Królewski kaprys

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Susan Wiggs

Królewski kaprys

Tłumaczenie: Zofia Uhrynowska-Hanasz

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: At the King’s Command

Pierwsze wydanie: MIRA Books, 2009

Reprint powieści “Circle in the Water”, wydanej w 1994 roku przez HarperCollins Publishers

Redaktor serii: Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne: Grażyna Ordęga

© 2009 by Susan Wiggs

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Powieść Historyczna są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa

ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-6737-3

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

Tę książkę poświęcam Joyce Bell – przyjaciółce, powieściopisarce, głosowi rozsądku, mojej telefonicznej rozmówczyni, i bajecznej matce chrzestnej.


PODZIĘKOWANIA

Chciałabym w tym miejscu podziękować Joyce Bell, Betty Gyenes i Barbarze Dawson Smith za ich cierpliwość i udział w powstawaniu tej książki

Chwała podobna jest kołu na wodzie,

Co coraz większym fałdzi się promieniem

I ginie zbytkiem własnego przestworu.

Wiliam Shakespeare, Henryk VI, część I, akt 1, scena 2 (przekład Leon Ulrich)


PROLOG

Grudzień 1533 r.

Cyganka coś przed nią kryła. Juliana była tego pewna. Nawet w mroku stajni było widać, jak nerwowo rozgląda się dokoła, próbując schować dłonie w fałdach podartych spódnic.

– Zara – powiedziała Juliana – obiecałaś przepowiedzieć mi przyszłość.

– Zrobiło się już późno. Powinnaś wracać do domu. Gdyby twoja matka wiedziała, że wymknęłaś się do Cyganów, toby cię stłukła na kwaśne jabłko, a nas wyrzuciła na śnieg i mróz.

– Mama się nigdy nie dowie. Nigdy w nocy nie wchodzi do dziecinnego pokoju. – Juliana zmarszczyła nos. – A poza tym ja już nie powinnam tam sypiać. Jestem za duża na to, żeby znosić głupie kawały Miszy i nocne strachy Borysa.

Zara dotknęła policzka Juliany z czułością, której dziewczynka nigdy nie zaznała od matki.

– Czternaście lat to nie tak dużo – szepnęła.

Juliana wpatrywała się w nią w mroku przesyconym wilgocią oddechów stojących w stajni koni. Dokoła unosił się słodki zapach siana i zwierząt.

– Na tyle dużo, by wkrótce świętować zaręczyny. – Juliana złożyła dłonie na kolanach. Czuła miękkość sobolego futra pod palcami. – Czy dlatego nie chcesz przepowiedzieć mi przyszłości? Aleksiej Szujski… Czy to jego pokocham?

Myślała o Aleksieju, który wczoraj przyjechał omówić warunki zaręczyn z jej ojcem. Widziała go tylko raz.

– A jak się pobierzemy, czy on będzie mnie bił? – spytała Juliana. – Czy potem weźmie sobie nową żonę, a mnie wyśle do klasztoru? Dokładnie tak zrobił wielki książę Wasyl. Może teraz jest taka moda?

Zara uśmiechnęła się powściągliwie, ale w jej czarnych oczach widać było troskę. Jej potomstwo, obecnie w liczbie siedmiorga, spało spokojnie na słomie i derkach w pustym sąsieku. Jej mąż i wuj poszli sprawdzić pułapki na króliki.

Julianę ogarnęło miłe poczucie wspólnoty. Zwykle tabory cygańskie nie docierały tak daleko na północ, a jednak oni co zimę ściągali do Nowogrodu, położonego na północny zachód od Moskwy. Ojciec Juliany, Gregor Romanow, pozwalał temu niewielkiemu plemieniu rozbijać obóz na terenie swoich wielkich dóbr. Ten przywilej nie był przypadkowy. W wieku trzech lat Juliana zaginęła w gęstym lesie nad rzeką. Ojciec rozpoczął gorączkowe poszukiwania, a kiedy zapadła ciemność, pojawił się pewien nieznajomy. Miał na sobie jaskrawe spodnie i bluzę ozdobioną kolorowymi wstążkami. Wyprowadził trzy charty ze sfory Romanowa i poszukiwania z psami zostały uwieńczone sukcesem. Udało mu się znaleźć skuloną, zapłakaną Julianę nad skutym lodem strumieniem.

Niewiele zapamiętała z tej przygody. Pozostało jej jedynie w pamięci uporczywe szczekanie psów i silne ramiona, które uniosły ją z ziemi.

