W pierścieniu ogniaTekst

Z serii: Igrzyska śmierci #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
W pierścieniu ognia
W pierścieniu ognia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,80  47,84 
W pierścieniu ognia
Audio
W pierścieniu ognia
Audiobook
Czyta Anna Dereszowska
29,90  21,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Haymitch nigdy nie podzielił się ze mną wrażeniami z areny, a ja nigdy o to nie pytałam. Nawet jeśli kiedyś oglądałam w telewizji powtórki jego występu, byłam za mała, żeby cokolwiek zapamiętać. W tym roku Kapitol nie pozwoli mu zapomnieć o występie. Do pewnego stopnia jestem zadowolona, że wraz z Peetą obejmę funkcję mentora, bo z Haymitcha na pewno nie będzie pożytku.

Kiedy moja ekipa wyczerpuje temat Ćwierćwiecza Poskromienia, zaczyna opowiadać o swoim niewyobrażalnie pustym życiu. Powtarzają, kto co powiedział o kimś, kogo imienia nigdy nie słyszałam, i jakie buty właśnie kupili, a Octavia raczy nas przydługą opowieścią o tym, jakim błędem było nakazanie gościom włożenia piór na imprezę urodzinową.

Wkrótce brwi mnie pieką, mam gładkie i jedwabiste włosy i gotowe do polakierowania sztuczne paznokcie. Jak rozumiem, ekipa otrzymała polecenie przygotowania wyłącznie moich dłoni i twarzy. Z palety kolorów dobranych przez Cinnę wnioskuję, że mam wyglądać dziewczęco, a nie seksownie. To dobrze. Nikogo nie udałoby mi się przekonać, gdybym zachowywała się prowokująco, co już wyjaśnił mi Haymitch podczas wywiadu przed igrzyskami.

Wchodzi mama, trochę nieśmiało, i mówi, że Cinna prosił ją o zademonstrowanie ekipie, jak mnie uczesała w dniu dożynek. Reagują entuzjastycznie i w całkowitym skupieniu patrzą, jak mama przerywa im w połowie proces układania skomplikowanej fryzury z warkoczy. W lustrze widzę ich poważne twarze, z uwagą śledzą każdy jej ruch, a kiedy nadchodzi ich kolej, z ochotą biorą się do dzieła. Cała trójka jest tak pełna szacunku i życzliwa, że robi mi się głupio z powodu wyższości, którą w stosunku do nich odczuwam. Kto wie, kim bym była i o czym bym rozmawiała, gdyby wychowano mnie w Kapitolu? Może moim największym zmartwieniem również byłyby pierzaste kostiumy na przyjęciu urodzinowym.

Gdy fryzura jest gotowa, schodzę na parter i tam w salonie znajduję Cinnę. Od razu odżywa we mnie nadzieja. Cinna wygląda tak jak zawsze, ma skromny strój, krótkie, brązowe włosy, dyskretną, złotą kreskę na powiekach. Obejmujemy się i z trudem powstrzymuję się od opowiedzenia mu o wizycie prezydenta Snowa. Przypominam sobie, że postanowiłam najpierw poinformować Haymitcha, będzie najlepiej wiedział, z kim o tym porozmawiać.

Dobrze gawędzi mi się z Cinną. Ostatnio sporo rozmawialiśmy przez telefon, który otrzymałyśmy razem z domem. To trochę bez sensu, bo nie znamy prawie nikogo, kto miałby telefon. Peeta ma, ale do niego nie dzwonię, rzecz jasna, a Haymitch już przed laty wyrwał gniazdko swojego ze ściany. Moja przyjaciółka Madge, córka burmistrza, ma w domu telefon, ale jeśli chcemy pogadać, po prostu się spotykamy. Z początku aparat pokrywał się kurzem, ale potem zaczął dzwonić do mnie Cinna, żeby popracować nad moim talentem.

Każdy zwycięzca musi dysponować jakąś szczególną umiejętnością. Talent to zajęcie, na którym mam się skupić, ponieważ nie muszę pracować w szkole ani w branży przemysłu typowej dla dystryktu. Mogłam sobie wybrać cokolwiek, o czym warto by opowiadać podczas wywiadów. Jak się okazało, Peeta ma talent do malowania. Od lat pracował w rodzinnej piekarni przy dekoracji tortów i ciastek, a teraz, gdy jest bogaty, stać go na kupno prawdziwych farb i rozsmarowywanie ich po płótnie. Jeśli o mnie chodzi, nie mam żadnego talentu, jeśli nie liczyć smykałki do kłusownictwa, ale nielegalne zamiłowania się nie liczą. Potrafię jeszcze śpiewać, za żadne skarby jednak nie zaśpiewałabym dla Kapitolu. Mama usiłowała mnie zainteresować rozmaitymi hobby z listy przysłanej przez Effie Trinket. Namawiała mnie do gotowania, bukieciarstwa, gry na flecie, ale nic mi nie przypadło do gustu, choć Prim dobrze sobie radzi z tym wszystkim. Ostatecznie wtrącił się Cinna i zaproponował mi pomoc przy rozwijaniu pasji do projektowania ubrań, nad którą rzeczywiście należało popracować, gdyż jej we mnie nie było. Zgodziłam się, bo dzięki temu mogłam często kontaktować się z Cinną, a on obiecał, że wszystko zrobi za mnie.

