Cynkowi chłopcyTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Cynkowi chłopcy
Cynkowi chłopcy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 76,80  61,44 
Cynkowi chłopcy
Cynkowi chłopcy
Audiobook
Czyta Krystyna Czubówna
41,90  31,01 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozmawiam z panią szczerze… Bo wielu oficerów myślało, że tu jest jak w Sojuzie – można uderzyć żołnierza, poniżyć. Takich znajdowano potem nieżywych… Podczas walki ktoś strzelił im w plecy. No i szukaj potem kto. Znajdź dowody.

Na posterunkach w górach chłopaki latami nikogo nie widują. Trzy razy w tygodniu przylatuje helikopter. Raz byłam w nim. Podchodzi lejtnant.

– Niech pani zdejmie chustę. Rozpuści włosy. – A miałam długie. – Od dwóch lat widuję tylko ostrzyżone żołnierskie łepetyny.

Wszystkie chłopaki powyłaziły z okopów…

A w walce jeden z żołnierzy mnie zasłonił. Do końca życia będę o nim pamiętała, będę mu świecę w cerkwi zapalać. Nie znał mnie, a zrobił to tylko dlatego, że byłam kobietą. Czegoś takiego się nie zapomina. W normalnym życiu kto by uwierzył, że jakiś człowiek może mnie zasłonić własnym ciałem? Tutaj to, co dobre, jest jeszcze lepsze, a złe jeszcze gorsze. Ostrzeliwali nas… To już było innym razem… Żołnierz krzyknął do mnie coś brzydkiego. Ohyda! Coś obleśnego. „A niech cię szlag!” – pomyślałam. A potem on zginął, pocisk odciął mu pół głоwy, połowę tułowia. Na moich oczach… Zatrzęsło mną, jakbym miała malarię. Chociaż już widywałam celofanowe worki z trupami. Trupy w folii… Jak… E, wolę nie porównywać… Nie mogłabym opisać, szukałabym słowa i szukała. Próbowałabym, które lepsze. No… jak duże zabawki… Ale żebym się trzęsła, to się przedtem nigdy nie zdarzyło. A wtedy nie mogłam się uspokoić.

Nie widziałam, żeby dziewczyny nosiły odznaczenia bojowe, nawet jeśli je miały. Kiedy jedna przypięła medal „Za Zasługi Bojowe”, to wszyscy się śmiali: „Za zasługi łóżkowe!”. Bo wiedzieli, że medal można dostać za noc z dowódcą batalionu… Dlaczego biorą tutaj kobiety? Bez nich nie można się obejść… Rozumie pani? Niektórzy panowie oficerowie by zwariowali. A dlaczego kobiety wyrywają się na wojnę? Pieniądze… Niezłe pieniądze. Kupić można magnetofon, różne inne rzeczy. Po powrocie można będzie sprzedać. Bo w kraju tyle się nie zarobi. Nie zaoszczędzi… Nie ma jednej prawdy, są prawdy różne. Przecież rozmawiamy szczerze… Niektóre dziewczęta zadają się ze sklepikarzami za ciuchy. Kiedy wchodzi się do dukanu, bacza, czyli dzieci, wołają: „Chanum[23], dżyk-dżyk…” – i pokazują drzwi od magazynu. Nasi oficerowie płacą czekami i mówią przy tym: „Idę do »czekistki«”. Zna pani taki dowcip? W Kabulu na punkcie przesyłowym spotkali się Trójgłowy Smok, Kościej Nieśmiertelny i Baba Jaga. Wszyscy jadą bronić rewolucji afgańskiej. Wróciwszy po dwóch latach do domu, spotykają się znowu. Smokowi została tylko jedna głowa, dwie mu odstrzelili, Kościej ledwo żyje, i to tylko dlatego, że nieśmiertelny, a Baba Jaga cała w markowym dżinsie. Bardzo wesoła.

– Zostaję na trzeci rok!

– Zwariowałaś, Babo Jago?

– To w Sojuzie jestem Baba Jaga, a tutaj – Piękna Wasylisa.

Żołnierze… Chłopaczkowie… Wychodzą stąd złamani, mają po osiemnaście, dziewiętnaście lat. Dzieciaki… Wiele tu zobaczyli. Naprawdę wiele… Jak kobieta oddaje się za skrzynkę, co tam skrzynkę, nawet dwie puszki konserw. I tak potem będą patrzeć na żonę. Na wszystkie kobiety… Zepsuli im tutaj wzrok. Nie należy się dziwić, że potem w kraju różnie się zachowują. Jeden mój znajomy siedzi już w więzieniu… Mają inne doświadczenia. Przywykli wszystko rozstrzygać za pomocą automatu, siłą… Sklepikarz sprzedawał arbuzy, jeden za sto afgani. Nasi chcieli taniej. Tamten się upierał. „Ach tak?” – powiedział jeden z naszych, wziął i rozwalił z automatu wszystkie arbuzy, całą górę. Niech no kto potem takiemu w autobusie nastąpi na odcisk albo nie przepuści go w kolejce. Niech tylko spróbuje!