Od tej chwili czuła dziwną bliskość z tą tajemniczą gromadką nomadów. Książęca krew w żyłach Juliany skazywała ją na małżeństwo z jednym z potężnych bojarów. Cyganów miała po prostu nie zauważać, nie mówiąc już o brataniu się z nimi. Potajemne spotkania z niektórymi z nich miały więc cudowny smak zakazanego owocu.

– No więc jak? – zwróciła się do Zary. – Co z Aleksiejem?

– Wiesz przecież, że moje wizje nie są takie oczywiste.

– Więc co? – Zniecierpliwiona Juliana urwała srebrny guzik od kaptura. – Weź to, on jest wart co najmniej sto kopiejek.

Zara złapała guzik, a Juliana uśmiechnęła się chytrze.

– Mam nadzieję, że dzięki temu twoja wizja będzie bardziej klarowna.

Zara wrzuciła srebrny guz za stanik.

– Łatwo cię nabrać – powiedziała dobrodusznie.

Juliana roześmiała się. Guzik był dla niej wart nie więcej niż kawałek patyka. Bogactwo rodziny było dla niej tak oczywiste, jak długie nieobecności ojca wynikające ze służby u wielkiego księcia sąsiedniego miasta-państwa Moskwy. Ta myśl ją otrzeźwiła. Kilka tygodni wcześniej Wasyl III zmarł, pozostawiając trzyletniego zaledwie syna Iwana jako następcę tronu i skłóconych ze sobą bojarów. Ostatnio ojciec zamykał się w swojej komnacie, gorączkowo pisząc listy do sojuszników w innych miastach. Był zaniepokojony zachowaniem bojarów, którzy po śmierci księcia rozpoczęli walkę o władzę.

Juliana otrząsnęła się z zamyślenia i wyciągnęła do Zary otwartą dłoń.

– Tym razem nie ukrywaj niczego. Chcę poznać prawdę.

Zara niechętnie zbliżyła dłoń Juliany do chwiejnego płomyka lampy.

– Są prawdy, których lepiej nie znać.

– Ja się nie boję.

– Odwaga to wielka zaleta, Juliano.

Cyganka zaczęła wodzić brudnym paznokciem po dłoni dziewczyny. Następnie spojrzała na wielką broszkę na jej ramieniu. W nikłym świetle płomyka lampy rubin ożył. W otoczeniu pereł i złota nabrał szczególnej głębi. Oczy Zary zaszły mgłą, a jej policzek naznaczony gwiazdką jak gdyby lekko opadł. Nie ruszając się z miejsca, przeniosła się w tajemną krainę intuicji i wyobraźni.

– Widzę trzy silne kobiety – powiedziała. – Trzy splątane ze sobą życia.

Juliana wzdrygnęła się. Trzy kobiety? Była jedynaczką, ale miała w Moskwie mnóstwo kuzynek noszących nazwisko Romanow.

– Ich losy, jak nasiona, rozwiewają się na cztery strony – ciągnęła dalej Zara. Wpatrując się w klejnot, wodziła palcami po dłoni Juliany. Nagle zatrzymała się na lekko zakrzywionej linii.

– Jedna z nich pojedzie daleko. Ta druga ugasi płomień nienawiści. – Zara zatrzymała palec w miejscu, w którym przecinały się trzy linie. – Trzecia uleczy stare rany.

Julianę przeszył dreszcz.

– Nie rozumiem – szepnęła. – Jak to jest, że z mojej dłoni czytasz losy tamtych dwóch?

– Ciii… – Zara schwyciła mocniej rękę Juliany, zamknęła oczy i zaczęła się kołysać. – Przeznaczenie to kamień, który wpada w spokojną wodę, kręgi rozchodzą się, dotykając życia innych, przekraczając niewidzialne granice. Widzę krew i ogień, wielką stratę i spotkanie, a także miłość tak ogromną, że nie zniszczy jej czas ani śmierć.

Juliana siedziała bez ruchu. Wiedziała, że Cyganka zna różne sztuczki i nie wie nic o przyszłości. a jednak w jej sercu coś się poruszyło, jakby nagły podmuch wiatru rozniecił w nim żar. W słowach Zary czuła jakąś magię. Były to tylko mgliste przepowiednie, ale głęboko zapadły jej w duszę.

Miłość. Czy znajdzie ją u Aleksieja? Widziała go tylko raz. Jest przystojny i młody, uśmiechnięty i ambitny. Ale miłość? Pytania cisnęły jej się na usta, lecz zanim się odezwała, gdzieś w stajni zahukała sowa.

