W pierścieniu ogniaTekst

Z serii: Igrzyska śmierci #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
W pierścieniu ognia
W pierścieniu ognia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,80  47,84 
W pierścieniu ognia
Audio
W pierścieniu ognia
Audiobook
Czyta Anna Dereszowska
29,90  21,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Gdy myślę o prezydencie Snowie, widzę go przed rzędem marmurowych kolumn, obwieszonych gigantycznymi flagami. Dziwnie wygląda w otoczeniu zwykłych przedmiotów w zwyczajnym pokoju. Czuję się tak, jakbym uchyliła wieczka garnka i zamiast potrawki ujrzała jadowitą żmiję.

Co on tutaj robi? Szybko powracam myślami do dni otwarcia innych Tournée Zwycięzców i przypominam sobie triumfujących trybutów w otoczeniu mentorów i stylistów. Od czasu do czasu na wizji pojawiali się ważni urzędnicy rządowi, ale jeszcze nigdy nie widziałam prezydenta. Snow uczestniczy w uroczystościach na Kapitolu. Koniec, kropka.

Skoro pokonał taki szmat drogi do mojego domu, oznacza to jedno — wpadłam po uszy w kłopoty, a wraz ze mną cała rodzina. Przeszywa mnie dreszcz, gdy sobie uświadamiam, że moja mama i siostra są tak blisko człowieka, który mnie nienawidzi. I zawsze będzie mnie nienawidził, bo byłam górą w jego sadystycznych Głodowych Igrzyskach. Wystrychnęłam na dudka cały Kapitol i tym samym osłabiłam jego władzę.

Tak naprawdę próbowałam tylko utrzymać przy życiu siebie i Peetę, jakikolwiek przejaw buntu był przypadkowy. Kiedy jednak Kapitol zapowiada, że tylko jeden trybut może przeżyć, a ktoś ma czelność podważać tę decyzję, wówczas można to zapewne uznać za bunt. Żeby się obronić, musiałam udawać, że oszalałam z namiętnej miłości do Peety, więc w rezultacie darowano życie nam obojgu i ogłoszono nas zwycięzcami. Mogliśmy wrócić do domu, świętować, na pożegnanie pomachać do kamer i wreszcie mieć spokój — aż do dzisiaj.

Czuję się jak intruz. Może dlatego, że jeszcze nie oswoiłam się z nowym domem, może jestem wstrząśnięta widokiem gościa, a może świadomością, że w każdej chwili może mnie zabić i dobrze o tym wie. Mam wrażenie, że bez zaproszenia trafiłam do jego domu, i dlatego nie witam go, nie proszę, by usiadł, nie mówię ani słowa. Właściwie traktuję go jak najprawdziwszego węża, w dodatku jadowitego. Stoję bez ruchu i nie odrywam od niego wzroku, obmyślając plan ucieczki.

— Pójdzie nam znacznie łatwiej, jeśli postanowimy mówić prawdę — odzywa się prezydent. — Co ty na to?

Mam wrażenie, że język stanął mi kołkiem i nie zdołam wykrztusić ani słowa, więc ze zdziwieniem słyszę swój spokojny głos:

— Tak, moim zdaniem oszczędzimy czas.

Snow uśmiecha się i po raz pierwszy zauważam jego usta. Spodziewałam się ujrzeć wargi jak u węża, czyli w zasadzie całkowity brak warg. Tymczasem są obfite, z przesadnie naciągniętą skórą. Mimowolnie zaczynam się zastanawiać, czy prezydent przeszedł operację plastyczną, żeby stać się bardziej pociągający. Jeśli tak, to niepotrzebnie zmarnował czas i pieniądze.

— Moi doradcy wyrazili obawę, że będziesz sprawiała kłopoty, ale przecież nie zamierzasz utrudniać mi życia, prawda? — pyta.

— Nie, nie zamierzam.

— To im właśnie powiedziałem. Że dziewczyna, która zrobiła wszystko, żeby przeżyć, na pewno nie ściągnie sobie na głowę śmiertelnego niebezpieczeństwa, zwłaszcza że musi myśleć o rodzinie. O matce, siostrze, wszystkich... kuzynach. — W ostatnim słowie wymownie przeciąga sylaby i jest jasne, że doskonale zdaje sobie sprawę z braku pokrewieństwa między mną i Gale’em.

Wyłożył karty na stół. Może to i lepiej, kiepsko znoszę zawoalowane groźby. Wolę, kiedy ktoś mówi wprost, o co chodzi.

— Usiądźmy. — Prezydent Snow zajmuje miejsce za dużym biurkiem z lśniącego drewna, przy którym Prim odrabia lekcje, a mama podlicza wydatki. Nie ma prawa tam siedzieć, tak jak nie ma prawa przebywać w naszym domu, choć w ostatecznym rozrachunku jest do tego jak najbardziej uprawniony. Zasiadam po drugiej stronie, na jednym z rzeźbionych krzeseł o prostych oparciach. Zrobiono je dla osoby wyższej ode mnie, więc z trudem dosięgam podłogi czubkami palców u stóp.