Teraz jest zajęty rozstawianiem rzeczy po całym salonie — układa ubrania, materiały oraz szkicowniki z projektami. Sięgam po jeden z brulionów i uważnie oglądam sukienkę, którą rzekomo zaprojektowałam.

— Wiesz, wydaje mi się, że nieźle rokuję — zauważam.

— Ubieraj się, ty beztalencie — odpowiada i ciska we mnie zawiniątkiem z odzieżą.

Kompletnie nie interesuje mnie projektowanie, ale uwielbiam ubrania z pracowni Cinny. Takie jak te miękkie, czarne spodnie z grubego i ciepłego materiału, wygodna, biała koszula, sweter z zielonej, niebieskiej i szarej wełny, wyjątkowo miękkiej, oraz sznurowane buty ze skóry, które nie uciskają mi palców.

— Ja zaprojektowałam swój strój? — pytam.

— Nie, ale gorąco pragniesz projektować własne kostiumy i być taka jak ja, twój autorytet w kwestii mody. — Podaje mi nieduży plik kart. — Przeczytasz to głośno zza kadru, kiedy kamerzysta zrobi zbliżenie na strój. Postaraj się mówić z przekonaniem.

W tej samej chwili zjawia się Effie Trinket w dyniowopomarańczowej peruce.

— Pracujemy zgodnie z planem! — przypomina wszystkim i całuje mnie w oba policzki, jednocześnie przywołując machnięciem ręki ekipę telewizyjną. Potem nakazuje mi zająć miejsce. Tylko za sprawą Effie nigdzie się nie spóźnialiśmy w Kapitolu, więc usiłuję posłusznie wykonywać polecenia. Skaczę z kąta w kąt jak marionetka, podnoszę ubrania i wygłaszam puste frazesy, takie jak: „Ależ to śliczne, prawda?”

Dźwiękowcy nagrywają, jak dziarsko odczytuję zapiski z kart, później wmontują mój głos do filmu. Na koniec zostaję wyrzucona z pokoju, żeby kamerzysta mógł spokojnie zarejestrować projekty Cinny/moje.

Z okazji przybycia ekipy Prim wcześniej wróciła ze szkoły, a teraz stoi w kuchni i udziela wywiadu komuś z innej ekipy. Wygląda uroczo w błękitnej sukience, która pięknie podkreśla kolor jej oczu, jasne włosy związała w koński ogon wstążką do kompletu. Pochyla się lekko do przodu, opiera na czubkach lśniących, białych butów, zupełnie jakby zamierzała odlecieć...

Gruch! Czuję się tak, jakby ktoś rąbnął mnie w pierś. Rzecz jasna, nikt mi nic nie zrobił, ale ból jest tak realny, że aż się cofam. Zaciskam powieki i nie widzę Prim, tylko Rue, dwunastolatkę z Jedenastego Dystryktu, moją sojuszniczkę z areny. Potrafiła fruwać z drzewa na drzewo niczym ptak, chwytała się nawet najcieńszych gałęzi. Rue, której nie uratowałam, której pozwoliłam umrzeć. Przypominam sobie, jak leżała na ziemi, z włócznią w brzuchu...

Kogo jeszcze nie uda mi się uchronić przed mściwością Kapitolu? Kto jeszcze zginie, jeśli nie spełnię oczekiwań prezydenta Snowa?

Uświadamiam sobie, że Cinna usiłuje narzucić mi płaszcz na ramiona, więc podnoszę ręce. Wyczuwam futro po zewnętrznej i wewnętrznej stronie otulającego mnie palta. Nie należało do żadnego znanego mi zwierzęcia.

— Gronostaje — wyjaśnia, gdy głaszczę biały rękaw, skórzane rękawiczki, jaskrawoczerwony szalik. Coś puszystego zasłania mi uszy. — Dzięki tobie nauszniki wracają do łask.

Dochodzę do wniosku, że nie cierpię nauszników. Mało co przez nie słyszę, a ponieważ podczas wybuchu w trakcie igrzysk ogłuchłam na jedno ucho, nienawidzę ich jeszcze bardziej. Gdy zwyciężyłam, wyleczono mnie w Kapitolu, ale nadal nie znam w pełni możliwości uszkodzonego ucha.

Mama podchodzi do mnie pospiesznie z jakimś przedmiotem w dłoni.

