Odrodzona. Dzienniki, tom 1, 1947–1963Tekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Przedmowa

Zawsze uważałem, że jedną z najgłupszych rzeczy, jaką żyjący może powiedzieć o zmarłym, jest: „Jemu by się to spodobało”. W najlepszym wypadku, nawet jeśli kierują nami najlepsze zamiary, możemy się tylko domyślać, czy faktycznie by tak było, a przeważnie nie mamy zielonego pojęcia. Po prostu nie sposób stwierdzić, co spodobałoby się zmarłemu. O wydaniu Odrodzonej, poza tym, że jest to pierwszy z trzech tomów zawierających wybrane fragmenty z dzienników Susan Sontag, powiedzieć można więc jedynie tyle, że nie jest to książka, którą ona sama by wydała, jeśli w ogóle postanowiłaby opublikować dzienniki. To ja podjąłem decyzję o ich wydaniu i ja dokonałem selekcji materiału. Nawet w sytuacji, w której nie trzeba się obawiać ingerencji cenzora, literackie i etyczne niebezpieczeństwa takiego przedsięwzięcia są oczywiste. Caveat lector.

Nie chciałem bynajmniej podejmować decyzji tego rodzaju, lecz moja matka zmarła, nie pozostawiwszy żadnych wskazówek co do tego, co zrobić z jej dokumentami oraz tekstami, których nie dokończyła bądź nie włączyła do zbiorów. Może wydawać się to dziwne, zważywszy, że bardzo interesowała się losem swoich prac, skrupulatnie analizowała ich przekłady nawet na języki, które znała bardzo pobieżnie, i miała dobrze wyrobioną opinię na temat wydawnictw oraz czasopism z całego świata. Jednak pomimo tego, że zespół mielodysplastyczny, na który zmarła 28 grudnia 2004 roku, to wysoce śmiertelny nowotwór krwi, matka jeszcze na kilka tygodni przed śmiercią była pewna, że wyzdrowieje. Zamiast zadysponować, co zrobić z jej spuścizną, kiedy sama nie będzie już mogła podejmować decyzji – co uczyniłby człowiek pogodzony z nadchodzącą śmiercią – bez cienia wątpliwości mówiła o tym, że wróci do pracy i zabierze się do pisania, kiedy tylko wyjdzie ze szpitala.

Osobiście uważam, że miała prawo umrzeć w taki sposób, w jaki chciała. Walcząc o życie, nie była nic winna ani mnie, ani przyszłym pokoleniom. Jej postanowienie miało jednak pewne nieprzewidziane skutki uboczne, z których najpoważniejszy jest taki, że decyzja o kształcie, w jakim mają zostać wydane jej pisma, spoczęła na moich barkach. W wypadku zbioru At The Same Time, który ukazał się dwa lata po jej śmierci, sprawa była stosunkowo prosta. Moja matka z pewnością starannie przejrzałaby eseje przed ich ponowną publikacją, lecz były to teksty wydane za jej życia lub wygłoszone przez nią na wykładach. Jej zamierzenia były jasne.

Dzienniki to materia zupełnie innego rodzaju. Pisała je wyłącznie dla siebie od wczesnej dorosłości aż po ostatnie lata życia, kiedy to zachwyciła się możliwościami, jakie daje komputer, i pisanie e-maili odwróciło najwyraźniej jej uwagę od prowadzenia pamiętnika. Nigdy nie pozwoliła na upublicznienie choćby słowa ze swoich dzienników ani nie odczytywała ich fragmentów przyjaciołom, co czynią niektórzy pamiętnikarze, aczkolwiek jej bliscy wiedzieli, że je prowadzi i każdy kolejny zapisany zeszyt ustawia obok wcześniejszych na półce w sypialnianej garderobie, gdzie przechowywała także inne, cenne, a zarazem bardzo osobiste przedmioty, takie jak zdjęcia rodzinne i pamiątki z dzieciństwa.

Kiedy zachorowała wiosną 2004 roku, na półce stało niemal sto zeszytów. Kolejne odkryłem z Anne Jump, ostatnią asystentką matki, oraz jej bliskim przyjacielem Paolem Dilonardem podczas przeglądania pozostawionych przez matkę rzeczy. Miałem jedynie mgliste pojęcie o zawartości dzienników. Tylko raz rozmawiałem o nich z matką. Było to wkrótce po tym, jak zachorowała. Wierzyła, że wyzdrowieje, tak jak wyzdrowiała z dwóch poprzednich nowotworów. Wyszeptała wówczas tylko jedno zdanie: „Wiesz, gdzie są dzienniki”. Nie powiedziała jednak, co mam z nimi zrobić.