— Mam pewien kłopot, panno Everdeen — kontynuuje prezydent. — Kłopot, który ma swój początek na arenie, a spowodowałaś go ty, wyciągając trujące jagody.

Ma na myśli chwilę, w której zrozumiałam, że jeśli organizatorzy będą musieli wybierać między patrzeniem na nasze samobójstwo — co oznaczałoby brak zwycięzcy — lub darowaniem życia Peecie i mnie, wybiorą to drugie.

— Gdyby Główny Organizator Seneca Crane miał choć trochę oleju w głowie, z miejsca starłby was na proch. Niestety, tak się niefortunnie złożyło, że odezwała się w nim sentymentalna natura i dlatego tutaj jesteś. Domyślasz się, dokąd trafił Crane? — pyta.

Kiwam głową, bo z jego słów jasno wynika, że Senecę Crane’a stracono. Zapach róż i krwi jest silniejszy, odkąd dzieli nas tylko biurko. Prezydent Snow nosi w klapie różę, być może to ona jest źródłem tego aromatu, ale na pewno genetycznie zmodyfikowanym, bo prawdziwe róże tak nie cuchną. Co do krwi... sama nie wiem.

— Potem nie miałaś wyjścia, musiałaś pociągnąć ten scenariusz. Przyznaję, całkiem nieźle wypadłaś w roli oszalałej z miłości nastolatki, mieszkańcy Kapitolu dali się przekonać. Niestety, nie wszyscy w dystryktach się na to nabrali.

Na mojej twarzy najwyraźniej odbija się zaskoczenie, gdyż Snow śpieszy z wyjaśnieniami:

— Rzecz jasna, nic o tym nie wiesz, nie masz przecież dostępu do informacji o nastrojach w państwie. Otóż w kilku dystryktach ludzie uznali twoją sztuczkę z jagodami za przejaw buntu, a nie dowód miłości. A skoro dziewczyna z marnego Dwunastego Dystryktu przeciwstawia się Kapitolowi i uchodzi jej to płazem, dlaczego nie mieliby pójść w jej ślady? Dajmy na to, wzniecić powstania?

Dopiero po chwili dociera do mnie sens ostatnich słowa prezydenta, zaczynam rozumieć ich powagę.

— Wybuchły powstania? — pytam, jednocześnie przerażona i uradowana tą możliwością.

— Jeszcze nie, ale dojdzie do nich, jeśli bieg wydarzeń się nie zmieni. Jak wiadomo, czasem powstania prowadzą do rewolucji. — Prezydent Snow pociera czoło nad lewą brwią. Moje bóle głowy koncentrują się w tym samym miejscu. — Czy masz pojęcie, co to oznacza? Wiesz, ilu ludzi zginie? W jakich warunkach będą żyli pozostali? Bez względu na problemy niektórych z Kapitolem, konsekwencje buntu będą straszne. Cała konstrukcja państwa legnie w gruzach, jeżeli choć na chwilę stracimy kontrolę nad dystryktami.

Jestem zdumiona jego bezpośredniością, a wręcz szczerością. Zachowuje się tak, jakby jego naczelną troską był dobrobyt obywateli Panem, co jest kompletną bzdurą. Nie wiem, skąd we mnie tyle śmiałości, ale mówię wprost:

— Państwo chyba się opiera na kruchych podstawach, skoro garść jagód może doprowadzić do jego upadku.

Zapada długotrwałe milczenie, Snow przygląda mi się bacznie. W końcu mówi zwyczajnie:

— Państwo jest kruche, ale inaczej, niż podejrzewasz.

Słyszymy pukanie do drzwi i do pokoju wtyka głowę człowiek z Kapitolu.

— Jej matka chce wiedzieć, czy ma pan ochotę na herbatę.

— Mam. Chętnie napiję się herbaty — mówi prezydent. Drzwi uchylają się szerzej i na progu staje mama. W rękach trzyma tacę z porcelanową zastawą, którą przywiozła do Złożyska w posagu. — Proszę postawić to tutaj. — Snow kładzie książkę na skraju biurka i stuka w środek blatu.

Mama stawia tacę we wskazanym miejscu. Przyniosła porcelanowy imbryk i filiżanki, a także śmietankę, cukier i talerz ciastek, pięknie ozdobionych kwiatami w stonowanych barwach. Za dekorację z pewnością odpowiada Peeta.

— Aż miło popatrzeć — zachwyca się Snow. — To dziwne, ale ludzie bardzo często zapominają, że prezydenci także muszą jadać.

Wygląda na to, że mama odrobinę się odprężyła.