Marzyłam, że wrócę do domu, wyniosę łóżko polowe do ogrodu i zasnę pod jabłonią. Pod jabłkami… Ale już się tego boję. Wielu, zwłaszcza teraz, przed wyprowadzeniem naszych wojsk, mówi: „Boję się wracać do Sojuza”. Dlaczego? To bardzo proste. Przyjedziemy, a tam wszystko inne – inna moda, inna muzyka, inne ulice. Także inny stosunek do tej wojny… Będą tam na nas patrzeć jak na dziwadła.

Niech mnie pani odszuka po roku. W domu. Dam pani adres…

Pracownica cywilna

Wierzyłem tak mocno, że nawet teraz nie potrafię się tego wyzbyć…

A teraz… Cokolwiek by mi opowiadali, za każdym razem zostawiam sobie małą furtkę. Odzywa się instynkt samozachowawczy. Obrona. Przed wojskiem skończyłem szkołę wychowania fizycznego. Ostatnią praktykę dyplomową odbyłem w Arteku, byłem kierowcą. Tyle razy wypowiadałem wzniosłe słowa: słowo pioniera, pionierska sprawa… Teraz to głupio brzmi… A wtedy miałem łzy w oczach…

Na komisji powiedziałem: „Proszę o wysłanie do Afganistanu…”. Zastępca do spraw politycznych robił nam wykłady o sytuacji międzynarodowej; i to on mówił, że tylko o godzinę wyprzedziliśmy amerykańskie „zielone berety”, ich samoloty już wystartowały. Przykro mi, że byłem tak łatwowierny. Wbijano nam do głów, wbijano, aż w końcu wbito, że to jest „obowiązek internacjonalistyczny”. Nigdy nie mogę dojść do końca… Postawić kropki nad i w swoich rozważaniach… Powtarzam sobie: „Zdejmij różowe okulary”. A poleciałem tam nie w osiemdziesiątym i nie w osiemdziesiątym pierwszym, ale w osiemdziesiątym szóstym roku. Ale wtedy jeszcze wszyscy milczeli. W osiemdziesiątym siódmym byłem już w Choście[24]. Zdobyliśmy jedno ze wzgórz… Zginęło siedmiu naszych kolegów… Przyjechali dziennikarze z Moskwy. Przywieziono im „zielonych”, czyli Afgańską Armię Ludową, i wyglądało tak, jakby to oni odbili wzgórze. Afgańczycy pozowali do zdjęć, a nasi leżeli w kostnicy…

Na przeszkoleniu do Afganistanu wybierano najlepszych. Ludzie bali się trafić do Tuły, do Pskowa czy też do Kirowabadu, bo tam był brud i zaduch, a do Afganistanu pchali się, napraszali. Major Zdobin zaczął namawiać mnie i Saszę Kriwcowa, mojego przyjaciela, żebyśmy wycofali podania:

– Lepiej, żeby zginął Sinicyn niż któryś z was. Państwo tyle na was wydało.

Sinicyn to był prosty chłopak z kołchozu, traktorzysta. Ja miałem już dyplom, Sasza studiował filologię germańską i romańską na uniwersytecie w Kemerowie. Umiał fantastycznie śpiewać. Grał na fortepianie, na skrzypcach, na flecie, na gitarze. Komponował. Ładnie rysował. Byliśmy jak dwaj bracia. Na zajęciach politycznych opowiadano nam o bohaterskich czynach. Mówiono, że Afganistan jest jak Hiszpania. A tu nagle: „Lepiej, żeby zginął Sinicyn niż któryś z was”.

Wojna interesowała mnie z psychologicznego punktu widzenia. Przede wszystkim chciałem poznać samego siebie. To mnie pociągało. Wypytywałem znajomych chłopaków, którzy tam byli. Jeden wciskał nam ciemnotę, ale to wiem dopiero dzisiaj. Na piersi miał wielką plamę jak od oparzenia, w kształcie litery „P”, specjalnie nosił rozpięte koszule, żeby ludzie widzieli. Zmyślał, jak to nocą w górach skakali z helikopterów… Jeszcze dziś pamiętam, że desantowiec przez trzy sekundy do otwarcia spado­chronu jest aniołem, przez trzy minuty, dopóki leci – orłem, a przez resztę czasu – jucznym mułem. Wszystko to braliśmy za dobrą monetę. Niechbym dzisiaj spotkał tego Homera! Takich potem rozgryzałem od razu: „Miałby wstrząs mózgu, gdyby miał mózg”. Drugi przeciwnie, odradzał mi:

– Nie powinieneś tam jechać. Nie ma w tym żadnego romantyzmu, samo błoto.

Mnie się to nie spodobało:

– Ale ty spróbowałeś. To ja też chcę spróbować.

