Czarnobylska modlitwa.Tekst

Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czarnobylska modlitwa.
Czarnobylska modlitwa.
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56,80  45,44 
Czarnobylska modlitwa.
Audio
Czarnobylska modlitwa.
Audiobook
26,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Monolog o tym, że jak znajdzie się dżdżownicę, to wszystkie kury się cieszą. A to, że się gotuje w saganie, też nie jest wieczne

Pierwszy strach…

Pierwszy strach spadł z nieba. Pływał we wodzie. A niektórzy ludzie, niemało zresztą, zachowali kamienny spokój. Jak Boga kocham! Mężczyźni, ci ze starszych, jak wypiją, to wołają: „Myśmy do Berlina doszli i zwyciężyli”. Tak gadają, jakby pięścią w stół walili… Zwycięzcy! Z medalami.

Pierwszy strach był. Kiedy rankiem w sadzie i w ogrodzie znaleźliśmy zdechłe krety. Kto je pozabijał? Zwykle przecież spod ziemi nie wyłażą. Coś je wypędziło. Przysięgam, że to prawda!

Syn dzwoni z Homla: „A chrabąszcze fruwają?”. „Chrabąszczy nie ma, nawet larw nie widać. Pochowały się”. „A dżdżownice są?” „Jak się jaką znajdzie, to wszystkie kury się cieszą. Dżdżownic też nie ma”. „Pierwsza oznaka: jeśli nie ma chrabąszczy ani dżdżownic, to znaczy, że jest silne promieniowanie”. „Co to znaczy promieniowanie?” „Mamo, to jest taka śmierć. Namów tatę i wyjeżdżajcie. Przeczekacie u nas”. „Właśnie w ogródku sadziliśmy…”

Jakby wszyscy byli mądrzy, to kto byłby głupi? Jak się pali, no to trudno. Pożar, wiadomo, rzecz chwilowa, w tamtym czasie nikt się nie bał.

O atomie nie mieliśmy pojęcia. Jak Boga kocham! A żyliśmy tuż przy elektrowni atomowej, trzydzieści kilometrów w linii prostej, a szosą czterdzieści. Bardzośmy byli zadowoleni. Kupiło się bilet i pojechało. Zaopatrzenie jak w Moskwie, kiełbasa tania, w sklepach zawsze było mięso. Do wyboru. Dobre to były czasy!

A teraz – sam strach. Gadają, że tylko żabki i meszki się ostaną, a ludzie nie. Będzie samo życie, bez ludzi. Bajeczki dla dzieci. Głupi, kto w bajki wierzy! Ale że nie ma bajki bez prawdy. To też od dawna wiadomo…

Włączam radio. Straszą nas i straszą tym promieniowaniem. A za promieniowania lepiej się nam zaczęło żyć. Jak Boga kocham! Popatrz pani: dowieźli pomarańcze, trzy gatunki kiełbasy, proszę bardzo. We wsi! Moje wnuki pół świata objechały.

