Matki, które nie potrafią kochaćTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Mojej najdroższej córce Wendy

Tytuł oryginału: Mothers Who Can't Love. A Healing Guide for Daughters

Copyright © 2013 by Susan Forward

Pierwsze wydanie w Stanach Zjednoczonych

HarperCollins Publishers 10 East 53rd Street, New York, NY 10022.

Copyright © for the first Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIV

Copyright © for the Polish translation by Joanna Józefowicz-Pacuła

Copyright © for the second Polish edition by PURANA 2019

Kompleksowe opracowanie książki:

Agencja Wydawnicza Synergy Elżbieta Meissner

www.agencja-wydawnicza-synergy.pl

Zespół w składzie:

Redakcja: Krzysztof Kowalski

Korekta: Monika Mucha

Skład, łamanie i adaptacja okładki: Barbara Kryska

ISBN: 978-83-66200-19-7

Wydawca:

Wydawnictwo PURANA

ul. Agrestowa 11, w 55-330 Lutynia

tel.: 71 35 92 701, 603 402 482

e-mail: biuro@purana.com.pl,

www.purana.com.pl

Facebook: FB Wydawnictwo Purana

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemach wyszukiwania ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i jakąkolwiek drogą – elektroniczną, mechaniczną, fotokopii, nagrań czy inaczej – bez wcześniejszej pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie II

Zapraszamy do naszej księgarni internetowej:

www.purana.com.pl

Wprowadzenie

„Pojechałam w delegację do Wisconsin. Po wielu godzinach pracy w zamknięciu chciałam zaczerpnąć świeżego powietrza. Świeciło słońce, więc w przerwie obiadowej mimo zimna zdecydowałam się na krótki spacer. Szukałam najbardziej nasłonecznionych miejsc, ale proszę sobie wyobrazić, to przeklęte słońce, chociaż z pewnością wyglądało jak słońce i było jaskrawe jak słońce, nie dawało najmniejszego ciepła. I nagle doznałam olśnienia, że to dokładnie tak jak z moją matką”.

Heather, drobna, 34-letnia kobieta, przedstawicielka handlowa dużego koncernu farmaceutycznego, opowiadała mi to głosem coraz bardziej przepełnionym łzami. Była po raz pierwszy w ciąży i przerażała ją perspektywa, że mogłaby okazać się dla swojego dziecka równie złą matką jak jej własna dla niej.

HEATHER: Wie pani, bardzo długo odsuwałam od siebie myśl o macierzyństwie. Już i tak byłam dostatecznie szczęśliwa, gdy po serii nieudanych związków wreszcie spotkałam Jima i dotarło do mnie, że ktoś może mnie pokochać naprawdę. Od dawna chcieliśmy mieć dziecko, ale ja tak bardzo bałam się, że coś jest ze mną nie w porządku. Bałam się, że całe to zimno od mojej mamy może zacząć wychodzić ze mnie, gdy tylko zajdę w ciążę. Nie mogłam znieść myśli, że byłabym dla mojego dziecka taka sama jak moja matka dla mnie.

To jedna z niezliczonych smutnych historii, jakie stale słyszę od kobiet przytłoczonych bagażem bólu, lęku i kompleksów – pozostałości po głębokich ranach zadanych im przez ich matki.

W ciągu ponad 35 lat pracy w zawodzie terapeuty w różnych ośrodkach klinicznych miałam do czynienia z wieloma pacjentkami w rodzaju Heather, świadomie lub nieświadomie uwięzionymi w szkodliwej emocjonalnej orbicie kobiet, które zaciążyły nad ich dzieciństwem i młodością. Wiem z doświadczenia, że wychowanie przez takie matki często okazuje się barierą niemożliwą do pokonania o własnych siłach również w wieku dorosłym. Córki złych matek zgłaszają się na sesje terapeutyczne ze stanami lękowymi i depresją, z problemami w związkach, z głęboką niewiarą w siebie, we własną samodzielność, a nawet zdolność do kochania i bycia kochanymi. Niektóre z nich potrafią dostrzec związek między relacją z matką a późniejszymi trudnościami w życiu; inne nadmieniają tylko, że „matka doprowadza mnie do szału”, ale uznają to za rzecz drugorzędną w sprawach, w których szukają u mnie pomocy.

Często słyszę od moich pacjentek zawiłe albo sprzeczne komunikaty, tak jakby chciały przekonać same siebie, że mylą się co do bólu towarzyszącego im od najmłodszych lat.

