Czarnobylska modlitwa.Tekst

Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czarnobylska modlitwa.
Czarnobylska modlitwa.
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56,80  45,44 
Czarnobylska modlitwa.
Czarnobylska modlitwa.
Czarnobylska modlitwa.
Audiobook
26,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału rosyjskiego ЧЕРНОБЫЛЬСКАЯ МОЛИТВА… ХРОНИКА БУДУЩЕГО


Projekt okładki AGNIESZKA PASIERSKA / PRACOWNIA PAPIERÓWKA

Fotografia na okładce © by GUEORGUI PINKHASSOV / MAGNUM PHOTOS

Fotografia Autorki © by MARGARITA KABAKOVA


Copyright © by SVETLANA ALEXIEVICH, 2005

Copyright © for the Polish edition by WYDAWNICTWO CZARNE, 2012

Copyright © for the Polish translation by JERZY CZECH, 2012


Redakcja MAGDALENA KĘDZIERSKA-ZAPOROWSKA / D2D.PL

Korekty MAŁGORZATA POŹDZIK, ANNA WOŚ / D2D.PL

Projekt typograficzny, redakcja techniczna ROBERT OLEŚ / D2D.PL

Skład MAŁGORZATA POŹDZIK / D2D.PL



The publication was effected under the auspices of the Mikhail Prokhorov Foundation TRANSCRIPT Programme to Support Translations of Russian Literature


ISBN 978-83-7536-418-7

Jesteśmy powietrzem, nie ziemią…

MERAB MAMARDASZWILI


Informacja historyczna

Białoruś… Dla świata jesteśmy terra incognita - krainą nieznaną, niezbadaną. „Biała Rosja” – mniej więcej tak brzmi po angielsku nazwa naszego kraju. Wszyscy wiedzą, co to Czarnobyl, ale kojarzą go wyłącznie z Ukrainą i Rosją. Powinniśmy jeszcze opowiedzieć o sobie.

„Narodnaja gazieta” 27 kwietnia 1996 roku

26 kwietnia 1986 roku o godzinie pierwszej minut dwadzieścia trzy pięćdziesiąt osiem sekund seria wybuchów obróciła w ruinę reaktor i czwarty blok energetyczny elektrowni atomowej w położonym niedaleko granicy białoruskiej Czarnobylu. Awaria czarnobylska była najpotężniejszą z katastrof technologicznych XX wieku.

Dla niewielkiej (10 milionów obywateli) Białorusi okazała się narodowym nieszczęściem, chociaż sami Białorusini nie posiadają ani jednej elektrowni atomowej. Kraj ma jak dawniej charakter rolniczy i ludność przeważnie wiejską. Podczas Wielkiej Wojny Narodowej hitlerowcy zniszczyli tu 619 wsi i wymordowali ich mieszkańców. Po Czarnobylu kraj stracił 485 wsi i osiedli, 70 z nich już na zawsze zniknęło pod ziemią. Podczas wojny zginął co czwarty Białorusin, dzisiaj co piąty mieszka na terenie skażonym. Daje to liczbę 2,1 miliona ludzi, z czego 700 tysięcy stanowią dzieci. Promieniowanie jest jednym z głównych powodów ujemnego przyrostu naturalnego.

W obwodach homelskim i mohylewskim (które najbardziej ucierpiały w wyniku katastrofy) liczba zgonów przewyższyła liczbę narodzin o 20 procent.

Katastrofa spowodowała, że do atmosfery dostało się 50 × 106 Ci1 radionuklidów, z czego 70 procent przypadło na Białoruś. 23 procent terytorium kraju uległo skażeniu radionuklidami cezu-137, przy czym gęstość owego skażenia przekracza 1 Ci / km2. Dla porównania: skażone zostało 4,8 procent obszaru Ukrainy i 0,5 procent obszaru Rosji. Powierzchnia użytków rolnych, które uległy skażeniu o gęstości przekraczającej 1 Ci / km2, wynosi 1,8 miliona hektarów. Strontem-90 skażone zostało 0,5 miliona hektarów, w wypadku tego metalu gęstość skażenia przekracza 0,3 Ci / km2. Z użytkowania rolniczego wyłączono 264 tysiące hektarów ziemi. Białoruś jest gęsto zalesiona, ale 26 procent lasów i większość łąk na terenach zalewowych rzek Prypeci, Dniepru i Soży leży w strefie skażenia promieniotwórczego.

W wyniku stałego oddziaływania niewielkich dawek promieniowania z każdym rokiem w kraju zwiększa się liczba zachorowań na choroby nowotworowe, przypadków rozstrojów psychicznych oraz mutacji genetycznych.

Zbiór artykułów Czarnobyl, „Encyklopedia Białoruska” 1996, s. 7, 24, 49, 101, 149

Zgodnie z tymi danymi 29 kwietnia 1986 roku wysokie tło promieniowania zarejestrowano w Polsce, w Niemczech, Austrii i Rumunii, 30 kwietnia – w Szwajcarii i północnych Włoszech, 1 i 2 maja – we Francji, Belgii, Holandii, Wielkiej Brytanii, północnej Grecji, 3 maja – w Izraelu, Kuwejcie, Turcji.