Przypuszczam, że gdyby to zależało wyłącznie ode mnie, długo zwlekałbym z publikacją dzienników lub w ogóle bym z niej zrezygnował. Bywało, że miałem ochotę je spalić. Zeszyty nie należały jednak do mnie. Moja matka, kiedy jeszcze była zdrowa, sprzedała wszystkie swoje teksty, materiały i książki bibliotece University of California w Los Angeles, zawierając umowę, zgodnie z którą miały tam trafić po jej śmierci – i tak się też stało. Ponieważ w umowie nie było żadnej wzmianki o zakazie publicznego udostępniania tych materiałów, doszedłem do wniosku, że decyzję podjęto za mnie. Stwierdziłem, że jeśli sam nie uporządkuję i nie udostępnię dzienników, zrobi to ktoś inny – zwlekanie nie ma więc sensu.

Wciąż mam jednak pewne obawy. Stwierdzenie, że dzienniki dużo mówią o mojej matce, to poważne niedopowiedzenie. Postanowiłem w nich zamieścić wiele z jej kategorycznych sądów. Matka bardzo lubiła osądzać, lecz ujawnienie tego faktu – a pamiętniki ujawniają bardzo wiele – zachęca czytelnika, aby osądził ją. Podczas opracowywania tekstu dręczyły mnie poważne wątpliwości – matka, zwłaszcza w późniejszym okresie życia, była osobą ceniącą prywatność. Unikała zwłaszcza, na tyle, na ile było to możliwe, rozmów o jej homoseksualizmie i ambicjach. W świetle tych faktów moja decyzja stanowi pogwałcenie jej prywatności. Nie można tego inaczej ująć, nie rozmijając się z prawdą.

Pamiętniki są tymczasem zakotwiczone w odkryciu własnej seksualności, którego dokonała w okresie dojrzewania, a także we wczesnych eksperymentach erotycznych, przeprowadzanych w wieku szesnastu lat na University of California w Berkeley, oraz doświadczeniu dwóch ważnych związków, w które weszła już jako osoba dorosła. Pierwszy z nich był związkiem z kobietą poznaną w czasie studiów – nazwę ją H – z którą w 1957 roku zamieszkała w Paryżu, drugi zaś – z dramatopisarką Marią Irene Fornes (byłą kochanką H), którą poznała w tym samym roku. Po powrocie do Stanów, rozwodzie z moim ojcem i przeprowadzce na Manhattan matka żyła z Irene od 1959 do 1963 roku.

Po podjęciu decyzji o wydaniu dzienników zrozumiałem wyraźnie, że część zapisków trzeba z nich wyłączyć, gdyż stawiają moją matkę w złym świetle, są zbyt otwarte seksualnie lub zawierają komentarze nieprzychylne wobec pewnych osób. Postanowiłem również zmienić imiona niektórych występujących w nich osób. Ponadto wyboru dokonywałem z przekonaniem, że wyłaniający się z pamiętników surowy i nieupiększony obraz Susan Sontag jako młodej kobiety, która z pełną świadomością i determinacją tworzy osobę, jaką pragnie zostać, stanowi o tym, co jest w nich najbardziej fascynujące. Postanowiłem więc nadać temu tomowi tytuł Odrodzona, który nawiązuje do zdania zapisanego na okładce jednego z pierwszych zeszytów. Słowo to dobrze obrazuje, kim była moja matka, odkąd przestała być dzieckiem.

Żaden amerykański pisarz jej pokolenia nie był w równym stopniu otwarty na europejskie trendy jak ona. Z pewnością nie mogłaby stwierdzić, że „ma do opowiedzenia całe Tucson” czy „całe Sherman Oaks w Kalifornii” na tej samej zasadzie jak John Updike, który komentując swoje pisarskie początki, mówił, że „miał do opowiedzenia całe Shillington”. Jeszcze trudniej wyobrazić sobie, by matka chciała odwoływać się w poszukiwaniu inspiracji do swego dzieciństwa lub społecznego czy kulturowego kontekstu, jak w owym czasie czyniło wielu amerykańskich pisarzy żydowskiego pochodzenia. Jej historia – i znów utwierdzam się w przekonaniu o trafności wybranego tytułu – wskazuje na coś dokładnie przeciwnego. W pewnym stopniu przypomina ona dzieje Luciena de Rubemprégo – ambitnego młodego człowieka z prowincji, który pragnie się stać ważną postacią w stolicy.

