Powinni siedzieć w kryminale, a nie w parlamencie. Nabrali nas z tą pierestrojką!

 

Urodziłem się w ZSRR i tam mi się podobało. Mój ojciec należał do partii, na „Prawdzie” uczył mnie czytać. W każde święto chodziliśmy na pochód. Ze łzami w oczach… Byłem pionierem, nosiłem czerwoną chustę. Przyszedł Gorbaczow, a ja nie zdążyłem wstąpić do Komsomołu, czego bardzo żałuję. Jestem sowek, tak? Moi rodzice to też sowki, dziadek i babcia też? Mój sowkowy dziadek zginął pod Moskwą w czterdziestym pierwszym, a moja sowkowa babcia była w partyzantce… Panowie liberałowie odpracowują swoje działki. Każą nam przeszłość uznać za czarną dziurę. Nienawidzę wszystkich: gorbaczowa, szewardnadzego, jakowlewa[10] – niech pani napisze małą literą, tak ich nienawidzę. Nie chcę do Ameryki, chcę do ZSRR…

* * *

To były piękne, naiwne lata… Zaufaliśmy Gorbaczowowi, teraz już nikomu tak łatwo nie uwierzymy. Wielu Rosjan wracało z emigracji do ojczyzny… Był taki entuzjazm! Myśleliśmy, że zburzymy ten barak. Zbudujemy coś nowego. Skończyłam wydział filologiczny Uniwersytetu Moskiewskiego i dostałam posadę asystentki. Marzyłam o pracy naukowej. Bożyszczem tych lat był Awierincew, na jego wykłady schodziła się cała oświecona Moskwa. Spotykaliśmy się i podtrzymywaliśmy w sobie nawzajem iluzję, że wkrótce kraj będzie inny, i że o to walczymy. Kiedy się dowiedziałam, że koleżanka z roku wyjeżdża do Izraela, bardzo się zdziwiłam: „Nie żal ci teraz wyjeżdżać? U nas dopiero się zaczyna”.

Im więcej mówiono i pisano: „Wolność! Wolność!”, tym szybciej z półek znikały nie tylko ser i mięso, ale nawet sól i cukier. Puste sklepy. Było strasznie. Wszystko na kartki, jak w czasie wojny. Nas uratowała babcia, która codziennie biegała po mieście i realizowała te talony. Cały balkon był zastawiony proszkiem do prania, w sypialni stały torebki z cukrem i kaszą. Kiedy wydano talony na skarpetki, tato zapłakał, mówiąc, że to jest koniec ZSRR. Poczuł to… Pracował w biurze konstrukcyjnym w zakładach wojskowych, zajmował się rakietami i szalenie lubił to zajęcie. Miał dyplomy dwóch wyższych uczelni. Tymczasem zamiast rakiet zakłady zaczęły produkować pralki i odkurzacze. Tatę zwolniono. Oboje z mamą byli wielkimi entuzjastami pierestrojki – malowali plakaty, roznosili ulotki – i tego się doczekali… Nie chcieli wierzyć, że tak wygląda wolność. Nie mogli się z tym pogodzić. Na ulicach już skandowano: „Zabierajcie Gorbaczowa, Jelcyn to jest mądra głowa!”. Noszono portrety Breżniewa z całą piersią w orderach, a Gorbaczowa – z całą w talonach. Zaczynało się panowanie Jelcyna – reformy Gajdara[11] i właśnie to znienawidzone przeze mnie „sprzedaj-kup”… Żeby przeżyć, jeździłam do Polski z workami żarówek i zabawek. Wagon był pełen nauczycieli, inżynierów, lekarzy… Wszyscy z workami i torbami. Całą noc siedzieliśmy i omawiali Doktora Żywago… sztuki Szatrowa… Jak w moskiewskiej kuchni.