Aby dowiedzieć się więcej o lęku Heather przed macierzyństwem, zapytałam ją, co miała na myśli, mówiąc o „całym tym zimnie od jej mamy”, które tak bardzo bała się przekazać własnemu dziecku. Odpowiedziała mi nie bez wahania:

HEATHER: To tak, jakby moja mama miała dwie twarze – organizowała mi przyjęcia urodzinowe, czasami chodziła na szkolne imprezy, potrafiła nawet być miła dla moich przyjaciół, ale później ukazywała mi tę drugą twarz…

JA: Czyli jaką?

HEATHER: Straszliwie mnie krytykowała, chociaż – szczerze mówiąc – najczęściej po prostu nie zwracała na mnie uwagi, tak jakbym nie była warta jej czasu. Sama nie wiem, może wszystkie jej miłe gesty były tylko na pokaz. Jak sięgam pamięcią, nie czułam się przy niej bezpieczna, nie było między nami prawdziwej więzi ani serdeczności… I nigdy nie miałam poczucia, że jestem dla niej ważna. Byłam po prostu kimś, kim musiała się zajmować… gdy jej to pasowało. Inna rzecz, że była stale zajęta. Trudno oskarżać samotną matkę, że ma tyle na głowie.

Jak mnóstwo innych kobiet Heather umiała szczerze opowiedzieć o swoich przeżyciach z dzieciństwa, jednak – znów jak mnóstwo innych kobiet – za wszelką cenę starała się minimalizować własne urazy i robiła wszystko, by postrzegać matkę jako osobę, którą tak rzadko była naprawdę: kochającą.

Co czyni dobrą matkę

Od dobrej matki nie oczekuje się ani perfekcji, ani poświęcenia do granic męczeństwa. Ma ona, jak wszyscy, własny emocjonalny bagaż, własne blizny i potrzeby. Może łączyć macierzyństwo z ambicjami zawodowymi i z pewnością zdarzają się okresy, kiedy nie jest do dyspozycji swego dziecka. Może „wyjść z siebie” i powiedzieć czy zrobić coś, czego później będzie żałować. Jeśli jednak jej dominująca postawa wzmacnia w córce przekonanie o własnej wartości, szacunek do samej siebie i poczucie bezpieczeństwa, taka matka prawidłowo wywiązuje się ze swojej roli, niezależnie od tego, czy uznamy ją za wspaniałą, czy tylko za wystarczająco dobrą. Taka matka okazuje dziecku prawdziwą miłość w sposób namacalny i niepodważalny.

Niestety, nie tego doświadczyła Heather i wiele innych moich pacjentek. Im odżywczą matczyną miłość i uwagę dawkowano od najmłodszych lat skąpym kroplomierzem. Pozory uczuć okazywanych zwykle przy świadkach za zamkniętymi drzwiami nieuchronnie ustępowały miejsca rzeczywistości rzadko obserwowanej przez postronnych: psychicznemu niszczeniu, rywalizacji, zimnemu ignorowaniu, bagatelizowaniu osiągnięć, niedostatkom opieki i ochrony albo nawet bezpośredniej przemocy. Czy te matki kochały swoje córki? Nie. Miłość naznacza ogólne zachowanie, a córki w rodzaju Heather były najzwyczajniej pozbawione jej życiodajnego ciepła.

Wysoka cena za brak matczynej miłości

Efekty takiego wychowywania są bolesne i traumatyczne. Dziewczęta definiują swoją kiełkującą kobiecość przez identyfikację i więź z matkami; gdy jednak ów zasadniczy proces ulega zakłóceniu – w następstwie przemocy, krytyki, despotyzmu, depresji, zaniedbań czy odrzucenia ze strony matek – pozostaje im samotnie walczyć o solidną tożsamość i własne miejsce w świecie, zazwyczaj po omacku, metodą chaotycznych prób i nie zawsze naprawialnych błędów.

Kobiety wyrastające z dziewcząt pozostawionych samym sobie w krytycznym okresie dojrzewania rzadko przyjmują do wiadomości, że miały matki niekochające czy w skrajnych przypadkach wręcz wrogie. Jest to odkrycie tak nieznośne dla dziecka związanego z matką silną biologiczną więzią, że sama myśl o tej ewentualności wywołuje ostry zespół lękowy. Znacznie bezpieczniej jest uznać, że „jeśli coś jest źle między nami, to przeze mnie”. Mała dziewczynka nadaje sens złemu traktowaniu przez matkę, szukając w sobie wyimaginowanych win, oskarżając się o wszystko i coraz głębiej pogrążając w przeświadczeniu, że jako istota z gruntu zła i nieudana po prostu nie zasługuje na matczyną miłość. Te destrukcyjne uczucia towarzyszą jej później latami, niezależnie od tego, co obiektywnie osiągnęła ani jak bardzo jest kochana przez innych, włącznie z własnymi dziećmi.