Uczył mnie, jak przeżyć:

– Jak strzelisz, to odczołgaj się dwa metry od miejsca, z którego strzelałeś. Lufę automatu chowaj za duwał[25] albo za skałę, żeby cię nie wykryli, nie zobaczyli płomienia. Kiedy idziesz, to nie śpiewaj, bo nie dojdziesz. Na warcie gryź się w rękę, drap po twarzy, byle nie zasnąć. Desantowiec biegnie z początku, ile da rady, a potem – ile trzeba.

Mój ojciec jest naukowcem, mama inżynierem. Zawsze zależało im na tym, żebym miał własną osobowość. No więc chciałem mieć osobowość… Za to… (śmieje się) wyrzucili mnie z zuchów, długo nie przyjmowali do pionierów. Walczyłem o honor. Kiedy zawiązali mi chustę, to jej nie zdejmowałem, spałem w niej. Na lekcjach literatury nauczycielka mi przerywała:

– Nie mów od siebie, mów tak jak w książce.

– A czy ja coś źle mówię?

– Ale nie tak jak w książce…

Tak jak w bajce, w której król nie lubił innych kolorów poza szarym. I wszystko w tym królestwie było mysioszarego koloru.

Teraz wołam do swoich uczniów (pracuję w szkole):

– Uczcie się myśleć, żeby z was nie zrobili kolejnych głupców. Cynkowych żołnierzyków.

Przed wojskiem uczyli mnie życia Dostojewski i Tołstoj, w wojsku – podoficerowie. Ich władza była nieograniczona, w plutonie było trzech sierżantów.

– Słuchaj moich rozkazów! Co musi mieć desantowiec? Powtórz!

– Desantowiec musi mieć bezczelną mordę, żelazną pięść i ani grama sumienia.

– Sumienie to dla desantowca luksus. Powtórz!

– Sumienie to dla desantowca luksus.

– Jesteście batalionem medycznym. Batalion medyczny to białe mięso wojsk powietrznodesantowych. Powtórz!

Jeden żołnierz napisał w liście: „Mamo, kup barana i nazwij go »Sierżant«. Jak wrócę do domu, to go zarżnę”.

Sam dryl zabija świadomość, brak sił, żeby stawiać jakiś opór. Mogą z tobą zrobić wszystko…

O szóstej rano pobudka. Potem odwołują, i tak trzy razy. Padnij – powstań.

Trzy sekundy, żeby się ustawić na tak zwanym lądowisku – białe linoleum. Tak, białe, żeby je częściej myć, szorować. Stu sześćdziesięciu ludzi musi zeskoczyć z łóżek i w trzy sekundy uformować dwuszereg. W czterdzieści pięć sekund ubrać się według numeru trzy – pełne umundurowanie, tylko bez pasa i czapki. Kiedyś jeden nie zdążył zawinąć stóp w onuce.

– Rozejść się i powtórzyć!

Znowu nie zdążył.

– Rozejść się i powtórzyć!

Przygotowanie fizyczne. Walka wręcz: połączenie karate, boksu, obrony przed nożem, kijem, saperką, pistoletem, automatem. Tamten ma automat, ty – gołe ręce. Ty masz saperkę, on z gołymi rękami. Sto metrów skakać „żabką”… Albo na jednej nodze… Ciosem pięści rozbić dziesięć cegieł. Po to prowadzili nas na budowę.

 

– Nie odejdziecie, póki się nie nauczycie.

Najtrudniej jest się przełamać, przestać się bać walki.

Pięć minut na mycie. Dwanaście kranów na stu sześćdziesięciu żołnierzy.

– Zbiórka! Rozejść się!

Po minucie znowu.

– Zbiórka! Rozejść się!

Poranny apel. Sprawdzanie blach – czy błyszczą jak psu pewna część ciała. Kontrola białych kołnierzyków oraz czy mamy w czapkach po dwie igły i nici.

– Naprzód! Biegiem marsz! Na pozycję wyjściową!

W ciągu całego dnia mamy pół godziny czasu wolnego. Po obiedzie, na napisanie listu.

– Szeregowy Kriwcow, dlaczego siedzicie i nie piszecie?

– Myślę, towarzyszu sierżancie.

– Dlaczego tak cicho odpowiadacie?

– Myślę, towarzyszu sierżancie.

– Dlaczego nie krzyczycie, tak jak was uczyli? Bo potrenujecie w kiblu!

Trenować w kiblu to znaczy drzeć się w muszlę klozetową, wyrabiać głos do wydawania rozkazu. Z tyłu stoi sierżant i pilnuje, żeby odpowiadało głuche echo.

Ze słownika żołnierza:

Fajrant – kocham cię, życie[26]. Poranny apel – wierzcie mi, ludzie. Wieczorny apel – znali ich tylko z widzenia. W pace – z dala od ojczyzny. Demobilizacja – światło dalekiej gwiazdy. Pole do zajęć taktycznych – kraina głupców. Zmywanie naczyń – dyskoteka (talerze się obracają jak płyty). Zastępca do spraw politycznych – Kopciuszek (we flocie – pasażer).

– Batalion medyczny to białe mięso wojsk powietrznodesantowych. Powtórz!