Najmłodsza wróciła z Francji, to stamtąd kiedyś Napoleon przyszedł. „Babciu, widziałam ananasa!”. Drugiego wnuka. Jej braciszka zabrali na leczenie do Berlina. To tam, skąd Hitler nas najechał. Czołgami. Nowy świat teraz. Wszystko jest inaczej. To promieniowanie winne czy kto? A jakie ono jest? Może gdzieś w kinie pokazywali? Widziała pani? Białe jest czy jakie? Jakiego koloru jest? Jedni mówią, że nie ma koloru ani zapachu, a inni – że czarne. Jak święta ziemia! Ale jeśli bez żadnego koloru, to całkiem jak Bóg. Bóg jest wszędzie, a nikt go nie widzi. Straszą nas! A jabłka w ogrodzie widać i liście na drzewach, kartofle w polu. Myślę, że żadnego Czarnobyla nie ma, wymyślili. Oszukali ludzi. Moja siostra wyjechała ze swoim chłopem. Tu niedaleko, dwadzieścia kilometrów. Dwa miesiące tam pomieszkali, biegnie do nich sąsiadka: „Od waszej krowy promieniowanie przeszło na moją. Zdycha”. „Jakże tak mogło przejść?” „A powietrzem, jak kurz. Latające” Bajki! Bajeczki dla dzieci. A to jest naprawdę. Dziadek miał pszczoły, pięć uli. Przez trzy dni nie wyleciały, ani jedna. Siedziały w ulach. Żeby przeczekać. Dziadek chodzi po podwórzu. „Cóż to je naszło? Co za cholera?” Coś w przyrodzie się wydarzyło. A potem, kiedy już minęło trochę czasu, wyjaśnił nam sąsiad, nauczyciel, że ich system jest lepszy od naszego, mądrzejszy, no więc od razu poczuły. Radio, gazety jeszcze nic nie mówiły, a pszczoły już wiedziały. Dopiero na czwarty dzień wyleciały. Osy. Były tu osy, gniazdo nad gankiem, nikt ich nie ruszał, i nagle rano ich nie ma, ani żywych, ani martwych. Po sześciu latach wróciły. Promieniowanie… Straszy toto i ludzi, i zwierzęta… Ptaki… Nawet drzewo się lęka, tyle że jest nieme. Nic nie powie. A stonka pełza, jak pełzała, zjadają nam kartofle, zżerają do ostatniego listka, przyzwyczajone do trucizny. Tak jak my.

Ale jak tak sobie pomyślę, to w każdej chałupie ktoś umarł… Ta druga ulica, na tamtym brzegu rzeki… Tam wszystkie kobiety teraz bez mężów, nie ma mężczyzn, wszyscy poumierali. Na naszej ulicy mieszka mój dziadek i jeszcze jeden. Mężczyzn Pan Bóg wcześniej zabiera. Dlaczego? Nikt nam tego nie przetłumaczy, nie zna nikt tej tajemnicy. Ale jak się pomyśli, że mogliby zostać sami mężczyźni bez bab, to też nie w porządku. Piją, kochana, oj piją. Ze smutku piją. Kto miałby chęć umierać! Kiedy człowiek umiera, to tak się smuci! Nic ani nikt go wtedy nie pocieszy. Nijak nie można. Piją ludzie i gadają. Rozprawiają. Wypije człowiek, pośmieje się i bach! – nie ma go. Wszyscy marzą o lekkiej śmierci. Jak na nią zasłużyć? Dusza to jedyna żywa istota. Moja kochana. A kobiety wszystkie nasze puste, kobiecość im wycięli, no, u co trzeciej. I u młodej, i u starej. Nie wszystkie zdążyły urodzić… Jak pomyślę… Wszystko minęło, jakby nic z tego nie było…

A cóż ja mogę dodać? Trzeba żyć… Nic więcej…

I co jeszcze. Kiedyś sami ubijaliśmy masło, śmietanę, robiliśmy twaróg, inne sery. Gotowaliśmy zacierkę. Czy takie coś jada się w mieście? Zalewa się mąkę wodą i miesza, wtedy robią się takie poszarpane kawałki ciasta, które trzeba wrzucić do garnka z gorącą wodą. Zagotuje się i zabiela mlekiem. Nasza mama pokazywała i mówiła: „I wy, dzieci, nauczcie się tego. Ja nauczyłam się od swojej mamy”. Piliśmy sok brzozowy i klonowy. Fasolę w strączkach gotowaliśmy w saganie w dużym piecu. Gotowaliśmy kisiel żurawinowy. A w czasie wojny zbieraliśmy pokrzywy, lebiodę i inne trawy. Z głoduśmy puchli, ale nie umierali. W lesie są jagody, grzyby. A teraz takie życie, że wszystko to się rozsypało. Myśleliśmy, że jest nienaruszalne, że zawsze tak było i będzie. I że to, że gotuje się w saganie, jest wieczne. Nigdy bym nie uwierzyła, że to może się zmienić. Ale tak się porobiło. Mleka nie wolno, strączkowych nie wolno. Grzybów, jagód zabraniają. Mięso każą moczyć trzy godziny. I z kartofli dwa razy wodę odcedzać, kiedy się gotują. Ale przeciw Bogu co człowiek poradzi. Żyć trzeba.

