W pierścieniu ogniaTekst

Z serii: Igrzyska śmierci #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
W pierścieniu ognia
W pierścieniu ognia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,80  47,84 
W pierścieniu ognia
Audio
W pierścieniu ognia
Audiobook
Czyta Anna Dereszowska
29,90  21,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jedziemy bez końca. Nie mogę uwierzyć, że Jedenasty Dystrykt jest tak ogromny.

— Jak myślisz, ilu ludzi tutaj mieszka? — odzywa się Peeta, a ja kręcę głową. W szkole uczono nas tylko, że to duży dystrykt, i tyle. Nigdzie nie podawano konkretnych danych na temat liczby mieszkańców. Co roku możemy jednak oglądać w telewizji dzieci zebrane przy okazji dożynek. To na pewno tylko cząstka tych, które tutaj żyją. Jak wygląda procedura? Czy są organizowane wstępne losowania? Czy zwycięzców wyznacza się zawczasu i kieruje do udziału w uroczystości? Jak to się stało, że Rue trafiła na scenę i nie znalazł się nikt, kto zechciałby zająć jej miejsce?

Wielka przestrzeń zaczyna mnie męczyć, więc nie protestuję, gdy przychodzi Effie i każe nam się ubierać. Wracam do przedziału i oddaję się w ręce ekipy przygotowawczej, która szykuje mi fryzurę i makijaż. Cinna przynosi ładną pomarańczową sukienkę z tkaniny ze wzorem w jesienne liście. Myślę o tym, że Peecie spodoba się ten kolor.

Effie spotyka się z nami i po raz ostatni omawia program dnia. W niektórych dystryktach zwycięzcy objeżdżają miasto przy wtórze wiwatujących tłumów, w Jedenastce jednak publiczne wystąpienie ogranicza się do placu, może dlatego, że przy tak małej gęstości zaludnienia nie ma tu prawdziwych miast. Niewykluczone też, że podczas zbiorów władze nie chcą odrywać ludzi od pracy. Wystąpimy przed lokalnym Pałacem Sprawiedliwości, dużą budowlą z marmuru, która niegdyś z pewnością zachwycała urodą, lecz czas odcisnął na niej swoje piętno. Nawet w telewizji widać częściowo zapadnięty dach oraz bluszcz porastający sypiącą się fasadę. Plac otaczają wystawy zapuszczonych sklepów, w większości pustych. Tu na pewno nie ma żadnych rezydencji zamożnych mieszkańców Jedenastego Dystryktu.

Cały nasz publiczny występ odbędzie się na wyłożonym kafelkami, przestronnym tarasie, jak to miejsce nazywa Effie, pomiędzy frontowym wejściem a schodami, pod dachem opartym na kolumnach. Peeta i ja zostaniemy oficjalnie przedstawieni, potem burmistrz Jedenastki odczyta przemówienie na naszą cześć, a my zrewanżujemy się podziękowaniami dostarczonymi przez Kapitol. Jeżeli zwycięzca miał sprzymierzeńców w gronie zabitych trybutów, może dodać kilka słów od siebie, gdyż należy to do dobrego tonu. Powinnam napomknąć o Rue, a także o Threshu, ale za każdym razem, gdy próbowałam coś napisać w domu, tylko gapiłam się na pustą kartkę papieru. Trudno wspominać ich bez emocji. Na szczęście Peeta coś przygotował, po wprowadzeniu drobnych zmian może to powiedzieć w imieniu nas obojga. Na koniec ceremonii otrzymamy okolicznościowe tabliczki i przejdziemy do Pałacu Sprawiedliwości na uroczystą kolację.

Pociąg wjeżdża na dworzec, a Cinna wprowadza ostatnie poprawki do mojego stroju. Zmienia pomarańczową wstążkę do włosów na metalizująco złotą, a także przypina mi broszkę z kosogłosem, tę samą, którą nosiłam na arenie. Na peronie brakuje komitetu powitalnego, widzimy tylko oddział ośmiu Strażników Pokoju, którzy kierują nas na tył opancerzonej ciężarówki. Effie posapuje, kiedy drzwi trzaskają za naszymi plecami.

— Coś podobnego. Można by pomyśleć, że jesteśmy bandytami — obrusza się.

Nie chodzi o nas, Effie, myślę. Chodzi tylko o mnie.

Pośpiesznie wprowadzają nas tylnym wejściem do Pałacu Sprawiedliwości. Czuję aromat właśnie przyrządzanej, znakomitej kolacji, który jednak nie jest w stanie zagłuszyć smrodu pleśni i zgnilizny. Nie mamy czasu się rozejrzeć. Kiedy ustawiamy się w kolejce do frontowego wyjścia, słyszę pierwsze dźwięki hymnu odgrywanego na placu, ktoś przypina mi mikrofon, Peeta łapie mnie za rękę. Burmistrz zapowiada nasze przybycie i potężne drzwi otwierają się ze skrzypieniem.