Wieczne uczucie głodu. Ukochane miejsce to kantyna, można tam kupić keks, cukierki, czekoladę. Jak się wykona strzelanie na „pięć”, to dają pozwolenie na pójście do kantyny. Jak brakuje pieniędzy, to sprzedajemy kilka cegieł. Bierze się cegłę, podchodzi – dwóch zdrowych byczków do nowicjusza, który ma forsę.

– Kup cegłę.

– A po co?

Zachodzimy z dwóch stron.

– Kup cegłę…

– Za ile?

– Trzy ruble.

Daje nam trzy ruble, idzie za narożnik i wyrzuca cegłę. A my możemy się najeść. Jedna cegła to dziesięć keksów.

– Sumienie to dla desantowca luksus… Batalion medyczny to białe mięso wojsk powietrznodesantowych.

Pewnie jestem niezłym aktorem, bo szybko nauczyłem się grać wyznaczoną rolę. Najgorzej zarobić na ksywkę „dziecię”, to ktoś słaby, niemęskiego rodzaju. Po trzech miesiącach dostałem przepustkę. Jak zapomniałem wszystko! Jeszcze niedawno całowałem się z dziewczyną, przesiadywałem w kawiarni, tańczyłem. A teraz – jakbym wrócił do cywilizacji po trzech latach, nie po trzech miesiącach…

Wieczorem:

– Zbiórka, wy, małpy! Co jest najważniejsze dla desantowca? Najważniejsze dla desantowca jest skoczyć ze spadochronem i nie przegapić ziemi.

Przed wyjazdem świętowaliśmy Nowy Rok. Byłem Dziadkiem Mrozem, a Saszka – Śnieżynką. To przypominało szkołę.

Szliśmy dwanaście dni… Gorsze od gór mogą być tylko góry… Uciekaliśmy przed bandą… Trzymał nas doping…

– Sanitariusz, dawaj tu tę wkurwinę.

Chodziło o mezokarb. Zjedli wszystkie tabletki. I jeszcze mieli siłę żartować. Jeden zaczyna:

– Na co się pan uskarża? – pyta lekarz kota Leopolda[27].

– Na myszy.

– Aha… Proszę odmychać… Proszę nie odmychać… Teraz wszystko jasne. Jest pan za dobry. Musi pan się wkurwić. Proszę, tutaj ma pan tabletki wkurwiny. Trzy razy dziennie jedną tabletkę po jedzeniu.

– I jak to działa?

– Będzie pan wkurwiony.

Piątego dnia zastrzelił się żołnierz, puścił wszystkich przodem i obrócił automat do siebie. Musieliśmy potem dźwigać jego trupa, jego plecak, kamizelkę kuloodporną i hełm. Nikt go nie żałował. A on wiedział, że nie zostawiamy trupów, zabieramy ze sobą.

Przypomnieliśmy sobie o nim i poczuliśmy żal dopiero, kiedy już wracaliśmy do domu, do rezerwy.

– Brać po jednej trzy razy dziennie…

– I jak to działa?

– Będziemy wkurwieni.

Rany spowodowane przez wybuchy były najstraszniejsze… Noga oderwana po kolano… Kość wystaje… Na drugiej nodze oderwana pięta… Odcięty członek… Wybite oko… Oderwane ucho… Za pierwszym razem dygotałem, drapało mnie w gard­le… Sam sobie tłumaczyłem: „Jak nawalisz teraz, to nigdy nie będziesz sanitariuszem”. Podczołgałem się i widzę, że facet nie ma nóg. Nałożyłem opaskę uciskową, zatrzymałem krwotok, znieczuliłem, uśpiłem… Żył cztery godziny… Potem umarł…

Brakowało lekarstw. Nie było nawet zieleni brylantowej. To nie zdążyli dowieźć, to wyczerpały się limity – ta nasza planowa gospodarka… Zdobywaliśmy leki z importu. Ja w torbie miałem zawsze dwadzieścia japońskich strzykawek. Były w miękkim polietylenowym opakowaniu, wystarczyło zdjąć pokrowiec i zrobić zastrzyk. W naszych strzykawkach Rekord przecierały się papierowe pochewki, tak że diabli brali sterylność. Połowa wybrakowana, nie zasysała płynu, nie tłoczyła. Nasze płyny infuzyjne były w butelkach półlitrowych. Żeby pomóc ciężko rannemu, potrzebne były dwa litry, czyli cztery butelki. Kto na polu walki potrafi trzymać gumowy przewód na wyciągniętej ręce? W praktyce się nie da. A ile butelek udźwignąć można samemu? Co proponują Włosi? Polietylenową torbę litrową, można skoczyć na nią w butach, a nie pęknie. Dalej: zwykły bandaż, radziecki sterylny bandaż. Opakowanie było toporne, ważyło więcej niż sam bandaż. A importowane… tajlandzkie, austriackie… były jakieś lżejsze, bielsze nawet… Elastycznych bandaży nie mieliśmy w ogóle. Też brałem zdobyczne… francuskie, niemieckie… A nasze krajowe szyny?! To przecież narty, a nie sprzęt medyczny. Ile ich można zabrać ze sobą? Miałem angielskie, różnego rodzaju – na przedramię, na goleń, na biodro. „Na zamek”, dmuchane. Wsuwa się rękę, zaciąga suwak. Złamana kość się nie rusza, jest chroniona przed urazami podczas transportu.