Wspominam swoich przyjaciół z uniwersytetu… Jesteśmy teraz wszystkim, tylko nie filologami – top menedżerami agencji reklamowych, bankowcami, komiwojażerami… Ja pracuję w agencji nieruchomości u pewnej pani, która przyjechała z prowincji; pracowała kiedyś w aparacie Komsomołu. Kto dzisiaj ma firmy? Kto wille na Cyprze i w Miami? Dawna nomenklatura partyjna. Tam trzeba szukać zaginionych pieniędzy partyjnych… A nasi liderzy… szestidiesiatniki, pokolenie lat sześćdziesiątych… Owszem, nawąchali się krwi na wojnie, ale byli naiwni jak dzieci… Powinniśmy byli dniami i nocami koczować na placach. Doprowadzić sprawę do końca i urządzić Norymbergę dla KPZR. Za szybko rozeszliśmy się do domów. Władzę przejęli handlarze i cinkciarze. I wbrew przewidywaniom Marksa po socjalizmie budujemy kapitalizm. (Milknie). Ale jestem szczęśliwa, że żyłam w tym czasie. Komunizm upadł! Koniec, już nie wróci. Żyjemy w innym świecie i patrzymy na niego innymi oczami. Nigdy nie zapomnę tamtych dni, kiedy zaczęliśmy oddychać swobodnie…

O tym, jak przyszła miłość, a pod oknami jeździły czołgi

Byłam zakochana, o niczym innym nie mogłam wtedy myśleć. Żyłam wyłącznie tym. A tutaj mama budzi mnie rano: „Czołgi pod oknami! Chyba jakiś przewrót!”. Ja wymamrotałam zaspana: „Mamo, to są ćwiczenia”. A gdzie tam! Pod oknami stały prawdziwe czołgi, nigdy nie widziałam ich tak blisko. W telewizji nadawano Jezioro łabędzie… Przybiegła przyjaciółka mamy, która bardzo się przejęła tym, że nie płaciła składek partyjnych. Mówiła, że w ich szkole stało popiersie Lenina, a ona wyniosła je do magazynu i nie wiedziała, co teraz ma z nim zrobić. Wszystko od razu wróciło na swoje miejsce: tego nie wolno i tamtego nie wolno. Spikerka odczytywała „Obwieszczenie o wprowadzeniu stanu wyjątkowego”… Przyjaciółka mamy przy każdym słowie wzdrygała się: „Boże święty! Boże!”. Ojciec pluł na telewizor…

Zadzwoniłam do Olega…

– Jedziemy pod Biały Dom[12]?

– Jedziemy.

Przypięłam odznakę z Gorbaczowem. Naszykowałam sporo kanapek. W metrze ludzie byli małomówni, wszyscy spodziewali się nieszczęścia. Wszędzie czołgi… Czołgi… Na pancerzach nie siedzieli mordercy, ale wystraszeni chłopcy ze skruszonymi minami. Stare kobiety częstowały ich blinami i jajkami na twardo. Ulżyło mi, gdy koło Białego Domu zobaczyłam dziesiątki tysięcy ludzi! Wszyscy we wspaniałych nastrojach. Mieliśmy poczucie, że wszystko możemy. Skandowaliśmy: „Jelcyn, Jelcyn! Jelcyn!”. Już tworzono oddziały samoobrony. Przyjmowano tylko młodych, starszym odmawiano, więc byli niezadowoleni. Jakiś staruszek się oburzał:

– Komuniści ukradli mi życie! Pozwólcie mi chociaż pięknie umrzeć!

– Dziadku, odejdźcie…

Teraz mówią, że chcieliśmy bronić kapitalizmu… Nieprawda! Ja broniłam socjalizmu, ale jakiegoś innego… nieradzieckiego… I obroniłam go! Tak mi się wydawało. Wszyscy tak myśleliśmy… Po trzech dniach czołgi wyjeżdżały z Moskwy, to już były dobre czołgi…

* * *

Siedzę w kuchni u swoich moskiewskich przyjaciół. Zebrało się tam spore towarzystwo: przyjaciele, krewni z prowincji. Przypomniało nam się, że nazajutrz będzie kolejna rocznica sierpniowego puczu.

– Jutro jest święto…

– A cóż tu mamy świętować? To tragedia. Naród przegrał.

– Przy dźwiękach muzyki Czajkowskiego grzebano Sowiety…

– Pierwsze co zrobiłam, to wzięłam pieniądze i pobiegłam do sklepu. Wiedziałam, że czymkolwiek się to wszystko skończy, ceny pójdą w górę.

– Ucieszyłem się, że zdejmą Gorbiego! Obrzydł już wszystkim ten gaduła.