— To na szczęście — oznajmia.

Wręcza mi broszkę, którą dostałam od Madge przed wyjazdem na igrzyska, frunącego kosogłosa w złotej obręczy. Próbowałam dać go Rue, ale nie chciała przyjąć podarunku, twierdziła, że właśnie ze względu na tę broszkę postanowiła mi zaufać. Cinna wpina kosogłosa w węzeł szalika.

Effie Trinket jest tuż obok, klaszcze.

— Proszę o uwagę! — woła. — Przystępujemy do pierwszych zdjęć na dworze. Zwycięzcy witają się na początku fantastycznej podróży. No dobrze, Katniss, szeroki uśmiech, nie możesz się doczekać, jasne?

Dosłownie wypycha mnie za drzwi.

Przez chwilę niewiele widzę, bo śnieg rozpadał się na dobre. W końcu dostrzegam Peetę, wychodzi za próg swojego domu. Wciąż powtarzam w myślach polecenia prezydenta Snowa. „Postaraj się mnie przekonać”, powiedział. Wiem, że nie mam wyjścia.

Uśmiecham się od ucha do ucha i ruszam w kierunku Peety. Po paru sekundach przyspieszam i biegnę, jakbym nie mogła się doczekać spotkania. Chwyta mnie, podnosi i oboje wirujemy, aż nagle Peeta traci równowagę. Widać jeszcze nie całkiem się przyzwyczaił do protezy. Lądujemy w zaspie, leżę na nim i całujemy się po raz pierwszy od miesięcy. Czuję na ustach futro, płatki śniegu i smak szminki, a pod tym wszystkim niezłomność, tak typową dla Peety, i już wiem, że nie jestem sama. Zraniłam go do głębi, ale nie zdemaskuje mnie przed kamerami, nie zniszczy pocałunkiem bez przekonania. Nadal zależy mu na mnie, tak jak podczas igrzysk. Sama nie wiem, dlaczego na myśl o tym zbiera mi się na płacz. Żeby zapanować nad sobą, pomagam mu wstać, wsuwam pod jego ramię dłoń w rękawiczce i radośnie ciągnę go za sobą.

Przez resztę dnia jestem jak w transie. Na dworcu żegnamy się ze wszystkimi, pociąg odjeżdża. Ekipa w starym składzie — ja i Peeta, Effie i Haymitch, Cinna i Portia, stylistka Peety — zasiada do nieopisanie pysznego posiłku, z którego kompletnie nic nie pamiętam. Potem otulam się piżamą oraz obszernym szlafrokiem, siedzę w komfortowym przedziale i czekam, aż wszyscy zasną. Wiem, że Haymitch jeszcze przez kilka godzin będzie na nogach. Nie lubi spać, kiedy na dworze jest ciemno.

W wagonie zapada cisza, więc wsuwam kapcie i człapię do jego drzwi. Muszę zastukać kilka razy, zanim otworzy. Krzywi się, jakby był pewien, że przychodzę ze złymi nowinami.

— Czego chcesz? — burczy. Niemal tracę równowagę, bo nagle otacza mnie chmura oparów wina.

— Muszę z panem porozmawiać — szepczę.

 

— Teraz? — dziwi się. — Obyś miała solidny powód. — Czeka, ale jestem pewna, że w kapitolińskim pociągu nagrywają każde nasze słowo. — No więc? — warczy.

Pociąg zaczyna hamować, a ja myślę przez sekundę, że prezydent Snow mnie obserwuje i nie podoba mu się moja wizyta u Haymitcha, więc postanowił iść za ciosem i mnie zabić. W rzeczywistości zatrzymujemy się tylko po to, by nabrać paliwa.

— W pociągu jest strasznie duszno — skarżę się.

Rzucam to mimochodem, ale Haymitch mruży oczy ze zrozumieniem.

— Wiem, czego ci trzeba. — Przepycha się obok mnie i wychodzi na korytarz. Potem kieruje się do drzwi, otwiera je z wysiłkiem, a wtedy owiewa nas chmura śniegu. Haymitch skacze na ziemię.

Kapitolińska hostessa rusza mu na pomoc, ale odprawia ją dobrotliwym machnięciem ręki i odchodzi chwiejnym krokiem.

— Potrzebuję świeżego powietrza — wyjaśnia. — Za moment wracam.

— Przepraszam, jest pijany — tłumaczę ze skruchą w głosie. — Sama go przyprowadzę.

Podskakuję za nim, niepewnie, a moje kapcie nasiąkają śniegiem, gdy Haymitch prowadzi mnie za ostatni wagon, gdzie na pewno nikt nas nie podsłucha. Potem odwraca się i patrzy na mnie.

— Mów.

Opowiadam mu wszystko, o odwiedzinach prezydenta, o Gale’u i o tym, że wszyscy umrzemy, jeśli nie podołam zadaniu.