Moja matka różniła się rzecz jasna od Rubemprégo pod względem charakteru, temperamentu i zainteresowań. Nie chciała niczego nikomu zawdzięczać. Wręcz przeciwnie, wierzyła w swoją gwiazdę. Od wczesnej młodości miała poczucie, że posiada wyjątkowe talenty i ma coś do przekazania. Nieustannie, zapalczywie i nieustępliwie zgłębiała wiedzę – w pamiętnikach proces ten zajmuje bardzo dużo miejsca i dokonując selekcji, starałem się to ukazać – przez co w pewnym sensie wcielała w życie przeświadczenie o własnej wyjątkowości. Chciała być godna pisarzy, malarzy i artystów, których podziwiała. Mot d’ordre Izaaka Babla – „Trzeba wiedzieć wszystko” – mogłoby należeć również do Susan Sontag.

Dziś myśli się zupełnie inaczej. Wiara we własne możliwości to rzecz oczywista wśród tych, którzy odnoszą sukcesy, lecz forma, jaką owa pewność siebie przybiera, zmienia się z epoki na epokę. Sądzę, że matka miała umysł dziewiętnastowieczny, a zaabsorbowanie sobą ujawniające się w dziennikach przypomina nastawienie niektórych wielkich samolubnych myślicieli realizujących wielki cel, takich jak Carlyle. W XXI wieku ambicję wyraża się w zupełnie innym rejestrze. Czytelnik szukający ironii tutaj jej nie znajdzie. Moja matka była tego całkowicie świadoma. W eseju o Eliasie Canettim, który – obok tekstu o Walterze Benjaminie – zawsze uważałem za najdalszy wypad na terytorium autobiografii, na jaki się zdecydowała, z aprobatą cytuje wypowiedź tego żydowskiego autora: „Próbuję sobie wyobrazić, jak ktoś mówi do Szekspira: «Wyluzuj!»”.

Powtarzam więc, caveat lector. W pamiętniku tym sztuka jest sprawą życia i śmierci, skłonność do ironii postrzega się jako wadę, a powaga to najwyższe dobro. Moja matka dość wcześnie przyjęła takie poglądy. Nigdy nie brakowało ludzi, którzy jej mówili, by wyluzowała. Wspominała niekiedy, jak jej dobrotliwy, konserwatywny ojczym, bohater wojenny, prosił, by nie czytała tyle książek, bo nigdy nie znajdzie męża. Podobną uwagę, choć w nieco bardziej wyrobionej intelektualnie formie, wygłosił, jak mi powiedziała, filozof Stuart Hampshire, jej oksfordzki wykładowca. Podczas konsultacji wykrzyknął pewnego razu z bezsilnością: „Ach, wy, Amerykanie! Tacy poważni… dokładnie tak jak Niemcy”. Nie zamierzał jej komplementować, lecz moja matka potraktowała jego słowa jak najwyższe wyróżnienie.

 

Czytelnik może odnieść wrażenie, że matka była „urodzoną” Europejką na tej zasadzie, na której dla Izaaka Berlina istnieli „urodzeni” Amerykanie wśród Europejczyków i „urodzeni” Europejczycy wśród Amerykanów. Sądzę jednak, że nie można jej raczej opisać w tych kategoriach. To prawda, że literatura amerykańska była w jej oczach przedmieściem wielkich literatur europejskich, zwłaszcza niemieckiej. Zarazem żywiła jednak najgłębsze przekonanie, że może sama siebie przetworzyć – że wszyscy jesteśmy do tego zdolni – a tło czy pochodzenie można odrzucać lub przekraczać – dowolnie lub raczej wysiłkiem woli. Czyż Fitzgerald nie wyraził podobnej opinii, mówiąc, że „w życiu Amerykanów nie ma drugich aktów”? Na łożu śmierci, wciąż nie wierząc, że już się z niego nie podniesie, planowała kolejny pierwszy akt, który miał się rozpocząć, gdy terapia da jej trochę więcej czasu.