Mała dziewczynka krytykowana, ignorowana, dręczona lub tłamszona przez niekochającą matkę wyrasta na kobietę, która w głębi duszy nigdy nie czuje się wystarczająco dobra, wystarczająco godna miłości, wystarczająco inteligentna, ładna czy akceptowalna, by zasłużyć na sukces i szczęście. „Bo gdybyś naprawdę była warta szacunku i czułości – podpowiada jej wewnętrzny głos – dostałabyś je przecież od matki”.

Jeśli to ty byłaś tą małą dziewczynką, córką kobiety niezdolnej obdarzyć cię miłością, której tak łaknęłaś, istnieje duże prawdopodobieństwo, że podobnie jak Heather wędrujesz przez życie z głębokimi ubytkami w pewności siebie, z poczuciem pustki i smutkiem. Nigdy nie czułaś się naprawdę dobrze we własnej skórze. Być może nie dowierzasz własnej zdolności do kochania. I nie będziesz w pełni cieszyć się życiem, dopóki nie wyleczysz do końca głębokiej rany zadanej ci ongiś przez matkę.

Dlaczego napisałam tę książkę

Spotkanie z Heather po raz kolejny uświadomiło mi te bolesne fakty. Myślałam o niej jeszcze długo po zakończeniu naszej sesji. Była kobietą inteligentną, atrakcyjną i spełnioną, a mimo to jakby ślepą na wszystkie te atuty. Stale dręczyły ją wątpliwości, czy potrafi kochać i być kochaną, a wręcz, jak odkryłam, nie oczekiwała od życia nic dobrego, przekonana o jakimś własnym defekcie czy ciążącym na niej przekleństwie – wbrew faktom pokazującym coś wręcz przeciwnego. Obdarzona dużą samoświadomością Heather w wieku 34 lat nadal czekała na uznanie i błogosławieństwo ze strony matki, gdyż tylko to mogłoby dać jej pewność i wiarę w siebie jako kobietę, partnerkę i matkę. Nie sądzę, aby kiedykolwiek miała się tego doczekać. Kobiety pozbawione silnej więzi z matką często przez całe życie borykają się z dotkliwym poczuciem straty i braku.

 

Od zawsze moją specjalnością było rzucanie światła na prawdziwą naturę stosunków międzyludzkich ukrytą nieraz za fasadą „idealnej pary” czy „szczęśliwej rodziny”. Po napisaniu książki Toksyczni rodzice (Toxic Parents) myślałam, że powiedziałam już wszystko, co miałam do powiedzenia na temat wychowujących nas ludzi. W miarę jak coraz więcej córek przychodziło do mnie z „matczynymi ranami”, doszłam jednak do wniosku, że powinnam przemówić jak kobieta do kobiety, czy raczej do milionów kobiet, które doświadczyły zła od swoich matek i do dziś zmagają się z głębokimi następstwami tych dawnych urazów.

Był też inny – dość wymowny – powód, dla którego zdecydowałam się napisać tę książkę. Chociaż już dawno uporałam się z problemami spowodowanymi przez moją własną matkę, to dopóki żyła, nie pozwoliłabym sobie na książkę poświęconą matkom niezdolnym do miłości. Owszem, wiele moich pacjentek ma też za sobą bolesne relacje z ojcami – uwikłanymi w problemy osobiste, często nieobecnymi w życiu córek, jako że zdrowy psychicznie mężczyzna rzadko wiąże się albo wytrzymuje dłużej z niestabilną kobietą – niemniej to matki wydają się najważniejsze dla córek, i to one kładą się największym cieniem na ich późniejszych losach małżeńskich, rodzicielskich czy zawodowych.

Jeśli miałaś nieszczęście żyć z niekochającą matką, jej dziedzictwo towarzyszy ci każdego dnia i przejawia się w trudnościach, jakim stawiasz czoło, w twoich emocjonalnych relacjach z innymi ludźmi i próbach, tak często daremnych, nabycia zaufania i szacunku do siebie samej. Zdaję sobie sprawę z twojej frustracji, zniechęcenia i wewnętrznego zamętu, ale chcę cię zapewnić, że potrafię ci pomóc. Za pośrednictwem tej książki razem przepracujemy twoje problemy, abyś zobaczyła je w nowym świetle i wreszcie znalazła ulgę. Podpowiem ci krok po kroku, jak odmienić stosunek do matki i do samej siebie, żeby wygoić ranę jątrzącą się w tobie tak boleśnie i tak długo.