— Szeroki uśmiech! — komenderuje Effie i nas szturcha. Posłusznie idziemy przed siebie.

Teraz, myślę. Nadeszła pora, żebym przekonała wszystkich o tym, jak bardzo kocham Peetę. Uroczystość została zaplanowana do najdrobniejszego szczegółu, więc nie jestem pewna, jak to zrobić. To nie jest odpowiedni moment na pocałunki, lecz mam nadzieję, że uda mi się wcisnąć choć jeden.

Rozbrzmiewają głośne oklaski, ale nie słyszymy innych oznak entuzjazmu, które towarzyszyły nam w Kapitolu, żadnych wiwatów, krzyków ani gwizdów. Idziemy po zadaszonym tarasie, aż w końcu wychodzimy spod dachu i stajemy w intensywnym świetle słońca na szczycie wysokich, marmurowych schodów. Po chwili moje oczy przyzwyczajają się do jasności i widzę, że budynki wokół placu zostały obwieszone wielkimi flagami, które częściowo zakrywają zaniedbane fasady. Na placu tłoczą się widzowie, ale wiem, że to tylko drobna cząstka wszystkich mieszkańców dystryktu.

U podnóża sceny jak zwykle ustawiono specjalny podest dla rodzin zmarłych trybutów. Po stronie Thresha siedzą tylko stara, zgarbiona kobieta oraz wysoka, muskularna dziewczyna. Domyślam się, że to jego siostra. Po stronie Rue... Nie jestem przygotowana na widok jej bliskich. Na twarzach rodziców nadal maluje się świeży ból. Patrzę na piątkę jej młodszego rodzeństwa i zauważam ogromne podobieństwo — wszyscy są smukłej budowy, ich brązowe oczy lśnią. Przypominają stadko małych, ciemnych ptaków.

Brawa cichną i burmistrz wygłasza przemówienie na naszą cześć. Podchodzą dwie dziewczynki z imponującymi bukietami kwiatów, Peeta odczytuje stosowną odpowiedź, a potem dociera do mnie, że machinalnie poruszam ustami, by podsumować wymianę uprzejmości. Na szczęście mama i Prim wyszkoliły mnie tak skutecznie, że potrafiłabym wyrecytować swój tekst nawet obudzona w środku nocy.

Peeta napisał kilka słów od siebie na kartce, ale po nią nie sięga. Woli mówić prostym, dobitnym językiem o Threshu i Rue, o tym jak dotarli do finałowej ósemki i jak oboje ocalili mi życie, tym samym ratując życie jemu. Podkreśla, że nigdy w życiu nie uda nam się spłacić tego długu. Na koniec waha się, lecz dodaje coś, czego nie zanotował na kartce — pewnie z obawy przed Effie, która mogłaby mu kazać towykreślić.

— Nie umiemy w żaden sposób zrekompensować tej straty, ale w dowód wdzięczności pragnęlibyśmy co roku, do końca życia, przekazywać rodzinom obu trybutów miesięczne wynagrodzenie, które otrzymujemy w ramach nagrody za zwycięstwo w Głodowych Igrzyskach.

Zebrani widzowie zachłystują się z wrażenia i szeptem wymieniają uwagi. Deklaracja Peety jest bezprecedensowa, nawet nie wiem, czy prawo zezwala na takie posunięcie. Peeta zapewne również tego nie wie, więc nikogo nie spytał, na wypadek, gdyby propozycja była nielegalna. Zszokowane rodziny tylko wpatrują się w nas w milczeniu. Po śmierci Thresha i Rue ich życie zmieniło się nieodwracalnie, ale ten podarunek ponownie odmieni ich byt. Comiesięczna nagroda dla zwycięskiego trybuta w zupełności wystarcza na roczne utrzymanie rodziny. Dopóki żyjemy, nie zaznają głodu.

Spoglądam na Peetę, uśmiecha się do mnie smutno. W myślach słyszę głos Haymitcha: „Mogło być znacznie gorzej”. W tej chwili uważam, że nie mogłoby być lepiej. Ten prezent jest... niezrównany. Kiedy więc wspinam się na palce, żeby pocałować Peetę, mój gest nie wydaje się ani trochę wymuszony.

Burmistrz podchodzi i wręcza nam po pamiątkowej tabliczce. Są tak duże, że muszę odłożyć bukiet, aby przyjąć swoją. Uroczystość ma się ku końcowi, kiedy zauważam, że jedna z sióstr Rue wpatruje się we mnie uważnie. Na pewno ma około dziewięciu lat i jest niemal idealną kopią Rue. Nawet kiedy stoi, tak samo lekko wysuwa ręce do przodu. Nie wygląda na zadowoloną, pomimo dobrych wieści o dodatkowych pieniądzach, powiedziałabym nawet, że patrzy na mnie z przyganą. Czy w jej oczach jestem winna, bo nie uratowałam Rue?