Straszą, że nawet naszej wody pić nie wolno. Ale jakże to tak bez wody? W każdym człowieku jest woda. Nie ma nikogo bez wody. Wodę nawet w kamieniu się znajdzie. Może w takim razie woda jest wieczna? Całe życie z niej się bierze. Kogo o to zapytać? Nikt nie wie. A do Boga się trzeba modlić, nie pytać go… Żyć trzeba…

Właśnie żyto wzeszło… Dobre żytko…

Anna Pietrowna Badajewa,
nielegalna mieszkanka strefy

Monolog o pieśni bez słów

Do nóżek się pani kłaniam… Poproszę…

Niech nam pani znajdzie Annę Suszko… Mieszkała w naszej wsi… We wsi Kożuszki… Nazwisko Anna Suszko… Wymienię pani wszystkie znaki szczególne, a pani niech wydrukuje. Ma garb, niemowa od dziecka. Mieszkała sama… sześćdziesiąt lat… W czasie przesiedlenia zabrali ją sanitarką i wywieźli w niewiadomym kierunku. Pisać nie umiała, więc żadnego listu od niej nie dostaliśmy. Samotnych i chorych dawali do przytułków. Chowali. Ale adresu nikt nie zna… Niech pani wydrukuje…

Cała wieś jej żałowała. Zajmowali się nią jak małym dzieckiem. Jeden narąbie drew, drugi mleka przyniesie. Inny posiedzi w chacie wieczorem… Napali w piecu… Dwa lata jak wróciliśmy do rodzinnych domów, a wprzódy wycieraliśmy cudze kąty. I niech pani powie, że jej dom stoi. Jest dach, okna są. Co było rozbite i rozgrabione, to jej oddamy. Niech pani tylko poda adres, gdzie mieszka i się męczy, to pojedziemy i zabierzemy. Przywieziemy z powrotem. Żeby nie umarła z tęsknoty. Do nóg się paniusi kłaniam. Niewinna dusza w obcym świecie się męczy.

Oj, zapomniałabym… Miała jeszcze jeden znak szczególny. Kiedy ją coś bolało, to śpiewała piosenkę. Taką bez słów. Sam głos. Bo mówić nie potrafi… Tylko kiedy ją boli, to wyciąga: aa-a… Żali się…

A-aa…

Maria Wołczok, sąsiadka

Trzy monologi o starodawnym strachu i o tym, dlaczego jeden mężczyzna milczał, kiedy mówiły kobiety

Rodzina K-wów. Matka z córką. I mężczyzna, który nie powiedział ani słowa (mąż córki).

Córka:

Początkowo płakałam dzień i noc. Chciało się płakać i mówić. Jesteśmy z Tadżykistanu, z Duszanbe. Tam toczy się wojna…

Nie powinnam o tym… Będę miała dziecko, jestem w ciąży… Ale opowiem pani… Wchodzą za dnia do autobusu, żeby skontrolować dowody… Zwyczajni ludzie, tylko z automatami. Przeglądają dokumenty i wyrzucają mężczyzn z autobusu. I od razu, przy drzwiach. Rozstrzeliwują. Nawet nie odprowadzają na bok. Nigdy bym w to nie uwierzyła. Ale widziałam na własne oczy. Widziałam, jak wyprowadzili dwóch mężczyzn, jednego całkiem młodego, który coś do nich krzyczał. Po tadżycku, po rosyjsku. Wołał, że jego żona niedawno rodziła, że w domu ma trójkę małych dzieci. A ci się tylko śmiali, też byli młodzi, całkiem młodzi. Zwyczajni ludzie, tylko z automatami. On upadł… Całował im adidasy… Wszyscy milczeli, cały autobus. Ledwie odjechaliśmy: ta ta ta!… Bałam się obejrzeć. (Płacze).