– Rewolucja była tylko teatrem. Przedstawieniem dla ludu. Pamiętam zupełną obojętność wszystkich, z kimkolwiek bym rozmawiał. Wszyscy wyczekiwali.

– A ja zadzwoniłem do pracy i poszedłem robić rewolucję. Wygrzebałem z bufetu wszystkie noże, które były w domu. Wiedziałem, że to wojna… że potrzebna jest broń…

– Ja byłem za komunizmem! U nas w rodzinie wszyscy należeli do partii. Mama śpiewała nam pieśni rewolucyjne zamiast kołysanek. Wnukom też teraz śpiewa. „Zwariowałaś?” – pytam. A ona na to: „Przecież nie znam innych piosenek”. Dziadek też był bolszewikiem… i babka…

– Powiedzcie jeszcze, że komunizm to piękna bajka. A rodzice mego ojca zginęli w łagrach Mordowii.

– Poszliśmy pod Biały Dom razem z rodzicami. Tato powiedział: „Chodźmy. Bo inaczej to nigdy nie będzie ani kiełbasy, ani dobrych książek”. Wyrywaliśmy z bruku kamienie i budowali barykady.

– Teraz ludzie ochłonęli, więc stosunek do komunistów się zmienia. Można go nie ukrywać… Pracowałem w komitecie dzielnicowym Komsomołu. Pierwszego dnia zabrałem do domu wszystkie legitymacje komsomolskie, czyste blankiety i odznaki. Schowałem je w piwnicy, potem nie miałem gdzie trzymać kartofli. Nie wiedziałem, do czego mi to potrzebne, ale wyobraziłem sobie, że przyjdą opieczętować lokal i wszystko to zniszczą, a to były drogie dla mnie symbole.

– Mogło się zdarzyć, że poszlibyśmy zabijać się nawzajem… Dzięki Bogu do tego nie doszło!

– Nasza córka leżała w klinice położniczej. Przyszłam do niej, a ona pyta: „Mamo, czy będzie rewolucja? Wojna domowa?”.

– A ja skończyłem uczelnię wojskową. Służyłem w Moskwie. Gdyby kazano nam kogoś aresztować, to na pewno byśmy taki rozkaz wykonali. I niejeden zrobiłby to z entuzjazmem. Bo sytuacji w kraju mieliśmy już dość. Przedtem wszystko było jasne i proste, wszystko jak należy. Był porządek. Wojskowi lubią tak żyć. Ludzie w ogóle tak lubią żyć.

– Boję się wolności. Przyjdzie pijak i podpali mi daczę.

– Jakież tam, koledzy, idee? Życie jest krótkie, wypijmy sobie!

* * *

19 sierpnia 2001 roku – dziesiąta rocznica puczu. Jestem w stolicy Syberii, Irkucku. Robię kilka błyskawicznych wywiadów na ulicach.

Pytanie:

– Co by się stało, gdyby zwyciężył Państwowy Komitet Stanu Wyjątkowego[13]?

Odpowiedzi:

– Ocalilibyśmy wielki kraj…

– Popatrzcie na Chiny, gdzie rządzą komuniści. Chiny stały się drugą gospodarką w świecie…

– Gorbaczowa i Jelcyna postawiono by przed sądem jako zdrajców ojczyzny.

– Zalaliby kraj krwią… I zapełniliby ludźmi obozy koncentracyjne.

– Socjalizm by ocalał. Nie byłoby wśród nas podziału na biednych i bogatych.

– Nie byłoby żadnej wojny w Czeczenii.

– Nikt by nie śmiał mówić, że Hitlera pokonali Amerykanie.

– Ja sam stałem pod Białym Domem. I czuję, że zostałem oszukany.

– Co by było, gdyby pucz zwyciężył? Przecież zwyciężył! Pomnik Dzierżyńskiego zwalono, ale Łubianka została. Budujemy kapitalizm pod przewodnictwem KGB.