— Może podać panu coś jeszcze? Mogłabym przyrządzić coś konkretnego, jeżeli jest pan głodny.

— Nie, dziękuję. Herbata i ciastka całkowicie mnie satysfakcjonują. — Snow jasno daje jej do zrozumienia, że rozmowa skończona. Mama kiwa głową, zerka na mnie i wychodzi. Prezydent nalewa herbaty do dwóch filiżanek, a do swojej dodaje jeszcze śmietanki i cukru. Na koniec długo miesza. Wyczuwam, że powiedział, co miał do powiedzenia, i teraz czeka na moją reakcję.

— Nie zamierzałam wzniecać żadnych powstań — oznajmiam.

— Wierzę ci, ale to bez znaczenia. Twój stylista proroczo dobrał ci strój. Katniss Everdeen, dziewczyna, która igra z ogniem, wznieciła iskrę, a ta, nie ugaszona w porę, podpali całe Panem i rozpęta piekło.

— Dlaczego po prostu mnie pan nie zabije? — pytam wprost.

— Publicznie? — zdumiewa się. — W ten sposób tylko dolałbym oliwy do ognia.

— Więc niech pan zaaranżuje wypadek.

— Kto by w to uwierzył? — wzdycha. — Ty na pewno nie, gdybyś się dowiedziała o czymś takim.

— Wobec tego niech mi pan powie, co mam robić, a ja się dostosuję.

— Niestety, to nie takie proste. — Bierze do ręki jedno z ukwieconych ciastek i przygląda mu się uważnie. — Urocze. Dzieło twojej mamy?

— Nie, Peety. — Po raz pierwszy nie mogę wytrzymać jego spojrzenia i odwracam wzrok. Sięgam po herbatę, ale odstawiam filiżankę, kiedy zaczyna grzechotać o spodek. Biorę ciastko, żeby zamaskować drżenie rąk.

— Peeta. Jak się miewa miłość twojego życia?

— Dobrze — odpowiadam krótko.

— Kiedy sobie uświadomił, jak bardzo jesteś obojętna? — Zanurza ciastko w herbacie.

— Nie jestem obojętna.

— Więc może nie aż tak zadurzona w tym młodzieńcu, jak to wmówiłaś całemu krajowi.

— Kto mówi, że go nie kocham?

— Ja — odpowiada prezydent. — I nie byłoby mnie tutaj, gdyby nikt nie podzielał moich wątpliwości. Jak się miewa twój przystojny kuzyn?

— Nie wiem... Naprawdę... — Głos więźnie mi w gardle. Niedobrze mi się robi na myśl o tym, że mam rozmawiać ze Snowem o moich uczuciach do dwóch ludzi, na których naprawdę mi zależy.

 

— Proszę mówić, panno Everdeen. Akurat jego mogę zabić bez obaw, jeśli nie osiągniemy satysfakcjonującego porozumienia. Nie oddajesz mu przysługi, znikając z nim w lesie każdej niedzieli.

Co jeszcze wie, skoro dowiedział się o naszych wyprawach? Kto mu o nich doniósł? Wielu ludzi mogło mu powiedzieć, że każdej niedzieli chodzę z Gale’em na polowanie, przecież na koniec dnia pojawiamy się razem publicznie, objuczeni dziczyzną, i to od lat. Zasadnicze pytanie brzmi: co zdaniem Snowa dzieje się w lasach okalających Dwunasty Dystrykt? Na pewno nikt tam nas nie śledził. A jeśli? Czy to możliwe, że byliśmy obserwowani? Nie, niemożliwe, na pewno nie przez człowieka. To co, kamery? Dotąd nigdy nie przyszło mi to do głowy. Zawsze uważaliśmy las za nasze bezpieczne miejsce, azyl poza zasięgiem Kapitolu, gdzie można mówić otwarcie i zachowywać się naturalnie. Na pewno tak było do igrzysk. Jeżeli potem nas obserwowano, to co takiego zobaczyli? Dwoje ludzi na polowaniu wygadujących pachnące zdradą rzeczy o Kapitolu, i tyle. Na pewno nie zachowywaliśmy się jak zakochani, a chyba o to chodziło prezydentowi Snowowi. Pod tym względem nic nam nie groziło. Chociaż...

To się zdarzyło tylko raz, szybko i nieoczekiwanie, ale się zdarzyło.