Nie, decyduję w myślach. Nadal jej nie podziękowałam, to dlatego.

Robi mi się wstyd, bo ta dziewczynka ma słuszność. Jak mogę stać tutaj, biernie i w milczeniu, nie dodając ani słowa od siebie? Gdybym zginęła, Rue z pewnością uczciłaby moją śmierć. Przypominam sobie, jak na arenie przysypałam ją kwiatami, upewniłam się, że jej śmierć została zauważona. Ten gest zatrze się w ludzkiej pamięci, jeśli go teraz nie wzmocnię.

— Zaraz! — Chwiejnym krokiem wysuwam się naprzód i przyciskam tabliczkę do piersi. Przyznany mi czas na wygłoszenie przemówienia minął, ale muszę coś powiedzieć, zawdzięczam Rue tak wiele. Nawet gdybym przekazała całą wygraną siedzącym przede mną rodzinom, to to i tak nie usprawiedliwiałoby mojego dzisiejszego milczenia. — Bardzo proszę, niech państwo zaczekają. — Nie wiem, od czego zacząć, ale gdy wreszcie otwieram usta, słowa same z nich płyną, zupełnie jakby od dawna kształtowały mi się w głowie. — Pragnę podziękować trybutom z Jedenastego Dystryktu — oświadczam i spoglądam na dwie kobiety z rodziny Thresha. — Tylko raz rozmawiałam z Threshem, ale to wystarczyło, żeby darował mi życie. Nie znałam go, lecz zawsze darzyłam szacunkiem, podziwiałam jego siłę. Imponowało mi, że podczas igrzysk kierował się wyłącznie własnymi zasadami i nie ulegał żadnym wpływom. Zawodowcy od początku chcieli, aby się z nimi sprzymierzył, ale odrzucił ich propozycję. Podjął decyzję godną uznania.

Zgarbiona staruszka, być może babka Thresha, po raz pierwszy podnosi głowę, a na jej ustach dostrzegam cień uśmiechu.

Tłum umilkł. Zapada cisza tak idealna, że aż nieprawdopodobna. Wszyscy z pewnością wstrzymali oddechy. Zwracam się ku rodzinie Rue.

— Czuję jednak, że bliżej poznałam Rue i już na zawsze pozostanie mi bliska. Przypomina mi o niej wszystko, co piękne. Widzę ją w żółtych kwiatach na łące przy moim domu, wśród kosogłosów rozśpiewanych na drzewach, ale przede wszystkim odnajduję ją w swojej siostrze Prim. — Nie umiem powstrzymać potoku słów, ale już prawie kończę. — Dziękuję wam za wasze dzieci. — Unoszę brodę i zwracam się do zebranych. — A wszystkim wam dziękuję za chleb.

Stoję nieruchomo, czuję się przygnębiona i słaba, a tysiące oczu wpatrują się we mnie z uwagą. Zapada długotrwała cisza, którą przerywa melodia kosogłosa, cztery nuty zagwizdane przez kogoś w tłumie. Ten sygnał obwieszczał koniec dnia pracy w sadach, a na arenie oznaczał bezpieczeństwo. Melodia jeszcze trwa, kiedy zauważam jej wykonawcę, starca o twarzy pooranej zmarszczkami, ubranego w spłowiałą, czerwoną koszulę i ogrodniczki. Nasze spojrzenia się krzyżują.

 

To, co dzieje się potem, nie jest przypadkowe, wydaje się zbyt starannie zaaranżowane jak na spontaniczną reakcję. Wszyscy zebrani jednocześnie przyciskają do ust trzy środkowe palce lewej ręki, a następnie wyciągają je ku mnie. To nasz znak z Dwunastego Dystryktu, moje pożegnanie z Rue na arenie.

Gdybym nie rozmawiała wcześniej z prezydentem Snowem, ten symboliczny gest wzruszyłby mnie do łez. Tymczasem ogarnia mnie przerażenie, bo pamiętam jego świeżo wydany rozkaz: mam łagodzić nastroje w dystryktach. Co Snow sobie pomyśli o tym zbiorowym uhonorowaniu dziewczyny, która postawiła się Kapitolowi?

Z całą mocą dociera do mnie sens tego, co zrobiłam. To nie było specjalnie! Chciałam tylko wyrazić wdzięczność, a tymczasem mimowolnie doprowadziłam do bardzo niebezpiecznej sytuacji. Sprowokowałam mieszkańców Jedenastego Dystryktu do otwartego buntu, a przecież właśnie tego miałam unikać!