– Bengui! – Zara puściła rękę Juliany, a w jej oczach pojawił się lęk.

– Co się stało? Co ukrywasz?

Cyganka splotła palce, by odpędzić zło.

– Sowa śpiewa diabłu. – Głos Cyganki zadrżał. – To wyraźna zapowiedź…

 

– Czego? – Juliana usłyszała daleki tętent kopyt. – To przecież tylko zwykła sowa, co złego miałaby wieszczyć?

– Śmierć – odparła Zara i pobiegła do sąsieka, w którym spały jej dzieci.

– To śmieszne…

Nagle wrota stajni stanęły otworem. Na tle śnieżnej zawieruchy w świetle księżyca ukazał się wuj, a za nim mąż Zary. Na smagłych twarzach mężczyzn malował się strach.

Mąż Zary powiedział coś szybko po cygańsku. Nagle dostrzegł Julianę i zbladł.

– Boże! – krzyknął po rosyjsku. – Ona nie może tego zobaczyć!

Julianę ogarnęło złe przeczucie.

– Co się dzieje?

Juliana ruszyła do wyjścia, ale zastąpił jej drogę.

– Nie wychodź na dwór.

– Nie masz prawa mi rozkazywać. Z drogi!

Juliana prześliznęła się obok niego i wyszła na śnieg. Wiatr szarpał jej płaszcz, płatki śniegu padały na twarz. Mrużąc oczy, ruszyła w stronę domu. Nad dworem widać było czerwoną łunę. Krzyknęła przerażona. Dom stał w płomieniach. Jej bliscy znaleźli się w niebezpieczeństwie, a ukochane charty i psy myśliwskie były zamknięte w psiarni przylegającej do kuchni.

Juliana uniosła spódnice i ruszyła w stronę domu. Nie zważając na zaspy, gnała przez śnieg jak na skrzydłach. W oknach widziała płomienie, usłyszała skowyt psa i rżenie konia. Przedostając się przez szeroki trawnik, usłyszała za sobą czyjś ciężki oddech.

– Juliano, stój, błagam cię.

– Nie, Laszlo – zawołała przez ramię do wuja Zary. – To moja rodzina…

Papa, mama, chłopcy i niania. I Aleksiej. Pod wpływem nagłego impulsu przyspieszyła, ale Laszlo złapał ją za kaptur i mocno pociągnął. Upadła pod przykrytą śniegiem morwą. Posypała się na nią lawina białego puchu. Otworzyła usta, by krzyknąć, ale ręka Laszla nakryła jej twarz. Przygniatając ją własnym ciałem, Cygan wyszeptał jej do ucha:

– Przepraszam, ale musiałem cię zatrzymać. Nie wiesz, co tu się dzieje.

– Muszę tam iść i zobaczyć…

Nagle rozległy się strzały.

– Strzelają! – Laszlo wciągnął ją głębiej pod zaśnieżoną morwę. Drżącą ręką odsunął dolne gałęzie, by odsłonić front budynku. Widok, jaki się przed nimi roztoczył, odebrał Julianie mowę. Nie była w stanie się ruszyć. Podsycane wiatrem płomienie buchnęły wyżej, rzucając na śnieg krwawy blask. Przed domem kręciła się gromada jeźdźców. Konie były niespokojne, para buchała im z pysków, śnieg leciał spod kopyt. Dostrzegli ciemny kształt u podnóża kamiennych schodów.

– Gregor! – rozległ się krzyk jej matki.

Takiej rozpaczy w jej głosie Juliana nigdy dotychczas nie słyszała. Natalia Romanowa rzuciła się na leżące ciało. W tym momencie podszedł do niej barczysty mężczyzna w futrzanej czapce i wysokich butach. Jego krzywa szabla błysnęła w świetle płomieni. Natalia Romanowa ucichła.

– Mamo! – Juliana usiłowała wydostać się spod krzaków, lecz Laszlo ją zatrzymał.

– Siedź cicho – szepnął. – Nic na to nie poradzisz.

Nic. Nic nie poradzę, mam tylko patrzeć, jak mordują moją rodzinę. Nagle dostrzegła Aleksieja nerwowo chodzącego tam i z powrotem i na chwilę wstąpiła w nią nadzieja. Może Aleksiej uratuje jej braci. Lecz tak szybko, jak się ukazał, znikł jej z oczu, otoczony groźnymi napastnikami. Mordercy uderzyli jak burza. Nie była to banda wyrzutków, lecz żołnierze, niewątpliwie pod dowództwem jednego z licznych przeciwników jej ojca. Nie dalej jak tydzień temu Fiodor Gliński nazwał go zdrajcą.

