Cynkowi chłopcyTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Cynkowi chłopcy
Cynkowi chłopcy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 76,80  61,44 
Cynkowi chłopcy
Cynkowi chłopcy
Cynkowi chłopcy
Audiobook
Czyta Krystyna Czubówna
41,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

W serii ukazały się ostatnio:

Angelika Kuźniak Marlene (wyd. 2)

Elisabeth Åsbrink Czuły punkt. Teatr, naziści i zbrodnia

Frank Westerman Czysta biała rasa. Cesarskie konie, genetyka i wielkie wojny

Barbara Demick W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy

Paweł Smoleński Oczy zasypane piaskiem

Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci

Mateusz Janiszewski Dom nad rzeką Loes

Norman Lewis Neapol ’44. Pamiętnik oficera wywiadu z okupowanych Włoch

Witold Szabłowski Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji (wyd. 2 rozszerzone)

Peter Harris Słuszny opór. Konstruktorzy bomb, rebelianci i legendarny proces o zdradę stanu

Liao Yiwu Bóg jest czerwony. Opowieść o tym, jak chrześcijaństwo przetrwało i rozkwitło w komunistycznych Chinach

Dariusz Rosiak Wielka odmowa. Agent, filozof, antykomunista

Anthony Shadid Nadciąga noc. Irakijczycy w cieniu amerykańskiej wojny

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen

Iza Klementowska Samotność Portugalczyka

V. S. Naipaul Poza wiarą. Islamskie peregrynacje do nawróconych narodów

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka

Drauzio Varella Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie Brazylii

Ewa Winnicka Angole

Michał Olszewski Najlepsze buty na świecie

Norman Lewis Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii

Grzegorz Szymanik Motory rewolucji

V. S. Naipaul Maska Afryki. Odsłony afrykańskiej religijności

Karolina Domagalska Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro

Pin Ho, Wenguang Huang Uderzenie w czerń. Morderstwo, pieniądze i walka o władzę w Chinach

Liao Yiwu Pociski i opium. Historie życia i śmierci z czasów masakry na placu Tiananmen

Marcin Wójcik W rodzinie ojca mego

Frances Harrison Do dziś liczymy zabitych. Nieznana wojna w Sri Lance

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Wilki żyją poza prawem. Jak Janukowycz przegrał Ukrainę

Peter Hessler Dziwne kamienie. Opowieści ze Wschodu i z Zachodu

Jenny Nordberg Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie

Magdalena Kicińska Pani Stefa

Andrzej Muszyński Cyklon

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 3 rozszerzone)

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju

Paweł Smoleński Izrael już nie frunie (wyd. 4)

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja

W serii ukażą się m.in.:

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Mur. 12 kawałków o Berlinie, pod redakcją Agnieszki Wójcińskiej

Swietłana Aleksijewicz

Cynkowi chłopcy

Przełożył Jerzy Czech


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału rosyjskiego Цинковые мальчики

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Shepard Sherbell / CORBIS SABA / Profimedia

Copyright © by Svetlana Alexievich, 2007

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2015

Copyright © for the Polish translation by Jerzy Czech, 2015

Redakcja Magdalena Kędzierska-Zaporowska / d2d.pl

Korekta Agnieszka Rymarowicz / d2d.pl, Agata Czerwińska / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Sandra Trela / d2d.pl


The publication was effected under the auspices of the Mikhail Prokhorov Foundation TRANSCRIPT Programme to Support Translations of Russian Literature

ISBN 978-83-8049-133-5

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Motto

Prolog

Z notatek (na wojnie)

Dzień pierwszy

Dzień drugi

Dzień trzeci

Post mortem

Proces Cynkowych chłopców (opowieść w dokumentach)

Po procesie

Przypisy

Kolofon

20 stycznia 1801 roku Kozakom Wasilija Orłowa, atamana dońskiego, rozkazano wyruszyć do Indii. Przewidywano, że po miesiącu znajdą się w Orenburgu, skąd w ciągu trzech miesięcy dotrzeć mieli „przez Bucharę i Chiwę do rzeki Indus”. Wkrótce trzydzieści tysięcy Kozaków przebyło Wołgę i wkroczyło na stepy kazachskie…

W borʹ bie za87 włastʹ. Stranicy politiczeskoj istorii Rossii XVII wieka Moskwa, „Mysl” 1988, s. 475