Wyniesione na dużą wysokość substancje gazowe rozprzestrzeniały się globalnie: 2 maja ich obecność odnotowano w Japonii, 4 maja w Chinach, 5 maja w Indiach, 5 i 6 maja – w USA i w Kanadzie.

Wystarczył niecały tydzień, żeby Czarnobyl stał się problemem ogólnoświatowym…

Zbiór artykułów Skutki awarii czarnobylskiej na Białorusi, Wyższe Międzynarodowe Kolegium Radioekologiczne im. Sacharowa, Mińsk. 1992, s. 82

Czwarty reaktor, nazwany obiektem „Osłona”, nadal kryje w swoim ołowiano-żelbetowym wnętrzu około 200 ton materiałów radioaktywnych. W dodatku paliwo jest częściowo przemieszane z grafitem i betonem. Nikt nie wie, co się z tym obecnie dzieje.

Sarkofag budowano w pośpiechu, jego konstrukcja jest unikatem i z pewnością autorzy projektu, inżynierowie z Petersburga, mogą być z niej dumni. Miała służyć przez trzydzieści lat. Montowano ją jednak „zdalnie” – płyty łączono, używając do tego robotów i samolotów – skutkiem czego są szczeliny. Obecnie, według niektórych danych, ogólna powierzchnia szczelin i pęknięć wynosi ponad 200 metrów kwadratowych. Nadal wydobywają się z nich radioaktywne aerozole. Wiatr, wiejący z północy, na południu zwiększa aktywność popiołów zawierających uran, pluton i cez. Nie dosyć tego – w słoneczny dzień przy wyłączonym świetle w sali reaktorowej widoczne są smugi padającego z góry światła. Co to znaczy? Deszcz także przedostaje się do środka. A jeśli masa zawierająca paliwo wystawiona jest na działanie wilgoci, może nastąpić reakcja łańcuchowa.

Sarkofag to nieboszczyk, który oddycha. Oddycha śmiercią. Jak długo będzie jeszcze mógł służyć? Na to pytanie nikt nie umie odpowiedzieć, do dzisiaj nie sposób dostać się do wielu elementów konstrukcji, żeby zbadać, jak długo jeszcze wytrzymają. Wszyscy jednak zdają sobie sprawę z tego, że zniszczenie „Osłony” doprowadziłoby do jeszcze straszniejszych skutków niż w roku 1986.

Tygodnik „Ogoniok” nr 17, kwiecień 1996

Przed Czarnobylem… na Białorusi odnotowywano osiemdziesiąt dwa przypadki zachorowań na nowotwory na sto tysięcy mieszkańców. Dzisiaj statystyka wygląda następująco: mamy sześć tysięcy chorych na sto tysięcy osób. Siedemdziesiąt cztery razy więcej.

W ciągu ostatnich dziesięciu lat śmiertelność zwiększyła się o 23,5 procent. Ze starości umiera ledwie jedna osoba na czternaście, reszta to z reguły ludzie zdolni do pracy – w wieku od 46 do 50 lat. Na najbardziej skażonych terenach podczas oględzin lekarskich stwierdzono, że na dziesięć osób siedem jest chorych. Kiedy przejeżdża się po wsiach, trudno nie dostrzec, jak spory obszar zajmują cmentarze…


Do dzisiaj wiele liczb jest nieznanych… W dalszym ciągu trzyma się je w tajemnicy, aż tak są potworne. Związek Radziecki wysłał na miejsce katastrofy osiemset tysięcy żołnierzy służby zasadniczej i zmobilizowanych likwidatorów. Średni wiek tych ostatnich wynosił wówczas 33 lata. A chłopców brano do wojska od razu po szkole…

Na samej Białorusi na listach likwidatorów widnieją 115 493 nazwiska. Według danych Ministerstwa Zdrowia w latach 1990-2003 zmarły 8553 osoby pracujące na miejscu katastrofy. Po dwie dziennie…


Tak zaczynała się historia…

Rok 1986… Na pierwsze strony radzieckich i zagranicznych gazet trafiły reportaże z procesu osób odpowiedzialnych za katastrofę w Czarnobylu…

A teraz… Proszę sobie wyobrazić pusty czteropiętrowy dom. Dom bez lokatorów, za to pełen rzeczy, mebli i ubrań, z których już nigdy nikt nie będzie mógł korzystać. Ten dom bowiem znajduje się w Czarnobylu. Ale właśnie w takim domu, w martwym mieście, organizatorzy procesu winnych katastrofy nuklearnej zwołali skromną konferencję prasową. Na najwyższym szczeblu, w Komitecie Centralnym KPZR uznano, że sprawę należy rozpatrzyć na miejscu przestępstwa. W samym Czarnobylu. Proces odbywał się w budynku lokalnego Domu Kultury. Na ławie oskarżonych zasiadło sześć osób – dyrektor elektrowni Wiktor Briuchanow, naczelny inżynier Nikołaj Fomin, zastępca naczelnego inżyniera Anatolij Diatłow, szef zmiany Boris

Rogożkin, szef wydziału reaktora Aleksandr Kowalenko, inspektor Państwowego Nadzoru Energii Atomowej ZSRR Jurij Łauszkin.