– Zasłoń oczy, malutka – błagał Laszlo.

Juliana szlochała, zasłaniając twarz zmarzniętymi dłońmi. Było już za późno na jakąkolwiek pomoc. Żołnierze na tle zabarwionego łuną śniegu przypominali demony. W jednej chwili zobaczyła Michaiła z poderżniętym gardłem i małego Borysa, gdy padał od strzału jednego z żołnierzy. Służbę, stłoczoną jak bydło na podwórzu, żołnierze zakłuli na śmierć. Wypuszczone z psiarni psy zostały zaszlachtowane, bo rzucały się na napastników.

Cały świat Juliany runął nagle jak domek z kart. Otworzyła usta w bezgłośnym krzyku. Zacisnęła rękę na broszce z rubinem i perłami. Bezcenny klejnot był podarunkiem od ojca. Broszka w kształcie krzyża kryła w sobie maleńki sztylet, lecz cóż on znaczył wobec szabel, mieczy i broni palnej. Trzask i syk płomieni zakłócał spokój śnieżnej nocy. Uwagę Juliany zwróciło szczekanie psa. Zobaczyła dwóch walczących mężczyzn. Jednym z nich był z pewnością Aleksiej, Zamknęła oczy i zaczęła się za niego modlić.

Nagłe ujadanie psa skłoniło ją do otwarcia oczu. Jeden z psów wyskoczył z ciemności i złapał żołnierza za nogę. Usłyszała stłumione przekleństwo. Jeden z walczących upadł i wtedy zobaczyła jego policzek. Groza lejącej się krwi i buchających płomieni przyćmiła jej świadomość. Błysnęło jakieś ostrze, trafiając zwierzę. Pies uciekł w ciemność. Juliana w szoku usłyszała męskie głosy w pobliżu trawnika.

– Znaleźliście dziewczynę?

– Jeszcze nie.

– Do diabła z wami. Szukajcie dalej. Żadne dziecko Romanowa nie może ujść z życiem.

– Jestem tutaj!– zawołała Juliana, ale jej głos zabrzmiał jak szept. – Tak, tu jestem, możecie po mnie przyjść!

– Głupia! – Laszlo ponownie zatkał jej usta. – Co ci z tego przyjdzie, że się poświęcisz?

Do Juliany zaczęło docierać, co się dzieje. Bojarowie. Zawistni, żądni władzy bojarowie. Zamordowali jej ojca, rodzinę, narzeczonego. Przypomniała sobie spory między rodzicami. Mimo obiekcji przerażonej matki ojciec pomógł wielkiemu księciu napisać nową wersję testamentu, która ograniczała władzę bojarów. Teraz zrozumiała, czego obawiała się matka. Bojarowie gotowi byli mordować nawet kobiety i dzieci, by przejąć władzę.

– Przeszukać zabudowania! – krzyknął jeden z żołnierzy.

Juliana zwróciła na Laszla pełne udręki spojrzenie.

– Pomóż mi – szepnęła.

– Musimy się pospieszyć. – Laszlo wyciągnął ją z krzaków. – Schyl się – powiedział, biorąc ją za rękę. Obeszli trawnik. Juliana poczuła dziwne mrowienie w karku, jakby czekała na cios. Dotarli do stajni i wśliznęli się do środka. Przez szpary w ścianach przenikało światło księżyca. Zara, jej mąż i dzieci zniknęli. Czuć było tylko zapach lampy oliwnej. Pozostały jedynie dwa najszybsze konie. Osiodłane, stały z nisko spuszczonymi łbami.

– Wsiadaj szybko – powiedział Laszlo, podstawiając Julianie splecione dłonie. W pewnej chwili rozległ się stłumiony odgłos wybuchu. Przez uchylone wrota stajni Juliana zobaczyła, że część pałacowego dachu zapadła się. Na tle płomieni widać było trzy biegnące w stronę stajni postaci.

– Wyjedziemy przez bramę od strony pastwiska – powiedział Laszlo.

Pochłonęła ich zimowa ciemność. Kierowali się w stronę rzeki Wołkow, by po chwili znaleźć się w pobliżu wałów i murów nowogrodzkiego kremla, którego oświetlone pochodniami wieże rzucały smugi światła. Na drewnianym moście stłumiony stukot końskich kopyt obudził śpiącego dróżnika. Zanim się pozbierał, by zażądać myta, Juliana i Laszlo byli już daleko. Galopowali przez dzielnicę handlową. Usłyszeli szczekanie psów, jakiś krzyk, ale nie zwracali na to uwagi, dopóki droga nie zmieniła się w pokryty śniegiem szlak.