Nie powinnam o tym… Spodziewam się dziecka… Ale opowiem pani… Proszę o jedno: niech pani nie podaje mojego nazwiska, tylko imię: Swietłana. Tam zostali nasi krewni. Zabiliby ich. Kiedyś myślałam, że u nas nigdy już nie będzie wojny. Wielki kraj, ukochany kraj. Najsilniejszy! Kiedyś mówiono nam, że w państwie radzieckim żyjemy skromnie, ubogo, bo była wielka wojna, ludzie ucierpieli, ale za to teraz mamy potężną armię, nikt nas nie zaczepi. Nie pokona! A myśmy zaczęli strzelać do siebie. Teraz nie ma takiej wojny jak kiedyś. Tamtą wspominał nasz dziadek, który doszedł do Niemiec. Do Berlina. Teraz sąsiad strzela do sąsiada, chłopcy chodzili razem do szkoły, a dziś zabijają się nawzajem, gwałcą dziewczynki, z którymi siedzieli w jednej ławce. Wszyscy powariowali…

Nasi mężowie nic nie mówią. Mężczyźni milczą, nic pani nie powiedzą. Wykrzykiwano za nimi, że są jak kobiety, że uciekają. Tchórze! Zdradzają ojczyznę. A jaka jest ich wina? Czy to jest czyjaś wina, że nie może strzelać? Nie chce. Mój mąż jest Tadżykiem, miał iść na wojnę i zabijać. A on: „Wyjeżdżamy, nie chcę iść na wojnę. Niepotrzebny mi automat”. Lubi ciesiołkę, lubi pracować przy koniach. Nie chce strzelać. Taką już ma duszę. Polować też nie lubi. Tam jest jego ziemia, tam mówi się w jego języku, ale wyjechał. Bo nie chce zabijać drugiego Tadżyka, takiego jak on sam. Kogoś znajomego, kogoś, kto mu nie zrobił żadnej krzywdy. On tam nawet telewizji nie oglądał. Zatykał uszy. Ale tu jest samotny, tam walczą jego rodzeni bracia, jeden już zginął. Tam żyje jego matka. Siostry. Jechaliśmy tutaj pociągiem z Duszanbe, zimnym, bo nieogrzewany i nie miał szyb. Strzelać do nas nie strzelali, ale po drodze ciskali w okna kamieniami, tłukli szyby: „Ruscy, wynoście się! Okupanci! Dosyć nas grabiliście!”. A on jest Tadżykiem i to wszystko słyszał. Nasze dzieci też słyszały. Nasza córka uczyła się w pierwszej klasie, była zakochana w chłopcu Tadżyku. Wraca ze szkoły: „Mamo, kim ja jestem, Tadżyjką czy Rosjanką?”. I jak jej wytłumaczyć…

 

Nie powinnam o tym… Ale opowiem pani… Tam Tadżykowie z Pamiru walczą z Tadżykami z Kulabu. Wszyscy są Tadżykami, wyznają jedną wiarę, mają jeden Koran, ale ci z Kulabu zabijają tych z Pamiru, a ci z Pamiru zabijają tych z Kulabu. Najpierw zbierali się na placu, krzyczeli, odprawiali modły. Chciałam zrozumieć, więc też tam poszłam. Spytałam starszych ludzi: „Przeciw komu występujecie?”. Odpowiedzieli: „Przeciw Parlamentowi. Mówią, że to bardzo zły człowiek, ten Parlament”. Potem plac opustoszał i rozległy się strzały. Jakoś od razu kraj zrobił się inny, nieznany. Wschód! Chociaż przedtem nam się wydawało, że mieszkamy w swoim kraju. Według praw radzieckich. Tam zostało tyle rosyjskich grobów, a nie ma komu opłakiwać zmarłych… Na naszych cmentarzach pasie się bydło… Kozy… Starzy Rosjanie grzebią po śmietnikach…