Na widowni pustawo. Przyjechali wyłącznie dziennikarze. Zresztą ludzi tu już nie ma, miasto zostało „zamknięte” jako „strefa kontroli promieniowania”. Może właśnie dlatego wybrano je na miejsce procesu? Im mniej świadków, tym mniejszy hałas. Nie ma kamer telewizyjnych ani zachodnich dziennikarzy. Wszyscy oczywiście chcieli zobaczyć na ławie oskarżonych dziesiątki odpowiedzialnych urzędników, między nimi zaś – tych z Moskwy. Odpowiedzialność winni byli ponieść również naukowcy, ale władze wyraziły zgodę jedynie na „pionki”.

Wyrok. Wiktor Briuchanow, Nikołaj Fomin i Anatolij Diatłow dostali po dziesięć lat. Wyroki dla innych były mniejsze. Diatłow i Łauszkin zmarli w więzieniu wskutek chorób spowodowanych silnym napromieniowaniem. Główny inżynier Nikołaj Fomin zwariował. Dyrektor Briuchanow odsiedział swój wyrok, całe dziesięć lat. Po wyjściu z więzienia powitali go najbliżsi oraz kilku dziennikarzy. Wydarzenie przemknęło niezauważone.

 

Były dyrektor mieszka w Kijowie, pracuje jako zwykły urzędnik w jednej z firm…

Tak kończy się historia…


Wkrótce Ukraina przystępuje do wielkiej budowy. Nad sarkofagiem, który w 1986 roku przykrył zniszczony czwarty blok elektrowni czarnobylskiej, pojawi się nowa osłona nazwana „Arką”. Na ten projekt dwadzieścia osiem krajów przeznaczy w najbliższym czasie sumę ponad 768 milionów dolarów. Nowa osłona powinna przetrwać już nie trzydzieści lat, ale sto. Ma być o wiele potężniejsza od poprzedniej, musi bowiem umożliwić prowadzenie prac nad nowym składowiskiem odpadów. Potrzebny będzie solidny fundament: należy wykonać sztuczny grunt skalny z betonowych słupów i płyt. Następnie trzeba przygotować pojemnik, do którego przewiezione zostaną odpady radioaktywne ze starego sarkofagu. Sama nowa osłona będzie wykonana ze stali wysokiej jakości, zdolnej zatrzymać promienie gamma, której trzeba osiemnaście tysięcy ton…

„Arka” ma być budowlą bez precedensu w historii ludzkości. Przede wszystkim zdumiewają jej rozmiary – podwójna warstwa ochronna ma osiągnąć wysokość stu pięćdziesieciu metrów. Wyglądem zaś będzie przypominała wieżę Eiffla.

Na podstawie białoruskich pism internetowych z lat 2002-2003

Samotny głos ludzki

Nie wiem, o czym tu opowiedzieć… O śmierci czy o miłości? A może to jest to samo… No więc o czym?

Niedawno się pobraliśmy. Po ulicach chodziliśmy, trzymając się za ręce, nawet kiedy szliśmy do sklepu. Zawsze we dwoje. Mówiłam mu: „Kocham cię”. Tylko jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo go kocham… Nie miałam pojęcia. Mieszkaliśmy w hotelu jednostki straży, w której służył. Na pierwszym piętrze. Poza nami mieszkały tam trzy młode rodziny. Jedna kuchnia na wszystkich, a niżej, na parterze, stały samochody. Czerwone wozy strażackie. To była jego praca. Zawsze wiedziałam, gdzie jest, co się z nim dzieje. W środku nocy słyszę jakiś hałas. Krzyki. Wyjrzałam przez okno. Mąż mnie zobaczył. „Zamknij lufcik i idź spać. Pali się w elektrowni. Wrócę niedługo”.

Samego wybuchu nie widziałam. Tylko płomień. Wszystko się jakby świeciło… Całe niebo… Wysokie płomienie. Kopeć. Straszliwy żar. A męża ciągle nie ma i nie ma. Dym był z sadzą, bo palił się bitum – dach elektrowni był zalany bitumem. Mąż potem wspominał, że chodzili tam jak po smole. Tłumili ogień, a on się rozpełzał. Podnosił. Strącali kopniakami gorący grafit… Pojechali bez brezentowych skafandrów, tak jak stali – w samych koszulach. Nikt ich nie uprzedził, wezwano ich do zwykłego pożaru…

Czwarta… Piąta… Szósta… O szóstej mieliśmy jechać na wieś do jego rodziców. Sadzić kartofle. Z miasta Prypeć do Spieriż ja, gdzie mieszkali teściowie, jest czterdzieści kilometrów. Siew, orka. To były jego ulubione zajęcia. Matka często wspominała, jak nie chcieli z ojcem puścić go do miasta, specjalnie nawet zbudowali nowy dom. Potem poszedł do wojska, służył w Moskwie w wojskach pożarniczych, a kiedy wrócił, to tylko do straży! Nic innego nie uznawał. (Milczenie)

Czasem zdaje mi się, że słyszę jego głos. Prawdziwy… Nawet zdjęcia na mnie tak nie działają jak głos. Ale on mnie nigdy nie wzywa. Nawet we śnie. To ja go przywołuję.