Jednym z najmocniejszych wrażeń, które odniosłem po przeczytaniu dzienników, było to, że od młodości po wiek podeszły matka toczyła wciąż te same bitwy.

Z pamiętnika od samego początku emanuje zarówno poczucie, że opanowała humanistykę, jak i imponująca pewność co do prawdziwości własnych sądów oraz niezwykła zachłanność – przekonanie, że musi usłyszeć każdy nowy utwór, zobaczyć każde dzieło sztuki, zaznajomić się ze wszystkimi najważniejszymi książkami. W tym duchu tworzyła spisy książek do przeczytania i skreślała kolejne pozycje po zakończeniu lektury. W dzienniku wyraźnie wybrzmiewa jednak także poczucie klęski, niezdolności do kochania, a nawet do miłości erotycznej. W swoim ciele czuła się równie niezręcznie, jak pewnie poruszała się po przestrzeni umysłu.

Wzbudza to we mnie smutek, którego nie potrafię wyrazić. We wczesnej młodości matka pojechała na wycieczkę do Grecji. Tam, w peloponeskim amfiteatrze, obejrzała przedstawienie Medei. Bardzo ją ono poruszyło – w chwili, gdy Medea ma zabić swoje dzieci, widzowie zaczęli wołać: „Nie! Nie rób tego, Medeo!”. „Ci ludzie nie mieli poczucia, że oglądają dzieło sztuki – wspominała wielokrotnie. – To wszystko było dla nich prawdziwe”.

Pamiętnik ten również jest prawdziwy. Czytając go, miałem niepokojące wrażenie, że reaguję podobnie jak greccy widzowie z połowy lat pięćdziesiątych. Chciałem wołać: „Nie rób tego!” albo „Nie bądź dla siebie taka surowa” czy „Uważaj na nią, ona cię nie kocha”. Ale teraz jest już oczywiście za późno: sztuka dobiegła końca, główni bohaterowie odeszli, podobnie jak większość – choć nie wszystkie – postaci drugoplanowych.

Tym, co pozostaje, są cierpienie i ambicja, między którymi oscylują te zapiski. Czy matka życzyłaby sobie ich upublicznienia? Powtórzę, że za moją decyzją o tym, by nie tylko pozwolić na ich wydanie, lecz także by je osobiście zredagować, stoją względy praktyczne, aczkolwiek znajdują się tu rzeczy, które są dla mnie bardzo bolesne, i takie, których wolałbym się nie dowiedzieć i nie rozpowszechniać.

Wiem natomiast, że matka uwielbiała czytać dzienniki i listy – im bardziej były intymne, tym lepiej. Być może więc Susan Sontag pisarka pochwaliłaby moją decyzję. Taką mam w każdym razie nadzieję.

David Rieff

1947

23/11/47

Wierzę:

a) że nie ma boga osobowego ani życia po śmierci

b) że najbardziej godna pożądania jest możliwość bycia szczerą wobec siebie, czyli Uczciwość

c) że ludzie różnią się od siebie wyłącznie inteligencją

d) że jedynym kryterium oceny naszych działań jest to, czy stajemy się dzięki nim bardziej szczęśliwi czy nieszczęśliwi

e) że odebranie życia jakiemukolwiek człowiekowi jest złe [Brak wpisów „f” i „g”]1

h) wierzę ponadto, że państwo idealne (pomijając „g”) powinno być scentralizowane i zarządzać obiektami użyteczności publicznej, bankami, kopalniami + transportem, subsydiować sztukę, zapewnić godną płacę minimalną oraz wsparcie osobom niepełnosprawnym i starym, a także opiekować się kobietami w ciąży, bez pytania, czy dziecko pochodzi z prawego czy nieprawego łoża.


1 Wszystkie uwagi zamieszczone w nawiasach kwadratowych pochodzą od Davida Rieffa, syna S.S. i redaktora oryginalnego wydania. Polskie wydanie oddaje też, na ile to możliwe, interpunkcję i skład oryginału (przyp. red.).

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1948

13/04/48

Idee zakłócają płaszczyznę życia.

29/07/48

…Co to znaczy w młodym wieku otworzyć nagle oczy na udręki życia, na jego ponaglenia?