Przez dziewięć lat nic nowego nie weszło u nas do produkcji. Ten sam bandaż, ta sama szyna. Żołnierz radziecki jest najtańszy w świecie. Najcierpliwszy, najmniej wybredny. Bez wyposażenia, bez ochrony… Przeznaczony na straty. Tak było w czterdziestym pierwszym roku. Tak samo jest pięćdziesiąt lat później. Dlaczego?

To straszne, kiedy w człowieka walą, a on sam strzelać nie może. Żeby przeżyć, trzeba nieustannie o tym myśleć. Ja myślałem… Nigdy nie wsiadałem do pierwszego ani do ostatniego samochodu w kolumnie. Nigdy nie wsuwałem nóg do włazu, lepiej żeby zwisały z pancerza, żeby mi nie ucięło przy wybuchu. Trzymałem w zapasie niemieckie tabletki tłumiące strach. Ale nikt poza mną ich nie zażywał. Miałem kamizelkę kuloodporną… No i znowu! Naszej kamizelki nie sposób było podnieść, nie sposób się w niej poruszać, za to amerykańska nie miała ani jednej stalowej części, była z jakiegoś materiału, którego kula nie przebija. Człowiek czuł się w niej jak w dresie. Strzał na wprost z pistoletu Makarowa nie dawał jej rady, a kula z peemu przebijała ją dopiero ze stu metrów. Mieliśmy idiotyczne hełmy z lat trzydziestych. Jeszcze z tamtej wojny… (Zamyśla się). Dlatego… I jeszcze wielu rzeczy się tam wstydziliśmy… Dlaczego jesteśmy tacy? Amerykańskie śpiwory, wzór z czterdziestego dziewiątego roku, leciutkie, puch łabędzi. Japońskie śpiwory były bardzo dobre, ale za krótkie. A nasz watowany ważył co najmniej siedem kilo. Zabitym najemnikom zabieraliśmy kurtki, czapki z długimi daszkami, chińskie spodnie, które nie ocierały pachwin. Wszystkośmy brali. Zabieraliśmy majtki, bo to był towar deficytowy, skarpetki też, adidasy. Zdobyłem małą latarkę, nożyk. No i zawsze chciało się nam jeść… Byliśmy głodni! Strzelaliśmy do dzikich baranów. Za dzikiego uważany był baran, który oddalił się pięć metrów od stada. Albo wymienialiśmy się: dwa kilo herbaty za jednego barana. Herbata też zdobyczna. Z zadań bojowych przynosiliśmy pieniądze, afgani. Wyżsi stopniem nam je zabierali i od razu, w naszej obecności, dzielili między siebie. Tylko jeśli się wsadziło parę papierków do naboju i przysypało z wierzchu prochem, można było coś uratować.

Jedni chcieli się upić, drudzy przeżyć, trzeci marzyli o odznaczeniach. Ja też chciałem być odznaczony. Jak potem w kraju mnie zobaczą, to spytają:

– No, jak tam u ciebie? Co, starszyną byłeś, w intendenturze?

Głupio mi, że byłem taki łatwowierny. Polityczni przekonywali nas do tego, w co sami nie wierzyli.

Oficer polityczny pouczał przed powrotem do domu, o czym można mówić, a o czym nie. O poległych nie wolno, bo jesteśmy wielką i silną armią. Informacji o nieregulaminowych stosunkach w wojsku nie rozpowszechniać, bo jesteśmy armią wielką, silną i zdrową moralnie. Zdjęcia należy podrzeć. Błony fotograficzne – zniszczyć. Myśmy tu nie strzelali, nie bombardowali, nie zatruwali, nie wysadzali. Jesteśmy wielką, silną armią, najlepszą na świecie…

Na granicy zabrali nam prezenty, które wieźliśmy do domu: perfumy, chustki, zegarki.

– Nie wolno, chłopcy.

Nie robili żadnego spisu rzeczy konfiskowanych. To po prostu był ich biznes. Ale tak pachniały zielone wiosenne listki… Dziewczyny chodziły w lekkich sukienkach. W pamięci mignęła i znikła Swietka Afoszka (nie pamiętam nazwiska, tylko ksywkę Afoszka). Pierwszego dnia po przyjeździe do Kabulu przespała się z żołnierzem za sto afoszek (afgani), dopóki się nie zorientowała, że może za więcej. Po paru tygodniach brała po trzy tysiące. To już nie na żołnierską kieszeń. A gdzie jest Pawka? Naprawdę miał na imię Andriej, ale ze względu na nazwisko Korczagin został Pawką.

– Pawka, popatrz, jakie dziewczyny!!!