W grudniu 1979 roku kierownictwo radzieckie zdecydowało się wprowadzić wojsko do Afganistanu. Wojna trwała do 1989 roku, ciągnęła się dziewięć lat, jeden miesiąc i dziewiętnaście dni. Przez Afganistan przeszło ponad pół miliona żołnierzy ograniczonego kontyngentu wojsk radzieckich. Straty Sił Zbrojnych Związku Radziec­kiego wyniosły w sumie piętnaście tysięcy pięćdziesięciu jeden ludzi. Zaginęło bez wieści bądź trafiło do niewoli czterystu siedemnastu żołnierzy. Do roku 2000 dwieście osiemdziesiąt siedem osób wciąż nie wróciło do domu, a ich los jest nieznany…

Polit.ru, 19 listopada 2003 roku

Prolog

Idę sama… Teraz będę musiała długo iść sama…

Zabił człowieka… Mój syn… Kuchennym tasakiem, którym siekałam mięso. Wrócił z wojny i od razu zabił… Rankiem przyniósł tasak i odłożył go z powrotem do szafki, tam gdzie chowam naczynia. Wydaje mi się, że jeszcze w tym samym dniu zrobiłam mu kotlety… Po jakimś czasie telewizja, a także tutejsza popołudniówka doniosły, że z miejskiego jeziora rybacy wyłowili trupa… Po kawałku… Zadzwoniła do mnie przyjaciółka:

– Czytałaś? Profesjonalne morderstwo… To zrobił któryś z afgańskich weteranów…

Syn był w domu, leżał na kanapie, czytał książkę. O niczym jeszcze nie wiedziałam, niczego się nie domyślałam, ale po tych słowach popatrzyłam na niego… Serce matki…

Słyszy pani szczekanie psa? Nie? A ja, ledwie tylko zacznę o tym opowiadać, zaraz słyszę szczekanie psa. Słyszę biegnące psy… Tam, w więzieniu, w którym siedzi, mają wielkie czarne owczarki… Ludzie też wszyscy na czarno ubrani, cali w czerni… Po powrocie do Mińska, koło piekarni czy koło przedszkola, kiedy idę z chlebem i mlekiem, zawsze słyszę to szczekanie. Ogłuszające szczekanie. A wtedy przestaję cokolwiek widzieć… Kiedyś omal nie wpadłam pod samochód…

Mogłabym chodzić na grób swego syna… Mogę leżeć tam razem z nim… Tylko nie wiem… nie wiem, jak mam z tym żyć… Czasem boję się wejść do kuchni, zobaczyć tę szafkę, gdzie leżał tasak… Nie słyszy pani? Naprawdę nic pani nie słyszy? Nie?!

Teraz już nie wiem, jaki jest ten mój syn. Jaki będzie za piętnaście lat? Bo dostał piętnaście lat więzienia o zaostrzonym rygorze… Jak go wychowałam? Lubił tańce towarzyskie… Jeździłam z nim do Leningradu zwiedzać Ermitaż. Razem czytaliśmy książki… (Płacze). To Afganistan zabrał mi syna…

Dostaliśmy telegram z Taszkentu: „Wyjdźcie po mnie, samolot taki a taki…”. Wybiegłam na balkon, chciałam krzyczeć z całej siły: „Żyje! Mój syn wrócił z Afganistanu! Przeżył! Ta straszna wojna się dla mnie skończyła!”. Potem straciłam przytomność. Na lotnisko się oczywiście spóźniliśmy, samolot dawno już wylądował, syna zastaliśmy na skwerze. Leżał na trawie i chwytał ją w ręce – dziwił się, że taka zielona. Nie wierzył, że wrócił… Ale na twarzy nie widać było radości…

Wieczorem przyszli do nas sąsiedzi z małą córeczką; zawiązali jej jasnoniebieską kokardę. Syn posadził sobie dziewczynkę na kolanach, tulił ją i płakał, łzy mu ciągle płynęły. Bo oni tam zabijali. On też… Potem to zrozumiałam.

 

Na granicy celnicy zabrali mu importowane kąpielówki. Amerykańskie. Zabronione… Dlatego przyjechał bez bielizny. Wiózł dla mnie szlafrok, bo akurat tego roku miałam czterdzieste urodziny, ale też mu zabrali. Zabrali nawet chustkę dla babci. Przyjechał tylko z kwiatami. Z mieczykami. Ale bez radości na twarzy.