Zaczniemy od wnikliwej, szczerej analizy postępowania twojej matki i jego wpływu na ciebie. W kolejnych rozdziałach szczegółowo omówimy mechanizmy jej – i twoich – zachowań, po czym przedstawię ci skuteczne strategie zmiany poglądów i reakcji, które blokują cię od lat. Pomogę ci też zrozumieć, być może po raz pierwszy w życiu, na czym polega i czym objawia się prawdziwa miłość, czy to rodzicielska, czy jakakolwiek inna. Będzie to solidny punkt startowy, z którego, jak głęboko wierzę, wyruszysz w nowe, lepsze życie.

Nie można nazwać tego miłością

Aby ułatwić ci obiektywne spojrzenie na matkowanie, jakiego doświadczyłaś w dzieciństwie, przygotowałam poniższe zestawy pytań. W pierwszej kolejności zajmijmy się sytuacją na dzisiaj – stąd czas teraźniejszy.

Czy twoja matka regularnie:

 poniża cię lub krytykuje?

 robi z ciebie kozła ofiarnego?

 przypisuje sobie zasługi, gdy wszystko idzie dobrze, a gdy nie – zrzuca odpowiedzialność na ciebie?

 traktuje cię tak, jakbyś nie była zdolna do podejmowania samodzielnych decyzji?

 jest urocza przy innych ludziach, ale gdy tylko zostajecie same, okazuje ci chłód i niechęć?

 stara się przyćmić cię sobą?

 flirtuje z ważnymi dla ciebie mężczyznami?

 próbuje żyć twoim życiem, przelewając na ciebie własne niespełnione ambicje?

 narzuca ci się telefonami, listami, wizytami tak bardzo, że czujesz się przez nią zawłaszczana?

 mówi ci lub daje do zrozumienia, że jesteś przyczyną jej depresji, niepowodzeń, braku satysfakcji z życia?

 mówi ci lub daje do zrozumienia, że nie poradzi sobie bez ciebie (i liczy wyłącznie na twoją pomoc)?

 używa pieniędzy lub obietnic gratyfikacji finansowej, żeby tobą manipulować?

 grozi, że uprzykrzy ci życie, jeśli nie będziesz robić tego, co chce?

 ignoruje lub lekceważy twoje odczucia i pragnienia?

Odpowiedzi twierdzące wskazują, że twoja matka przekracza – lub już przekroczyła – granicę, która dzieli matki kochające od niekochających. Zachowania jak wyżej przypuszczalnie nie są niczym nowym dla ciebie, podejrzewam wręcz, że spotykałaś się z nimi przez większość życia. Aby się o tym przekonać, wystarczy sformułować te same pytania w czasie przeszłym i przypomnieć sobie, co się działo, gdy byłaś młodsza.

Następna lista pytań ma na celu uświadomić ci, jak dalece naznaczyła cię relacja z matką. Tym razem są to więc pytania o ciebie.

A zatem, czy:

 zastanawiasz się, czy matka cię kocha – i dopuszczasz do siebie żenującą myśl, że chyba nie?

 czujesz się odpowiedzialna za pomyślność wszystkich z wyjątkiem siebie samej?

 uważasz, że potrzeby, chęci i oczekiwania twojej matki są ważniejsze od twoich własnych?

 uważasz miłość za coś, na co musisz sobie zasłużyć?

 uważasz, że cokolwiek zrobisz dla matki, to i tak nie będzie dosyć?

 uważasz, że musisz chronić ją za wszelką cenę, nawet przed wiedzą, że sprawia ci ból?

 masz poczucie winy i uważasz się za kogoś złego, jeśli nie spełniasz życzeń innych ludzi, na czele z twoją matką?

 ukrywasz przed nią swoje uczucia i pewne fakty z własnego życia, wiedząc, że może wykorzystać je przeciwko tobie?

 ciągle potrzebujesz cudzej aprobaty?

 czujesz się zastraszona, winna, nic nieznacząca, niezależnie od wszelkich swoich osiągnięć?

 zastanawiasz się, na czym polega twój defekt, który nie pozwala ci znaleźć kochającego partnera?

 wzbraniasz się przed myślą o dzieciach (jeśli chcesz je mieć) z obawy, że okazałyby się równie „nieudane” jak ty (w twoim mniemaniu)?

