Cynkowi chłopcyTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Cynkowi chłopcy
Cynkowi chłopcy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 76,80  61,44 
Cynkowi chłopcy
Cynkowi chłopcy
Audiobook
Czyta Krystyna Czubówna
41,90  31,01 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wrzesień 1988 roku
5 września

Taszkent. Na lotnisku jest duszno, pachnie melonami, to nie lotnisko, ale bachcza[5]. Jest druga w nocy. Grube, na wpół dzikie koty, podobno afgańskie, bez lęku wskakują pod taksówki. W tłumie opalonych wczasowiczów, pośród skrzyń i koszów z owocami podrygują o kulach młodzi żołnierze, zupełne chłopaczki. Nikt na nich nie zwraca uwagi, wszyscy się przyzwyczaili. Śpią i jedzą na podłodze, na starych gazetach i czasopismach, od tygodni nie udaje im się kupić biletu do Saratowa, Kazania, Nowosybirska, Kijowa… Gdzie zostali inwalidami? Czego tam bronili? To nikogo nie interesuje. Tylko mały chłopiec nie odwraca od nich szeroko otwartych oczu, a pijana żebraczka podchodzi do żołnierzyka i mówi:

– Chodź tutaj… Utulę cię…

Tamten macha kulą. A ona ani trochę się nie obraża, tylko dodaje coś smutnego, kobiecego.

Obok mnie siedzą oficerowie. Opowiadają, jakie marne u nas robią protezy. Mówią o tyfusie brzusznym, malarii i zapaleniu wątroby. O tym, że w pierwszych latach wojny nie było ani studni, ani kuchni, ani łazienek polowych, nie było nawet gdzie umyć naczyń. A także o tym, który co przywiózł: ten – „wideło”, tamten – magnetofon, Sharpa albo Sony. Zapamiętałam, jakim wzrokiem patrzyli na ładne, wypoczęte kobiety w wydekoltowanych sukienkach.

Długo czekamy na samolot wojskowy do Kabulu. Mówią, że najpierw ładowany będzie sprzęt, a potem wsiądą ludzie. Czeka na to setka osób. Wszyscy wojskowi. Nadspodziewanie dużo jest kobiet.

Urywki rozmów:

– Tracę słuch. Najpierw przestałem słyszeć ptaki, które wydają wysokie dźwięki. To następstwa obrażeń głowy… Trznadla na przykład nie słyszę w ogóle. Nagrałem go na magnetofon i puszczam na pełny regulator…

– Najpierw się strzela, a potem sprawdza, kto to był: kobieta czy dziecko. Każdy ma własne koszmary…

– Osiołek kładzie się na odgłos strzałów; kiedy ostrzał się kończy, to wstaje.

– Kim jesteśmy w Sojuzie? Prostytutkami? No przecież wiemy. Chcemy choćby na tę spółdzielnię zarobić. A faceci? No co faceci? Wszyscy chleją.

– Generał mówił o obowiązku internacjonalistycznym, o obronie południowych rubieży. Nawet się rozczulił: „Weźcie dla nich lizaki. To przecież dzieci. Najlepszy prezent to cukierki”.

– Oficer był młody. Kiedy dowiedział się, że ucięli mu nogę, zapłakał. Twarz miał jak u dziewczyny: białą, z rumieńcami. Z początku bałam się martwych, zwłaszcza jeśli nie mieli rąk ani nóg. A potem się przyzwyczaiłam…

– Biorą do niewoli. Odcinają jeńcom kończyny, potem zaciskają żyły, żeby nie umarli z upływu krwi. I tak ich zostawiają, nasi potem znajdują te kadłuby. Woleliby umrzeć, leczy się ich przymusowo. A po szpitalu nie chcą wracać do domu.

– Celnicy zobaczyli moją pustą torbę. „Co wieziesz?” – pytają. „Nic”. – „Nic??” Nie uwierzyli. Kazali się rozebrać do majtek. Wszyscy przywożą pod dwie–trzy walizki.

W samolocie dostałam miejsce koło przywiązanego łańcuchami transportera. Na szczęście major siedzący koło mnie okazał się trzeźwy; cała reszta dookoła była pijana. Niedaleko mnie ktoś spał na popiersiu Marksa (portrety i rzeźby wodzów socjalizmu wrzucono tu bez opakowania), wieziono nie tylko broń, ale i cały zapas rekwizytów niezbędnych przy radzieckich rytuałach. Były tam czerwone sztandary, czerwone wstążeczki…

Wycie syren…

– Proszę wstawać. Bo prześpi pani królestwo niebieskie.