Kiedy wstał rano, był jeszcze normalny. „Mama! Mama!” Pod wieczór twarz mu pociemniała, wzrok miał ciężki… Nie umiem pani tego opisać… Z początku nie pił ani kropli… Siedział i patrzył w ścianę. Nagle zerwał się z kanapy, łaps za kurtkę…

Stanęłam w drzwiach.

– Ty dokąd, Waluniu?

Spojrzał na mnie, jakbym była powietrzem. Wyszedł.

Wróciłam z pracy późno – z fabryki jest daleko, a miałam drugą zmianę. Zadzwoniłam, a on nie otwiera. Nie poznaje mojego głosu. To było takie dziwne, no bo żeby nie poznał głosu koleżki, ale mojego! Tym bardziej że tylko ja mówiłam do niego „Waluniu”. A on jakby się bał, jakby cały czas na kogoś czekał. Kupiłam mu nową koszulę, zaczęłam przymierzać, patrzę, a ręce całe pociachane.

– Co ci się stało?

– Nic, mamo, głupstwo.

Potem się dowiedziałam. Już po procesie… Kiedy był na przeszkoleniu, podciął sobie żyły… Na pokazowych ćwiczeniach był radiotelegrafistą, ale nie zdążył na czas umieścić radiostacji na drzewie – nie zmieścił się w czasie, za co sierżant kazał mu wynieść z ubikacji pięćdziesiąt wiader i dźwigać przed frontem kompanii. Nosił je, dopóki nie stracił przytomności. W szpitalu postawili mu diagnozę: lekki wstrząs nerwowy. Wtedy w nocy próbował podciąć sobie żyły. Drugi raz zrobił to w Afganistanie… Kiedy szykowali się do wymarszu, sprawdzili radiostację – nie działała. Poginęły części, któryś z kolegów gwizdnął… Kto? Dowódca oskarżył go o tchórzostwo, o to, że schował części, żeby nie iść ze wszystkimi. A oni tam wszystko sobie podkradali, samochody rozbierali na części i zanosili do dukanów[1], sprzedawali. Kupowali za to narkotyki… Narkotyki, papierosy. I jedzenie, bo wiecznie chodzili głodni.

W telewizji oglądaliśmy razem program o Édith Piaf.

– Mamo, wiesz, co to są narkotyki? – zapytał.

– Nie – skłamałam.

A potem już zaczęłam obserwować, czy aby czegoś nie bierze. Nie widziałam żadnych śladów. Ale oni tam brali, wiem na pewno.

– Jak tam było w Afganistanie? – spytałam kiedyś.

– Cicho bądź, mama!

Kiedy wychodził z domu, czytałam jego listy stamtąd, chciałam coś znaleźć, zrozumieć, co się z nim działo. Nic specjalnego nie znalazłam. Pisał tylko, że tęskni za zieloną trawą, prosił babcię, żeby sfotografowała się na śniegu i przysłała mu zdjęcie. Ale widziałam, czułam, że coś się z nim dzieje. Oddano mi kogoś innego… To nie był mój syn. A to ja sama wysłałam go do wojska, chociaż miał odroczenie. Chciałam, żeby zmężniał. Przekonywałam jego i siebie, że wojsko zrobi go lepszym, silniejszym. Wysłałam go do Afganistanu z gitarą, urządziłam pożegnalne przyjęcie. Zaprosił swoich kolegów, dziewczyny… Pamiętam, że kupiłam dziesięć tortów.

Tylko raz powiedział coś o Afganistanie. Pod wieczór… Wszedł do kuchni, gdzie oprawiałam królika. Miska we krwi. Umoczył palce w tej krwi i patrzy na nią. Ogląda palce. Mówi sam do siebie:

– Kiedy raz przywieźli kolegę z przestrzelonym brzuchem, prosił, żebyśmy go dobili… I to ja go dobiłem…

Palce we krwi… Od króliczego mięsa, było świeże… On tymi palcami bierze papierosa i wychodzi na balkon. Tego wieczora nie odezwał się już ani słowem.

Poszłam do lekarzy. „Zwróćcie mi syna! Uratujcie go!” Wszystko opowiedziałam… Obejrzeli go, zbadali, ale nic oprócz zapalenia korzonków nie znaleźli.