Haymitch poważnieje. Jego twarz wydaje się starsza w świetle czerwonych tylnych lamp pociągu.

— Wobec tego musisz podołać.

— Zależałoby mi, żeby pomógł mi pan jakoś dotrwać do końca tego wyjazdu...

— Nie, Katniss, nie chodzi tylko o wyjazd — przerywa mi.

— Jak to? — pytam.

— Nawet jeśli tym razem ci się uda, i tak wrócą za kilka miesięcy, żeby zabrać nas wszystkich na igrzyska. Odtąd co roku ty i Peeta będziecie mentorami. Co roku będą przypominali o waszym romansie i omawiali na wizji szczegóły waszego prywatnego życia i nigdy, przenigdy nie będziesz mogła zrezygnować z długiego i szczęśliwego życia u boku tego chłopaka.

Dociera do mnie sens słów Haymitcha. Nigdy nie zwiążę się z Gale’em, nawet gdybym bardzo chciała. Nigdy nie będę mogła żyć sama. Zawsze będę musiała kochać Peetę, już Kapitol tego dopilnuje. Pewnie jeszcze mam przed sobą parę lat spokoju, szesnastolatce pozwolą nadal mieszkać z mamą i siostrą, ale potem... potem...

— Rozumiesz, w czym rzecz? — naciska Haymitch.

Kiwam głową. Teraz wiem, jaka przyszłość mnie czeka, jeśli chcę utrzymać przy życiu siebie i tych, których kocham. Muszę wyjść za Peetę.


W milczeniu snujemy się z powrotem do wagonu. Na korytarzu przed drzwiami do mojego przedziału Haymitch klepie mnie po ramieniu i mówi:

— Wiesz, mogło być znacznie gorzej. — Odwraca się i idzie do siebie, a wraz z nim znika też smród wina.

W przedziale zsuwam przemoczone kapcie i wilgotny szlafrok oraz piżamę. W szufladach leżą czyste ubrania, ale wpełzam do łóżka w samej bieliźnie. Leżę zapatrzona w mrok i rozmyślam o rozmowie z Haymitchem. Wszystko, co powiedział o oczekiwaniach Kapitolu, o mojej przyszłości u boku Peety, nawet ten ostatni komentarz, to prawda. Pewnie, że mógł mi się przytrafić ktoś znacznie gorszy niż Peeta, ale nie o to chodzi, prawda? Jedną z nielicznych swobód, którymi możemy się cieszyć w Dwunastym Dystrykcie, jest prawo ślubu z tym, z kim chcemy się związać, i prawo do stanu wolnego. Teraz nawet to mi odebrano. Zastanawiam się, czy prezydent Snow zacznie nalegać, żebyśmy sprawili sobie dzieci. Jeżeli zdecydujemy się na nie, co roku będą uczestniczyły w dożynkach. To dopiero byłoby widowisko: dziecko nie jednego, lecz dwojga zwycięzców wylosowane do igrzysk! Potomstwo triumfatorów trafiało już na arenę, co zawsze budziło podniecenie i emocje tłumu. Generalnie uważa się, że taka rodzina ma pecha, ale to się powtarza zbyt często, żeby można mówić o pechu. Gale nie wątpi, że Kapitol robi to celowo, manipuluje losowaniem dla zwiększenia dramaturgii. Zważywszy na to, ile kłopotów narobiłam, moje ewentualne dzieci mają zagwarantowany udział w Głodowych Igrzyskach.

Rozmyślam o Haymitchu, samotniku bez rodziny, który alkoholem oddziela się od reszty świata. Mógł się związać właściwie z każdą kobietą w dystrykcie, a tymczasem wybrał samotność, a raczej przymusowe odosobnienie. Samotność kojarzy się ze spokojem, nie z izolacją. Czy zdecydował się na taki los dlatego, że po pobycie na arenie uznał go za lepszy od alternatywy? Miałam przedsmak tej sytuacji, kiedy w dniu dożynek wylosowano Prim i patrzyłam, jak idzie ku scenie na spotkanie ze śmiercią. Jako siostra mogłam zająć jej miejsce, mamie ten przywilej nie przysługiwał.

W panice poszukuję rozwiązania. Nie dopuszczę do tego, żeby prezydent Snow skazał mnie na taki los, nawet jeśli będę musiała zapłacić za to życiem. Zanim mnie zabiją, spróbuję uciec. Co zrobią, jeśli po prostu zniknę? Przecież mogę zaszyć się w lesie i nigdy go nie opuścić. Czy udałoby mi się wyprowadzić z dystryktu wszystkich, których kocham, i wraz z nimi rozpocząć nowe życie daleko w dziczy? Bardzo mało prawdopodobne, ale nie niemożliwe.