Siódma… O siódmej powiedzieli mi, że mąż jest w szpitalu. Pobiegłam, ale wokół szpitala stał już kordon milicji, nikogo nie przepuszczali. Podjeżdżały tylko karetki pogotowia. Milicjanci wołali: „Nie zbliżać się, karetki przekraczają dopuszczalną normę!” Zbiegły się wszystkie kobiety, których mężowie przebywali tego dnia w elektrowni. Rzuciłam się, chcąc odnaleźć znajomą, która tam w szpitalu była lekarką. Złapałam ją za fartuch, kiedy wychodziła z karetki. „Wpuść mnie!”. „Nie mogę! Niedobrze z nim. Z nimi wszystkimi nie jest dobrze”. Ale ja nadal trzymam ją za fartuch. „Tylko popatrzę”. „Dobrze – mówi – biegniemy. Na kwadrans, najwyżej dwadzieścia minut”. Zobaczyłam go. Był obrzmiały, spuchnięty. Oczu prawie nie było widać… „Trzeba mleka. Dużo mleka! – powiedziała ta lekarka. – Żeby wypili przynajmniej po trzy litry”. „Ale on nie pije mleka”. „To teraz wypije”. Wielu lekarzy i wiele pielęgniarek, a zwłaszcza salowych w tym szpitalu po jakimś czasie zacznie chorować. Poumierają. Ale wtedy tego nikt jeszcze nie mógł wiedzieć.

O dziesiątej rano zmarł operator Szaszenok. Ten umarł pierwszy. Pierwszego dnia. Dowiedzieliśmy się, że pod gruzami został drugi, Walera Chodemczuk. Nie wyciągnęli go stamtąd. Zabetonowali. Nie wiedzieliśmy wtedy, że po nich będą następni.

Pytam: „Wasieńka, co robić?”. „Wyjedź stąd. Wyjedź! Ty masz rodzić”. Bo wtedy byłam w ciąży. Ale jak miałam go zostawić? Prosi: „Wyjeżdżaj! Ratuj dziecko!” „Najpierw muszę przynieść ci mleka, a potem zobaczymy”.

Przybiega moja przyjaciółka Tania Kibienok. Jej mąż leżał na tej samej sali. Z nią jej ojciec, samochodem. Wsiadamy i jedziemy po mleko do najbliższej wsi, jakieś trzy kilometry za miastem. Kupujemy dużo trzylitrowych baniek z mlekiem. Sześć, żeby starczyło dla wszystkich. Ale oni po mleku strasznie wymiotowali. Cały czas tracili przytomność, musiano im robić kroplówki. Lekarze z jakiegoś powodu twierdzili, że to zatrucie gazami, nikt nie mówił o promieniowaniu. A miasto zapełniło się sprzętem wojskowym, pozamykano wszystkie drogi. Wszędzie było wojsko. Przestały jeździć pociągi podmiejskie, dalekobieżne. Ulice myto jakimś białym proszkiem. Denerwowałam się: jak ja jutro dostanę się na wieś, żeby mu kupić mleka prosto od krowy? Nikt nie mówił o promieniowaniu. Tylko wojskowi chodzili w maskach ochronnych… Ludzie wynosili chleb ze sklepów, otwarte torebki z cukierkami. Ciastka leżały na straganach. Zwyczajne życie. Tyle że. Myli ulice tym proszkiem.

Wieczorem nie wpuścili mnie do szpitala… Dookoła – morze ludzi… Stałam na wprost jego okna, a on podszedł i coś do mnie krzyczał. Tak rozpaczliwie! W tłumie ktoś usłyszał: „W nocy zabiorą ich do Moskwy”. Żony zbiły się w jedną grupę. „Puśćcie nas do naszych mężów! Nie macie prawa!” Biłyśmy ich, drapały. Żołnierze (kordon był już podwójny) nas odpychali. Wtedy wyszedł lekarz i potwierdził, że nasi mężowie polecą samolotem do Moskwy, a my musimy przynieść im ubrania – bo te, w których gasili elektrownię, spłonęły. Autobusy już nie kursowały, więc ruszyłyśmy pędem przez miasto. Przybiegłyśmy z torbami, ale samolot już odleciał. Specjalnie nas oszukali… żebyśmy nie krzyczały, nie płakały…

Noc… Po jednej stronie ulicy autobusy, setki autobusów (szykowano już miasto do ewakuacji), a po drugiej – setki wozów strażackich. Posprowadzali je skąd się dało. Cała ulica była w białej pianie… A my po niej chodzimy… Przeklinamy i płaczemy…

W radiu ogłoszono, że miasto może zostać ewakuowane na trzy do pięciu dni, że mamy zabrać ze sobą dresy i ciepłe rzeczy, bo będziemy mieszkać w lesie. W namiotach. Ludzie już się zaczęli cieszyć: „Pojedziemy na wycieczkę! Tam będziemy świętować Pierwszy Maja”. Niezwyczajnie. Szykowali na drogę szaszłyki, kupowali wino. Brali ze sobą gitary, magnetofony.