– Moje życie by się nie zmieniło…

O tym, jak przedmioty zrównały się z ideami i słowami

Świat rozleciał się na dziesiątki różnokolorowych kawałków. Jakże chcieliśmy, żeby szara radziecka egzystencja czym prędzej zmieniła się w słodkie obrazki z filmów amerykańskich! O tym, jak staliśmy pod Białym Domem, już mało kto wspominał… Tamte trzy dni wstrząsnęły światem, ale nie nami… Dwa tysiące ludzi wiecuje, a reszta przejeżdża obok i patrzy na nich jak na idiotów. Dużo piliśmy. U nas zawsze dużo się pije, ale wtedy piliśmy wyjątkowo dużo. Społeczeństwo zamarło – w którą stronę pójdziemy? Czy nastanie kapitalizm, czy też porządny socjalizm? Kapitaliści są tłuści, straszni – to nam wmówiono w dzieciństwie… (Śmieje się).

Kraj pokrył się siecią banków i straganów. Pojawiły się całkiem inne towary. Nie toporne buciska i sukienki godne staruszek, ale to, o czym zawsze marzyliśmy: dżinsy, kożuszki, elegancka bielizna damska, serwisy obiadowe… Wszystko takie śliczne, kolorowe. Nasze radzieckie wyroby były szare, surowe, zupełnie jakby produkowali je dla wojska. Biblioteki i teatry opustoszały. Pełno ludzi było za to na bazarach i w sklepach komercyjnych. Wszyscy natychmiast zapragnęli być szczęśliwi. Jak dzieci odkryliśmy nowy świat… Wkrótce jednak przestaliśmy omdlewać z zachwytu, wchodząc do supermarketu… Znajomy zajął się biznesem. Opowiadał, że kiedy pierwszy raz przywiózł tysiąc puszek kawy rozpuszczalnej, to rozkupiono je w ciągu paru dni; kiedy kupił sto odkurzaczy – też momentalnie rozsprzedał. Ludzie brali wszystko: kurtki, swetry, najróżniejsze drobiazgi! Przebierali się, zmieniali obuwie. Kupowali nowy sprzęt i meble. Remontowali dacze… Zapragnęli mieć ładne ogrodzenia i dachy… Czasem z przyjaciółmi zaczynamy wspominać, a wtedy pękamy ze śmiechu… Dzikusy! Ludzie byli zupełnymi dziadami. Wszystkiego musieli się uczyć… W czasach radzieckich wolno było mieć mnóstwo książek, ale nie drogi samochód czy dom. No więc uczyliśmy się ładnie ubierać, smacznie gotować, rankiem pić soki i jogurty… Przedtem gardziłam pieniędzmi, bo po prostu nie wiedziałam, co to jest. W naszej rodzinie nie mówiło się o takich rzeczach. Mówić o pieniądzach to wstyd. Można powiedzieć, że wyrośliśmy w kraju bez pieniędzy. Tak jak wszyscy dostawałam swoje sto dwadzieścia rubli i to mi wystarczało. Pieniądze przyszły z pierestrojką. Z Gajdarem. Prawdziwe pieniądze. Zamiast: „Nasza przyszłość to komunizm” wszędzie wisiały transparenty „Kupujcie! Kupujcie!”. Kto chciał, mógł podróżować. Zobaczyć Paryż… Albo Hiszpanię… Fiestę… Walkę byków… Czytałam o tym u Hemingwaya, czytałam i wiedziałam, że nigdy tego nie zobaczę. Książki zastępowały nam życie… Skończyły się nasze nocne czuwania w kuchniach i zaczęło się zarabianie, dorabianie. Pieniądze stały się synonimem wolności. Wszystkich opanowała chęć posiadania. Najsilniejsi i najbardziej agresywni zaczęli robić interesy. Zapomnieliśmy o Leninie i Stalinie. Tak uchroniliśmy się od wojny domowej, bo znowu mielibyśmy „białych” i „czerwonych”. „Naszych” i „nie naszych”. Zamiast krwi – przedmioty… Życie! Wybraliśmy piękne życie. Nikt nie chciał pięknie umierać, wszyscy chcieli pięknie żyć. Inna rzecz, że słodkich pierniczków nie starczyło dla wszystkich…

 