– Ktoś nas goni – powiedział Laszlo.

Juliana obejrzała się przez ramię. Za sobą zobaczyli smugę cienia. Laszlo wyjął nóż z rękawa.

– Nie! – krzyknęła Juliana, zeskakując z konia. – To tylko Pawlo.

Wielki chart w jednej chwili znalazł się w jej ramionach. Był to Pawlo, jej ulubieniec, którego sama układała.

Juliana zatopiła twarz w gęstym futrze pupila. Poczuła zapach krwi.

– Pawlo jest ranny, Laszlo.

Przed oczami stanął jej obraz nocnego koszmaru: skok psa, błysk ostrza, przekleństwo, a po nim skowyt zranionego zwierzęcia. Laszlo przykucnął na ziemi, przyglądając się czemuś.

– Zostawia krwawe ślady. Nie możemy go wziąć ze sobą.

Juliana wytrąciła nóż z ręki Laszla.

– Ani mi się waż. Na miłość boską, to jedyne, co mi zostało.

Cygan wymamrotał coś pod nosem w swoim języku. Wyszukał strzęp płótna, którym obwiązał ranę psa i chwilę później byli znów w drodze. Laszlo mknął przed siebie, nie zważając na nic. Dopiero kiedy świt posrebrzył śnieżny krajobraz, Juliana zadała oczywiste pytanie:

– Dokąd jedziemy?

Po chwili wahania Laszlo zwrócił wzrok w kierunku przeciwnym do wschodzącego słońca.

– Do kraju, o którym mój lud śpiewa pieśni, do Anglii.

Anglia była czymś bardzo mglistym w pojęciu Juliany, krótką wzmianką w książce, którą kiedyś czytała. Mroczną krainą barbarzyńców. Jej nauczyciel, człowiek bardzo utalentowany, nauczył ją tego języka.

– Ale czemu tak daleko? – spytała. – Powinnam się udać do rodziny Aleksieja i zawiadomić ich o tym, co spotkało ich syna.

– Nie – warknął Laszlo. – To zbyt niebezpieczne. Ci, którym kiedyś ufałaś, dziś mogą być mordercami.

Julianę przeszedł dreszcz na myśl o Fiodorze Glińskim i innych przeciwnikach ojca.

– Ale…

– Jeśli tu zostaniemy, z pewnością cię dopadną i zabiją. Nigdy nie zaryzykuję podróży do Moskwy.

Zrozpaczona i wyczerpana zamknęła oczy i westchnęła głęboko. Pod powiekami raz jeszcze zobaczyła koszmar: śmierć, krew, ogień. Zmusiła się do otwarcia oczu. Wschodzące słońce rzuciło słabe światło na pokryty śniegiem liść na drodze. Wtedy przypomniała sobie przepowiednię wyszeptaną przez Zarę ubiegłej nocy. Od tamtej pory minęła wieczność.

Jedna z nich pojedzie gdzieś daleko.


ROZDZIAŁ PIERWSZY

Pałac Richmond, Anglia

1538 r.

Stephen de Lacey, baron Wimberleigh, wszedł do sypialni królewskiej i zastał swą narzeczoną w łóżku z królem.

Na widok ciemnookiej piękności rodem z Walii, prawie całkowicie ukrytej pod jedwabną kołdrą, poczuł oburzenie, zachował jednak twarz chłodną, a nawet kamienną. Zacisnął pięści, ale kiedy spojrzał na króla, jego twarz była już obojętna.

– Wasza Królewska Mość – zwrócił się do króla. W dusznym powietrzu komnaty pachniało lawendą i pomarańczą z saszetek umieszczonych nad łożem. Kiedy przybyli szambelanowie, by ubrać swego pana, Stephen wstał z klęczek.

– O, Wimberleigh.

Król obdarzył gościa uśmiechem. W uśmiechu tym pozostał dawny urok szlachetnego księcia, którego Stephen w młodości ubóstwiał jako nowego króla Artura. Legendarny król Artur umarł młodo w blasku chwały, podczas gdy Henryk dożył wieku średniego jako miernota i człowiek zepsuty.

– Chodź, chodź – przywołał go Henryk. Wysunął z łóżka spuchnięte nogi i włożył pantofle z brokatu. – Podejdź do królewskiego łoża. Zobacz, co mam dla ciebie.