Zastanawiam się, co powiedzieć, żeby rozładować napięcie, zanegować własne słowa, ale słyszę przyciszony trzask, co oznacza, że wyłączono mi mikrofon, a burmistrz przejął kontrolę nad sytuacją. Ludzie oklaskują nas po raz ostatni i Peeta prowadzi mnie z powrotem do drzwi. Nawet nie podejrzewa, że zdarzyło się coś złego.

Dziwnie się czuję, muszę na chwilę przystanąć. Przed moimi oczami tańczą iskierki słonecznych promieni.

— Wszystko dobrze? — niepokoi się Peeta.

— Kręci mi się w głowie, nic poza tym. Słońce mnie oślepiło — wyjaśniam i spoglądam na jego bukiet. — Zapomniałam kwiatów — mamroczę.

— Pójdę po nie — proponuje Peeta.

— Poradzę sobie.

Gdybym się nie zatrzymała, bylibyśmy już bezpieczni w Pałacu Sprawiedliwości. Gdybym tylko nie zapomniała zabrać kwiatów. Teraz jednak, z głębi tarasu jak na dłoni widzimy całą scenę.

Dwóch Strażników Pokoju ciągnie na szczyt schodów starca, który zagwizdał melodię. Zmuszają go, żeby ukląkł, i na oczach tłumu pakują mu kulę w głowę.


W chwili, gdy starzec pada na ziemię, zwarty mur Strażników Pokoju w białych mundurach przesłania nam widok. Kilku żołnierzy kolbami pistoletów maszynowych popycha nas ku drzwiom.

— Przecież idziemy! — warczy Peeta i odpycha strażnika, który na mnie napiera. — Zrozumieliśmy, jasne? Chodź, Katniss. — Obejmuje mnie i prowadzi do Pałacu Sprawiedliwości. Żołnierze nie odstępują nas na krok. Gdy mijamy próg, zatrzaskują za nami drzwi i słyszymy oddalające się dudnienie buciorów.

Haymitch, Effie, Portia i Cinna w napięciu czekają przy ściennym ekranie, na którym widać tylko śnieg elektrostatycznego tła.

— Co się stało? — Effie niemal biegnie. — Straciliśmy wizję zaraz po pięknym przemówieniu Katniss, a potem Haymitch oświadczył, że chyba słyszał strzał, a ja powiedziałam, że to absurd, ale nigdy nic nie wiadomo, prawda? Wariatów nie brakuje!

— Nic się nie stało — uspokaja ją Peeta łagodnie. — Jakiejś starej ciężarówce strzelił gaźnik.

Słyszymy jeszcze dwa strzały, prawie nie wytłumione przez drzwi. Kogo tym razem dosięgły kule? Babkę Thresha? Jedną z młodszych sióstr Rue?

— Oboje za mną — komenderuje Haymitch. Posłusznie ruszamy w jego ślady, Peeta i ja, a reszta zostaje przy telewizorze. Strażnicy Pokoju wokół Pałacu Sprawiedliwości niespecjalnie się nami interesują, odkąd bezpiecznie zniknęliśmy w budynku. Wchodzimy po imponujących, rzeźbionych schodach z marmuru i docieramy do długiego korytarza wyściełanego zniszczonym chodnikiem. Podwójne drzwi stoją otworem, jakby zapraszały nas do pierwszej sali, wysokiej na jakieś siedem metrów. Na suficie widnieje sztukateria z motywami owoców i kwiatów, z każdego zakątka patrzą na nas małe, tłuste dzieci ze skrzydełkami, kwiaty w wazonach roztaczają intensywny, mdły zapach, od którego swędzą mnie oczy. Nasze wieczorowe ubrania wiszą na wieszakach pod ścianą. Ten pokój przeznaczono specjalnie dla nas, ale teraz tylko zostawiamy w nim nasze prezenty. Haymitch wyszarpuje nam z ubrań mikrofony na piersi, wpycha je pod poduszkę na kanapie i ruchem dłoni pokazuje, żebyśmy szli dalej.

O ile wiem, gościł tutaj tylko raz, lata temu, podczas własnego Tournée Zwycięzców. Z pewnością ma doskonałą pamięć lub godny podziwu instynkt, gdyż bezbłędnie prowadzi nas przez labirynt kręconych schodów i coraz węższych korytarzy. Momentami przystaje i popycha zamknięte drzwi, z ich rozpaczliwego skrzypienia wnioskuję, że od dawna nie były używane. W końcu wdrapujemy się po drabinie do włazu, który Haymitch popycha i otwiera. Trafiamy do kopuły Pałacu Sprawiedliwości, przestronnego pomieszczenia, w którym roi się od połamanych mebli, stert ksiąg i pordzewiałej broni. Pokrywająca wszystko warstwa kurzu jest gruba, z pewnością od lat nikt tu nie zaglądał, światło z trudem przebija się przez cztery brudne kwadraty okien w bokach kopuły. Haymitch kopniakiem zamyka pokrywę włazu i odwraca się do nas.