Wszystkie te uczucia i przekonania są bezpośrednim następstwem „matczynej rany” i jak ona mają korzenie w dzieciństwie. Nawet jeśli odpowiedziałaś „tak” na każde z powyższych pytań, uwierz mi, proszę, że nie jesteś ani potępiona na wieki, ani nieodwracalnie „uszkodzona”. Jest wiele zmian, których wdrożenie od zaraz może znacząco poprawić ci życie, twój wizerunek we własnych oczach i relacje z innymi ludźmi.

Kobiety, które spotkasz w tej książce, mają z tobą wiele wspólnego. Na kolejnych stronach poznasz ich dzieje, zobaczysz, jak dzielnie zmierzyły się z przeszłością i jak dzięki nowemu spojrzeniu na swoje matki i siebie same radykalnie odmieniły swój los na lepsze. Zabiorę cię w taką samą uzdrawiającą podróż, jaką odbywam na sesjach z moimi pacjentkami, i wyposażę w odpowiednie narzędzia, abyś mogła definitywnie pozbyć się ran po dorastaniu w cieniu niekochającej matki.

Jak przedstawia się układ tej książki

W pierwszej części zapoznasz się z pięcioma najczęstszymi typami niekochających matek. Weźmiesz udział w moich sesjach z córkami takimi jak Heather, i to ich oczami spojrzysz na zachowania matek należących do poszczególnych kategorii. Wysłuchasz opowieści córek na temat ich minionych i obecnych relacji z matkami, a także wpływu tych stosunków na wszelkie inne sfery ich życia. Poznasz również wypracowywane od dzieciństwa mechanizmy chroniące przed niezdolnymi do miłości matkami i zrozumiesz, dlaczego te dziecięce reakcje obronne dokonują aż takich spustoszeń w psychice niekochanych córek.

Będziesz wreszcie mogła zobaczyć zachowania swojej matki w kontekście wolnym od uzasadnień i racjonalizacji, które prawdopodobnie słyszałaś od zawsze. To pozwoli ci zrozumieć ją o wiele lepiej niż kiedykolwiek. Jestem pewna, że zyskasz też znacznie jaśniejsze spojrzenie na siebie samą. Najprawdopodobniej odnajdziesz elementy własnych doświadczeń w niejednym rozdziale tej książki, albowiem wiele niekochających matek łączy w sobie kilka kategorii. Z kolei córki pozbawione zdrowego matkowania mają podobne blizny, niezależnie od przynależności ich matek do któregoś z opisanych przeze mnie typów.

W drugiej części książki przejdziemy od diagnostyki do terapii. Przedstawię ci krok po kroku strategie ukierunkowane na zmianę twojej relacji z matką i całego życia na lepsze. Popracujemy wspólnie nad tym, by przełożyć twoją nową wiedzę na sferę emocjonalną i umożliwić ci diametralnie inną percepcję osoby matki oraz twojej własnej. Następnie dostarczę ci narzędzi do wzmocnienia pewności siebie, szacunku do samej siebie i wiary, dzisiaj zapewne szczątkowej, że zasługujesz na miłość.

Już teraz mogę cię zapewnić, na podstawie doświadczeń zarówno moich osobistych, jak i tysięcy innych córek, że przekonanie o nieuleczalności twojej traumy z dzieciństwa nie musi ci towarzyszyć do końca życia. Obiecuję ci trwałe wyzdrowienie jako efekt naszej wspólnej pracy. A wtedy i w sobie, i w świecie wokół odnajdziesz pełnię, mądrość i ukojenie, za którymi tak długo tęskniłaś.

Część I

Jak zidentyfikować „matczyną ranę”

rozdział I

Tabu wokół matczynej miłości

„Nie waż się źle mówić o swojej matce”

Można by pomyśleć, że w dzisiejszych czasach psychologia nie ma już przed nami tajemnic – a mimo to nadal nie pozbyliśmy się wyidealizowanego poglądu na macierzyństwo, według którego matka jest z definicji zdolna do miłości, opieki i dobroci. Mit ten stanowi znakomitą przykrywkę dla niekochających matek, pozwalając im zdecydowanie za często działać bez żadnych przeszkód – podczas gdy ich mężowie, krewni i społeczeństwo jako takie z góry tłumią czy odrzucają wszelką krytykę pod ich adresem.