Kiedyś przyszłam do domu i zastałam przy stole czterech obcych chłopaków.

– Mama, to koledzy z Afganistanu. Spotkałem ich na dworcu. Nie mają gdzie nocować.

Nie wiedzieć czemu się ucieszyłam.

– Upiekę wam słodkie ciasto. Migiem.

Mieszkali u nas przez tydzień. Nie liczyłam, ale wypili pewnie ze trzy skrzynki wódki. Co wieczór zastawałam w domu pięciu mężczyzn. Piątym był mój syn… Nie chciałam słuchać ich rozmów, bałam się. No, ale w końcu u mnie mieszkali… Niechcący usłyszałam, co mówią… Że kiedy czekali w zasadzce nawet po dwa tygodnie, dostawali środki pobudzające, żeby byli odważniejsi. Ale tego nie wolno ujawniać. Mówili, jaką bronią lepiej się zabija… Z jakiej odległości… Potem to sobie przypominałam. A przedtem czułam tylko strach. „Oj – mówiłam do siebie – wszyscy są jacyś szaleni. Wszyscy nienormalni”.

Tamtej nocy, poprzedzającej dzień, w którym zabił, śniło mi się, że czekam na syna, a jego ciągle nie ma. I nagle mi go przyprowadzają… Przyprowadzają właśnie ci czterej „afgańcy”. Rzucają na brudną cementową posadzkę. W naszej kuchni… Rozumie pani – kto ma w domu betonową posadzkę? Taką jak w więzieniu… Zostajemy we dwoje…

W tym czasie już był na kursie przygotowawczym do szkoły radiotechnicznej. Napisał dobrą pracę. Był szczęśliwy, że wszystko poszło dobrze. Przywykłam nawet do myśli, że się już uspokaja. Pójdzie się uczyć. Ożeni się. Ale kiedy nadchodził wieczór… Bałam się wieczorów… Siedział wtedy i tępo patrzył w ścianę. Zasypiał w fotelu… Miałam ochotę rzucić się, zasłonić go własnym ciałem i nigdzie nie puścić. A teraz mi się śni, że syn jest mały i prosi jeść… Cały czas jest głodny. Wyciąga ręce… Zawsze w tych snach jest mały i poniżony. A w życiu?! Widzenie dostaje raz na dwa miesiące. Cztery godziny rozmowy przez szybę…

W ciągu roku mam dwa widzenia, kiedy mogę przynajmniej dać mu jeść. I to szczekanie psów… Śni mi się po nocach. Zewsząd mnie wygania.

Pewien mężczyzna zaczął się do mnie zalecać… Przyniósł kwiaty… Kiedy przyniósł mi kwiaty, zaczęłam krzyczeć: „Niech pan mnie zostawi, jestem matką mordercy!”. Początkowo bałam się spotkać kogoś ze znajomych, zamykałam się w łazience i chciałam, żeby ściany runęły i mnie przywaliły. Wydawało mi się, że na ulicy wszyscy mnie rozpoznają, pokazują sobie, szepczą: „Pamiętacie? Tamta okropna historia… To jej syn zabił. Poćwiartował człowieka. Typowe dla »afgańca«…”. Z domu wychodziłam tylko nocą, poznałam wszystkie nocne ptaki. Rozpoznawałam je po głosie.

Toczyło się śledztwo… Trwało kilka miesięcy… Syn milczał. Pojechałam do Moskwy do szpitala wojskowego imienia Burdenki. Znalazłam tam chłopców, którzy służyli w specnazie tak jak on. Zwierzyłam się im…

– Chłopcy, za co mój syn mógł zabić człowieka?

– Widać było za co.