— Co się stało? — pyta.

Peeta opowiada o wszystkim, co się zdarzyło na placu. Mówi o zagwizdanej melodii, o salucie, o tym, jak się zawahaliśmy na tarasie, o zamordowaniu starca.

— Co się dzieje? — kończy.

— Lepiej będzie, jeśli sama mu wyjaśnisz — zwraca się do mnie Haymitch.

Nieprawda. Moim zdaniem będzie sto razy gorzej, jeśli Peeta usłyszy to ode mnie. Mimo to mówię mu wszystko jak najspokojniej: o prezydencie Snowie, o niepokojach w dystryktach, nawet o pocałunku z Gale’em. Bez ogródek oznajmiam, że z powodu mojego manewru z jagodami grozi nam niebezpieczeństwo.

— Podczas tournée miałam uspokoić nastroje. Powinnam była przekonać wszystkich niedowiarków, że działałam w imię miłości, załagodzić sytuację, a do czego dzisiaj doprowadziłam? Przeze mnie zginęli ludzie, a do tego wszystkich na placu ukarzą.

Robi mi się tak niedobrze, że muszę usiąść na wybebeszonej kanapie, nie zwracając uwagi na sterczące sprężyny.

— Wobec tego ja też pogorszyłem sytuację, dając im pieniądze — mówi Peeta. Nagle uderza dłonią w lampę na brzegu skrzyni i posyła ją na drugi koniec pomieszczenia. Szklany klosz uderza o podłogę i rozbija się w drobny mak. — To się musi skończyć, i to już. Ta wasza gra. Powierzacie sobie tajemnice, a mnie trzymacie na dystans, jakbym nic nie znaczył, był głupi albo zbyt słaby, aby je udźwignąć.

— Peeta, to nie tak... — zaczynam.

— Właśnie że tak! — drze się na mnie. — Katniss, ja też mam się o kogo martwić! Moja rodzina i przyjaciele w Dwunastym Dystrykcie też zginą, jeśli sobie nie poradzimy. Po tym, co przeszliśmy, naprawdę nie zasłużyłem na szczerość?

— Peeta, zawsze jesteś taki odpowiedzialny i porządny — odzywa się Haymitch. — Tak dbasz o to, żeby dobrze wypadać przed kamerami. Nie chciałem tego psuć.

— W takim razie przecenił mnie pan, dzisiaj naprawdę nawaliłem. Jak pan myśli, jaki los czeka bliskich Rue i Thresha? Pana zdaniem dostaną część naszej wygranej? Uważa pan, że zapewniłem im dostatnią przyszłość? Bo moim zdaniem będą mieli szczęście, jeśli dożyją wieczoru! — Tym razem ciska posążkiem. Jeszcze nigdy nie widziałam go w takim stanie.

— Peeta ma rację — mówię. — Trzeba go było wtajemniczyć, najlepiej jeszcze w Kapitolu.

— Już na arenie stworzyliście układ, prawda? — Jego głos brzmi znacznie spokojniej. — I nie dopuściliście mnie do niego.

— Nie, oficjalnie nie. Po prostu domyślałam się po jego prezentach, albo ich braku, jak powinnam się zachować.

— Ja nie miałem takiej okazji. Dopóki się nie zjawiłaś, nie dostałem od niego ani jednej przesyłki — zauważa Peeta.

Dotąd niewiele o tym myślałam. Jak ta sytuacja mogła wyglądać z perspektywy Peety? Otrzymałam lekarstwo na oparzenia, a także chleb, podczas gdy umierający Peeta nie dostał absolutnie nic, całkiem jakby Haymitch podtrzymywał mnie przy życiu jego kosztem.

— Posłuchaj, chłopcze... — zaczyna Haymitch.

— Niech pan sobie daruje. Wiem, że musiał pan wybierać, sam bym ją wybrał. Chodzi o coś innego. Tam, na dworze, zginęli ludzie i zginie ich jeszcze więcej, jeżeli nie będziemy bardzo grzeczni. Wszyscy wiemy, że w telewizji lepiej wypadam niż Katniss. Nikt nie musi mnie instruować, sam wiem, co mówić, ale muszę wiedzieć także, w co się pakuję — oświadcza Peeta.

— Odtąd będziesz na bieżąco informowany o wszystkim — zapewnia go Haymitch.

— Mam nadzieję — burczy Peeta. Nawet na mnie nie spogląda, kiedy wychodzi.

Kurz, którego kłęby wzbiły się w powietrze, osiada, gdzie popadnie: na moich włosach, w oczach, na błyszczącej, złotej broszce.

— Naprawdę pan mnie wybrał? — chcę wiedzieć.

— Tak.

— Dlaczego? Przecież bardziej pan lubi Peetę.