Po powrocie z igrzysk musiałam odczekać kilka tygodni, zanim spotkałam się sam na sam z Gale’em. Najpierw uczestniczyłam w obowiązkowych uroczystościach. Władze wydały bankiet na cześć zwycięzców i zaprosiły wyłącznie najważniejsze osobistości, a cały dystrykt miał wolny dzień z darmowym jedzeniem oraz występami artystów z Kapitolu. W Dniu Paczek, pierwszym z dwunastu, każdy w dystrykcie otrzymał gratis przesyłkę z żywnością. To podobało mi się najbardziej. Patrzyłam, jak głodne dzieci ze Złożyska biegają z puszkami przecieru jabłkowego oraz mięsnymi konserwami, nawet z cukierkami. W domach czekały na nie torby z ziarnem i blaszane bańki z olejem, zbyt ciężkie, żeby je dźwigać. Cieszyłam się, że co miesiąc przez okrągły rok wszyscy będą dostawali po paczce. Była to jedna z niewielu chwil, kiedy naprawdę czułam zadowolenie ze zwycięstwa.

W zalewie uroczystości, imprez oraz spotkań z dziennikarzami, którzy chodzili za mną krok w krok, kiedy przewodniczyłam, dziękowałam i całowałam Peetę na potrzeby widzów, nie miałam ani odrobiny prywatności. Po kilku tygodniach sytuacja w końcu zaczęła się uspokajać. Kamerzyści i reporterzy spakowali walizki i wyjechali. Pomiędzy mną a Peetą pojawił się chłodny dystans, który nadal utrzymujemy. Moja rodzina wprowadziła się do domu w Wiosce Zwycięzców. Życie w Dwunastym Dystrykcie wróciło do normy: górnicy zaczęli chodzić do kopalń, a dzieciaki do szkół. Czekałam jeszcze przez pewien czas, a w końcu doszłam do wniosku, że droga wolna, i pewnej niedzieli, nie informując nikogo, wstałam kilka godzin przed świtem i wyruszyłam do lasu.

Wciąż było na tyle ciepło, że obywałam się bez kurtki. Spakowałam do torby trochę odświętnej żywności: zimnego kurczaka, ser, chleb z piekarni, pomarańcze. Najpierw poszłam do starego domu po myśliwskie buty. Ogrodzenie jak zwykle nie było pod napięciem, więc bez trudu przemknęłam na drugą stronę, odszukałam łuk i strzały, a potem ruszyłam do naszego miejsca spotkań, gdzie razem z Gale’em jadłam śniadanie przed dożynkami, po których trafiłam na igrzyska.

Czekałam co najmniej dwie godziny. Już zaczynałam nabierać przekonania, że po ostatnich tygodniach Gale postawił na mnie krzyżyk albo kompletnie mu zobojętniałam, może nawet mnie znienawidził. Nie potrafiłam znieść bólu na myśl o tym, że mogłabym stracić na zawsze najlepszego przyjaciela, jedynego człowieka, któremu powierzałam tajemnice. Byłoby to zwieńczenie dramatu, który mnie spotkał. Oczy zaszły mi łzami, poczułam ucisk w gardle, jak zawsze w chwilach zdenerwowania.

Potem podniosłam wzrok i zobaczyłam Gale’a. Stał trzy metry dalej i mnie obserwował. Bez zastanowienia zerwałam się na równe nogi, rzuciłam mu się na szyję i wydałam z siebie dziwaczny dźwięk, ni to śmiech, ni krztuszenie się, ni płacz. Ściskał mnie tak mocno, że nie widziałam jego twarzy, ale minęło naprawdę sporo czasu, zanim mnie puścił, i to tylko dlatego, że właściwie nie miał wyboru — dostałam niewiarygodnie donośnej czkawki i musiałam się napić.

Tamten dzień był taki jak zawsze. Po śniadaniu polowaliśmy, łowiliśmy ryby, zbieraliśmy. Rozmawialiśmy o ludziach w mieś-cie, starannie unikając wszystkiego, co było związane z nami. Nie padło ani słowo na temat jego nowego życia w kopalni ani mojego udziału w igrzyskach, ciekawiły nas inne sprawy. Kiedy znaleźliśmy się przed dziurą w ogrodzeniu, jak najbliżej Ćwieka, chyba uwierzyłam, że znowu będzie jak dawniej. Mogliśmy przecież żyć tak jak przed losowaniem. Przekazałam całą zwierzynę Gale’owi, bo teraz nie brakowało nam żywności, i oznajmiłam, że nie wybieram się na Ćwiek. Kusiło mnie, żeby tam wpaść, ale postanowiłam już wrócić do domu, bo nie powiedziałam mamie i siostrze, dokąd idę i na pewno się zastanawiały, gdzie jestem. Nieoczekiwanie, gdy proponowałam, że zajmę się codziennym obchodem sideł, Gale ujął moją twarz w dłonie i pocałował mnie w usta.

Nie byłam na to przygotowana. Można by pomyśleć, że po tylu spędzonych z nim godzinach, kiedy patrzyłam, jak mówi, śmieje się i chmurzy, wiem już wszystko o jego ustach. Nie wyobrażałam sobie jednak, że okażą się takie ciepłe w zetknięciu z moimi wargami. Nie sądziłam też, że jego dłonie, zdolne do zastawiania najbardziej skomplikowanych wnyków, z taką łatwością mnie uwiężą. Pamiętam, że z głębi mojego gardła wydobył się dziwny dźwięk i że opierałam zaciśnięte palce na piersi Gale’a. Potem mnie puścił i powiedział:

— Musiałem to zrobić. Chociaż raz.