To już było nad Kabulem. Podchodziliśmy do lądowania.

Huczały działa. Patrole z automatami i w kamizelkach kuloodpornych żądały przepustek.

O wojnie już nie chciałam pisać. Ale jestem na niej, na najprawdziwszej wojnie. Wszędzie są ludzie wojny, rekwizyty wojny. Czas wojny.

12 września

Jest coś niemoralnego w przyglądaniu się cudzemu męstwu i ryzyku. Wczoraj, idąc do stołówki na śniadanie, przywitaliśmy się z wartownikiem. Pół godziny później zabił go odłamek pocisku, który przypadkowo wleciał na teren garnizonu. Przez cały dzień usiłowałam sobie przypomnieć twarz tego chłopaka…

O dziennikarzach mówią tutaj: „bajkopisarze”. O pisarzach tak samo. W naszej grupie pisarzy są sami mężczyźni. Wyrywają się na dalekie placówki, chcą walczyć. Pytam jednego z nich:

– Po co?

– Bo to ciekawe. Będę mógł powiedzieć, że byłem na Salangu[6]. Postrzelam sobie.

Nie mogę uwolnić się od uczucia, że wojna to męski wymysł, pod wieloma względami dla mnie niepojęty. Ale codzienność wojny jest wspaniała. U Apollinaire’a: „Ach, jak piękna jest wojna”.

Na wojnie wszystko jest inne: i człowiek, i jego myśli, i przyroda. Nagle zrozumiałam, że ludzkie myśli mogą być bardzo okrutne.

W koszarach, w stołówce, na boisku piłkarskim, wieczorem na potańcówce – zaskakują mnie te atrybuty życia pokojowego – wszędzie pytam i słucham odpowiedzi:

– Strzeliłem prosto do niego i zobaczyłem, jak się rozlatuje ludzka czaszka. Pomyślałem: „Pierwszy”. Po walce są ranni i zabici. Nikt nic nie mówi… Śnią mi się tutaj tramwaje. Że wracam tramwajem do domu… Najukochańsze wspomnienie to jak mama piecze słodkie ciasto. Pachnie w całym domu…

– Najpierw przyjaźni się człowiek z kimś fajnym… A potem widzi porozrzucane na kamieniach jego kiszki. Zaczyna się mścić.

– Czekaliśmy na karawanę. Dwa, trzy dni w zasadzce. Leżeliśmy w gorącym piasku, sikali pod siebie. Po koniec trzeciego dnia byliśmy już bestiami. Pierwszą serię puszcza się wtedy z nienawiścią. Po strzelaninie, kiedy wszystko się kończyło, stwierdziliśmy, że karawana wiozła same banany i dżemy. Najedliśmy się słodkiego za całe życie…

– Wzięliśmy do niewoli „duchów”[7]… Wypytujemy ich: „Gdzie są magazyny wojskowe?”. Cisza. Wzięliśmy dwóch do helikoptera: „Gdzie? Pokaż”. Ci nadal milczą. Zrzuciliśmy jednego na skały…

– Uprawiać miłość na wojnie i po wojnie – to nie to samo… Na wojnie wszystko jest jak pierwszy raz…

– Strzela wyrzutnia Grad… Lecą pociski… A nad tym wszystkim unosi się jedno pragnienie: żyć! żyć! żyć! Ale o cierpieniach drugiej strony niczego człowiek nie wie i wiedzieć nie chce. Żyć i już. Żyć!

Napisać (opowiedzieć) całą prawdę o sobie jest według Puszkina fizyczną niemożliwością.

Na wojnie ratuje człowieka to, że świadomość się odrywa, rozprasza. Ale śmierć wokół niego jest absurdalna, przypadkowa. Nie ma wyższego sensu.

…Na czołgu ktoś namalował czarną farbą: „Małkina pomścimy”.

Młoda Afganka klęczała pośrodku ulicy nad zabitym dziec­kiem i krzyczała. Tak pewnie krzyczą tylko ranne zwierzęta.