— Fakt. Pamiętaj jednak, że do czasu zmiany przepisów tylko jedno z was mogło przeżyć igrzyska. Peeta był zdecydowany cię chronić, więc postanowiłem, że wspólnymi siłami spróbujemy sprowadzić cię z powrotem do domu.

— Och — wzdycham. Nic innego nie przychodzi mi do głowy.

— W życiu trzeba czasem podejmować bardzo trudne decyzje. Sama się o tym przekonasz, jeśli wyjdziemy z tego cało.

Dzisiaj przekonałam się o jednym, a mianowicie o tym, że to miejsce nie jest czymś w rodzaju większego Dwunastego Dystryktu. U nas ogrodzenie nie jest strzeżone i rzadko kiedy bywa pod napięciem. Nasi Strażnicy Pokoju nie są mile widziani, lecz z pewnością mniej brutalni. Codzienne trudy nas męczą, ale nie wściekają. Tu, w Jedenastce, ludzie bardziej cierpią i są bardziej zdeterminowani. Prezydent Snow ma rację — wystarczy iskra, żeby wzniecić pożar w całym Panem.

Wszystko dzieje się zbyt szybko, żebym mogła się połapać. Najpierw ostrzeżenie, potem wystrzały i świadomość, że mogłam uruchomić proces, którego nie da się już zatrzymać. To całkiem niewiarygodna sytuacja. Co innego, gdybym próbowała podburzyć tłum, ale w tych okolicznościach... Jak to możliwe, że narobiłam tyle kłopotów?

— Chodź — odzywa się Haymitch. — Czeka nas uroczysta kolacja.

Biorę prysznic najdłużej jak się da, w końcu jednak muszę wyjść i oddać się w ręce ekipy przygotowawczej, najwyraźniej całkowicie nieświadomej powagi sytuacji. Nie mogą się doczekać wieczornego przyjęcia, bo w dystryktach są uważani za sławy, a w Kapitolu prawie nigdy nie otrzymują zaproszeń na prestiżowe imprezy. Zastanawiają się, jakie potrawy trafią na stół, a ja nie mogę przestać myśleć o przestrzelonej głowie starca i w ogóle nie zwracam uwagi na to, co ze mną robią. W końcu jestem gotowa do wyjścia i spoglądam na swoje odbicie w lustrze. Jasnoróżowa sukienka bez ramiączek sięga mi do butów, włosy mam zaczesane do tyłu, upięte i skręcone w drobne loczki.

Cinna podchodzi do mnie od tyłu i drapuje mi na ramionach migotliwy, srebrny szal. Patrzy w oczy mojego odbicia w lustrze.

— Podoba ci się?

— Jest piękna, jak zawsze — potwierdzam.

— Sprawdźmy, czy pasuje do uśmiechu — proponuje łagodnie. W ten sposób przypomina, że za moment znowu stanę przed kamerami. Udaje mi się unieść kąciki ust. — No proszę, gotowe.

Kiedy wszyscy się zbieramy do wyjścia na kolację, zauważam, że Effie jest przygnębiona. Haymitch z pewnością nie powiedział jej o zdarzeniach na placu. Nie zdziwiłabym się, gdyby Cinna i Portia orientowali się w sytuacji, ale mam wrażenie, że istnieje niepisane porozumienie o zatajaniu przed Effie wszelkich złych wieści. Wkrótce przekonuję się, w czym tkwi problem.

Effie przegląda harmonogram zajęć na wieczór, a następnie ciska go na bok.

— Całe szczęście, że potem wsiadamy do pociągu i wynosimy się stąd — oznajmia.

— Effie, stało się coś złego? — pyta Cinna z ciekawością.

— Nie podoba mi się, jak nas tutaj traktowano. Przede wszystkim upchnęli nas do ciężarówek, już na peronie odgrodzili od świata. Poza tym godzinę temu poszłam zwiedzić Pałac Sprawiedliwości, bo uważam się za specjalistkę w dziedzinie architektury. — Zawiesza głos.

— O, tak, słyszałam o tym — odzywa się Portia, żeby milczenie nie trwało zbyt długo.

— No właśnie. Więc postanowiłam trochę się rozejrzeć, bo w tym roku zwiedzanie ruin w dystryktach będzie bardzo modne. Wtedy pojawiło się dwoje Strażników Pokoju, którzy kazali mi wracać do przydzielonych nam pomieszczeń. Strażniczka wręcz dźgnęła mnie pistoletem! — skarży się Effie.

 

Z miejsca dochodzę do wniosku, że jest to bezpośredni skutek naszego wcześniejszego zniknięcia, kiedy Haymitch zabrał Peetę i mnie na rozmowę. Trochę pokrzepiam się myślą, że chyba miał słuszność. Zapewne nikt nie założył podsłuchu w zakurzonej kopule, choć idę o zakład, że teraz jest już starannie monitorowana.