Potrząsam głową, żeby oczyścić umysł. To nie pora na szykowanie planów wielkiej ucieczki, muszę skupić uwagę na Tournée Zwycięzców. Los zbyt wielu ludzi zależy od tego, jak uda się mój występ.

Świt nadchodzi szybciej niż sen i wkrótce Effie łomocze do drzwi. Wkładam pierwsze lepsze ubranie z szuflady i wlokę się do wagonu restauracyjnego. Nie wiem, jakie ma znaczenie, o której wstaję, skoro jesteśmy w podróży, okazuje się jednak, że wczorajsza zmiana wizerunku była przeznaczona wyłącznie na drogę do pociągu. Dzisiaj moja ekipa przygotowawcza da z siebie wszystko.

— Ale po co? I tak jest za zimno, żeby cokolwiek pokazywać — gderam.

— Nie w Jedenastym Dystrykcie — zapewnia mnie Effie.

Jedenasty Dystrykt, nasz pierwszy przystanek i dystrykt Rue. Wolałabym zacząć od innego, wszystko jedno którego, ale Tournée Zwycięzców przebiega według wytycznych. Początek trasy zwykle wypada w Dwunastce, a potem triumfatorzy objeżdżają kolejne dystrykty w malejącej kolejności, aż do Jedynki i Kapitolu. Dystrykt zwycięzców pozostawiają na sam koniec. Organizatorzy zwykle chcą nas mieć jak najszybciej z głowy, ponieważ impreza w Dwunastce jest bardzo skromna i zwykle ogranicza się do uroczystej kolacji na cześć gości oraz do wiecu zwycięstwa, podczas którego zebrani na placu ludzie stoją ponuro, bez cienia radości na twarzy. W tym roku, po raz pierwszy od triumfu Haymitcha, Dwunastka będzie ostatnim etapem trasy, a Kapitol zapłaci za wszystkie atrakcje.

Staram się delektować jedzeniem, jak mi radziła Hazelle. Personel kuchenny niewątpliwie usiłuje mnie uszczęśliwić, bo na stole zjawia się moja ulubiona potrawka z jagnięciny z suszonymi śliwkami i mnóstwo innych smakołyków, a przy moim nakryciu czeka sok pomarańczowy oraz filiżanka gorącej czekolady. Jem, ile wlezie, i choć posiłek jest bez zarzutu, nie potrafię się nim delektować. Irytuje mnie także, że nie zjawił się nikt poza Effie i mną.

— Gdzie wszyscy? — pytam.

— Któż to wie, gdzie się podziewa Haymitch — odpowiada Effie.

Akurat jego się nie spodziewałam, pewnie właśnie szykuje się do snu.

— Cinna do późna w nocy porządkował twój wagon garderobiany — ciągnie Effie. — Ma chyba ponad setkę strojów dla ciebie, wieczorowe są naprawdę niezwykłe. Ekipa Peety pewnie jeszcze śpi.

— Jego nie trzeba przygotowywać? — dziwię się.

— Nie tak jak ciebie — odpowiada.

Co to znaczy? Nic ponad to, że przez cały ranek będę miała wyrywane włosy z ciała, podczas gdy Peeta spędzi ten czas w łóżku. Nie zastanawiałam się nad tym, ale na arenie przynajmniej część chłopców zachowała owłosienie na ciele, a wszystkie dziewczyny poddano gruntownej depilacji. Przypominam sobie, jak kąpałam Peetę nad strumieniem i w słonecznym świetle spod warstwy błota i krwi wychyliły się bardzo jasne włosy, tylko twarz pozostała idealnie gładka. Ani jednemu chłopakowi nie wyrosła broda, choć wielu powinno już mieć zarost. Ciekawe, co organizatorzy im zrobili.

Czuję się beznadziejnie, ale moja ekipa jest chyba w jeszcze gorszej kondycji. Pospiesznie piją kawę i dzielą się kolorowymi pastylkami. O ile mi wiadomo, nigdy nie wstają przed południem, chyba że w grę wchodzi sprawa wagi państwowej, taka jak moje owłosione nogi. Tak bardzo się cieszyłam, że włosy odrosły, dzięki temu czułam, że wracam do normalności. Głaszczę goleń i oddaję się do dyspozycji członkom ekipy. Jak na nich są naprawdę milczący, więc słyszę trzask każdego włoska wyrywanego z mieszka. Muszę zanurzyć się w wannie pełnej gęstego roztworu o nieprzyjemnym zapachu, twarz i włosy mam wysmarowane kremami. Po pierwszej kąpieli czekają mnie jeszcze dwie następne, w innych, mniej paskudnych miksturach. Jestem depilowana, szorowana, masowana i namaszczana, aż w końcu czuję się tak, jakby zdarto mi skórę.

Flavius chwyta mnie palcami za brodę.

— Szkoda, że Cinna nie pozwala cię modyfikować — wzdycha z żalem.