Ulubione święta, majowe! Płakały tylko te kobiety, których mężowie ucierpieli.

Nie pamiętam drogi. Jakbym się ocknęła, kiedy zobaczyłam jego matkę: „Mamo, Wasia jest w Moskwie! Zabrali go specjalnym samolotem!”. Mimo wszystko skończyliśmy sadzić na działce kartofle i kapustę, ale po tygodniu wieś została ewakuowana. Kto to wtedy wiedział? Kto mógł przewidzieć? Pod wieczór zaczęłam wymiotować. A byłam w szóstym miesiącu ciąży. Tak źle się czułam. W nocy śniło mi się, że Wasia mnie wzywa. Kiedy żył, wołał do mnie we śnie „Lusia! Lusieńka!” A kiedy umarł, nie zawołał ani razu. Ani razu. (Płacze). Wstaję rano z tą myślą, żeby pojechać do Moskwy, sama. „Dokąd w takim stanie?” – lamentuje matka. Wyprawiła ze mną ojca. „Niech cię dowiezie”. Ojciec wyjął z książeczki pieniądze, wszystkie, jakie mieli.

Drogi nie pamiętam… Znowu wyleciało mi to z pamięci. W Moskwie spytaliśmy pierwszego napotkanego milicjanta, w którym szpitalu leżą strażacy z Czarnobyla. A on nam powiedział. Nawet się zdziwiłam, bo nas straszyli, że to ściśle tajne, tajemnica państwowa.

Szpital numer sześć – stacja metra Szczukińska.

Do tego szpitala (specjalny radiologiczny) nie wolno było wejść bez przepustki. Dałam pieniądze strażniczce, a ona wtedy mówi: „Idź”. Powiedziała, które piętro. Znowu kogoś musiałam prosić, błagać… No i w końcu siedzę w gabinecie ordynatorki oddziału radioterapii – Angieliny Wasiljewny Guśkowej. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak się nazywa, nic nie byłam w stanie zapamiętać. Wiedziałam tylko, że muszę go zobaczyć. Odnaleźć.

Od razu mnie spytała: „Kochana! Moja kochana. Dzieci masz?”. Jakże się przyznać? I już rozumiem, że muszę ukryć ciążę. Bo mnie do niego nie wpuszczą! Dobrze, że jestem szczupła, nic nie było widać. „Mam” – odpowiadam. „Ile?”

Myślę: „Muszę powiedzieć, że dwoje, bo jak jedno, to też mnie nie puści”.

„Chłopca i dziewczynkę”. „Skoro dwójkę, to już rodzić nie będziesz. A teraz posłuchaj: centralny układ nerwowy jest całkowicie porażony, szpik całkowicie porażony…”

„No nic – myślę – będzie troszkę nerwowy”.

„Teraz słuchaj dalej: jak tylko zapłaczesz, od razu cię wyrzucę. Ściskać się i całować nie wolno. Nie podchodź blisko. Daję ci pół godziny”.

Ale ja wiedziałam, że już stąd nie odejdę. Jeśli odejdę, to razem z nim. Przysięgłam sobie!

Wchodzę… A tam chorzy siedzą na łóżku, grają w karty i się śmieją. „Wasia!” – wołają do niego. On się odwraca. „O, chłopaki, przepadłem! Nawet tu mnie znalazła!”

Śmieszny taki, piżamę miał numer czterdzieści osiem, a powinien mieć pięćdziesiąt dwa. Rękawy za krótkie, spodnie też. Ale opuchlizna z twarzy już zeszła. Dawano im jakiś roztwór.

„A gdzieś ty tak nagle przepadł?” – pytam. A on chce mnie objąć.

„Siedź, siedź – powstrzymuje go lekarz. – Nie ma co tu się obściskiwać”.

Jakoś to obróciliśmy w żart. I wtedy już wszyscy się zbiegli, z innych sal też. Wszyscy od nas. Z Prypeci. Przywieźli ich tu przecież samolotem, aż dwadzieścioro ośmioro. „No, co tam? Co tam u nas w mieście?” Odpowiadam, że zaczęła się ewakuacja, całe miasto wywożą na trzy, a może na pięć dni. Chłopaki nic nie mówią, a były też dwie kobiety, jedna z nich dyżurowała na portierni w dniu katastrofy, i ta właśnie zaczęła płakać: „Boże! Tam są moje dzieci. Co z nimi?”

Chciałam pobyć z nim we dwójkę, no, niechby nawet minutę. Chłopaki to poczuły i każdy wymyślił jakiś powód, żeby wyjść na korytarz. Wtedy go uściskałam i pocałowałam. Odsunął się. „Nie siadaj obok mnie. Weź krzesło” „E tam, głupstwa wszystko. – Machnęłam ręką. – A widziałeś wybuch? Co tam się stało? Przecież wy pierwsi tam trafiliście.” „To najprawdopodobniej był sabotaż. Ktoś specjalnie to zrobił. Wszyscy chłopcy tak uważają”.