Większość społeczeństw gloryfikuje matki, tak jakby zwykły biologiczny akt wydania dziecka na świat automatycznie pociągał za sobą najwznioślejsze uczucia. A to po prostu nieprawda. Nie istnieje magiczny pstryczek, którego naciśnięcie włączałoby osławiony „instynkt macierzyński” niczym żarówkę i dawało pewność, że każda kobieta, nawet zaburzona emocjonalnie, natychmiast nawiąże więź ze swoim dzieckiem, będzie umiała rozpoznać i zaspokoić jego potrzeby i otoczy je życiodajną, czułą opieką. Oczywiście, freudowska nagonka na matki – obwinianie ich o wszystko, co złego dzieje się z dziećmi w każdym wieku – okazała się bezpodstawna, niemniej podobną fantazją jest odruchowe stawianie znaku równości między macierzyństwem a zdrową miłością do dziecka.

Ta szeroko rozpowszechniona wiara ma taką siłę, że praktycznie pozbawia głosu dzieci niekochających matek. Jeśli spróbujesz szczerze opowiedzieć o waszych relacjach – o tym, jak twoja matka naprawdę się wobec ciebie zachowywała – niechybnie natkniesz się na mur oporu ze strony potężnych sił zewnętrznych (z twoją matką na czele, rzecz jasna) zjednoczonych w jej irracjonalnej obronie przed tobą.

W istocie rzeczy problem matek niezdolnych do miłości stanowi tak wielkie tabu, a postawy wobec zadanych przez nie urazów są tak bardzo zakłamane, że niemal na pewno spotkasz się ze sceptycyzmem, krytyką, w najlepszym razie z bezproduktywnymi radami. Jeśli kiedykolwiek wcześniej próbowałaś ułożyć sobie od nowa stosunki z matką, już wiesz, jak to wygląda:

 Wyciągasz rękę do zgody i natychmiast wpadasz w sieć krytyki i manipulacji. Po raz kolejny dowiadujesz się, że jesteś niewdzięcznicą. Egoistką. Istotą bez serca. Córką, która na zawsze pozostanie jej dłużniczką, niezależnie od tego, co zrobi.

 Radzisz się krewnych, czasem przyjaciół, a oni wykrzykują ze zgrozą: „Jak możesz tak mówić o własnej matce? Przecież to twoja matka! Co się z tobą dzieje?”.

 Pechowo trafiasz na konsultację do niewłaściwego terapeuty, który każe ci „wybaczyć i zapomnieć”, a następnie pogodzić się z matką, nieważne, jak wiele miałoby cię to kosztować.

 Szukasz wsparcia u księdza czy innego doradcy duchowego i dostajesz jako pociechę slogany w rodzaju: „czcij matkę swoją”, „tylko przebaczenie może cię uzdrowić” albo „rodzina jest najważniejsza”.

 Dzielisz się swoim problemem z partnerem, który zbywa cię byle czym, mówiąc na przykład: „Nie daj jej wejść sobie na głowę. Ona po prostu taka jest”.

Po tym wszystkim wracasz do punktu wyjścia – równie zdezorientowana, równie samotna jak wcześniej, a dodatkowo jeszcze zażenowana nieudaną próbą konfrontacji z własną historią. Możesz nawet zastanawiać się, czy w ogóle masz prawo czuć się tak, jak naprawdę się czujesz.

Inni nie widzą tego co ty

Walka z bólem i następstwami posiadania niekochającej matki może napawać poczuciem wielkiej samotności, wręcz izolacji. Do ludzi, którzy mieli szczęście zaznać czułej i mądrej macierzyńskiej miłości, z trudem dociera fakt, że nie wszystkie matki są takie jak ich własne – i dlatego nawet najżyczliwszym przyjaciołom czy krewnym często zdarza się bagatelizować ból niekochanej córki, raczej strofować ją niż wspierać. Moja pacjentka Valerie, 32-letnia programistka komputerowa, przyszła do mnie po pomoc w przezwyciężaniu nieśmiałości i lęku, blokujących ją w życiu zawodowym i społecznym. Jak sama mówiła, z trudem otwierała się na innych, przede wszystkim dlatego, że „ludzie po prostu jej nie rozumieli”.

 

Gdy poprosiłam o przykład, opisała mi takie oto niedawne wydarzenie ze swego życia:

VALERIE: Miesiąc temu zapisałam się na kurs malarstwa dla dorosłych – coś, o czym zawsze marzyłam. Instruktorka od początku chwaliła moje akwarelki i z zajęć na zajęcia zaprzyjaźniałyśmy się coraz bardziej, mimo 25-letniej różnicy wieku. Terry powiedziała mi, że szykuje wystawę prac swoich uczniów. Nie posiadałam się z radości, kiedy usłyszałam, że wybrała na nią również dwa moje obrazki. I wtedy nagle zaczęłam płakać, a gdy Terry zapytała, co się stało, przyznałam się, że właśnie tego ranka miałam straszliwą scysję z matką przez telefon i że nie zamierzam jej zaprosić na wystawę.