— Właśnie — wtóruje mu Octavia. — Zrobilibyśmy z ciebie absolutnie wyjątkową dziewczynę.

— Będzie musiał się zgodzić, kiedy przybędzie jej lat — podsumowuje Venia niemal ponuro.

Na co? Na rozdęcie mi ust, jak prezydentowi Snowowi? Na wytatuowanie piersi? Ufarbowanie skóry na purpurowy róż i implantowanie w nią kamieni szlachetnych? Na ozdobne wzory na mojej twarzy? Zakrzywione szpony albo kocie wąsiki? Wszystko to i jeszcze więcej widziałam u mieszkańców Kapitolu. Czy naprawdę nie mają pojęcia, że w oczach reszty z nas wyglądają jak dziwolągi?

Myśl, że mogłabym paść ofiarą tych pseudoupiększających szaleństw ekipy, dokłada się do innych nieszczęść pochłaniających moją uwagę: sponiewieranego ciała, braku snu, małżeństwa z przymusu i strachu wynikłego z niemożności spełnienia żądań prezydenta Snowa. Na lunchu, który Effie, Cinna, Portia, Haymitch i Peeta rozpoczęli beze mnie, jestem zbyt przybita, żeby rozmawiać. Zachwycają się jedzeniem i tym, jak dobrze się sypia w pociągach. Wszyscy są podekscytowani tournée, może z wyjątkiem Haymitcha, który cierpi z powodu kaca i bez przekonania skubie babeczkę. Mnie też apetyt nie dopisuje, bo objadłam się ciężkostrawnymi potrawami na śniadanie, a może dlatego, że jestem nieszczęśliwa. Mieszam rosół w misce, ale zjadam tylko łyżkę lub dwie. Nie mogę patrzeć na Peetę, wyznaczonego mi na męża, choć wiem, że przecież w niczym nie zawinił.

Inni zauważają, że coś jest nie tak, usiłują wciągnąć mnie do rozmowy, ale ich zbywam. W pewnej chwili pociąg się zatrzymuje, a kelner wyjaśnia nam, że to nie będzie postój na nabranie paliwa, tylko nastąpiła awaria jakiejś części, którą teraz trzeba wymienić, co potrwa dobrą godzinę. Effie momentalnie zaczyna się denerwować, wyciąga rozpiskę i rozważa, jaki wpływ będzie miało to opóźnienie na wszystko, co nas spotka do końca życia. Mam tego dosyć, już nie jestem w stanie jej słuchać.

— Effie, to nikogo nie obchodzi! — prycham. Wszyscy przy stole kierują na mnie wzrok, nawet Haymitch, a przecież powinien mnie poprzeć, bo Effie jego też doprowadza do szału. Zostaję zepchnięta do defensywy. — Naprawdę — dodaję, zrywam się z miejsca i opuszczam wagon restauracyjny.

W pociągu nagle jest mi za duszno, mam mdłości. Odszukuję drzwi wyjściowe, szarpiąc za nie, uruchamiam jakiś alarm, który ignoruję, i skaczę na ziemię. Nie ląduję w zaspie, jak się spodziewałam, lecz owiewa mnie ciepłe, kojące powietrze. Drzewa są nadal obsypane zielonymi liśćmi. Jak daleko na południe zajechaliśmy przez jeden dzień? Idę wzdłuż torów, mrużę oczy, oślepiona jaskrawym światłem słońca, i już zaczynam żałować tego, co powiedziałam do Effie. Trudno ją winić za moją obecną sytuację. Powinnam wrócić i ją przeprosić. Swoim wybuchem wspięłam się na wyżyny złych manier, a przecież Effie przykłada do nich wyjątkową wagę. Nogi jednak niosą mnie wzdłuż toru, docieram do końca pociągu, zostawiam go za plecami. Godzinne opóźnienie. Mogę iść przez co najmniej dwadzieścia minut w jedną stronę, wrócić i jeszcze zostanie mi mnóstwo czasu. Pokonuję jednak zaledwie dwieście metrów, osuwam się na ziemię i siedzę, zapatrzona w dal. Czy poszłabym dalej, gdybym miała przy sobie łuk i strzały?

Po chwili słyszę za sobą odgłos kroków. To na pewno Haymitch, przyszedł mnie upomnieć. Nie twierdzę, że nie zasłużyłam, po prostu nie chce mi się wysłuchiwać przykrych słów.

— Nie jestem w nastroju na wykłady. — Odgarniam nogą kępę zielska.

 

— Będę się streszczał. — Peeta siada obok mnie.

— Myślałam, że to Haymitch.

— Nie, jeszcze się zmaga z babeczką. — Patrzę, jak poprawia protezę nogi. — Kiepski dzień, co?

— Nic takiego — bagatelizuję.

Peeta bierze głęboki oddech.