Tak się wtedy mówiło. Tak się myślało.

Następnego dnia leżeli już pojedynczo, każdy w osobnym pokoju. Kategorycznie zabroniono im wychodzić na korytarz i kontaktować się ze sobą. Zaczęli stukać przez ścianę: kropka, kreska, kropka kreska… kropka. Lekarze tłumaczyli to w ten sposób, że każdy organizm inaczej reaguje na dawkę promieniowania, i co wytrzyma jeden, to dla drugiego może być zbyt wiele. Tam, gdzie leżeli, nawet ściany były napromieniowane tak, że kresek brakło. Pokój po lewej, pokój po prawej i piętro niżej. Stamtąd usunięto wszystkich, nie było żadnego chorego. Nikogo nad nimi i nikogo pod nimi.

Trzy dni mieszkałam u swoich znajomych. Mówili mi: weź rondel, weź miednicę, bierz wszystko, czego potrzebujesz, nie krępuj się. To okazali się tacy ludzie. Tacy, że…! Gotowałam rosół z indyka, na sześć osób… sześciu naszych chłopców. Strażaków. Z jednej zmiany. Wszyscy mieli dyżur tamtej nocy: Waszczuk, Kibienok, Titienok, Prawik, Tiszczura. W sklepie kupiłam im wszystkim pastę do zębów, szczoteczki i mydło. Bo w szpitalu nic nie mieli. Kupiłam też ręczniczki. Podziwiam teraz tych swoich znajomych. Przecież to jasne, że się bali, musieli się bać, bo już rozeszły się najrozmaitsze plotki, ale i tak sami proponowali: „Bierz wszystko, czego potrzebujesz. Weź! Co z nim? Co z nimi wszystkimi? Będą żyli?”. Żyli… (Milczy). Spotkałam wtedy wielu dobrych ludzi, nie wszystkich zapamiętałam. Świat skurczył się do jednego punktu… On… Tylko on… Pamiętam starszą salową, która mi powiedziała: „Są choroby, których nie da się wyleczyć. Trzeba tylko siedzieć i głaskać po rękach”.

Skoro świt jadę na targ, stamtąd do znajomych, gotuję rosół. Wszystko trzeba przetrzeć, pokruszyć, rozlać na porcje. Ktoś poprosił: „Przywieź mi jabłuszko”. Z sześcioma półlitrowymi słoikami. Zawsze na sześciu! Do szpitala… Siedzę tam do wieczora. A wieczorem – znowu na drugi koniec miasta. Na ile by mi tak wystarczyło? Ale po trzech dniach powiedziano mi, że mogłabym mieszkać na terenie szpitala, w hotelu dla pracowników medycznych. Boże, co za szczęście! „Ale tam nie ma kuchni. Jak będę im gotowała?” „Pani już nie musi gotować. Ich żołądki przestają przyjmować pokarm”.

 

Wasia zaczął się zmieniać – codziennie przychodziłam do kogoś innego. Oparzenia wychodziły na wierzch. W ustach, na języku, na policzkach – najpierw pojawiały się małe ranki, potem się rozrastały. Śluzówka odchodziła płatami, takie białe błonki… Kolor twarzy… Kolor ciała… Siny… Czerwony… Szarobrunatny… A ono jest takie całe moje, takie kochane! Tego nie da się wypowiedzieć! Nie da się napisać! Nawet przeżyć. Ratowało mnie to, że wszystko działo się błyskawicznie, nie miałam czasu o tym myśleć, płakać nad tym.

Kochałam go! Jeszcze nie wiedziałam, jak go kocham! Dopiero co się pobraliśmy. Jeszcze się sobą nie nacieszyliśmy. Idziemy ulicą. Nagle on porywa mnie na ręce i obraca dookoła. I całuje, całuje. Mijają nas ludzie i wszyscy się uśmiechają.

Klinika ostrej choroby popromiennej – czternaście dni… Człowiek umiera w ciągu czternastu dni…

W hotelu od razu pierwszego dnia obmierzyli mnie dozymetryści. Ubranie, torebka, portmonetka, pantofle – wszystko się „świeciło”. I wszystko to od razu mi zabrali, nawet bieliznę. Tylko pieniądze zostawili. W zamian dali mi fartuch szpitalny numer pięćdziesiąt sześć, chociaż mam czterdzieści cztery, a kapcie czterdzieści trzy zamiast trzydzieści siedem. Ubranie, powiedzieli, może przywieziemy, a może i nie – pewnie nie da się go „oczyścić”. Tak poszłam do niego. Wasia się przestraszył: „Boże, co z tobą?”. A ja jednak zdołałam ugotować rosół. Wstawiłam grzałkę do słoika. Tam wrzucałam kawałki kurzego mięsa… malusieńkie takie. Potem ktoś dał mi swój rondelek, zdaje się, że sprzątaczka czy dyżurna z hotelu. Ktoś inny – deskę, na której siekałam świeżą pietruszkę. W fartuchu sama nie mogłam iść na bazar, ktoś mi tę zieleninę przynosił. Ale wszystko na nic, Wasia nie mógł już pić. Przełknąć nawet surowego jajka. A ja chciałam kupić dla niego coś smacznego! Jakby to mogło mu pomóc. Pobiegłam na pocztę. „Dziewczyny! – proszę. – Muszę pilnie zadzwonić do rodziców, do Iwano-Frankowska. Bo mój mąż umiera”. Telefonistki jakoś od razu się domyśliły, skąd jestem i kim jest mój mąż, od razu mnie połączyły. Mój ojciec, siostra i brat tego dnia jeszcze wylecieli do mnie do Moskwy. Przywieźli mi rzeczy. I pieniądze.