A Terry na to, że bardzo chętnie poznałaby moją mamę, z zawodu dekoratorkę wnętrz – i również niespełnioną artystkę, chociaż tego akurat jej nie powiedziałam. Wracała do tematu kilka razy i w końcu, chcąc nie chcąc, wysłałam mamie mail z zaproszeniem. No i mama przyszła na wystawę, rozpływała się w zachwytach nad wszystkimi pracami – z wyjątkiem moich – a już dla Terry była słodka jak miód i oczywiście oczarowała ją zupełnie. Później Terry powiedziała mi, że chciałaby mieć taką kochającą matkę – że dałaby wszystko, żeby jej własna jeszcze żyła – i że powinnam doceniać moje szczęście.

Nie mogłam tego słuchać. Coś mnie podkusiło, żeby wyprowadzić ją z błędu. „Wiesz – powiedziałam – czasami pozory mylą. Moja mama jest w rzeczywistości bardzo skoncentrowana na sobie i bardzo krytyczna wobec mnie. Często zachowuje się tak, jakby uważała mnie za rywalkę”. Miałam wrażenie, że moje słowa w ogóle nie dotarły do Terry, bo powtórzyła swoje: „Powinnaś dziękować losowi za matkę, która przejmuje się tobą tak bardzo, że przyszła oglądać twoje prace”.

Valerie poczuła się sfrustrowana i zawiedziona reakcją nowej przyjaciółki. A jeśli zabolało to ją, dorosłą kobietę, wyobraź sobie – albo przypomnij – o ileż bardziej musi cierpieć całkowicie zależna dziewczynka czy nastolatka, której nikt nie chce wysłuchać i zrozumieć.

Colleen, 28-letnia singielka, menedżerka w sieci supermarketów, powiedziała mi, że właściwie odkąd pamięta, żyła w permanentnej depresji. Radziła sobie dzięki lekom, ale była dostatecznie przenikliwa, by szukać pomocy również w psychoterapii. Czuła, że przyczyna jej obniżonego nastroju kryje się w nierozpracowanych problemach z przeszłości, i dlatego trafiła do mnie. Gdy już poznałam ją nieco lepiej, poprosiłam, żeby opowiedziała mi coś o swoim dzieciństwie. Oto, czego się dowiedziałam.

COLLEEN: Nigdy nie miałam z kim porozmawiać… Nikt mnie nie słuchał i po prostu dusiłam w sobie mój smutek. Gdy próbowałam skarżyć się ojcu na mamę, powtarzał tylko, żebym była dla niej grzeczna. Pewnego razu rodzice gdzieś pojechali i nocowałam u cioci Giny. Zapytała mnie, jak tam w domu. Czułam się przy niej bezpiecznie – zawsze zachowywała się w porządku – więc powiedziałam jej, że z mamą jest chyba coś nie tak, że stale na mnie krzyczy, czepia się, mówi, że jestem do niczego… Ciocia wysłuchała mnie spokojnie i jak myślałam, ze zrozumieniem, ale później orzekła, że muszę dbać o mamę i nie brać sobie do serca tego, co na mnie wygaduje. „Twoja mama jest bardzo nieszczęśliwa z twoim tatą – zdradziła mi – i gdyby nie ty, już dawno by od niego odeszła. Nie odchodzi ze względu na ciebie, widzisz, to z jej strony wielkie poświęcenie. Więc tym bardziej nie bądź taka przewrażliwiona”. Miałam wrażenie, że ciocia też jest na mnie zła. I zaczęłam żałować, że w ogóle coś jej powiedziałam. „No super, pomyślałam sobie, teraz i ona będzie przeciwko mnie. Powinnam była milczeć”.

Bardzo charakterystyczną cechą niekochanych córek jest tęsknota za kimś, kto uwierzytelni ich przeżycia. Kto powie: „Tak, to, o czym mówisz, zdarzyło się naprawdę. Tak, twoje uczucia są uzasadnione. Tak, rozumiem cię”.

Tymczasem najczęściej spotykają się z wielką, niemal namacalną presją, żeby milczeć o werbalnych, emocjonalnych czy nawet fizycznych okrucieństwach, jakich doświadczyły w dzieciństwie. Wszystko i wszyscy zdają się utwierdzać je w przekonaniu, że nie należy o tym opowiadać. Zasady narzucane dzieciom są jednoznaczne: Nie mów nikomu. Nie mów nawet sobie.