* * *

Epoka radziecka… Słowo miało status sakralny, magiczną moc. Tak więc siłą bezwładu w inteligenckich kuchniach rozmawiano jeszcze o Pasternaku, gotowano zupę, nie wypuszczając z rąk Astafjewa i Bykowa, ale życie cały czas udowadniało, że to się już nie liczy. Że słowa nic nie znaczą. W roku dziewięćdziesiątym pierwszym… Odwieźliśmy mamę do szpitala z ciężkim zapaleniem płuc, wróciła stamtąd jako bohaterka. Przez cały czas opowiadała ludziom o Stalinie, o zabójstwie Kirowa, o Bucharinie… Gotowi byli jej słuchać dniem i nocą. Ludzie chcieli wówczas, żeby im otwarto oczy. Niedawno mama znowu trafiła do szpitala, ale tym razem aż do końca pobytu milczała. Minęło zaledwie pięć lat, a rzeczywistość już inaczej rozdzieliła role. Bohaterką tym razem była żona biznesmena… Ona i jej opowieści sprawiły, że wszyscy zaniemówili… Jaki ma dom – trzysta metrów kwadratowych! Ile służby: kucharka, niania, kierowca, ogrodnik… Wypoczywa z mężem na Zachodzie… Tak, oczywiście, muzea, ale butiki… Butiki! Jeden pierścionek waży tyle karatów, a inny… А wisiorki… złote klipsy… Publiczność zachwycona! O Gułagu albo czymś podobnym – ani słowa. Było i już, nie ma o czym gadać. Kto by się tam teraz kłócił ze starymi?

Z przyzwyczajenia zaglądałam do antykwariatu – spokojnie stał tam sobie komplet dwustu tomów „Biblioteki Literatury Światowej” i „Biblioteka Przygód” – ta sama pomarańczowa seria, za którą szalałam. Patrzyłam na grzbiety książek i długo wdychałam ich zapach. Były tam istne góry książek! Inteligenci wyprzedawali biblioteki. Oczywiście, wielu zubożało, ale nie dlatego pozbywano się książek z domu, nie tylko z braku pieniędzy. Chodziło o to, że książki ludzi rozczarowały. To rozczarowanie było całkowite. Pytanie: „Co teraz czytasz?” brzmiało już nieprzyzwoicie. Zbyt wiele zmieniło się w życiu, a książki o tym nie mówiły. Rosyjskie powieści nie uczą, jak osiągnąć sukces. Jak zostać bogatym… Obłomow leży na kanapie, a bohaterowie Czechowa cały czas piją herbatę i utyskują na życie… (Milknie). Chińczycy powiadają: „Nie daj Boże żyć w epoce przemian”. Mało kto z nas pozostał taki, jaki był. Przyzwoici ludzie gdzieś się pochowali. Wszędzie tylko łokcie i zęby…

* * *

Jeśli mowa o latach dziewięćdziesiątych… Nie powiedziałbym, że to były piękne czasy, raczej ohydne. W umysłach nastąpił zwrot o sto osiemdziesiąt stopni… Niejeden nie wytrzymał i oszalał, szpitale dla wariatów były przepełnione. Odwiedziłem w jednym z nich przyjaciela. Ktoś krzyczał: „Jestem Stalin! Jestem Stalin!”, drugi: „Jestem Bieriezowski[14]! Jestem Bieriezowski!”. Cały oddział był pełen stalinów i bieriezowskich. Na ulicach ciągle strzelano. Zginęło mnóstwo ludzi. Codziennie dochodziło do rozpraw. Wyrwać coś dla siebie. Zdążyć, póki inni tego nie zrobią. Jednego zrujnowali, drugiego przymknęli. Z pałacu – do lochu. A z drugiej strony jak fajnie – wszystko widzisz na własne oczy…

W bankach stały kolejki tych, którzy chcieli założyć biznes: otworzyć piekarnię, sprzedawać sprzęt elektroniczny… Też stałem w tej kolejce. Dziwiłem się, jak wielu nas jest. Jakaś kobieta w berecie zrobionym na drutach, chłopak w sportowej kurtce, tęgi chłop o wyglądzie byłego więźnia… Przez siedemdziesiąt lat z górą pouczano nas, że pieniądze szczęścia nie dają, że wszystko, co najlepsze w życiu, człowiek dostaje za darmo. Na przykład miłość. Ale wystarczyło powiedzieć z trybuny: „handlujcie, bogaćcie się”, żeby wszyscy o tym zapomnieli. W kąt poszły wszystkie radzieckie książki. Ci ludzie wcale nie przypominali tych, z którymi siedziałem do rana i brzdąkałem na gitarze. Od biedy potrafiłem zagrać trzy akordy. Jedyne, co tych nowych łączyło z „kuchennymi” ludźmi, było to, że im też obrzydły czerwone sztandary i cały ten rytuał: zebrania Komsomołu, zajęcia polityczne… Socjalizm miał ludzi za durniów…