Effie wydaje się tak przejęta, że spontanicznie ją obejmuję.

— To okropne — przyznaję. — Może powinniśmy zrezygnować z kolacji? Przynajmniej do przeprosin.

Wiem, że nigdy nie zgodziłaby się na coś podobnego, ale moja propozycja poprawia jej samopoczucie. Ktoś poważnie potraktował jej skargę.

— Nie, jakoś sobie poradzę — deklaruje. — Cierpliwe znoszenie wszelkich przeciwności należy do moich obowiązków, a poza tym waszej dwójce nie może przepaść kolacja. Mimo wszystko dziękuję ci za propozycję, Katniss.

Effie ustawia nas w szyku: najpierw ekipy przygotowawcze, potem ona, za nią styliści oraz Haymitch. Peeta i ja, co oczywiste, pojawiamy się na końcu.

Gdzieś w niższych pomieszczeniach rozbrzmiewa muzyka. Gdy pierwsze osoby z naszego pochodu ruszają po schodach na dół, podajemy sobie dłonie.

— Haymitch twierdzi, że niesprawiedliwie na ciebie nakrzyczałem — odzywa się Peeta. — Podobno tylko wykonywałaś jego polecenia. Poza tym kiedyś również nie wszystko ci mówiłem.

Przypominam sobie, jaki przeżyłam wstrząs, kiedy na oczach całego Panem Peeta wyznał mi miłość. Haymitch doskonale wiedział, co się święci, ale mnie nie uprzedził.

— Zdaje się, że po zakończeniu tamtego wywiadu sama porozbijałam kilka przedmiotów.

— Tylko wazę — prostuje Peeta.

— I jeszcze trochę poharatałam ci dłonie. Teraz już nie ma powodu, żebyśmy nie byli ze sobą szczerzy, prawda?

— Nie ma — zgadza się. Stajemy na szczycie schodów i zgodnie z zaleceniem Effie czekamy, aż Haymitch oddali się o piętnaście stopni. — Czy naprawdę pocałowałaś Gale’a tylko raz?

Jestem tak zaskoczona, że odpowiadam.

— Tak — potwierdzam. Tyle się dzisiaj wydarzyło. Czy to możliwe, że dręczyła go akurat ta wątpliwość?

— Piętnaście. Naprzód — komenderuje Peeta.

Zalewa nas oślepiające światło, a ja uśmiecham się promiennie, najszerzej, jak potrafię.

Kroczymy po schodach i trafiamy w wir identycznych kolacji, uroczystości i podróży pociągiem. Wszystkie dni są takie same. Budzimy się, ubieramy, jedziemy wśród wiwatujących tłumów, wysłuchujemy przemówienia na naszą cześć. W odpowiedzi wygłaszamy mowę z podziękowaniami, ograniczając się do tekstu z Kapitolu. Nie dodajemy ani słowa od siebie. Czasami wybieramy się na krótką przejażdżkę po okolicy: w jednym dystrykcie rzucamy okiem na morze, w innych na strzeliste lasy, brzydkie fabryki, pola pszenicy albo cuchnące rafinerie. Wkładamy stroje wieczorowe, uczestniczymy w kolacji. I do pociągu.

Podczas uroczystości zachowujemy pełną szacunku powagę i zawsze splatamy dłonie albo chodzimy pod rękę. W trakcie kolacji niemal szalejemy z miłości, wymieniamy pocałunki, tańczymy, dajemy się przyłapać na wymykaniu się z sali. W pociągu cierpimy w milczeniu, zastanawiając się, jaki mamy wpływ na publiczność.

Rzecz jasna, nasze własne przemówienia z Jedenastego Dystryktu ocenzurowano przed emisją, żeby nie prowokować buntu, ale i tak coś wisi w powietrzu. Mam wrażenie, że patrzę na garnek, którego zawartość się gotuje i który lada moment wykipi. Nie wszędzie jednak panują takie nastroje, w niektórych dystryktach publiczność jest po prostu znużona, jak na przykład zwykle bywa podczas uroczystości na cześć zwycięzców w Dwunastce. W innych dystryktach, zwłaszcza w Ósemce, Czwórce i Trójce, na twarzach widzów maluje się szczery zachwyt na nasz widok, zachwyt podszyty wściekłością. Tłum skanduje moje imię, co brzmi raczej jak wezwanie do zemsty niż jak radosny wiwat. Gdy Strażnicy Pokoju wkraczają do akcji, żeby uspokoić niepokorną rzeszę, ludzie napierają, zamiast się wycofać. Wiem, że nie mogę nic zrobić, aby to zmienić. Tej fali nie powstrzyma żadna, nawet najbardziej wiarygodna demonstracja miłości. Jeśli wyciągając garść jagód, dowiodłam chwilowej niepoczytalności, to ci ludzie również są gotowi postąpić nieobliczalnie.