I odszedł.

Choć słońce zachodziło i wiedziałam, że mama i siostra będą się martwić, usiadłam pod drzewem przy ogrodzeniu. Zastanawiałam się, co czuję w związku z pocałunkiem, czy mi się spodobał, czy też wzbudził moją niechęć. Tak naprawdę zapamiętałam tylko nacisk warg Gale’a i delikatny aromat pomarańczy na jego skórze. Nie było sensu porównywać tego pocałunku z wieloma, które wymieniłam z Peetą, nadal nie miałam pojęcia, czy któreś z nich naprawdę się liczyły. W końcu poszłam do domu.

Tamtego tygodnia sprawdzałam wnyki i zanosiłam zwierzynę Hazelle, ale z Gale’em spotkałam się dopiero w niedzielę. Obmyśliłam całą mowę: że nie chcę mieć chłopaka i nigdy nie planowałam ślubu, ale ostatecznie nie powiedziałam ani słowa na ten temat, bo Gale zachowywał się tak, jakby nigdy mnie nie pocałował. Może czekał, aż o tym wspomnę albo sama go pocałuję, lecz ja również udawałam, że do niczego nie doszło. A jednak doszło. Gale sforsował niewidzialną barierę, która nas dzieliła, i jednocześnie pogrzebał moje nadzieje na odbudowanie naszej dawnej, nieskomplikowanej przyjaźni. Choćbym nie wiadomo jak udawała, nie potrafiłam już patrzeć na jego usta tak jak kiedyś.

Te wszystkie myśli przelatują mi przez głowę, kiedy prezydent Snow świdruje mnie wzrokiem zaraz po tym, jak zagroził, że zabije Gale’a. Ależ byłam głupia, wierząc, że Kapitol da mi spokój, gdy wrócę do domu! Nie wiedziałam o ewentualnych powstaniach, fakt, ale nie wątpiłam, że władze są na mnie wściekłe. Powinnam była zachowywać się wyjątkowo ostrożnie, bo tego wymagała sytuacja, a co zrobiłam? Zdaniem prezydenta wypięłam się na Peetę i na oczach całego dystryktu skupiłam uwagę wyłącznie na Gale’u. W ten sposób otwarcie zakpiłam z Kapitolu. Przez własną beztroskę naraziłam na śmiertelne niebezpieczeństwo Gale’a i jego rodzinę, a także swoich bliskich oraz Peetę.

— Niech pan nie robi krzywdy Gale’owi, to tylko przyjaciel, naprawdę — proszę szeptem. — Przyjaźnimy się od lat, nic poza tym nas nie łączy. Zresztą wszyscy uważają nas teraz za kuzynów.

— Interesuje mnie tylko to, w jakim stopniu wasze relacje wpływają na dynamikę twojego związku z Peetą, bo od tego zależą nastroje w dystryktach — oświadcza.

— Nic się nie zmieni podczas tournée. Będę go kochała tak jak dawniej.

— Jak teraz — poprawia mnie.

— Jak teraz — potwierdzam.

— Aby zapobiec buntom, musisz się starać bardziej niż dotąd — uprzedza mnie. — Tournée będzie twoją jedyną szansą na odwrócenie biegu zdarzeń.

— Wiem. Zrobię to. Przekonam mieszkańców dystryktów, że nie rzuciłam wyzwania Kapitolowi, że naprawdę oszalałam z miłości.

Prezydent Snow wstaje i ociera wydatne usta serwetką.

— Postaw sobie ambitniejszy cel, na wypadek niepowodzenia.

— Jak to? Jak mogłabym postawić sobie ambitniejszy cel? — zdumiewam się.

— Postaraj się przekonać mnie.

Rzuca serwetkę, bierze książkę. Nie patrzę na niego, kiedy wychodzi, więc wzdrygam się, słysząc jego szept tuż przy uchu:

— Tak między nami, wiem o pocałunku.

Z cichym trzaskiem zamyka za sobą drzwi.


Zapach krwi... Jego oddech był nim przesycony.

Co takiego robi?, zastanawiam się. Pije ją? Wyobrażam sobie, jak sączy krew z filiżanki. Zanurza w niej ciasteczko i wyciąga je, ociekające czerwienią.

Zza okna dobiega warkot silnika samochodu, cichy i spokojny, niczym mruczenie kota, po czym zanika w oddali. Rozpływa się w powietrzu niezauważony, tak jak się pojawił.