— Katniss, chciałem z tobą porozmawiać o swoim zachowaniu w pociągu, poprzednio, kiedy wracaliśmy do domu. Wiem, że coś cię łączyło z Gale’em. Byłem o niego zazdrosny, zanim jeszcze oficjalnie cię poznałem, ale zachowałem się nie w porządku. Nie powinienem był oczekiwać, że będziesz traktowała mnie jak podczas igrzysk. Przepraszam.

Przeprosiny mnie zaskakują. Fakt, że Peeta nabrał do mnie dystansu, kiedy wyznałam mu, że na arenie w zasadzie tylko udawałam miłość do niego. Nie mam mu tego za złe. W trakcie igrzysk starałam się jak najbardziej przekonująco rozgrywać wątek miłosny i chwilami naprawdę nie wiedziałam, co czuję do Peety. Szczerze mówiąc, nadal nie wiem.

— Ja też przepraszam. — Właściwie nie jestem pewna, za co. Chyba za to, że być może doprowadzę do jego zguby.

— Nie masz za co przepraszać, w końcu starałaś się nas ocalić. Nie chcę tego tak ciągnąć, nie chcę, żebyśmy ignorowali się na co dzień i tarzali się w śniegu pod okiem kamer. Pomyślałem, że przestanę chować urazę, no i może uda się nam zaprzyjaźnić — proponuje.

Życie wszystkich moich przyjaciół zawisło na włosku, ale moja odmowa nie zapewni Peecie bezpieczeństwa.

— W porządku — zgadzam się. Ta propozycja poprawia mi humor, czuję się mniej obłudna. Szkoda, że nie przyszedł do mnie wcześniej, zanim się dowiedziałam, że prezydent ma wobec nas inne plany i zwykła przyjaźń już nie wchodzi w grę. Tak czy owak, cieszy mnie, że znowu ze sobą rozmawiamy.

— Więc w czym problem? — pyta.

Nie mogę mu powiedzieć. Skubię kępę zielska.

— Zacznijmy od czegoś prostszego. Dziwne: wiem, że ryzykowałaś dla mnie życie, a ja nie mam pojęcia, jaki jest twój ulubiony kolor.

Uśmiecham się półgębkiem.

— Zielony. A twój?

— Pomarańczowy — odpowiada.

— Poważnie? — dziwię się. — Taki jak włosy Effie?

— Nieco bardziej stonowany — precyzuje. — Bardziej w odcieniu... zachodzącego słońca.

Zachód słońca. Natychmiast wyobrażam sobie obrzeże słońca znikającego za horyzontem, widzę niebo przesycone delikatnymi odcieniami pomarańczowej barwy. Piękny widok. Przypominam sobie ciastko z lilią tygrysią i teraz, gdy Peeta znowu ze mną rozmawia, z trudem powstrzymuję się przed opowiedzeniem mu całej historii o prezydencie. Haymitch z pewnością nie chciałby, żebym wspominała o tym zdarzeniu. Wolę ograniczyć się do gadki o niczym.

— Wszyscy ciągle zachwycają się twoimi obrazami — zmieniam temat. — Szkoda, że nigdy ich nie widziałam.

— Zabrałem cały wagon. — Wstaje i wyciąga ku mnie rękę. — Chodź.

Miło jest czuć jego palce ponownie splecione z moimi, i to nie na pokaz, ale ze szczerej sympatii. Wracamy do wagonu ramię w ramię.

— Przede wszystkim muszę przeprosić Effie — przypominam sobie przed drzwiami.

— Podlizuj się, ile wlezie — radzi mi Peeta.

Kiedy wchodzimy do wagonu restauracyjnego, w którym śniadanie trwa w najlepsze, wygłaszam długie i zbyt kwieciste przeprosiny. Zdaniem Effie to pewnie absolutne minimum za pogwałcenie etykiety. Muszę przyznać, że wielkodusznie akceptuje moje słowa i zwala wszystko na karb silnego stresu, który mnie nie opuszcza. Jej uwagi na temat konieczności przestrzegania grafiku przez choćby jedną osobę trwają zaledwie koło pięciu minut. Aż trudno uwierzyć, że tak łatwo się wywinęłam.

Kiedy Effie kończy przemowę, Peeta prowadzi mnie przez kilka wagonów, żeby pokazać mi obrazy. Sama nie wiem, czego się spodziewałam, może większych wersji ciasteczek z kwiatkami. Moim oczom ukazuje się coś zupełnie nieoczekiwanego. Peeta namalował igrzyska.