Mijaliśmy zniszczone kiszłaki, podobne do zaoranego pola. Martwa glina niedawnej siedziby ludzkiej była straszniejsza niż ciemność, z której mogły paść strzały.

W szpitalu położyłam pluszowego misia na łóżku afgańskiego chłopca. Chwycił zabawkę zębami – tak się uśmiechał i bawił, bo nie miał obu rąk. Przetłumaczono mi słowa jego matki: „Twoi Rosjanie strzelali. A ty masz dzieci? Kogo? Chłopca czy dziewczynkę?”. Nie zrozumiałam, czy to były bardziej słowa przerażenia czy przebaczenia.

Krążą opowieści o okrucieństwach, jakich mudżahedini dopuszczają się na naszych jeńcach. Przypomina to średniowiecze. Tutaj naprawdę panuje inna epoka, według kalendarzy mamy wiek XIV.

U Lermontowa w Bohaterze naszych czasów Maksym Maksymicz, oceniając postępowanie górala, który zarżnął ojca Beły, mówi: „Oczywiście, w ich pojęciu miał do tego zupełne prawo”[8], chociaż z punktu widzenia Rosjanina był to czyn bestialski. Pisarz wychwycił tę zadziwiającą cechę Rosjan – umiejętność wczucia się w sytuację innego narodu, zobaczyć rzeczy „po ichniemu”.

A teraz…

17 września

Każdego dnia obserwuję, jak człowiek spełza w dół. Bardzo rzadko wdrapuje się do góry.

Iwan Karamazow u Dostojewskiego robi uwagę: „Żadna bestia nigdy nie będzie tak okrutna jak człowiek, tak wyrafinowanie, tak kunsztownie okrutna”[9].

Tak, podejrzewam, że nie chcemy o tym słyszeć, nie chcemy o tym wiedzieć. Ale na każdej wojnie, ktokolwiek – Juliusz Cezar czy Józef Stalin – i w imię czegokolwiek by ją toczył, ludzie się zabijają. To morderstwo, ale u nas nikt zazwyczaj się nad tym nie zastanawia, nawet w szkołach z jakiegoś powodu mówi się nie o wychowaniu patriotycznym, ale o wojskowo-patriotycznym. Chociaż właściwie dlaczego się dziwię? Wszystko jasne – wojenny socjalizm, wojenny kraj, wojenne myślenie.

Nie wolno poddawać człowieka takim próbom. On ich nie wytrzyma. W medycynie nazywa się to „ostrym testem”. Eksperymentem na żywych ludziach.

Wieczorem w pomieszczeniach dla żołnierzy naprzeciw hotelu ktoś włączył magnetofon. I ja słuchałam „afgańskich” piosenek. Dziecinne, jeszcze nieukształtowane głosy chrypiały „pod Wysockiego”. „Słońce jak olbrzymia bomba spadło do kiszłaku”, „Nie potrzeba mi sławy. Byle żyć – oto cała nagroda”, „Dlaczego my ich zabijamy? Dlaczego zabijają nas?”. „Powoli zapominam ich twarze”, „On nie jest tylko obowiązkiem, Afganistan to cały nasz świat”, „Jak wielkie ptaki jednonodzy skaczą nad morzem”, „Martwy nie należy do nikogo. Na jego twarzy nie ma już nienawiści”.

W nocy mi się przyśniło, że nasi żołnierze wracają do kraju, a ja jestem wśród odprowadzających. Podchodzę do jednego z chłopaków i widzę, że nie ma języka, jest niemy. Był w niewoli. Spod żołnierskiego szynela wystaje szpitalna piżama. Pytam go o coś, a on tylko pisze swoje imię: „Wanieczka… Wanieczka…”. Tak wyraźnie odczytuję jego imię – Wanieczka… Z twarzy podobny jest do chłopaczka, z którym rozmawiałam rano. Cały czas powtarzał: „Mama czeka na mnie w domu”.

Przejeżdżaliśmy po zamarłych uliczkach Kabulu, mijając znajome plakaty w centrum: „Komunizm to świetlana przyszłość”, „Kabul – miasto pokoju”, „Naród i partia to jedno”. Nasze plakaty, drukowane w naszych drukarniach. Nasz Lenin stoi tutaj z podniesioną ręką…

 

Poznałam kinooperatorów z Moskwy.