Przemierzając przestronną komnatę. Stephen wyczuwał rosnące zaciekawienie dworzan. Sypialnię zapełniali utytułowani panowie mający wpływ na politykę w kraju. Sir Lamberth Wilmeth, stolnik, traktował wypróżnienie Jego Królewskiej Mości równie poważnie, jak spór o granice Szkocji. Lord Harold Blodsmoor, odpowiedzialny za garderobę królewską, traktował zbiór królewskiego obuwia jak klejnoty korony. Jednak w pewnym momencie uwaga tych wielkich panów przeniosła się na Stephena.

Dziewczyna uśmiechnęła się nieśmiało, a nawet zdołała przywołać wystudiowany rumieniec. Przeciągnęła się, odsłaniając przy okazji nagie ramię. Po tym wszystkim Stephen nie powinien był wierzyć królowi. Musiał przecież wiedzieć, że król wezwał go tylko po to, by go w okrutny sposób upokorzyć.

– Dziś obudziłem się wyjątkowo wesoło usposobiony. – W uśmiechu Henryka było coś filuternego, jednak nie bez ukrytej nienawiści. Lekko kulejąc, król podszedł do nocnika i ulżył sobie, nie przerywając monologu. – Postanowiłem sięgnąć do przysługującego mi prawa pierwszej nocy. Może to i przestarzały zwyczaj, ale ma swoje zalety. A teraz ładnie się przywitaj ze swoją panią Gwenyth, po czym przystąpimy do…

– Miłościwy Panie – wtrącił Stephen nie zwracając uwagi na konsternację obecnych. Królowi się nie przerywa. W ciągu trzydziestu lat panowania Henryk VIII karał śmiercią za mniejsze przewinienia.

– Słucham? – Wyglądało na to, że król się specjalnie nie przejął. Dworzanie tymczasem pomagali mu włożyć kubrak i spodnie. – O co chodzi?

Stephen nie wytrzymał. Owładnęła nim niepohamowana wściekłość.

– Do diabła z prawem pierwszej nocy!

 

Obrócił się na pięcie i opuścił królewską sypialnię. W pełni świadom tego, że się naraził, postanowił nie brać udziału w podłych igraszkach, które tak bawiły Henryka.

Łuczników królewskich w walijskich czerwono-białych liberiach Stephen minął jak burza, wybiegając na bruk centralnego dziedzińca. Rozglądając się za miejscem, gdzie mógłby ochłonąć, wpadł do otoczonego murem ogrodu. Wysadzana kamieniami ścieżka prowadziła wśród rabat głogu i polnych róż. Zaaranżowane geometrycznie klomby tworzyły rodzaj mozaiki. Stephen po raz setny pożałował, że nie zlekceważył dorocznego wezwania króla i nie pozostał w Wiltshire Jednak nie słuchając rozkazu, mógłby stracić to, na czym mu najbardziej zależało. Jeśli ceną dochowania tajemnicy miało być zranione serce i publiczne upokorzenie, to trudno.

Jego przekonanie, że król jeszcze z nim nie skończył, okazało się słuszne. Godzinę później majordomus wezwał go do sali audiencyjnej o łukowatym sklepieniu. Przez dwa rzędy okien padało blade słoneczne światło wczesnej wiosny. Kolorowe witraże rysowały na posadzce i ścianach migotliwe wzory. Poprzez gwar głosów słychać było dźwięki lutni. Pośrodku sali zebrali się członkowie Rady Królewskiej.

Stephen przeszedł do podium zdobnego w draperie. Tu zatrzymał się, zsunął na jedno ramię podbity atłasem płaszcz i ukląkł. Nawet nie patrząc na króla, wiedział, że Henryk napawa się jego poddańczą postawą. Henryk czerpał satysfakcję ze wszystkiego, co umniejszało pozycję Stephena. Gdy De Lacey podnosił się z klęczek, w jego oczach widać było nienawiść i wyzwanie. W wyciągniętych rękach trzymał dar.

Król siedział na wielkim rzeźbionym tronie. Odziany w srebro i złoto przypominał Bachusa.

– Co to jest? – spytał i skinął na pazia. Chłopak wziął od Stephena małą drewnianą szkatułkę i podał królowi. Henryk otworzył ją z dziecięcą skwapliwością i wyjął niewielki zegarek na złotym łańcuszku. – O Boże, zawsze mnie zadziwiasz.