Musiałam sama się przekonać, że mógł to zrobić… Zabić… Długo ich wypytywałam i zrozumiałam, że mógł! Pytałam o śmierć… Nie, nie o śmierć, ale o morderstwo. Ta rozmowa jednak nie wzbudziła w nich specjalnych uczuć, takich, jakie u normalnego człowieka, który nie oglądał rozlewu krwi, morderstwo zazwyczaj wywołuje. Mówili o wojnie jak o pracy polegającej na zabijaniu. Potem spotykałam innych chłopców, którzy byli w Afganistanie. Po trzęsieniu ziemi w Armenii pojechali tam z oddziałami ratowniczymi. Interesowało mnie jedno, na tym się zafiksowałam: czy się bali? Co czuli na widok śmierci? Nie, strachu nie czuli, nawet uczucie litości mieli przytępione. Rozerwane, zmiażdżone czaszki… kości… Pogrzebane pod ziemią całe szkoły… Klasy… Dzieci – jak siedziały na lekcji, tak znalazły się pod ziemią. A oni wspominali co innego i opowiadali, jakie bogate piwnice odkopali, jaki koniak pili, jakie wino. Żartowali: niechby tak jeszcze gdzieś się zatrzęsło. Byle w ciepłym miejscu, gdzie rosną winogrona i robią dobre wino… Czy to są zdrowi ludzie? Czy mają normalną psychikę?

„Ja go nawet martwego nienawidzę”. Tak mi niedawno napisał. Po pięciu latach… Co tam się stało? Nic nie mówi. Wiem tylko, że tamten chłopak miał na imię Jura i przechwalał się, że w Afganistanie zarobił dużo czeków[2]. A później się okazało, że służył w Etiopii, był chorążym. O Afganistanie kłamał…

Podczas procesu tylko adwokatka powiedziała, że podsądny jest chory. Na ławie oskarżonych siedzi nie zbrodniarz, tylko chory, który powinien być leczony. Ale wtedy, siedem lat temu, nie mówiono prawdy o Afganistanie. Wszystkich nazywano bohaterami. Żołnierzami internacjonalistami. Tylko mój syn był mordercą… Bo zrobił tutaj to, co oni robili tam. Za tamto dostawali ordery i odznaczenia… Dlaczego więc sądzono tylko jego? A nie tych, którzy ich tam posłali? I nauczyli zabijać! Ja go tego nie uczyłam… (Zrywa się i krzyczy).

Zabił człowieka moim tasakiem kuchennym… A rano włożył tasak do szafki, jakby to była łyżeczka albo widelec…

Zazdroszczę matce, której syn wrócił bez nóg… Chociaż on jej nienawidzi, kiedy się upije. Nienawidzi zresztą całego świata… Chociaż rzuca się na nią jak bestia. Matka sprowadza mu prostytutki, żeby nie zwariował… Sama kiedyś mu się oddała, bo wylazł na balkon i chciał się rzucić z dziewiątego piętra. Ale mnie by to nie przeszkadzało… Zazdroszczę wszystkim matkom, nawet tym, których synowie leżą w grobach. Siedziałabym przy grobie i byłabym szczęśliwa. Przynosiłabym kwiaty.

Słyszy pani szczekanie psów? One biegną za mną. Ciągle je słyszę…

Matka

Z notatek (na wojnie)
Czerwiec 1986 roku

Nie chcę już więcej pisać o wojnie… Zamiast w „filozofii życia” znowu pogrążyć się w „filozofii znikania”. Bez końca zbierać doświadczenia nie-bycia. Kiedy napisałam książkę Wojna nie ma w sobie nic z kobiety, długo nie mogłam patrzeć, jak po zwykłym uderzeniu chłopczykowi cieknie krew z nosa, uciekałam podczas urlopu przed wędkarzami, którzy radośnie ciskali na piasek wyciągniętą z głębin rybę, robiło mi się niedobrze na widok jej zastygłych wybałuszonych oczu. Każdy ma swój zasób sił, którymi broni się przed bólem – fizycznym i psychicznym, mój wyczerpał się do końca. Do szaleństwa doprowadzał mnie wrzask kota potrąconego przez samochód, odwracałam wzrok od rozdeptanej dżdżownicy. Wyschniętej żaby na drodze… Nieraz myślałam, że zwierzęta lądowe, ptaki, ryby też mają prawo do własnej historii cierpienia. Kiedyś zostanie napisana.