Filmowali załadunek „czarnego tulipana”[10]. Nie podnosząc oczu, opowiadają, że nieboszczyków ubiera się w stare mundury z bufiastymi portkami, jeszcze z lat czterdziestych, a czasem wkładają do trumny bez mundurów, bo zdarza się, że i takich przedpotopowych zabraknie. Stare deski, zardzewiałe gwoździe… „Przywieźli nowych zabitych. Lodówka pachnie jakby nieświeżym mięsem dzika”.

Kto mi uwierzy, jeśli o tym napiszę?

20 września

Widziałam walkę…

Zginęło trzech żołnierzy… Wieczorem wszyscy jedli kolację, nie wspominali ani o walce, ani o poległych, którzy leżeli gdzieś w pobliżu.

Człowiek ma prawo do niezabijania. Do tego, by się zabijania nie uczyć. Takiego prawa nie ma w żadnej konstytucji.

Wojna to świat, a nie wydarzenie… Wszystko tutaj jest inne: i krajobraz, i człowiek, i słowa. Zapamiętuje się teatralną część wojny: wyjeżdża czołg, słychać rozkazy… Świecące w ciemności tory pocisków smugowych…

O śmierci myśli się tak jak o przyszłości. Coś dzieje się z czasem, kiedy człowiek myśli o śmierci i widzi ją. Obok strachu przed śmiercią jest jeszcze jej atrakcyjność…

Nic tu nie trzeba wymyślać. Fragmenty wielkich ksiąg są wszędzie. W każdym.

W opowiadaniach uderza (często!) agresywna naiwność naszych chłopców. Niedawnych radzieckich dziesiątoklasistów. A ja chcę ich skłonić do rzetelnego dialogu z człowiekiem, który tkwi w nich samych.

A jednak? W jakim języku rozmawiamy sami ze sobą, z innymi? Podoba mi się język potocznych rozmów, to język wypuszczony na swobodę, nic go nie obciąża. Tutaj wszystko – składnia, intonacja, akcenty – hula i świętuje, dokładnie odtwarzając emocje. A ja właśnie śledzę emocje, a nie wydarzenia. To, co robię, przypomina pewnie pracę historyka, tyle że historyka takiego, co nie zostawia śladów. Co się dzieje z wielkimi wydarzeniami? Przenoszą się do historii, a te małe, dla małego człowieka jednak najważniejsze, znikają bez śladu. Dzisiaj jeden z chłopaków (wyglądał na delikatnego i chorowitego, tak że mało przypominał żołnierza) opowiadał, jak dziwne i zarazem upajające jest wspólne zabijanie. I jakie to straszne rozstrzelać kogoś.

Czy coś takiego zostanie w historii? W każdej kolejnej książce z uporem robię to samo – zmniejszam historię do wymiarów człowieka.

Myślałam o tym, że na wojnie nie da się pisać książki o wojnie. Przeszkadza litość, przeszkadza nienawiść, przyjaźń, ból fizyczny… Także list z domu, po którym tak bardzo chce się żyć… Opowiadają mi tu, że kiedy zabijają, starają się nie patrzeć w oczy, nawet kiedy chodzi o wielbłąda. Ateistów tu się nie spotyka. I wszyscy są przesądni.

Obwiniają mnie (zwłaszcza oficerowie, żołnierze rzadziej) o to, że piszę o wojnie, chociaż ani sama nie strzelałam, ani też nikt nie brał mnie na muszkę. A może to właśnie dobrze, że nie strzelałam?

Gdzie jest człowiek, któremu sama myśl o wojnie sprawiałaby cierpienie? Takiego nie znajduję. Wczoraj jednak widziałam, że koło sztabu leży martwy ptak; nie wiem, jak się nazywa. Dziwna rzecz… Wojskowi podchodzili do niego, starali się zobaczyć, co to za ptak. Żal im go było.

Na twarzach martwych ludzi maluje się jakieś natchnienie… W żaden sposób nie umiem też przywyknąć do tego, że wszystko, co na wojnie jest zwyczajne – woda, papierosy, chleb – ma w sobie coś szalonego… Zwłaszcza wtedy, gdy wychodzimy z terenu garnizonu i wspinamy się w góry. Tam człowiek jest sam na sam z przyrodą i przypadkiem. Kula świśnie obok albo trafi w cel. Kto wystrzeli pierwszy – ty czy on? Tam zaczyna się widzieć człowieka od strony natury, nie społeczeństwa.