Pracowałam w klinice położniczej, byłam pielęgniarką. Nocny dyżur. Kobieta rodzi, poród jest ciężki, kobieta krzyczy. Wbiega salowa. W niesterylnych rękawiczkach, w niesterylnym fartuchu… Co się stało? Co?… Żeby tak wbiegać na salę?! „Dziewczyny, bandyci!”. A tamci w czarnych maskach, z bronią. I od razu do nas: „Dawaj narkotyki! Dawaj spirytus!”. „Nie ma narkotyków, nie ma spirytusu!”. Stawiają pod ścianę lekarza. „Dawaj!”. Wtedy ta położnica wydała okrzyk ulgi. Radosny. Zapłakało wtedy dziecko, które dopiero się urodziło. Pochyliłam się nad nim, nawet nie pamiętam już, kto to był, chłopiec czy dziewczynka. Nie miało jeszcze imienia ani nic. A tamci bandyci do nas: „Skąd ona – Kulab czy Pamir?”. Nie chłopczyk ani dziewczynka, tylko Kulab czy Pamir. My nic nie mówimy. A ci się drą: „Kto ona jest?!”. My – nic. Wtedy oni to dziecko, które może pobyło na tym świecie ledwie pięć czy dziesięć minut, łapią i wyrzucają przez okno. Jestem pielęgniarką, nieraz widziałam, jak umierają dzieci. A wtedy… Omal mi serce nie wyleciało z piersi. Nie powinnam tego wspominać… (Zaczyna znowu płakać). Po tym zdarzeniu. Dostałam egzemy na rękach. Żyły mi się rozdęły. I poczułam taką obojętność na wszystko, że nie chciało mi się w ogóle wstawać z łóżka. Dochodzę do szpitala i zawracam. A teraz sama spodziewałam się dziecka. Jak tu żyć? Jak tam rodzić? Przyjechaliśmy tutaj… Na Białoruś… Narowla to spokojne miasteczko, nieduże… Więcej niech mnie pani nie pyta… Proszę mnie nie ranić… (Milknie). Chwileczkę… Chcę, żeby pani wiedziała. Nie boję się Boga. Boję się człowieka. Początkowo tutaj pytaliśmy: „Gdzie jest u was promieniowanie?”. „Tam, gdzie pani stoi”. To przecież cała ziemia! (Ociera łzy). Ludzie powyjeżdżali. Strach ich ogarnął…

A mnie tutaj nie jest tak strasznie jak tam. Zostaliśmy bez ojczyzny, jesteśmy niczyi. Niemcy wszyscy wrócili do Niemiec, Tatarzy, kiedy im pozwolono – na Krym, a Rosjanie nikomu nie są potrzebni. Skąd wypatrywać pomocy? Na co czekać? Rosja nigdy nie ratowała swoich ludzi, bo jest wielka, nieskończona. Szczerze mówiąc, to nawet nie czuję, że Rosja jest moją ojczyzną – nam wpojono, że naszą ojczyzną jest Związek Radziecki. Teraz nie wiadomo, gdzie szukać zbawienia. Już i to dobre, że tutaj nikt nie naciska na spust. Dali nam tutaj dom, mężowi – pracę. Napisałam do znajomych, którzy wczoraj też tu przyjechali. Na zawsze. Przyjechali wieczorem i bali się wyjść z budynku dworca, nie puszczali dzieci, siedzieli na walizkach. Chcieli przeczekać do rana. A potem widzą, że ludzie chodzą po ulicach, śmieją się, palą papierosy. Pokazano im naszą ulicę. Można się śmiać. Rankiem poszli do sklepu, zobaczyli masło, śmietanę, więc od razu w sklepie – sami nam to opowiedzieli – kupili pięć butelek śmietany i od razu wypili. Patrzyli na nich jak na wariatów. A oni od dwóch lat nie widzieli masła ani śmietany. Nawet chleba nie można było dostać. Bo jest wojna.

Nie da się tego wytłumaczyć człowiekowi, który nie widział wojny… Tylko w kinie…

Tam moja dusza była martwa. Kogo ja bym tam urodziła, mając martwą duszę? Tutaj ludzi jest mało. Domy stoją puste. Mieszkamy pod lasem. Boję się, kiedy jest dużo ludzi. Jak na dworcu… W czasie wojny… (Zaczyna szlochać i milknie).