Bardzo dobrze wiem, czym są marzenia. Przez całe dzieciństwo prosiłem o rower, ale nikt mi go nie kupił. W domu była bieda. Zostałem farcowszczikiem[15], w szkole handlowałem dżinsami, na wyższej uczelni – mundurami radzieckimi i różnymi odznakami. Cudzoziemcy to kupowali. Zwyczajna sprawa. W radzieckich czasach można było za to dostać od trzech do pięciu lat. Ojciec biegał za mną z pasem i krzyczał: „Spekulant! Po to walczyłem pod Moskwą, żeby mi takie gówno w domu wyrosło!”. To, co wczoraj było przestępstwem, dzisiaj było biz­nesem. W jednym miejscu kupiłem gwoździe, w drugim fleki, zapakowałem w foliową torbę i sprzedałem jako nowy towar. Przyniosłem pieniądze do domu. Nakupiłem różnych rzeczy, pełną lodówkę. Rodzice myśleli, że zaraz przyjdzie milicja i mnie aresztuje. (Śmieje się). Sprzedawałem sprzęt gospodarstwa domowego. Szybkowary, garnki do gotowania na parze… Wracałem samochodem z Niemiec z całą przyczepą towaru. Wszystko schodziło… W moim gabinecie stało pudło po komputerze, pełne pieniędzy… Myślałem wtedy, że to tylko pieniądze. Bierze się z tego pudła, bierze i ciągle jest z czego brać. Już chyba wszystko kupiłem: mieszkanie, brykę, rolexa… Pamiętam tamto upojenie. Człowiek może spełnić wszystkie swoje marzenia, skrywane fantazje. Wiele się o sobie dowiedziałem: po pierwsze, że nie mam gustu, a po drugie, że jestem zakompleksiony. Nie potrafię obracać pieniędzmi. Nie wiedziałem, że duże pieniądze nie powinny leżeć, muszą pracować. Pieniądze są taką samą próbą dla człowieka jak władza czy miłość… Marzyłem… I pojechałem do Monako. W kasynie w Monte Carlo przegrałem wielką sumę, mnóstwo kasy. Nosiło mnie… Byłem niewolnikiem swojego pudła. Są tam jeszcze pieniądze czy nie ma? Ile ich jest? Powinno być ich coraz więcej. Przestało mnie interesować to, co przedtem. Polityka… Wiece… Umarł Sacharow. Poszedłem go pożegnać. Setki tysięcy ludzi… Wszyscy płakali, ja też. Niedawno przeczytałem w gazecie, że umarł wielki jurodiwy[16] Rosji. Pomyślałem, że umarł w porę. Kiedy Sołżenicyn przyjechał z Ameryki, obstąpiliśmy go wszyscy. Ale ani on nas nie rozumiał, ani my jego. Był cudzoziemcem. Wrócił do Rosji, a tu za oknami Chicago…

Kim byłbym, gdyby nie pierestrojka? Pracownikiem inżynieryjno-technicznym z nędzną pensją… (Śmieje się). A teraz mam własną klinikę okulistyczną. Kilkaset osób ze swoimi rodzinami, dziadkami, babciami jest ode mnie zależnych. Pani grzebie we własnej duszy, snuje refleksje, a ja tego problemu nie mam. Pracuję dniem i nocą. Kupiłem najnowsze wyposażenie, chirurgów wysłałem na staż do Francji. Ale nie jestem altruistą, mam spore dochody. Do wszystkiego doszedłem sam… A miałem w kieszeni tylko trzysta dolarów… Zaczynałem interesy z takimi partnerami, że gdyby weszli tu do pokoju, toby pani zemdlała. Prawdziwi goryle! Wzrok dziki… Teraz ich już nie ma, wyginęli jak dinozaury. Chodziłem w kamizelce kuloodpornej, strzelano do mnie. Nie przejmuję się tym, że ktoś je gorszą kiełbasę niż ja. Wszyscy przecież chcieliście, żeby był kapitalizm. Marzyliście o nim! To teraz nie krzyczcie, że was oszukali…