To znaczy usłyszeć pewnego dnia echo głosu tych, którzy idą inną drogą, to chwiejnym krokiem wynurzyć się z dżungli i runąć w otchłań:

To znaczy także być ślepym na pomyłki buntowników, to tęsknić w udręce całym sobą do wszystkiego, co przeciwne dziecięcemu życiu.

To porywczość, dziki entuzjazm, zalewany falami niezadowolenia z samej siebie. To okrutna świadomość własnej arogancji…

To poczucie upokorzenia przy każdym przejęzyczeniu, bezsenne noce spędzone na przygotowywaniu się do jutrzejszych rozmów i zadręczaniu się tymi, które odbyły się wczoraj… to pochylona głowa, twarz ukryta w dłoniach… to „mój boże, mój boże”… (małą literą, oczywiście, bo boga nie ma).

To ochłodzenie uczuć do własnej rodziny i wszystkich idoli dzieciństwa… To kłamanie… uraza, a potem nienawiść.

To narodziny cynizmu, krytyczne podejście do każdej myśli, każdego słowa i działania. („Ach, być całkowicie, absolutnie szczerym!”) To zawzięte i nieustanne podważanie przyczyn…

To odkrycie, że katalizatorem i [W tym miejscu wpis się urywa].

19/08/48

To, co dawniej zdawało mi się miażdżącym jarzmem, postanowiło mnie zaskoczyć i nagle spadło mi pod stopy, stając się ciężarem, który muszę z trudem za sobą wlec. Jakże chciałabym się poddać! Jak łatwo przyszłoby mi przekonać samą siebie o słuszności drogi życiowej moich rodziców. Gdybym przez rok spotykała się wyłącznie z nimi i ich przyjaciółmi, przestałabym się opierać – poddałabym się? Czy moja „inteligencja” musi się regularnie kąpać w ożywczym strumieniu niezadowolenia innych ludzi, w przeciwnym razie zamiera? Gdybym tylko mogła wytrwać w swoich postanowieniach! Czuję bowiem, że się waham, walczę z myślami – czasem nawet sądzę, że jestem gotowa studiować na jakiejś tutejszej uczelni.

Nieustannie myślę o matce – jest taka piękna, ma tak gładką skórę, tak bardzo mnie kocha. Przypominam sobie, jak pewnej nocy leżała, wstrząsana spazmami szlochu – nie chciała, żeby usłyszał ją tata, który był w drugim pokoju, a każdej fali jej łez towarzyszyło jakby głuche czknięcie – ludzie przez swą tchórzliwość wchodzą w jałowe związki czy raczej pozwalają się w nie wciągać, poddając się biernie sile konwencji – jakże obmierzłe, straszne, nędzne życie prowadzą –

Jak ja mogę ją skrzywdzić, tę pokonaną, nigdy niestawiającą oporu kobietę?

Co zrobić, by się wzmocnić, by odnaleźć w sobie okrucieństwo?

1/09/48

Co oznacza wyrażenie „być na gazie”?

Góra wyrzucona z procy.

Jak najszybciej przeczytać Elegie duinejskie [Rilkego] w przekładzie [Stephena] Spendera.

Znów zanurzam się w Gidzie – co za jasność i precyzja! W rzeczywistości jednak fenomenalny jest sam Gide – jego proza wydaje się mało znacząca, podczas gdy Czarodziejska góra [Manna] to książka na całe życie.

Wiem to na pewno! Czarodziejska góra jest najdoskonalszą powieścią, jaką czytałam. Nie da się z niczym porównać niesłabnącej rozkoszy, którą odczuwam, obcując z tym dziełem. Jednak po emocje w czystej postaci, fizyczną przyjemność, poczucie bezdechu i bezdusznie uciekającego życia – prędzej, prędzej – po świadomość życia – nie, inaczej: świadomość bycia żywą – sięgnęłabym po Jana Krzysztofa [Romaina Rollanda] – Ale tę książkę powinno się czytać tylko raz.

***

…„Chciałbym sobie na takie zasłużyć wspomnienie: «Grzeszył diabelsko, lecz jego książki są w cenie»”.