I w ten oto sposób uczysz się tłumienia, wypierania, minimalizacji albo wręcz podawania w wątpliwość twojej własnej historii. Twojej prawdy.

Jak odbywa się internalizacja odrzucenia przez matkę

Odruch maksymalnej szlachetności, na jaką zdobywasz się w odniesieniu do matki, może wydawać się pozytywny, niemniej maskuje całą plątaninę fałszywych tropów ukrytych pod powierzchnią twego życia – coś, co można by nazwać twoją emocjonalną strefą sejsmiczną. Robiąc dobrą minę do złej gry, utrzymujesz co prawda status quo i pozorny spokój, jednak nie jest to twój wybór, ale raczej rodzaj paraliżu pod wpływem wstydu i lęku. Nie ma wtedy mowy o prawdziwym dobrostanie – funkcjonujesz dzięki przewrotnej emocjonalnej alchemii i wymuszonej amnezji.

Wszelkie komunikaty z zewnątrz w odpowiedzi na twoje próby ujawnienia prawdy odbijają się w tobie echem, generując silne emocje:

 Przytłacza cię własna nielojalność wobec matki, głęboko wpojone poczucie, że nie masz prawa jej krytykować – a prawda w twoim przypadku równa się właśnie krytyce. „Jakkolwiek by było, to ona dała mi życie”.

 Wstydzisz się swojej sytuacji. „Przecież wszystkie matki kochają własne dzieci – powtarzasz sobie w myślach, ulegając, a jakże, wspomnianym wcześniej stereotypom. – A jeśli jest inaczej, muszą mieć po temu poważne powody”.

 Powątpiewasz we własną percepcję rzeczywistości. Zastanawiasz się, czy rzeczywiście nie jesteś „przewrażliwiona”, albo karcisz się w duchu za nadmierne użalanie się nad sobą.

Te myśli i uczucia są tak intensywne i dla większości z nas tak straszne, drążące tak głęboką studnię bólu i niepewności, że wygenerowany przez nie stan można określić tylko mianem zgrozy. Zgrozę budzą zwłaszcza następstwa wewnętrznego przyzwolenia na nazwanie rzeczy po imieniu – że matka mnie nie kocha – i prób zmiany waszej wzajemnej relacji.

Oto słowa, jakie najczęściej słyszę od córek, gdy tłumaczą, dlaczego przez tyle lat nie chciały spojrzeć prawdzie w oczy i uznać swoich matek za niekochające, choćby doznały od nich najgorszego traktowania:

 Nie dałabym sobie rady z poczuciem winy.

 To byłoby zbyt smutne.

 Bałam się jeszcze większej straty.

Wylękniona dziewczynka w dorosłej kobiecie ostrzega: „Jeśli powiesz prawdę, może to oznaczać, że już w ogóle nie będziesz mieć matki”. Słysząc szept tego wewnętrznego dziecka, nawet najrozsądniejsze i najbardziej spełnione kobiety zapominają, że dawno wyrosły z wieku, w którym ścisła więź z matką była im niezbędna do życia.

Co zatem możesz zrobić, jeśli z góry założyłaś, że nie zniosłabyś uczuć towarzyszących prawdzie? Masz tylko jedno wyjście: racjonalizację, za którą płacisz jednak zniekształceniem obrazu was obu, i ciebie samej, i twojej matki.

„Pomyśl, ona naprawdę ma ciężkie życie – mówisz sobie. – Postaraj się ją zrozumieć”.

Colleen niestrudzenie szukała dowodów na to, że jej matka „nie jest taka zła”. Jej racjonalizacja brzmiała mi aż nadto znajomo:

COLLEEN: Tylko proszę nie myśleć, że demonizuję moją mamę, broń Boże! W końcu o nas dbała – nigdy nie chodziłam głodna, miałam podręczniki do szkoły i ładne ubrania… No i prawdę mówiąc, byłam dość nieznośnym dzieckiem. Właściwie trudno się dziwić, że ciągle na mnie krzyczała.

Ta młoda kobieta nadal żyła nadzieją, że znajdzie coś pozytywnego w swojej relacji z matką, która owszem, mogła właściwie karmić ją przy stole, a jednocześnie głodzić emocjonalnie. Aby liczyć na hipotetyczne pojednanie, Colleen musiała się przyznawać do niepopełnionych win, a nawet oskarżać samą siebie – znów w sposób tak dobrze mi znany i paradoksalnie tak kojący dla niekochanych córek.