Cinna zaczyna zwężać mi ubrania w talii, ekipę przygotowawczą martwią moją podkrążone oczy. Effie podaje mi pastylki nasenne, ale lekarstwa nie działają, a raczej działają zbyt słabo. Zasypiam i wkrótce budzą mnie koszmary, coraz częstsze i bardziej realistyczne. Peeta, który przez większość nocy łazi po pociągu, słyszy moje wrzaski, kiedy usiłuję wyrwać się z farmakologicznego otumanienia. Pigułki tylko przedłużają upiorne sny. Peeta budzi mnie z trudem i uspokaja, a następnie wślizguje się do mojego łóżka i tuli mnie, dopóki nie zasnę. Potem odmawiam przyjmowania lekarstw, ale już każdej nocy wpuszczam Peetę do łóżka. Radzimy sobie z ciemnościami tak jak na arenie, leżymy w swoich objęciach, gotowi na niebezpieczeństwa, które lada moment mogą na nas spaść. Nie dzieje się nic poza tym, lecz po pociągu natychmiast zaczynają krążyć plotki o naszej bliskości.

Effie informuje mnie o nich, a ja myślę, że nie jest źle, oby tylko dotarły do prezydenta Snowa. Zapewniam Effie, że postaramy się zachowywać dyskretniej, ale oczywiście nawet nie próbujemy.

Następujące po sobie wystąpienia w Dwójce i Jedynce są szczególnie okropne, każde na swój sposób. Cato i Clove, dwoje trybutów z Drugiego Dystryktu miało szansę wrócić do domu, gdyby nie udało się to Peecie i mnie. To ja zabiłam Glimmer i chłopaka z Pierwszego Dystryktu. Usiłuję nie patrzeć na jego bliskich, gdy dowiaduję się, że naprawdę miał na imię Marvel. Dlaczego dotąd nic o tym nie wiedziałam? Podejrzewam, że przed igrzyskami nie zwróciłam na to uwagi, a po ich zakończeniu zwyczajnie nie chciałam wiedzieć.

Po dotarciu do Kapitolu jesteśmy całkiem zdesperowani. Bezustannie występujemy przed zachwyconymi tłumami. Tutaj, wśród najzamożniejszych mieszkańców Panem, powstanie z pewnością nie wybuchnie. Nazwiska tych ludzi nigdy się nie pojawiają w dożynkowych kulach do losowania, ich dzieci nie umierają za rzekome zbrodnie sprzed wielu pokoleń. W Kapitolu nie musimy nikogo zapewniać o naszej miłości, ale liczymy na cień szansy, że zdołamy dotrzeć do części tych, których nie udało się przekonać w dystryktach. Niestety, wszystko, co robimy, wydaje się niewystarczające i spóźnione.

Po przyjeździe do Ośrodka Szkoleniowego, w którym już kiedyś mieszkaliśmy, proponuję, żeby Peeta publicznie mi się oświadczył. Zgadza się, ale potem znika w swoim pokoju i długo nie wychodzi. Haymitch każe mi dać mu spokój.

— Sądziłam, że i tak tego pragnie — dziwię się.

— Nie tak to sobie wyobrażał — wyjaśnia Haymitch. — Chciał naprawdę.

Wracam do siebie i kładę się do łóżka. Usiłuję nie przypominać sobie Gale’a, lecz ciągle powracam do niego myślami.

Tego wieczoru na scenie przed Ośrodkiem Szkoleniowym entuzjastycznie odpowiadamy na serię pytań. Caesar Flickerman, ubrany w błyszczący granatowy garnitur, z włosami, powiekami i ustami nadal pomalowanymi na bladoniebiesko, gładko prowadzi nas przez wywiad. Kiedy pyta o plany na przyszłość, Peeta przyklęka, otwiera przede mną serce i prosi mnie o rękę, a ja, rzecz jasna, przyjmuję oświadczyny. Caesar nie posiada się z radości, kapitolińska publiczność szaleje. Ujęcia tłumów w całym Panem ukazują kraj ogarnięty szczęściem.

Prezydent Snow we własnej osobie składa nam nieoczekiwaną wizytę. Ściska dłoń Peety i z aprobatą klepie go po ramieniu, a mnie obejmuje, roztaczając wokół woń krwi i róż, i wyciska na moim policzku siarczysty pocałunek. Potem się odsuwa, zaciska palce na moich ramionach i zwraca ku mnie uśmiechniętą twarz, a ja ośmielam się unieść brwi. Pytają o to, o co nie mogą spytać usta. Czy mi się udało? Czy jest dobrze? Czy wystarczy, że ustąpiłam panu we wszystkim, grałam zgodnie z pana regułami i obiecałam wyjść za Peetę?