Dziewiąty maja… Zawsze mi mówił: „Nie wyobrażasz sobie, jaka piękna jest Moskwa! Zwłaszcza w Dniu Zwycięstwa, podczas salw artyleryjskich. Chciałbym, żebyś to zobaczyła”. Siedzę przy nim w sali, on otwiera oczy.

„Teraz jest dzień czy już wieczór?” „Dziewiąta wieczór”. „Otwórz okno. Będą strzelać!”

Otworzyłam okno. Siódme piętro, przed oczami mam całe miasto! Pióropusz ognia wystrzelił w niebo. A to dopiero!

„Obiecałem ci pokazać Moskwę. Obiecałem, że w święta będziesz dostawała kwiaty.”

Obejrzałam się – wyciąga spod poduszki trzy goździki. Dał siostrze pieniądze, żeby kupiła. Podbiegłam i całuję go. „Mój jedyny! Mój kochany!”

Warknął na mnie: „Co ci mówili lekarze? Nie wolno mnie ściskać i całować!”.

Zabraniali mi go obejmować. Głaskać… Ale ja… Podnosiłam go i sadzałam na łóżku. Zmieniałam pościel, mierzyłam temperaturę, wynosiłam basen. Wycierałam. Całą noc obok niego. Śledziłam każdy jego ruch. Każde westchnienie.

Dobrze, że nie w sali, tylko na korytarzu. Zakręciło mi się w głowie, chwyciłam się parapetu. Obok przechodził lekarz, wziął mnie za rękę i nagle pyta: „Pani jest w ciąży?”. „Nie, nie!” Tak się przestraszyłam, żeby tego ktoś nie usłyszał. „Proszę nie oszukiwać” – westchnął.

Tak się zmieszałam, że nie zdążyłam o nic go poprosić. Nazajutrz wezwano mnie do ordynatorki. „Dlaczego pani mnie oszukała?” – spytała surowo. „Nie miałam wyjścia. Gdybym powiedziała prawdę, wysłałaby mnie pani do domu. To święte kłamstwo!” „Co pani narobiła!…” „Ale ja z nim…” „Kochana ty moja! Kochana…”

Do końca życia będę wdzięczna Angielinie Guśkowej. Do końca życia.

Inne żony też przyjeżdżały, ale już ich nie wpuszczono. Były ze mną matki strażaków, tym pozwolono. Mama Wołodi Prawika cały czas prosiła Boga: „Zabierz mnie zamiast niego”.

Profesor z Ameryki, doktor Gale… To on zrobił operację przeszczepu szpiku… Pocieszał mnie, że jest szansa, niewielka, ale jest. Taki potężny organizm, taki silny chłop! Wezwano wszystkich jego krewnych. Dwie siostry przyjechały z Białorusi, brat z Leningradu, gdzie służył. Młodsza Natasza miała czternaście lat, bardzo się bała, płakała. Ale jej szpik najbardziej się nadawał. (Milknie). Już mogę o tym mówić. Dotąd nie mogłam. Nie mówiłam przez dziesięć lat… Dziesięć lat. (Milknie).

Kiedy dowiedział się, że szpik dla niego pobierają od młodszej siostrzyczki, zdecydowanie odmówił: „Lepiej umrę. Zostawcie ją, jeszcze za mała”. Starsza siostra Luda miała dwadzieścia osiem lat, sama jest pielęgniarką, wiedziała więc, na co się decyduje. „Byle tylko żył” – powiedziała. Widziałam operację. Leżeli obok siebie na stołach. W sali operacyjnej było duże okno. Kiedy skończyli, Luda czuła się gorzej niż on, miała na piersi osiemnaście nakłuć, z trudem wychodziła spod narkozy. Do dzisiaj choruje, jest inwalidką. A była z niej piękna, silna dziewczyna. Nie wyszła za mąż. Ja wtedy chodziłam z jednego pokoju do drugiego, od niego do niej. Leżał już nie w zwykłej sali, ale w specjalnej komorze niskociśnieniowej, za przezroczystą przesłoną, za którą zabraniano wchodzić. Były tam takie specjalne urządzenia, pozwalające robić zastrzyki i cewnikować bez wchodzenia za zasłonę. Ale wszystko na plastrach, na klamerkach, więc nauczyłam się obsługiwać te urządzenia odsuwać… I dostawać się do niego… Przy jego łóżku stało krzesełko. Czuł się tak źle, że już nie mogłam odejść ani na chwilę. Wołał mnie bez przerwy: „Lusia, gdzie jesteś? Lusieńka!” Wołał i wołał. Inne komory, gdzie leżeli nasi chłopcy, obsługiwali żołnierze, bo cywilni sanitariusze odmówili, żądali odzieży ochronnej. Żołnierze wynosili baseny. Myli podłogi, zmieniali pościel. Robili wszystko. Skąd się tam wzięli żołnierze? Nie pytałam. Tylko on… On… A codziennie słyszę: umarł, umarł… Umarł Tiszczura. Umarł Titienok. Umarł… Jak obuchem w głowę.