Hilaire Belloc

***

Na całe popołudnie zanurzyłam się w Gidzie i słuchałam nagrania Don Giovanniego [Mozarta] (wykonanie z festiwalu w Glyndebourne) pod dyrekcją [Fritza] Buscha. Kilka arii – tak słodkich, że dusza przy nich wzlatuje! – nastawiałam kilkakrotnie raz za razem (Mi tradi quell’alma ingrata i Fuggi, crudele, fuggi). Gdybym mogła ich słuchać nieustannie, jak śmiałą i pogodną osobą bym była!

Wieczór roztrwoniłam z Natem [Nathanem Sontagiem, ojczymem S.S.]. Dał mi lekcję jazdy samochodem, a potem poszłam z nim na film przygodowy w technikolorze i udawałam, że się dobrze bawię.

Po napisaniu ostatniego zdania przeczytałam je ponownie i postanowiłam skreślić. Ostatecznie jednak zdecydowałam, że tego nie zrobię. – Nic bym nie zyskała na notowaniu tylko przyjemnych wydarzeń – (Zresztą i tak jest ich za mało!) Odnotowuję więc, jak bezsensownie zmarnowałam czas dzisiaj, aby sobie nie pobłażać i nie narazić na szwank jutra.

2/09/48

Pełna łez dyskusja z Mildred [Mildred Sontag z domu Jacobson, matka S.S.] – niech to szlag! Powiedziała: „Powinnaś się bardzo cieszyć, że wyszłam za Nata. Inaczej na pewno nie jechałabyś do Chicago, o nie! Wiedz, że jestem bardzo niezadowolona z twojego wyjazdu, ale czuję, że muszę ci to wszystko jakoś wynagrodzić”.

Może powinnam się cieszyć!!!

10/09/48

[Wpis wraz z datą zanotowany na wewnętrznej stronie okładki drugiego tomu Dzienników André Gide’a należącego do S.S.].

Skończyłam czytać tę książkę o 2.30 tego samego dnia, w którym ją kupiłam –

Powinnam była ją czytać znacznie dłużej i będę musiała w przyszłości powtórzyć tę lekturę wielokrotnie – Gide i ja tak znakomicie pasujemy do siebie pod względem intelektualnym, że przy każdym zdaniu, które on wydaje na świat, ja odczuwam bóle porodowe! Nie myślę więc: „Ale to błyskotliwe!”, tylko: „Przestań! Nie mogę tak szybko myśleć! Albo raczej – nie mogę tak szybko wzrastać!”.

Bo ja nie tylko czytam tę książkę, lecz także ją współtworzę, i to wyjątkowe, cudowne doświadczenie w znacznym stopniu uporządkowało chaos w mojej głowie i zapełniło pustkę, która dręczyła mnie przez te wszystkie straszne miesiące –

19/12/48

Muszę przeczytać tak wiele książek, sztuk i opowiadań – Oto kilka z nich:

Fałszerze – Gide

Immoralista – j.w.

Lochy Watykanu – j.w.

Korydon – Gide

Tar – Sherwood Anderson

The Island Within – Ludwig Lewisohn

Azyl – William Faulkner

Esther Waters – George Moore

Dziennik pisarza – Dostojewski

Na wspak – Huysmans

Le Disciple – Paul Bourget

Sanin – Michaił Arcybaszew

Johnny poszedł na wojnę – Dalton Trumbo

Saga rodu Forsyte’ów – Galsworthy

The Egoist – George Meredith

Diana of the Crossways – j.w.

The Ordeal of Richard Feverel – j.w.

wiersze Dantego, Ariosta, Tassa, Tibullusa, Heinego, Puszkina, Rimbauda, Verlaine’a, Apollinaire’a

sztuki Synge’a, O’Neilla, Calderóna, Shawa, Hellmana… [Spis ten ciągnie się przez kolejne pięć stron i zawiera ponad sto pozycji].

***

…Poezja musi być: dokładna, głęboka, konkretna, znacząca, rytmiczna, sformalizowana, złożona

…Sztuka zawsze walczy więc o to, by uniezależnić się od zwykłego rozsądku…

…Język to nie tylko narzędzie, ale i cel sam w sobie…

…Skupiwszy moce swojego niezwykle jasnego umysłu, Gerard Hopkins wykuł ze słów świat pełen obrazów mrocznych i wzniosłych.