A w Związku Radzieckim telewizja pokazuje, jak w Afganistanie sadzi się aleje przyjaźni, których tutaj nikt z nas nie sadził ani nawet nie widział…

Dostojewski w Biesach: „Człowiek a jego przekonania to chyba dwie bardzo różne sprawy. Może zawiniłem wobec nich!… Wszyscy są winni, wszyscy winni i… gdyby wszyscy się o tym przekonali!”[11]. Dostojewski wyraził też taką myśl, że ludzkość wie o sobie więcej, niż zdążyła utrwalić w literaturze, w nauce. Mówił zresztą, że to nie jego myśl, ale Władimira Sołowjowa.

Gdybym nie czytała Dostojewskiego, moja rozpacz byłaby większa…

21 września

Gdzieś daleko strzela wyrzutnia rakiet Grad. Nawet z takiego dystansu dźwięk jest okropny.

Po wielkich wojnach XX wieku i po masowych zgonach pisanie o współczesnych, mniejszych wojnach, takich jak afgańska, wymaga zmiany perspektywy, etycznej i metafizycznej. Trzeba użyć czegoś małego, osobistego, odrębnego. Potrzebny jest jeden człowiek. Dla kogoś – jedyny. Nieważne, jak traktuje go państwo; ważne, kim jest dla matki, dla żony. Dla dziecka. W jaki sposób możemy odzyskać dar normalnego widzenia?

Interesuje mnie także ciało, ludzkie ciało, jako łącznik między naturą a historią, między zwierzęcością a mową. Ważne są wszystkie szczegóły fizyczne: jak krew zmienia się na słońcu, jaki jest człowiek przed odejściem… Życie ma w sobie niezwykle dużo artyzmu, a – jakkolwiek okrutnie by to brzmiało – szczególnie kunsztowne jest ludzkie cierpienie. Ciemna strona sztuki. Właśnie wczoraj widziałam, jak po kawałku zbierali chłopaków, którzy weszli na minę przeciwczołgową. Mogłam nie iść i nie oglądać, ale poszłam, żeby o tym napisać. Teraz piszę…

Nadal jednak nie wiem, czy musiałam tam iść. Słyszałam, jak oficerowie podśmiewali się za moimi plecami: panienka się pewnie wystraszy. Poszłam i nie było w tym nic bohaterskiego, bo zemdlałam. Może przyczyną był upał, a może wstrząs. Mówię to uczciwie.

23 września

Leciałam śmigłowcem… Z góry widziałam setki przygotowanych zawczasu cynkowych trumien, które pięknie i strasznie błyszczały w słońcu…

Kiedy się człowiek zetknie z czymś podobnym, to od razu myśli: literatura dusi się w swoich granicach… Zwyczajnie kopiując, przekazując fakt, można wyrazić tylko coś, co się widzi, a kto potrzebuje szczegółowych sprawozdań z tego, co się dzieje? Potrzebne jest coś innego… Utrwalenie chwili, wydartej z życia…

25 września

Wrócę stamtąd jako wolny człowiek… Nie byłam wolna, dopóki nie ujrzałam tego, co tutaj robimy. Było strasznie i samotnie. Wrócę i nie pójdę już do żadnego muzeum wojska…

* * *

Nie wymieniam w książce prawdziwych nazwisk. Jedni prosili mnie o zachowanie tajemnicy spowiedzi, drudzy sami chcą o wszystkim zapomnieć. Zapomnieć o tym, o czym pisał Tołstoj – że człowiek jest „substancją płynną”. Wszystko w sobie pomieści.