Pawka-Andriej miał dziewczynę, która przysłała zdjęcie ze swojego ślubu. Dyżurowaliśmy przy nim po nocach, baliśmy się o niego. Któregoś ranka powiesił zdjęcie na skale i rozstrzelał z karabinu maszynowego.

– Pawka, popatrz, jakie dziewczyny!

W pociągu mi się śniło, że wychodzimy na zadanie bojowe, a Saszka Kriwcow pyta:

– Dlaczego masz trzysta pięćdziesiąt naboi, a nie czterysta?

– Bo mam lekarstwa.

Zastanowił się i zapytał:

– A czy mógłbyś rozstrzelać tamtą Afgankę?

– Którą?

– Tamtą, która wciągnęła nas w zasadzkę. Pamiętasz, zginęło wtedy czterech naszych?

– Nie wiem… Ja pewnie nie. W przedszkolu i w szkole mówili na mnie „Babiarz”, bo broniłem zawsze dziewczynek. A ty?

– Wstydzę się…

Nie zdążył wytłumaczyć, dlaczego się wstydzi, bo się obudziłem.

W domu czekał na mnie telegram od mamy Saszy: „Przyjeżdżaj, Sasza nie żyje”.

Stałem przy jego grobie.

– Saszka, wstydzę się tego, że na końcowym egzaminie z komunizmu naukowego dostałem piątkę za krytykę demokracji burżuazyjnej. Przeprowadziłem analizę porównawczą. Rozumiesz mnie… Pojechaliśmy do Afganistanu ślepi… Teraz już wszyscy mówią, że ta wojna to hańba, a nam niedawno dali nowiutkie odznaki „Żołnierz-internacjonalista”. A ja milczałem… Nawet powiedziałem: „Dziękuję!”. Ty, Saszka, jesteś tam, a ja tu.

Muszę z nim rozmawiać…

Starszyna, sanitariusz kompanii zwiadowczej

Był taki maleńki. Urodził się wątły, jak dziewczynka, ważył dwa kilo, a mierzył trzydzieści centymetrów. Bałam się go trzymać w rękach…

Przyciskałam go do siebie:

– Moje ty słoneczko…

Nie bał się niczego poza pająkami. Przychodzi z ulicy… Kupiliśmy mu nowy płaszczyk. Właśnie skończył cztery lata… Powiesiłam płaszczyk na wieszaku, i słyszę z kuchni: człap, człap, człap, człap… Wybiegam, a tam przedpokój pełen żab, wyskakiwały z kieszeni płaszczyka. A on je zbierał.

– Nie bój się, mamo, one są dobre.

I z powrotem wpycha je do kieszeni.

– Moje ty słoneczko.

Lubił militarne zabawki. Kupiłam mu czołg, automat, pistolet. A on to dźwigał na sobie i maszerował po mieszkaniu.

– Jestem żołnierz… Jestem żołnierz…

– Moje ty słoneczko… Pobaw się czymś pokojowym.

– Jestem żołnierz…

Kiedy szedł do pierwszej klasy, nie mogliśmy nigdzie znaleźć dla niego ubranka, przymierzamy różne – każde za duże, przepastne.

– Moje ty słoneczko…

Poszedł do wojska. Modliłam się nie o to, żeby go nie zabili, tylko żeby nie bili. Bałam się, że silniejsi koledzy będą się nad nim znęcać, taki był mały. Opowiadał, że czasem każą czyścić ubikacje szczotką do zębów albo prać cudze majtki. Tego właśnie się bałam. Poprosił: „Tato, mamo, siostro, przyślijcie wszyscy swoje zdjęcia. Wyjeżdżam…”.

Nie napisał dokąd. Po dwóch miesiącach przysłał list z Afganistanu. „Nie płacz, mamo, nasze pancerze są mocne”.

 

– Moje ty słoneczko… Nasze pancerze są mocne…

Wtedy już go wyczekiwałam, bo do końca służby został mu miesiąc. Kupiłam koszulę, szalik, buty. Teraz są w szafie. Dałabym mu do trumny… Sama bym go ubrała, ale nie pozwolili mi otworzyć. Popatrzeć na synka, dotknąć… Czy mundur dla niego nie za duży? W czym on tam leży?

Pierwszy przyszedł kapitan z komisji wojskowej.

– Musi pani być silna…

– Gdzie jest mój syn?

– Tutaj, w Mińsku. Zaraz go przywiozą.

Osunęłam się na podłogę.

– Moje ty słoneczko!

Wstałam i rzuciłam się na kapitana z pięściami.

– Dlaczego ty żyjesz, a mój syn nie? Jesteś taki zdrowy, taki silny. A on był mały… Jesteś mężczyzną, a on chłopcem. Dlaczego żyjesz?!

Przywieźli trumnę, tłukłam o nią pięściami.

– Moje ty słoneczko! Moje ty słoneczko!

Teraz chodzę do niego na grób. Padam na płytę, obejmuję.