Dzierżąc bezlitosną klarowność jak tarczę i chroniąc się przed wszystkim, co cielesne, dzięki konsekwentnej spirytualizacji swego życia i twórczości, stworzył dzieło w swej ograniczonej tematyce niezwykle świeże. Dając ujście udrękom duszy…

25/12/48

Jestem obecnie całkowicie zasłuchana w jednym z najpiękniejszych utworów muzycznych, jakie słyszałam w życiu – to Koncert na czworo skrzypiec h-moll Vivaldiego z kolekcji Cetra-Soria z udziałem Maria Salerna –

Muzyka to najwspanialsza i zarazem najżywsza spośród wszystkich sztuk – najbardziej abstrakcyjna, najdoskonalsza, najczystsza – i najbardziej zmysłowa. Słucham Vivaldiego całym swoim ciałem, a ono reaguje bólem na jego namiętność i wzniosłość. Moje fizyczne „ja” nieznośnie cierpi – a potem ogarnia je stłumiony lęk – kiedy cały świat melodii opada kaskadami pod koniec pierwszego movimento – kawałeczek mojego ciała umiera za każdym razem, gdy czuję nienasycone pragnienie, by usłyszeć drugie movimento –

Stoję niemal na skraju szaleństwa. Czasami – tak sądzę – (ostrożnie piszę te słowa) – zdarzają się przelotne chwile (ledwie mgnienia), w których wiem na pewno – tak jak wiem, że dziś jest Boże Narodzenie – iż balansuję na brzegu niezmierzonej przepaści –

Co takiego, pytam, powoduje ten niepokój? Jak mogę się zdiagnozować? Odczuwam bardzo naglącą i dręczącą potrzebę miłości fizycznej oraz towarzystwa intelektualnego – jestem bardzo młoda i być może z czasem moim seksualnym dążeniom przestanie towarzyszyć udręka – ale prawdę mówiąc, nie obchodzi mnie to. [Na marginesie S.S. dodaje słowa opatrzone datą 31 maja 1949 roku: „I ciebie też nie powinno”]. Moje potrzeby mnie przytłaczają i wciąż dręczy mnie świadomość zbyt szybko upływającego czasu –

 

Bardzo możliwe, że kiedyś będę spoglądać na te zapiski z wielkim rozbawieniem. O ile dawniej byłam okropnie, neurotycznie wręcz religijna i myślałam o tym, by pewnego dnia zostać katoliczką, o tyle teraz czuję, że mam skłonności lesbijskie (z jakim wahaniem piszę te słowa) –

Nie wolno mi rozmyślać o Układzie Słonecznym – niezliczonych galaktykach, które dzielą miliony lat świetlnych – nieskończonościach kosmosu – nie wolno mi patrzeć w niebo dłużej niż przez chwilę – nie wolno mi myśleć o śmierci, o wieczności – nie wolno, aby nie przeżywać tych strasznych chwil, w których mój umysł wydaje mi się czymś namacalnym – nie tylko umysł – cały mój duch – wszystko, co mnie ożywia, a co jest pierwotnym, reagującym na świat pożądaniem tworzącym moje „ja” – wszystko to przyjmuje określony kształt i wielkość – jest zbyt ogromne, by pomieścić się w strukturze, którą nazywam ciałem – Wszystkie siły, które mną targają – upływ czasu i stres (teraz to czuję), lecz muszę zacisnąć pięści – Podnoszę się – kto by trwał w bezruchu – każdy mięsień napięty do bólu – pragnie stać się częścią bezmiaru – chcę krzyczeć – żołądek mi się kurczy – nogi, stopy, palce boleśnie naprężone.

Ta biedna skorupa gotowa jest pęknąć w każdej chwili – teraz to wiem – kontemplacja nieskończoności – przeciąża umysł i sprawia, że rozcieńczam grozę, przeciwstawiając jej prostą zmysłowość abstrakcji. A mimo to prześladuje mnie jakiś demon, który wie, że moje emocje nie mają ujścia – napełnia mnie bólem i gniewem – strachem i drżeniem (jestem udręczona, skatowana, skrajnie umęczona –), przez mój umysł przebiegają spazmy niekontrolowanego pożądania –

31/12/48

Ponownie czytam te zeszyty. Są tak ponure i monotonne! Czy ja nigdy nie przestanę się użalać nad sobą? Cała moja istota wydaje się trwać w napięciu – wyczekiwaniu…