W dzienniku natomiast zapisałam nazwiska. Może kiedyś moi bohaterowie zapragną, żeby je poznano:

Siergiej Amirchanian, kapitan; Władimir Agapow, starszy lejtnant, dowódca obsługi działa; Tatiana Biełozierska, pracownica cywilna; Wiktoria Władimirowna Bartaszewicz, matka poległego szeregowego Jurija Bartaszewicza; Dmitrij Babkin, szeregowy, operator-celowniczy; Sajja Jemielianowna Babuk, matka poległej siostry Swietłany Babuk; Marija Tierentjewna Bobkowa, matka poległego szeregowego Leonida Bobkowa; Olimpiada Romanowna Baukowa, matka poległego szeregowego Aleksandra Baukowa; Taisija Nikołajewna Bogusz, matka poleg­łego szeregowego Wiktora Bogusza; Wiktoria Siemionowna Wołowicz, matka poległego starszego lejtnanta Walerija Wałowicza; Tatiana Gajsenko, pielęgniarka; Wadim Głuszkow, starszy lejtnant, tłumacz; Giennadij Gubanow, kapitan, lotnik; Inna Siergiejewna Gałowniewa, matka poległego starszego lejtnanta Jurija Gałowniewa; Anatolij Diewietjarow, major, oficer do spraw propagandy pułku artylerii; Dienis L., szeregowy, obsługa granatnika; Tamara Downar, żona poległego starszego lejtnanta Piotra Downara; Jekatierina Nikiticzna Płaticyna, matka poległego majora Aleksandra Płaticyna; Władimir Jerochowiec, szeregowy, obsługa granatnika; Sofia Grigorjewna Żurawlowa, matka poleg­łego szeregowego Aleksandra Żurawlowa; Natalia Żestowska, pielęgniarka; Marija Onufriewna Ziłfigarowa, matka poległego szeregowego Olega Zilfigarowa; Wadim Iwanow, starszy lejtnant, dowódca plutonu saperów; Galina Fiodorowna Ilczenko, matka poległego szeregowego Aleksandra Ilczenki; Jewgienij Krasnik, szeregowy piechoty zmotoryzowanej; Konstantin M., doradca wojskowy; Jewgienij Kotielnikow, starszyna, sanitariusz kompanii rozpoznania; Aleksandr Kostakow, szeregowy wojsk łączności; Aleksandr Kuwszynnikow, starszy lejtnant, dowódca plutonu moździerzy; Nadieżda Siergiejewna Kozłowa, matka poległego szeregowego Andrieja Kozłowa; Marina Kisielowa, pracownica cywilna; Taras Kiecmur, szeregowy; Piotr Kurbanow, major, dowódca kompanii strzelców górskich; Wasilij Kubik, chorąży; Oleg Leluszenko, szeregowy, obsługa granatnika; Aleksandr Leletko, szeregowy; Siergiej Łoskutow, chirurg wojskowy; Walerij Lisiczonok, sierżant wojsk łączności; Aleksandr Ławrow, szeregowy; Wiera Łysenko, pracownica cywilna; Artur Mietlicki, szeregowy, zwiadowca; Jewgienij Stiepanowicz Muchortow, major, dowódca batalionu, i jego syn Andriej Muchortow, młodszy lejtnant; Lidija Jefimowna Mankiewicz, matka poległego sierżanta Dmitrija Mankiewicza; Galina Mlawoj, żona poległego kapitana Stiepana Mlawoja; Władimir Michołap, szeregowy, obsługa moździerza; Maksim Miedwiediew, szeregowy naprowadzania lotnictwa; Aleksandr Nikołajenko, kapitan, dowódca grupy śmigłowców; Oleg L., pilot śmigłowca; Natalia Orłowa, pracownica cywilna; Galina Pawłowa, pielęgniarka; Władimir Pankratow, szeregowy, zwiadowca; Witalij Rużencow, szeregowy, kierowca; Siergiej Rusak, szeregowy, czołgista; Michaił Sirotin, starszy lejtnant, lotnik; Aleksandr Suchorukow, starszy lejtnant, dowódca plutonu strzelców górskich; Timofiej Smirnow, sierżant artylerii; Walentina Kiriłłowna Sańko, matka poległego szeregowego Walentina Sańki; Nina Iwanowna Sidelnikowa, matka; Władimir Simanin, podpułkownik; Tomas M., sierżant, dowódca plutonu piechoty; Leonid Iwanowicz Tatarczenko, ojciec poległego szeregowego Igora Tatarczenki; Wadim Trubin, sierżant, żołnierz grupy specjalnej; Władimir Ułanow, kapitan; Tamara Fadiejewa, lekarz bakteriolog; Ludmiła Charitonczik, żona poległego starszego lejtnanta Jurija Charitonczika; Anna Chakas, pracownica cywilna; Walerij Chudiakow, major; Walentina Jakowlewa, chorąży, komendant tajnej jednostki…