– Moje ty słoneczko…

Matka

Włożyłem do kieszeni grudkę ojczystej ziemi – taką potrzebę poczułem w pociągu…

Uuuch! Wojna! Pójdę walczyć. Byli oczywiście między nami i tchórze. Jednego komisja uznała za niezdolnego z powodu wzroku, i wybiegł rozradowany: „Udało się!”. Za nim szedł następny i tego też nie wzięli, ale o mało nie płakał: „Jak ja wrócę do swojej jednostki! Chłopaki mnie żegnały przez dwa tygodnie. I żebym choć miał wrzody żołądka, ale nie – ból zębów”. W samych gaciach wdarł się do generała – jak przez głupie zęby go nie wzięli, to niech mu te dwa zęby wyrwą!

Z geografii miałem w szkole piątkę. Zamykam oczy i wyobrażam sobie: góry, małpy, a my się opalamy, jemy banany… A było tak: wsadzili nas na czołgi, w szynelach, jeden karabin maszynowy w prawo, drugi w lewo, i jeszcze jeden skierowany w tył, wszystkie otwory strzelnicze otwarte, automaty wysunięte. Jak jakiś żelazny jeż. Spotykamy dwa nasze beteery – chłopaki siedzą na pancerzu w tiszertach, w kapeluszach, patrzą na nas i dławią się ze śmiechu. Jak zobaczyłem zabitego najemnika, byłem wstrząśnięty. Jaki napakowany, atleta! A ja trafiłem w góry i nie wiedziałem, jak stąpać na kamień, że trzeba najpierw lewą nogą. Dziesięć metrów po wiszącej skale niosłem telefon… Wybucha pocisk, ja zamykam usta, a to trzeba otwierać, żeby bębenki nie pękły. Wydali nam maski gazowe. Wyrzuciliśmy je pierwszego dnia, bo „duchy” nie miały broni chemicznej. Swoje hełmy sprzedaliśmy w dukanie. Tylko zbędny ciężar na głowie, a nagrzewa się jak patelnia. Ciągle kombinowałem, jak ukraść dodatkowy magazynek z nabojami. Wydali nam po cztery, za pierwszy żołd kupiłem od kolegi piąty, a szósty dostałem w prezencie. W walce dostaje się ostatni magazynek i ostatni nabój – w usta. To dla siebie.

Przyjechaliśmy budować socjalizm, a ogrodzono nas drutem kolczastym. „Chłopcy, tam nie wolno chodzić. Nie agitujcie za socjalizmem, od tego są odpowiedni ludzie”. Oczywiście było przykro, że tak nam nie ufają. Jednemu sklepikarzowi powiedziałem:

– Niedobrze do tej pory żyłeś. My cię teraz nauczymy. Będziemy tu budować socjalizm.

On się uśmiecha.

– Przed rewolucją handlowałem i teraz też handluję. A ty wracaj do domu. To nasze góry. Sami sobie damy radę…

Jedziemy czołgami przez Kabul, kobiety w nas ciskają kijami i kamieniami. Dzieci klną wulgarnie, bez akcentu, i wołają: „Rusek, wracaj do domu”.

Po co tu jesteśmy?

Strzelali z granatnika. Zdążyłem obrócić karabin maszynowy i to mnie uratowało. Pocisk leciał prosto w pierś, a tak przebił tylko jedną rękę, w drugą trafiły odłamki. Pamiętam takie łagodne, przyjemne uczucie… Żadnego bólu… A nad sobą słyszę krzyk: „Strzelaj! Strzelaj!”. Naciskam, ale karabin milczy. Potem zobaczyłem, że ręka mi zwisa, cała spalona. Wydawało mi się, że naciskam palcem, ale palców już nie miałem…

Nie straciłem przytomności, wyczołgałem się z pojazdu razem z innymi. Nałożyli mi opaskę. Trzeba było iść, zrobiłem dwa kroki i upadłem. Straciłem jakieś półtora litra krwi. Słyszę:

– Okrążają nas…

Ktoś mówi:

– Trzeba go zostawić, bo wszyscy zginiemy.

Prosiłem:

– Dobijcie mnie…

Jeden z chłopaków od razu odszedł, drugi odbezpieczył automat, ale powoli. A kiedy się to robi powoli, nabój może się krzywo ustawić. No i rzeczywiście tak się stało. Facet rzucił automat i krzyczy:

– Nie mogę! Masz, sam…

Przyciągnąłem automat do siebie, ale jedną ręką nie da się nic zrobić.

Miałem szczęście, bo to było w niewielkim wąwozie, a ja leżałem za kamieniami. Zasłaniał mnie wielki głaz, więc jak duszmani przechodzili obok, to mnie nie widzieli. Myślałem: „jak tylko mnie zobaczą, będę musiał się jakoś zabić”. Wybrałem jeden kamień, przysunąłem do siebie, przymierzyłem się…

Rano znaleźli mnie nasi. Tych dwóch, którzy uciekli, niosło mnie na buszłacie. Zrozumiałem: bali się, że powiem prawdę. A mnie już było wszystko jedno. W szpitalu od razu położyli mnie na stół. Przyszedł chirurg i od razu mówi: „Amputacja”… Kiedy się zbudziłem, poczułem, że nie mam ręki… A leżeli tam różni: bez jednej ręki, bez obu, bez nogi… Płakali po cichu. I zaczynali popijać. Ja zacząłem się uczyć, jak trzymać ołówek lewą dłonią.