Czuję się tak, jakby pokój powoli wirował, chyba jestem bliska omdlenia. Pochylam się i chwytam biurko jedną ręką, w drugiej nadal ściskam piękne ciastko Peety. Wydaje mi się, że widniała na nim lilia tygrysia, z której zostało tylko kilka okruchów w mojej pięści. Sama nie wiem, kiedy ją zmiażdżyłam, widać musiałam zacisnąć na czymś palce, gdy świat wokół mnie wymykał się spod kontroli.

Odwiedziny prezydenta Snowa. Dystrykty na skraju buntu, otwarta groźba zabicia Gale’a, a po nim także innych. Śmierć grozi wszystkim, których kocham. Kto wie, komu jeszcze przyjdzie zapłacić za to, co zrobiłam? Chyba że powstrzymam katastrofę podczas tournée, uciszę niezadowolonych i uspokoję prezydenta. Jak? Demonstrując wszem wobec w całym kraju, że kocham Peetę Mellarka.

Nie dam rady, myślę. Nie jestem dość dobra. Peeta to ten szlachetny, ludzie go lubią, sprawia, że wierzą we wszystko. Ja zamykam się w sobie i wycofuję, pozwalając mu mówić jak najwięcej. Tym razem jednak nie on musi dowieść szczerości swoich uczuć, tylko właśnie ja.

Na korytarzu słychać lekki, pośpieszny tupot stóp mamy, a ja postanawiam nie puszczać pary z ust. Nie może poznać prawdy. Nad tacą pospiesznie otrzepuję dłonie z okruszków, nerwowo wypijam łyk herbaty.

— Katniss, wszystko w porządku? — niepokoi się.

— W jak najlepszym — uspokajam ją pogodnym tonem. — Nigdy nie puszczają tego w telewizji, ale przed tournée prezydent zawsze odwiedza zwycięzców, żeby życzyć im szczęścia.

Na jej twarzy odmalowuje się ulga.

— Ach, tak. Byłam pewna, że wpadłyśmy po uszy w kłopoty.

— Skąd. Kłopoty zaczną się wtedy, gdy moja ekipa przygotowawcza zobaczy, jak mi brwi odrosły. — Mama się śmieje, a ja myślę o tym, że odkąd po jedenastym roku życia zaczęłam opiekować się rodziną, nie mam już odwrotu. Zawsze będę musiała troszczyć się o mamę.

— Może naleję ci wody do kąpieli? — pyta mama.

— Świetnie — mówię i widzę, że jest zadowolona z mojej odpowiedzi.

Od powrotu do domu intensywnie próbuję naprawić nasze relacje. Proszę mamę, żeby zrobiła dla mnie to czy tamto i nie ignoruję jej propozycji pomocy, jak to ze złości robiłam przez całe lata. Pozwalam jej dysponować wszystkimi pieniędzmi, które wygrałam, odwzajemniam uściski, a nie tylko je znoszę. Dzięki pobytowi na arenie uświadomiłam sobie, że muszę przestać karać mamę za coś, z czym nie potrafiła się uporać, czyli za obezwładniającą depresję po śmierci męża. Ludziom zdarza się znaleźć w sytuacjach, z którymi nie umieją sobie poradzić, bo nie są odpowiednio przygotowani.

Tak jak na przykład ja teraz, właśnie w tej chwili.

Poza tym mama zrobiła coś absolutnie fantastycznego, kiedy wróciłam do dystryktu. Po tym, jak bliscy i przyjaciele powitali Peetę i mnie na stacji kolejowej, dziennikarze zadali nam kilka pytań. Któryś z nich spytał mamę, co sądzi o moim nowym chłopaku, a ona odpowiedziała, że Peeta to idealny młody człowiek, ale ja jestem jeszcze za młoda na chłopaka. Po tych słowach posłała Peecie tak wymowne spojrzenie, że wszyscy wybuchnęli śmiechem. Dziennikarze komentowali to w stylu: „Ktoś tu będzie miał kłopoty”, a Peeta puścił moją rękę i odsunął się ode mnie. Ta sytuacja nie trwała długo, bo presja, byśmy zachowywali się, jak na narzeczonych przystało, była zbyt silna, zyskaliśmy jednak pretekst, żeby odnosić się do siebie z nieco większym dystansem niż w Kapitolu. Niewykluczone, że dzięki temu łatwiej mi będzie wyjaśnić, dlaczego tak rzadko spotykałam się z Peetą po wyjeździe ekip telewizyjnych.

 

Idę na górę, do łazienki, gdzie czeka na mnie parująca wanna. Mama wrzuciła do wody woreczek z suszonymi kwiatami, ich aromat unosi się w powietrzu. Nie jesteśmy przyzwyczajone do takiego luksusu: wystarczy, że odkręcimy kurek, a z kranu płynie tyle gorącej wody, ile sobie zażyczymy. Na Złożysku miałyśmy do dyspozycji tylko zimną, więc przed kąpielą trzeba było ją podgrzewać na ogniu. Rozbieram się, zanurzam w jedwabistym płynie — mama dodatkowo wlała jakiś olejek — i zastanawiam się, co dalej.