Matka:

Tylko o wojnie. Potrafię mówić tylko o wojnie. Dlaczego tu przyjechaliśmy? Na ziemię Czarnobyla? Bo stąd nas nikt nie wypędzi. Z tej ziemi. Już jest niczyja, zabrał ją Bóg… A ludzie zostawili…

W Duszanbe byłam zastępcą zawiadowcy stacji, poza mną był jeszcze jeden zastępca, Tadżyk. Nasze dzieci rosły razem, uczyły się, w święta siedzieliśmy przy jednym stole: Nowy Rok, Pierwszy Maja. Dzień Zwycięstwa. Razem piliśmy wino, jedli płow. On mówił do mnie: „Siostro. Siostrzyczko. Moja rosyjska siostro” No i kiedyś przychodzi (a urzędowaliśmy w jednym gabinecie), staje przed moim biurkiem i krzyczy: „Kiedy wreszcie wyniesiesz się do tej swojej Rosji? To jest nasza ziemia!’.

Myślałam w tamtej chwili, że mój umysł tego nie wytrzyma. Skoczyłam na niego: „Skąd masz tę kurtkę?”. „Z Leningradu” – odpowiedział zaskoczony. „To zdejmuj rosyjską kurtkę, draniu!” – I zdzieram z niego tę kurtkę. „Skąd masz czapkę? Chwaliłeś się, że z Syberii ci przysłali! To zdejmuj, draniu! Koszulę dawaj! Portki! W Moskwie były szyte! Też rosyjskie!”

Rozebrałabym go do majtek. Chłop jak dąb, ja sięgałam mu do ramienia, a wtedy – nie wiem skąd się wzięła moja siła – wszystko bym z niego zdarła. Dookoła już się ludzie zebrali. On krzyczy: „Zostaw mnie, wariatko!”. „Nie, oddawaj wszystko, co moje, rosyjskie! Zabiorę wszystko, co moje!” Mało wtedy rozumu nie postradałam. „Zdejmuj skarpetki! I buty!”

Pracowaliśmy dniem i nocą. Pociągi szły przepełnione, bo ludzie uciekali. Dużo Rosjan wtedy decydowało się wyjechać. Tysiące! Dziesiątki tysięcy! Setki! Jeszcze jedna Rosja. Wysłałam o drugiej w nocy skład do Moskwy, w holu zostały dzieci z miasta

Kurgan-Tiube, nie zdążyły na pociąg. Zasłoniłam je, schowałam. Podchodzi do mnie dwóch. Z automatami.

„Oj, chłopcy, co wy tu robicie?” – pytam, ale serce mi drży. „Sama jesteś winna, drzwi otwarte na oścież”. „Pociąg wysyłałam. Nie zdążyłam zamknąć”. „Co to za dzieci?” „To nasze, z Duszanbe”. „A może z Kurganu. Z Kulabu?” „Nie, nie, to nasze”.

Poszli. A gdyby otworzyli hol? Wtedy by wszystkie. I ja razem z nimi – kula w łeb! Tam była jedna władza – człowiek z karabinem. Rano wysłałam dzieci do Astrachania, kazałam, żeby je wieźli jak arbuzy, nie otwierając drzwi. (Milczy przez jakiś czas, potem długo płacze). Czy jest coś straszniejszego od człowieka? (Znowu milknie).

Już kiedy tu szłam ulicą, co chwilę oglądałam się – miałam wrażenie, że ktoś czai się za moimi plecami. Tam nie było dnia, żebym nie myślała o śmierci. Zawsze z domu wychodziłam w czystych, świeżo wyprasowanych rzeczach – bluzce, bieliźnie, spódnicy. No bo jakby mnie zabili? Teraz chodzę po lesie sama i nikogo się nie boję. Ludzi w lesie nie ma, ani jednego. Idę i wspominam – naprawdę mnie to spotkało czy może nie? Niekiedy spotykam myśliwych, z psem, strzelbą i dozymetrem. To też uzbrojeni ludzie, ale nie tacy, nie ścigają człowieka. Jak usłyszę strzały, to wiem, że strzelają do wron albo ścigają zająca. (Milknie). Dlatego tutaj nie jest dla mnie strasznie. Nie mogę się bać ziemi, wody. Boję się człowieka, który na bazarze za sto dolarów kupuje automat.