Dla kogoś, kto nie był z nim na arenie, na pierwszy rzut oka nie byłoby to oczywiste. Woda kapiąca przez szczeliny w naszej jaskini. Dno wyschniętego stawu. Dłonie Peety wygrzebujące korzenie. Inne obrazy wydają się oczywiste dla każdego. Złota konstrukcja, zwana Rogiem Obfitości. Clove zajęta układaniem noży pod kurtką. Jeden ze zmiechów, jasnowłosy i zielonooki, czyli niewątpliwie Glimmer, warcząc, kieruje się prosto na nas. Na obrazach widzę także siebie, jestem właściwie wszędzie: wysoko na drzewie, trzepię koszulą o kamienie w strumieniu, leżę nieprzytomna w kałuży krwi. Jest jeszcze jeden portret, który trudno mi dopasować do sytuacji. Chyba tak widział mnie Peeta, kiedy dostał wysokiej gorączki: wyłaniam się ze srebrzystoszarej mgły, która idealnie pasuje do koloru moich oczu.

— Co ty na to? — dopytuje się Peeta.

— Koszmar — odpowiadam. Niemal wyczuwam krew, brud, nienaturalny zapach z ust zmiecha. — Nic innego nie robię, tylko staram się zapomnieć o arenie, a ty przywracasz ją do życia. Jak ci się udało zapamiętać te wszystkie szczegóły?

— Widzę je każdej nocy — wyjaśnia krótko.

Dobrze wiem, co ma na myśli. Koszmary, które i tak miewałam przed igrzyskami, teraz bez przerwy mnie dręczą, rzadko jednak zdarza się, bym widziała w nich ojca rozrywanego na strzępy podczas wybuchu w kopalni. Od zakończenia turnieju ciągle przeżywam go na nowo. Na próżno usiłuję ratować Rue. Peeta wykrwawia się na śmierć. Rozdęte ciało Glimmer rozpada mi się w rękach. Upiorny koniec Catona osaczonego przez mutanty — oto moje najczęstsze sny.

— Ja też — wzdycham. — Malowanie pomaga?

— Sam nie wiem. Chyba trochę mniej się boję zasypiać, a przynajmniej wmawiam to sobie — tłumaczy mi. — Ale wciąż mi się śnią.

— Może już zawsze będą, tak jak Haymitchowi. — Haymitch nam tego nie mówił, ale jestem pewna, że właśnie dlatego nie lubi sypiać w ciemnościach.

— Fakt. Ale jeśli o mnie chodzi, wolę się budzić z pędzlem niż z nożem w dłoni. — Spogląda na mnie. — Naprawdę uważasz, że moje prace są koszmarne?

— Tak. Ale i niezwykłe, poważnie — zapewniam go szczerze, jednak nie chcę już oglądać obrazów. — Masz ochotę zerknąć na moje dzieła? Cinna odwalił kawał dobrej roboty.

— Później — śmieje się Peeta. Pociąg rusza, a ja patrzę przez okno na przesuwający się krajobraz. — Chodź, lada moment dotrzemy do Jedenastego Dystryktu. Rzucimy na niego okiem.

Wędrujemy do ostatniego wagonu, pełnego krzeseł i kanap. Najfantastyczniejsze jest jednak to, że tylne okna można wsunąć w sufit, więc wychylamy głowy, by podziwiać rozległe przestrzenie. Na ogromnych polach pasą się stada mlecznych krów, okolica w niczym nie przypomina naszych rodzinnych, gęsto zalesionych stron. Nieznacznie zwalniamy i dochodzę do wniosku, że czeka nas następny postój, lecz przed nami wyrasta ogrodzenie, wysokie na ponad dziesięć metrów i zwieńczone groźnymi pierścieniami drutu kolczastego; przy czymś takim siatka w Dwunastym Dystrykcie wydaje się zupełnie nieszkodliwa. Zerkam na fundament ogrodzenia, wzmocniony potężnymi, metalowymi płytami. Pod nimi nie da się zrobić podkopu, tędy nikt się nie wymknie na polowanie. Potem spoglądam na wieże obserwacyjne, równomiernie rozmieszczone i obsadzone uzbrojonymi strażnikami, którzy ani trochę nie pasują do rozległych, kwiecistych łąk.

— Coś nowego — zauważa Peeta.

Rue dała mi do zrozumienia, że w Jedenastym Dystrykcie surowiej przestrzega się zasad, ale nigdy nie wyobrażałam sobie czegoś takiego.

Nadeszła pora zbiorów. Wszędzie jak okiem sięgnąć mężczyźni, kobiety i dzieci w słomkowych kapeluszach prostują się i odwracają w kierunku pociągu, korzystając z chwili wytchnienia, gdy ich mijamy. W oddali dostrzegam sady i zastanawiam się, czy właśnie tam pracowała Rue, wyznaczona do zbierania owoców z najcieńszych gałęzi na wierzchołkach drzew. To tu, to tam wyrastają małe osiedla opuszczonych chatynek, które w porównaniu z domami w Złożysku wydają się mikroskopijne. Zapewne wszyscy mieszkańcy wyruszyli do pomocy przy zbiorach.