Przede wszystkim muszę zadecydować, komu o tym powiedzieć. Na pewno nie mamie ani nie Prim, rzecz jasna, tylko pochorowałyby się ze zmartwienia. Także Gale nie wchodzi w grę, bo nawet jeśli zdołałabym mu jakoś przekazać, co się dzieje, to co miałby zrobić z tą wiedzą? Gdyby był sierotą, pewnie namówiłabym go do ucieczki, bez wątpienia poradziłby sobie w lesie. Nie jest jednak sam, ma rodzinę, której za nic nie porzuci, mnie zresztą też nie. Po powrocie do domu będę musiała mu jakoś wyjaśnić, dlaczego nasze niedziele należą już do przeszłości, ale teraz nie chcę o tym myśleć, muszę się skupić na zaplanowaniu następnego posunięcia. Zresztą Gale jest frustrowany i wściekły na Kapitol, i czasami zachowuje się tak, jakby sam zamierzał wzniecić powstanie. Nie chcę dawać mu pretekstu. Nie, nie mogę powiedzieć tego żadnej z osób, które zostawiam w Dwunastym Dystrykcie.

Mogę jednak zaufać jeszcze trzem osobom, przede wszystkim Cinnie, mojemu styliście. Podejrzewam jednak, że i tak grozi mu niebezpieczeństwo, a nie chcę dodatkowo pakować go w kłopoty. Druga osoba to Peeta, mój partner w oszustwie. Tylko niby jak miałabym zacząć rozmowę? „Hej, Peeta, pamiętasz, jak powiedziałam ci, że udaję miłość do ciebie? Teraz koniecznie musisz o tym zapomnieć i udawać niesamowicie zakochanego we mnie. Jeżeli tego nie zrobisz, prezydent zabije Gale’a”. Nie dam rady, a poza tym Peeta postąpi, jak należy bez względu na to, czy powiem mu, o jaką stawkę gramy. Pozostaje tylko Haymitch, pijany, niezrównoważony, agresywny Haymitch, któremu właśnie wylałam miskę lodowatej wody na głowę. Jako mój mentor w igrzyskach miał obowiązek utrzymać mnie przy życiu. Liczę na to, że nadal jest w stanie podołać temu zadaniu.

Osuwam się do wody, żeby nie słyszeć żadnych dźwięków. Szkoda, że wanna się nie rozciągnie i nie popływam w niej jak w upalne, letnie niedziele w lesie, z tatą. Tamte dni były zupełnie wyjątkowe. Wyruszaliśmy o świcie i wędrowaliśmy bardzo daleko w głąb lasu, do małego jeziorka, na które tata natrafił podczas jednego z polowań. Nawet nie pamiętam, jak nauczyłam się pływać. Byłam zupełnie mała, kiedy tata mnie uczył. Przypominam sobie nurkowanie, fikołki, pływanie pieskiem. Palcami stóp wyczuwałam muliste dno, wdychałam woń kwiatów i ziół. Leżałam we wodzie, tak jak teraz, wpatrzona w błękitne niebo. Nie docierał do mnie szmer lasu. Tata wkładał do torby wodne ptactwo, które gniazdowało przy brzegu, a ja szukałam jaj w trawie. Oboje wykopywaliśmy na płyciźnie korzenie strzałki wodnej. Moje imię pochodzi od jednej z nazw tej rośliny. Kiedy wieczorem wracaliśmy do domu, mama udawała, że mnie nie poznaje, bo jestem taka czysta. Potem gotowała niesamowitą kolację z pieczoną kaczką i bulwami strzałki wodnej w mięsnym sosie.

Nigdy nie zaprowadziłam Gale’a nad jezioro, choć mogłam. Dotarcie tam zajmuje mnóstwo czasu, lecz wodne ptactwo to wyjątkowo łatwy łup, można błyskawicznie uzupełnić zapasy. Tak naprawdę nie chciałam dzielić się tym miejscem z nikim, gdyż należało tylko do mnie i do taty. Od zakończenia igrzysk miałam niewiele do roboty, więc parę razy zapuściłam się w tamte okolice. Pływanie nadal sprawiało mi przyjemność, lecz ogólnie te wyprawy mnie przygnębiały, gdyż nie mogłam nie zauważyć, że od pięciu lat jezioro prawie wcale się nie zmieniło, a ja jestem zupełnie innym człowiekiem niż wtedy.

Nawet pod wodą słyszę odgłosy zamieszania. Trąbią samochody, ludzie witają się hałaśliwie, trzaskają drzwi. To może oznaczać tylko jedno: zjawiła się moja ekipa przygotowawcza. Najwyższy czas, żebym wytarła się ręcznikiem i włożyła szlafrok, zanim cała trójka wtargnie do łazienki. Nie mam co marzyć o prywatności, sprawy związane z moim ciałem nie są dla nich żadną tajemnicą.