– To tylko błyskotka – powiedział Stephen bezbarwnym głosem. Henryk był nienasycony w swojej zachłanności. Król przełożył łańcuszek zegarka przez pas na wydatnym brzuchu.

– Mam nadzieję, że to oryginał.

Stephen skinął głową.

– Masz wyjątkowy talent do wynajdywania wszelkiego rodzaju ciekawostek, tylko szkoda, że tak bardzo brak ci ogłady. Opuściłeś sypialnię królewską, nie prosząc o pozwolenie.

– Istotnie tak było.

– Niech cię wszyscy diabli, Wimberleigh. Czy zawsze musisz przekraczać granice przyzwoitości i dobrego wychowania?

– Tylko wtedy, gdy jestem prowokowany.

– Czy nigdy nie pomyślałeś, że lepiej igrać z własną lubą niż z moją cierpliwością? Pani Gwenyth jest piękna, wysokiego rodu i dosyć bogata.

– Ale straciła dobre imię.

– Wyświadczyłem jej łaskę – warknął Henryk. – Anglia ma tylko jednego króla, tak jak jest tylko jedno słońce.

W ostatniej chwili Stephen ugryzł się w język. Nie było sensu kłócić się z kimś, kto porównuje się ze słońcem.

– Na miłość boską, Stephen – zagrzmiał król – twoje grymasy doprowadzają mnie do szału. W zeszłym roku przedstawiłem ci cztery odpowiednie damy, ale ty nie chciałeś żadnej z nich. Co sprawia, że czujesz się lepszy od innych lordów?

– Nie zamierzam powtórnie się ożenić – oświadczył Stephen i dodał: – Nie myślę o żadnej kobiecie, a zwłaszcza o tej słodkiej wisience, którą ujrzałem w łożu Waszej Królewskiej Mości.

– Wisienki są miłe dla podniebienia – zwrócił uwagę król.

– Tak jest, lecz dotykane przez zbyt wiele palców, tracą smak, a pozostawione samym sobie, psują się z czasem.

– Ach, ciągle jeszcze opłakujesz swoją Margaret, która od siedmiu lat spoczywa w grobie.

Z najwyższym trudem Stephen opanował chęć uderzenia króla w twarz. Jakże lekko wyrażał się o Meg, tak jakby jej w ogóle nie znał.

– Czy rzeczywiście była ci tak droga – król dalej drążył temat – że nie możesz pokochać innej?

Stephen zamarł. Ogarnęło go wspomnienie Meg, jak spod welonu zerkała ku niemu w dniu ich ślubu, Meg płaczącej ze strachu w ich małżeńskim łożu, skrywającej swe tajemnice przed pełnym uwielbienia mężem, konającej we krwi wśród gorzkich przekleństw.

– Margaret była – Stephen odchrząknął – zaledwie dzieckiem. Łatwowiernym.

Z poczuciem winy, bolesnym jak pchnięcie nożem, uświadomił sobie, że siłą wymusił na niej przedwczesne dojrzewanie, a potem macierzyństwo, przyczyniając się do jej śmierci.

– Dobrze wiem, co znaczy opłakiwać żonę – powiedział król. W jego głosie zabrzmiała nieoczekiwanie nuta współczucia. Stephen zdawał sobie sprawę, że król ma na myśli skromną Jane Seymour, która umarła, obdarzając go tym, czego pragnął najbardziej - męskim potomkiem.

– Jednakże – ciągnął król dalej – żona stanowi niezbędną ozdobę męża. Dawne wspomnienia nie powinny powstrzymywać cię przed wypełnieniem obowiązku. A teraz co do tej damy z Walii…

– Wasza Królewska Mość, pokornie proszę o wybaczenie. – Stephen ściszył głos. – Ja nie chcę resztek, nawet po królu Anglii. Nie będę ratował sumienia Waszej Królewskiej Mości.

– Mojego sumienia? – Król wykrzywił usta w kwaśnym uśmiechu. – Mój drogi, kto ci powiedział, że ja w ogóle mam coś takiego jak sumienie?

Stephen poczuł mrowienie karku. Przypomniał sobie, że Henryk VIII porzucił pierwszą żonę i skazał na śmierć drugą. Przywłaszczył sobie władzę nad Kościołem, przejął własność klasztorów i pozbawił biedotę ziemi. Pozbawienie czci młodej dziewicy na pewno nie spędzało mu snu z powiek.

– Przepraszam, pomyliłem się – odpowiedział Stephen. – Ale i tak lady Gwenyth nie będzie mnie chciała.