Wspominam pewnego chłopaka, Tadżyka… Ścigał innego chłopaka… Ścigał człowieka! Jakże on biegł, jak dyszał. Od razu wiedziałam, że chce tamtego zabić… Ale tamten się schował… Uciekł… Wtedy ten wraca, mija mnie i pyta: „Matko, gdzie tu u was można wody się napić?”. Zwyczajnie tak pyta, jakby nic się nie stało. U nas na dworcu stała beczka z wodą, wskazałam mu. Patrzę mu w oczy i mówię: „Czemuż wy się nawzajem ścigacie? Dlaczego się zabijacie?”. I tak jakby wstyd mu się zrobiło. „No, matko, mówi, lepiej nic nie mówcie”. A kiedy są razem, robią się inni. Gdyby było ich trzech, czy nawet dwóch, postawiliby mnie pod ścianę. Z pojedynczym człowiekiem można już rozmawiać…

Z Duszanbe przyjechaliśmy do Taszkentu, a dalej chcemy do Mińska. Ale nie ma biletów i już! U nich jest chytrze urządzone: dopóki nie dasz łapówki, nie wsiądziesz do samolotu. Bez końca się czegoś czepiają, to wagi, to objętości, tego nie wolno, to wyrzuć. Dwa razy wysyłali mnie na wagę, zanim zrozumiałam. Dałam w łapę. „Od razu tak trzeba było, a nie kłócić się tutaj”. Jakież to proste! A przedtem. Mieliśmy kontener ważący dwie tony – kazali rozładować. „Przyjeżdżacie z zapalnego punktu, może wieziecie broń? Marihuanę?”. Poszłam do naczelnika i u niego w poczekalni poznałam życzliwą kobietę, która mnie od razu uświadomiła: „Domagając się sprawiedliwości, nic pani tu nie wskóra, najwyżej jeszcze kontener wyrzucą na pole i rozgrabią to, co pani przywiozła”. No i co było robić? Całą noc nie spaliśmy, rozładowaliśmy, co tam mieliśmy: ciuchy, materace, stare meble i lodówkę, dwa worki książek. „Na pewno pani cenne książki wiezie..” Popatrzyli. Co robić? Czernyszewskiego, Zorany ugór Szołochowa. Pośmiali się. „A ile ma pani lodówek?” „Jedną, a i tę nam rozbili”. „Dlaczego nie wzięła pani deklaracji?” „A skąd mieliśmy wiedzieć? Pierwszy raz uciekamy przed wojną.”

Straciliśmy od razu dwie ojczyzny – Tadżykistan i Związek Radziecki…

Chodzę po lesie i myślę. Moi ciągle siedzą przed telewizorem – co tam nowego, co się dzieje? A ja nie chcę wiedzieć.

Miałam życie. Inne życie. Byłam tam kimś ważnym, dostałam nawet stopień podpułkownika wojsk kolejowych. Tutaj siedziałam jako bezrobotna, dopóki nie zatrudniłam się jako sprzątaczka w radzie miejskiej. Myję podłogi… Życie minęło… A na drugie już nie mam sił. Jedni nas tu żałują, drudzy niezadowoleni: „Uchodźcy kradną kartofle. Wykopują nocami”. Pamiętam, że podczas tamtej wojny ludzie bardziej się nawzajem żałowali. Niedawno pod lasem znaleźli zdziczałego konia. Nieżywego. W innym miejscu – zająca. Nie zabite, tylko nieżywe. Wszyscy się tym przejęli. A nieżywy bezdomny jakoś nie wzbudził zainteresowania.

Do martwego człowieka ludzie się przyzwyczaili…

Lena z Kirgistanu. Na progu domu, jak na fotografii, siedziało obok niej jej pięcioro dzieci z kotem Mietielicą, którego przywieźli ze sobą.