Wróciłem do domu, do dziadków, więcej nikogo nie miałem. Babcia w płacz – jej ukochany wnuk został bez ręki. Dziadek na nią huknął: „Nie rozumiesz polityki partii!”. Przychodzą znajomi i pytają:

– Przywiozłeś kożuch? Przywiozłeś japoński magnetofon? Nic nie przywiozłeś… Czy ty w ogóle byłeś w tym Afganistanie?

Szkoda, że nie przywiozłem ze sobą automatu!

Zacząłem szukać swoich kolegów. On był tam, ja tam byłem – mamy wspólny język. Własny. Po prostu się rozumiemy. Rektor uczelni wzywa mnie i mówi: „Przyjęliśmy cię z trójkami, dali stypendium. Nie chodź do nich… Po co zbieracie się na cmentarzu? Tak być nie może”. Początkowo nie pozwalano nam się spotykać. Bali się, że będziemy rozpowszechniać plotki, że zrobi się niezdrowy szmerek. No a jeśli się organizujemy, to pewnie będziemy walczyć o swoje prawa, a oni będą musieli dawać nam mieszkania, pomagać matkom tych, którzy leżą w grobach. Zażądamy, żeby ogrodzić te groby, żeby postawić tam pomniki. No a niech kto powie, komu to jest potrzebne? Przekonywano nas, żebyśmy nie gadali za dużo o tym, co tam było, co tam widzieliśmy. Tajemnica państwowa. Sto tysięcy żołnierzy w obcym kraju i tajemnica! Nawet to, jakie upały panują w Kabulu…

Wojna nie czyni człowieka lepszym. Wyłącznie gorszym. Bez żadnych wątpliwości. Nigdy nie wrócę do tego dnia, kiedy wyruszyłem na wojnę. Nie będę tym, kim byłem przed wojną. Jak mogę się stać lepszym, jeśli widziałem… jak ludzie za czeki kupują u medyków dwie szklanki moczu chorego na żółtaczkę. Potem taki go wypija. Zaczyna chorować. Zwalniają go. Widziałem, jak odstrzeliwują sobie palce. Jak kaleczą się zamkami karabinów maszynowych. Jak… jak… Jak w tym samym samolocie lecą do domu cynkowe trumny i walizki z kożuchami, dżinsami, damskimi majtkami… Z chińską herbatą…

Kiedyś z wielkim przejęciem wymawiałem słowo „ojczyzna”. Teraz jestem inny. Walczyć za… Za co walczyć? Biliśmy się i już. Zwykła rzecz. A może walczyliśmy za sprawę? U nas każde pokolenie dostaje własną wojnę. Gazety piszą, że to słuszne. No więc jest słuszne. A potem te same gazety oskarżają nas, że jesteśmy mordercami. Komu wierzyć? Nie wiem. Nikomu już nie wierzę. Gazety? Nie czytam ich. Nawet nie prenumeruję. Dziś piszą tak, jutro inaczej. Taki czas… Pierestrojka. Wiele prawd… A gdzie jest jedna, moja prawda? Zostali mi tylko przyjaciele. Jednemu, dwóm, trzem wierzę. Na nich mogę polegać we wszystkim. A poza tym – nikomu. Jestem tu już sześć lat i wszystko to widzę…

Dali mi książeczkę inwalidzką – przysługują mi zniżki! Podchodzę do kasy dla weteranów wojny.

– Ty dokąd, chłopcze? Coś ci się pomyliło.

Zaciskam zęby i nic nie mówię. Za sobą słyszę:

– Ja broniłem ojczyzny, a ten…

Nieznajomy czasem pyta:

– Gdzie ręka?

– Pociąg mi odciął, po pijaku wpadłem.

Wtedy jest w porządku. Pożałują.

U Walentina Pikula w powieści Mam zaszczyt. Spowiedź oficera rosyjskiego sztabu generalnego czytałem niedawno: „Obecnie (chodzi o haniebne skutki wojny rosyjsko-japońskiej 1905 roku) wielu oficerów prosi o zwolnienie, bo wszędzie, gdziekolwiek się pojawią, spotykają się z drwinami i pogardą. Dochodzi do tego, że oficer wstydzi się nosić mundur, stara się chodzić po cywilnemu. Nawet inwalidzi wojenni nie wywołują współczucia, a ludzie dają o wiele więcej beznogim żebrakom, jeśli ci mówią, że nie mają nic wspólnego z Mukdenem i Liaoyangiem[28], a nogę odciął im tramwaj na rogu Newskiego i Litiejnego Prospektu”. Wkrótce i o nas tak będą pisali…

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?