— Katniss, twoje brwi! — piszczy Venia od progu i choć zebrały się nade mną czarne chmury, z trudem tłumię śmiech. Niebieskie włosy ma wystylizowane na ostre kolce sterczące na wszystkie strony, a złote tatuaże, dotąd umiejscowione nad brwiami, teraz przesunęły się pod oczy, i Venia wygląda tak, jakbym rzeczywiście niewiarygodnie ją zaszokowała.

Przychodzi Octavia i krzepiąco klepie ją po plecach. Na tle chudej, kościstej Venii jej pulchne ciało wydaje się jeszcze obfitsze niż zazwyczaj.

— No, już dobrze — mówi łagodnie. — Poprawisz to w parę sekund. Pytanie, co ja pocznę z tymi paznokciami? — Chwyta mnie za rękę i przytrzymuje ją w swoich groszkowozielonych dłoniach. Nie, to już nie jest zieleń w odcieniu groszku, kojarzy się raczej z jasnymi, zimozielonymi roślinami. Zmiana barwy bez wątpienia świadczy o chęci wyprzedzenia kapryśnych trendów kapitolińskiej mody. — Rety, Katniss, trzeba było zostawić mi coś, na czym mogłabym pracować! — jęczy.

Fakt, przez ostatnie dwa miesiące ogryzłam paznokcie prawie do żywego mięsa. Chciałam zerwać z tym nawykiem, ale jakoś zabrakło mi motywacji.

— Przepraszam — mamroczę. Nie poświęciłam zbyt wiele czasu rozmyślaniom o tym, jak moje przyzwyczajenia wpłyną na nastrój ekipy.

Flavius unosi kilka kosmyków moich mokrych, zlepionych w strąki włosów. Z dezaprobatą kręci głową, a pomarańczowe, gęste loki podskakują wokół jego twarzy.

— Czy ktoś majstrował przy twoich włosach od naszego ostatniego spotkania? — pyta surowo. — Przypominam, że szczególnie zależało nam na tym, aby nikt nie ruszał twojej fryzury.

— Tak! — oświadczam zadowolona, że nie całkiem zlekceważyłam zalecenia ekipy. — To znaczy nie, nikt mnie nie strzygł. O tym pamiętałam.

Nieprawda, po prostu ta kwestia ani razu nie wypłynęła. Od powrotu do domu nie robiłam nic z włosami, poza splataniem ich w prosty warkocz.

To ich chyba uspokaja, całują mnie i sadzają na krześle w sypialni. Jak zwykle trajkoczą bez przerwy, nie zwracając uwagi na to, czy ich słucham. Kiedy Venia koryguje moje brwi, Octavia robi tipsy, a Flavius wmasowuje paskudztwo we włosy, dowiaduję się wszystkiego o Kapitolu. Igrzyska okazały się prawdziwym przebojem, od ich zakończenia nie wydarzyło się nic godnego uwagi, i ludzie z niecierpliwością wyczekują naszego przyjazdu na koniec tournée. Potem Kapitol rozpocznie przygotowania do Poskromienia.

— Nie mogę się doczekać!

— Ale masz szczęście, Katniss!

— W pierwszym roku po zwycięstwie zostaniesz mentorem w obchodach Ćwierćwiecza!

Z podniecenia przekrzykują się nawzajem.

— No, tak — przyznaję neutralnym tonem. Na więcej mnie nie stać.

Nawet w zwykłym roku obowiązki mentora trybutów to koszmar senny. Teraz nie potrafię przejść spokojnie obok szkoły bez zastanawiania się, którego dzieciaka będę musiała szkolić. Co gorsza, w tym roku przypada siedemdziesiąta piąta rocznica pierwszych Głodowych Igrzysk, a to oznacza, że będziemy obchodzili także Ćwierćwiecze Poskromienia. Odbywa się ono co dwadzieścia pięć lat i przypomina o okrągłej rocznicy klęski dystryktów. W uroczystościach uczestniczą najwyższe władze, dodatkową atrakcją jest turniej Bogu ducha winnych trybutów. Jestem za młoda, aby pamiętać wcześniejsze Ćwierćwiecza, to oczywiste, ale w szkole słyszałam, że przy okazji drugiego dwudziestopięciolecia Kapitol dwukrotnie zwiększył liczebność trybutów na arenie. Nauczyciele nie zagłębiali się w szczegóły, co było dziwne, bo właśnie wtedy triumfy święcił Haymitch Abernathy z Dwunastego Dystryktu.

— Lepiej niech Haymitch zacznie się już oswajać z myślą, że znajdzie się w centrum uwagi — piszczy Octavia.