No i nagle… Jeśli w ogóle można tu użyć słowa „nagle”! Przecież wojna trwała już siódmy rok… Tyle że nie wiedzieliśmy o niej nic poza tym, co pokazywały dziarskie reportaże telewizyjne. Od czasu do czasu wzdrygaliśmy się na widok przywiezionych z daleka cynkowych trumien, które nie mieściły się w piórnikowych gabarytach naszych „chruszczowców”. Ledwie jednak wybrzmiały echa pogrzebowych salw, znowu zapadała cisza. Nasza mitologiczna mentalność jest niezachwiana – jesteśmy wielcy i sprawiedliwi. I zawsze mamy rację. Widać było, jak gasną ostatnie rozbłyski idei rewolucji światowej… Nikt nie dostrzegał, że pożar mamy już u siebie. Że pali się nasz własny dom. Zaczęła się pierestrojka Gorbaczowa. Wyrywaliśmy się do nowego życia. Co tam czeka nas samych? Do czego okażemy się zdolni po tylu latach wymuszonego letargicznego snu? A gdzieś tam daleko nasi chłopcy giną nie wiadomo za co…

O czym się mówi wokół mnie? O czym się pisało? O obowiązku internacjonalistycznym i o geopolityce, o naszych mocarstwowych interesach i południowych granicach. A ludzie w to wierzyli. Wierzyli! Matki, jeszcze niedawno miotające się w rozpaczy nad zamkniętymi metalowymi skrzyniami, w ­których przywieziono im synów, chodziły do szkół, muzeów wojskowych i wzywały innych chłopców, żeby „spełnili obowiązek wobec Ojczyzny”. Cenzura uważnie pilnowała, żeby w reportażach z wojny nie wspominano o śmierci naszych żołnierzy. Zapewniano nas, że „ograniczony kontyngent” wojsk radziec­kich pomaga bratniemu narodowi budować mosty, drogi, szkoły, rozwozi po kiszłakach[3] nawozy i mąkę, a radzieccy lekarze odbierają porody afgańskich kobiet. Żołnierze, którzy wrócili, przychodzili do szkół z gitarami, żeby śpiewać o tym, o czym trzeba było krzyczeć.

Z jednym z nich długo rozmawiałam…

Chciałam się dowiedzieć, jak wielką udręką jest wybór – strzelać czy nie strzelać? A dla niego to właściwie nie stanowiło żadnego dramatu. Co jest dobre? Co złe? Czy zabijanie „w imię socjalizmu” jest czymś dobrym? Dla tych chłopców granice moralności określał wojskowy rozkaz. To prawda, o śmierci mówili powściągliwiej niż my. Tutaj od razu widziało się różnicę między nami.

Jak przeżywać historię i równocześnie pisać o niej? A przy tym nie wolno każdego kawałka życia, całego egzystencjalnego „brudu” chwytać za łeb i wciskać do książki. Do historii. Trzeba „rozłupać czas” i „uchwycić ducha”.

„Wcielony smutek rzuca setkę cieni”[4] (William Szekspir, ­Ryszard II).

 

…Na dworcu autobusowym w na wpół pustej poczekalni siedział oficer z walizką, obok niego chudy chłopczyna, ostrzyżony po żołniersku na zero, dłubał widelcem w skrzynce z zaschniętym fikusem. Bez specjalnych ceregieli przysiadły się do nich wiejskie kobiety, zaczęły wypytywać, kto, dokąd, po co. Oficer odwoził do domu żołnierza, który zwariował: „Od Kabulu nic, tylko kopie, wszystkim, co mu wpadnie w ręce: łopatką, widelcem, kijem, długopisem”. Chłopak podniósł wzrok: „Trzeba się chować… Wykopię dziurę… Szybko kopię. Myśmy to nazywali »zbiorowe mogiły«. Wykopię dużą jamę dla was wszystkich…”.

Pierwszy raz zobaczyłam źrenice równie wielkie jak oczy…

Stoję na miejskim cmentarzu… Dookoła setki ludzi. W środku – dziewięć trumien, spowitych w czerwony kreton. Przemawiają wojskowi. Generał zabiera głos… Kobiety w czerni płaczą. Ludzie milczą. Tylko mała dziewczynka z warkoczykami zachłystuje się nad trumną: „Tato! Ta-tuu-siuu!!! Gdzie jesteś? Obiecałeś mi przywieźć lalkę. Ładną laleczkę! Ja ci narysowałam cały blok domków i kwiatków… Czekam na ciebie…”. Dziewczynkę bierze na ręce młody oficer i wynosi do czarnej wołgi. Ale długo jeszcze słychać jej: „Tato! Ta-tuu-siuu… Kochany tatusiu…”.

Generał przemawia… Kobiety w czerni płaczą. My milczymy. Dlaczego milczymy?

Ja nie chcę milczeć… Ale o wojnie też już nie mogę pisać…