Uciekaliśmy jak od wojny…

Wzięliśmy rzeczy, kot szedł krok w krok za nami, aż na dworzec, więc zabraliśmy go ze sobą. Jechaliśmy pociągiem dwanaście dni, przedostatniego zostały nam tylko kapusta kiszona w słoikach i wrzątek. Wartowaliśmy przy drzwiach, jedno z łomem, drugie z siekierą. Powiem pani… Którejś nocy napadli na nas bandyci. Mało nas nie zabili. Za telewizor czy za lodówkę mogą teraz zabić człowieka. Uciekaliśmy jak od wojny, chociaż w Kirgistanie, gdzieśmy mieszkali, na razie nie strzelają. Była rzeź w mieście Osz. Kirgizi walczyli z Uzbekami. Jakoś szybko się wszystko uspokoiło. Przyczaiło. Coś jednak wisiało w powietrzu. Na ulicach. Powiem pani. No rzecz jasna my, Rosjanie, baliśmy się, ale i Kirgizi się boją… Są kolejki po chleb, więc krzyczą: „Rosjanie, jedźcie do domu! Kirgistan dla Kirgizów!” – i wypychają z kolejki. I jeszcze coś po kirgisku, w tym sensie, że dla nich samych brakuje chleba, a tu jeszcze nas mają żywić. Nie znam dobrze ich języka, tylko tyle, żeby na bazarze się potargować, coś kupić.

Mieliśmy ojczyznę, teraz nie mamy. Kim jestem? Mama jest Ukrainką, tato Rosjaninem. Urodziłam się i wychowałam w Kirgistanie, wyszłam za mąż za Tatara. Kim są moje dzieci? Jakiej są narodowości? Wszyscyśmy się wymieszali, nasza krew się zmieszała. W dowodzie ja i dzieci mamy napisane „Rosjanie”, chociaż nie jesteśmy Rosjanami. Jesteśmy obywatelami radzieckimi! Ale nie ma kraju, w którym się urodziłam. Nie ma ani miejsca, o którym mówiliśmy „ojczyzna”, ani tamtych czasów, które też były naszą ojczyzną. Teraz jesteśmy jak nietoperze. Mam pięcioro dzieci: najstarszy syn jest w ósmej klasie, najmłodsza dziewczynka w przedszkolu. Przywiozłam je tutaj. Naszego kraju nie ma, my – jesteśmy.

 

Tam się urodziłam i wychowałam. Budowałam fabrykę, pracowałam w niej. „Jedź sobie do swojego kraju, tutaj wszystko jest nasze”. Nie pozwalali zabrać nic poza dziećmi. „Tutaj wszystko nasze”. A gdzie jest moje? Ludzie uciekają. Wyjeżdżają.

Wszyscy Rosjanie. Ludzie radzieccy. Nigdzie nie są potrzebni, nikt na nich nie czeka.

A kiedyś byłam szczęśliwa. Wszystkie moje dzieci poczęły się z miłości. Tak je rodziłam: chłopiec, chłopiec, chłopiec, potem dziewczynka, dziewczynka. Więcej nie chcę mówić. Bo się rozpłaczę. (Ale dodaje jeszcze kilka słów). Będziemy tutaj mieszkać. Teraz tu jest nasz dom. Czarnobyl jest naszym domem. Naszą ojczyzną. (Nagle się uśmiecha). A ptaki tutaj są takie jak i u nas. Jest nawet pomnik Lenina. (Już przy furtce, żegnając się). Wczesnym rankiem w sąsiednim domu ludzie stukają młotkami, zdejmują deski z okien. Spotykam kobietę. „Skąd pani jest?”. „Z Czeczenii”. Nic nie mówi. Chodzi w czarnej chuście.

Jak mnie ludzie spotykają, dziwią się. Nie rozumieją. Co ty robisz swoim dzieciom, zabijasz je. Samobójczyni! Nie zabijam, ja je ratuję. Mam czterdziestkę i jestem zupełnie siwa. W takim wieku! Kiedyś przyprowadzili do domu niemieckiego dziennikarza, a on pyta: „Czy zawiozłaby pani dzieci tam, gdzie panuje dżuma albo cholera?”. Ale to dżuma i cholera. A tego strachu, który tu jest, nie znam. Nie widzę. Nie ma go w mojej pamięci.

Boję się ludzi… Człowieka z karabinem…

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?