– Ach, ta twoja zbrukana reputacja. Dzikie hulanki, hazard, gwałty. Do dworu dochodzą wszelkie plotki. Żeń się, lordzie, każde dziewczę w tym kraju aż drży ze strachu na samą myśl o tobie.

Stephen starał się ukryć dobre cechy charakteru pod płaszczykiem złej reputacji.

– Jestem człowiekiem niemoralnym, to skaza charakteru. A teraz, za pozwoleniem Waszej Królewskiej Mości, opuszczam dwór.

Mimo wieku i tuszy król sprawnie podniósł się z tronu.

– Na Boga, bez mojego pozwolenia. Ożeń się, Wimberleigh, a potem pomyśl o prawowitym dziedzicu, bo inaczej cała Anglia dowie się, co ukrywasz w swojej posiadłości w Wiltshire.

Stephen po latach ćwiczenia woli stłumił chęć targnięcia się na króla. Nie miał pojęcia, w jaki sposób Henryk posiadł jego straszną tajemnicę, ale nie ulegało wątpliwości, że zamierza ten fakt wykorzystać. Stephen odetchnął z trudem i cofnął się.

– Na kolana, Wimberleigh.

Czerwony z wściekłości Stephen osunął się na kolana.

– A teraz przysięgnij, niech usłyszę od ciebie obietnicę posłuszeństwa. Chcę usłyszeć, że się ożenisz… jeśli nie z lady Gwenyth, to z kimś innym.

Żądanie królewskie zawisło w głuchej ciszy. Do klęczącego Stephena wszystkie szczegóły docierały z niezwykłą jasnością: stary kurz u rąbka królewskiej szaty, mdlący odór rany na nodze króla, zamierające echo dźwięków lutni.

Dwór czekał z zapartym tchem. Król rzucił rękawicę jednemu z nich – temu, który ważył mu się przeciwstawić. Stephen de Lacey nie był głupi. Cenił sobie życie. Nauczył się unikać jednoznacznych odpowiedzi.

– Stanie się wola Waszej Królewskiej Mości – powiedział głośno.

Członkowie Rady Królewskiej odetchnęli z ulgą. Z wielką przyjemnością patrzyli na upokorzenie jednego ze swoich. Król opadł na tron.

– Wierzę, że tym razem będziesz posłuszny.

Stephen wstał. Król odprawił go krótkim skinieniem głowy i niemal natychmiast krzyknął do służby:

– Osiodłać mi konia!

Stephen opuścił salę audiencyjną. Jeszcze w przedsionku, mimo płonącego na ruszcie drzewa sandałowego, w zatęchłych matach trzcinowych czuł zapach zepsucia. Przed audiencją zażądał, żeby jego koń czekał osiodłany, zamierzał bowiem opuścić pałac najszybciej, jak to możliwe. Stajenni królewscy obiecali mu, że jego klacz będzie czekać przy bramie zachodniej. Stephen przemierzył dziedziniec, przeszedł między bliźniaczymi wieżami i zatrzymał się pod ozdobną kratą.

Osiodłana klacz stała w cieniu rozłożystego dębu w pobliżu wartowni. Skrzywił się na niedbalstwo stajennych. Jak mogli zostawić tak cenne zwierzę bez nadzoru? A gdzie do diabła podział się Kit, jego giermek? Zadzierając głowę, zobaczył niespodziewany ruch przy koniu i jakiś cień.

Jakaś brudna Cyganka kradła mu konia.

Juliana nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Tak bardzo potrzebny był jej koń na jutrzejszy jarmark w Runnymede, że nie zawahała się wtargnąć na teren pałacu, by go bezczelnie ukraść.

Przykucnęła i popatrzyła na mury i pozłacane wieże pałacu Richmond. Nagle pojawił się stajenny z najpiękniejszym koniem, jakiego kiedykolwiek widziała. Jego lśniący srebrem rząd z marokańskiej skóry wart był tyle, ile cała cygańska grupa potrzebowała na życie przez dziesięć lat.

Pawlo, chart Juliany, musiał wystraszyć chłopaka. Teraz już sprawa była prosta. Żaden Anglik w życiu nie widział takiego charta, a większość uważała, że taki wielki biały pies jest jakąś zjawą. Rozejrzała się, żeby ocenić swoje szanse. Jakieś dwieście kroków od niej, stało dwóch wartowników. Swe puste spojrzenia skierowali na rysujące się na horyzoncie wzgórza nad Tamizą. Na konia nie zwracali uwagi.