Stolec od dwudziestu pięciu do trzydziestu razy na dobę. Z krwią i śluzem. Zaczęła mu pękać skóra na rękach, na nogach. Całe ciało pokryło się bąblami. Kiedy kręcił głową, na poduszce zostawały kępki włosów. A wszystko takie kochane, bliskie… Próbowałam żartować: „To nawet lepiej. Nie muszę przynosić grzebienia”. Wkrótce ich wszystkich ostrzygli, ja strzygłam Wasię sama. Wszystko chciałam robić przy nim sama. Gdybym mogła wytrzymać fizycznie, to nie odeszłabym od niego, byłabym przy nim dwadzieścia cztery godziny. Było mi szkoda każdej chwili. Każdej minuty… (Zasłania twarz rękami, bez słowa). Przyjechał mój brat i przeraził się: „Nie puszczę cię tam!”. A ojciec wtedy: „Spróbuj takiej nie puścić! Przez okno ci wejdzie! Po drabinie”.

Wyszłam… Wracam, a tam na stoliku leży pomarańcza. Duża, nie żółta, ale różowa. On się uśmiecha: „Przynieśli mi. Weź i zjedz”. A siostra przez zasłonę macha ręką, że nie wolno jeść tej pomarańczy. Bo jak już przez jakiś czas koło niego leżała, to nie tylko jeść, ale strach jej nawet dotykać. „No, zjedz – prosi – przecież lubisz pomarańcze”. Biorę pomarańczę do ręki, a on w tym czasie zamyka oczy i zasypia. Cały czas dawano mu zastrzyki, żeby spał. Narkotyki. Siostra patrzy na mnie z przerażeniem… A ja? Gotowa byłam zrobić wszystko, żeby tylko nie myślał o śmierci… I o tym, że jego choroba jest straszliwa, że się go boję… Urywek jakiejś rozmowy… Mam go w pamięci. Ktoś mi tłumaczy: „Niech pani pamięta, że ma przed sobą już nie męża, nie ukochanego, ale obiekt radioaktywny o wysokiej gęstości skażenia. Nie jest pani samobójczynią. Proszę się wziąć w garść”. A ja jak szalona: „Kocham go! Kocham go!” Kiedy on spał, ja szeptałam: „Kocham cię!”. Kiedy szłam przez dziedziniec szpitalny, powtarzałam: „Kocham cię!”. Kiedy niosłam basen: „Kocham cię!”. Wspominałam, jakeśmy z Wasią żyli. W naszym hotelu. Zasypiał nocą tylko wtedy, kiedy mnie brał za rękę. Miał taki nawyk: we śnie trzymać mnie za rękę. Przez całą noc.

A w szpitalu to ja brałam go za rękę i nie puszczałam.

Noc. Cisza. Jesteśmy sami. Patrzy na mnie bardzo uważnie i nagle mówi: „Tak bym chciał zobaczyć nasze dziecko. Jakie będzie?”. „A jak mu damy na imię?” „No to już ty sama wymyślisz…” „Dlaczego ja, skoro jest nas dwoje?” „To jeśli będzie chłopiec, niech ma na imię Wasia, a jeśli dziewczynka – Nataszka”. „Jak to Wasia? Już mam jednego Wasię. Ciebie! Drugiego nie chcę”.

Nie wiedziałam jeszcze, jak go kocham! On… Tylko on… Całkiem jak ślepa! Nawet nie czułam kopnięć pod sercem. Chociaż byłam już w szóstym miesiącu. Myślałam, że skoro jest we mnie, moja malutka, to jest chroniona. Moja malutka.

Żaden z lekarzy nie wiedział, że nocuję u niego w komorze niskociśnieniowej. Nawet się nie domyślali. Wpuszczały mnie tam siostry. Początkowo też przekonywały: „Jesteś młoda. Coś ty sobie ubzdurała? To już nie człowiek, tylko reaktor. Spalicie się oboje”. Ja biegałam za nimi jak piesek. Stałam godzinami pod drzwiami. Prosiłam, błagałam. A one wtedy: „A niech cię licho! Jesteś nienormalna”. Rano, przed ósmą, kiedy zaczynał się obchód lekarski, przez zasłonę dawały mi znaki: „Uciekaj!”. Wtedy uciekałam do hotelu na godzinę. A od dziewiątej rano do dziewiątej wieczór miałam przepustkę. Nogi do kolan mi posiniały, opuchły, tak byłam zmęczona. Moja dusza była silniejsza od ciała. Moja miłość…

1Ci – kiur, jednostka aktywności substancji promieniotwórczej. Obecnie praktycznie wyszła z użycia. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).