Znam twój sekret

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Stojąca obok niego Ella pokiwała głową energicznie.

– Jak wam się udało tak szybko to zorganizować? – zapytał Dan, mocując się z Alfiem, który ni stąd, ni zowąd stał się nieśmiały i uczepił się nogi ojca. – Musieliście strasznie się spieszyć, żeby na czas załatwić wszystkie formalności – ciągnął, jak zawsze praktyczny. Dan nie widział żarliwej i szalonej miłości, a jedynie problemy związane z organizacją ślubu w krótkim czasie i w obcym kraju.

– Poszło sprawniej, niż można by sądzić – wyjaśnił Jamie. – Wystarczyło zebrać odpowiednie papiery i wiedzieć, co trzeba zrobić. Okazuje się, że moja żonka jest nie tylko piękna i już po kilku dniach podpisaliśmy dokumenty i zarezerwowaliśmy ślub.

– Chcieliśmy cichego ślubu, tylko we dwoje… – dodała Ella, patrząc na Joy. Ta uniosła brew, ale złagodziła surową minę uśmiechem. Dosyć sztywnym.

– Nie chciałem czekać, aż ona mi się wymknie – powiedział Jamie, jeden jedyny raz nie zauważając matczynej dezaprobaty. Nie widział nikogo poza nową żoną. Uśmiechał się do niej, tonął w jej oczach.

– Oczywiście, oczywiście. – Joy przegrupowywała siły w obliczu tego wszystkiego. – Zawsze możemy coś zorganizować dla rodziny i przyjaciół po powrocie do domu, może w klubie golfowym? – Spojrzała na Boba, który wzruszył ramionami.

Byłam przeświadczona, że Jamie i Ella pobrali się ukradkiem właśnie po to, by uniknąć takich miejsc jak „klub golfowy”. Drewniane stoły, beżowy bufet – nie byłoby czym błysnąć na Instagramie. Nie, tym dwojgu pisana była ceremonia na tle splendoru i urody włoskiego wybrzeża.

– Och, Jamie – westchnęła znów Joy. Sprawiała wrażenie zdenerwowanej – niewątpliwie czuła się rozdarta między radością z przyjazdu syna a popłochem, że właśnie przedstawił im zupełnie obcą osobę jako swoją żonę. – Szkoda tylko, że nic nie mówiłeś. Nie wiedziałam nawet, że przyjedziesz… z kimś.

– To bez znaczenia. Teraz już jesteśmy razem, a wy będziecie mieli całe dziesięć dni, by poznać Ellę oraz by ona poznała was. – Jamiemu wszystko zawsze wydawało się proste i nieskomplikowane – widział to, czego pragnął, i sięgał po to, nie bacząc na nikogo innego.

– Bardzo się na to cieszę – powiedziała Joy, choć widać było, że jest zupełnie inaczej. Czytałam w jej twarzy, że rozwój wypadków niemile ją zaskoczył – zresztą podobnie jak nas. – No i teraz mi głupio, że umieściłam cię w małym, pojedynczym pokoju, Jamie.

– Nic nie szkodzi – odparł, podniósł swój plecak i wziął torbę podróżną Elli marki Gucci. – Możemy spać byle gdzie, spaliśmy zresztą na zewnątrz… Pod gwiazdami, prawda, skarbie?

– Tak, skarbie. – Ella skinęła głową, uśmiechając się na wzmiankę o tym. Podniosła na niego wzrok, delikatnie ujęła jego ramię i kolejny raz odebrała matce.

Objęłam Violet, która wpatrywała się w Ellę, jakby przebywała w obecności najprawdziwszej księżniczki z bajki Disneya.

– Nie, skądże, nie możecie spać na zewnątrz. To znaczy w sumie to wasz miesiąc miodowy… – powiedziała Joy, spoglądając na mnie z ukosa. Wiedziała, że ja poczuję się równie skrępowana całą tą sytuacją jak ona. Zerknęłam na Boba, by sprawdzić, jak zareagował na nowiny, on jednak machinalnie podnosił pozostałe torby Jamiego i Elli.

– Och, w bagażniku też są rzeczy – napomknął Jamie, a dzieci rzuciły się na tył auta i zaczęły grzebać w otwartym bagażniku. Liczyły chyba na zwyczajowe prezenty od wujka Jamiego. Widywał je zaledwie kilka razy do roku i na ogół właśnie skądś wracał, toteż kupował im upominki w miejscach, które odwiedził. Ale może tym razem z podróży przywiózł na pamiątkę tylko Ellę.

ROZDZIAŁ PIĄTY

– O rany! Ale to ciężkie! – usłyszałam głos Violet, która ciągnęła po żwirze ogromną torbę na zakupy marki Versace.

– Czy to prezent dla mnie? – wyseplenił słodko Alfie. Podniósł na Jamiego rozwarte szeroko, pytające oczy, a Jamie spojrzał na niego z góry. Wtedy zobaczyłam, jak zmienił się na twarzy – w rozkochanym błogostanie świeżo upieczonego żonkosia zupełnie zapomniał przywieźć coś dzieciom.

– Wybacz, kolego – powiedział z uśmiechem. – Chciałem ci rano coś kupić, ale ciocia Ella strasznie się guzdrała w sklepach z ubraniami. – Pochylił się, zmierzwił Alfiemu włosy i wziął Freddiego na barana ku uciesze młodszego chłopca.

– Wio, koniku, wio! – ryknął Freddie, ciągnąc Jamiego za uszy, jakby to były lejce. Wujek Jamie nie musiał tak naprawdę przywozić dzieciom podarków – wystarczało im, że się z nimi bawi.

Joy powiodła wzrokiem za Danem, Bobem i Violet, którzy mijali nas, niosąc naręcza toreb z zakupami od włoskich projektantów.

– Och, nie próżnowałaś – zwróciła się do Elli z lekką nutką dezaprobaty w głosie.

– Och, tak, wstąpiliśmy wcześniej do miasta – odparła Ella. – Potrzebowałam paru drobiazgów.

– Paru drobiazgów? – wtrącił Bob ze śmiechem. – To wszystko musiało kosztować kupę kasy!

– Daj spokój, Bob, nie zawstydzaj Elli. – Joy się wycofała. Wolała okazywać niesmak subtelniej. – Jeśli panna młoda nie może sobie kupić ładnych rzeczy w miesiącu miodowym, nie najlepiej świadczy to o sytuacji, prawda, kotku? – zwróciła się do Elli, starając się wynagrodzić dość ordynarny komentarz Boba na temat kosztów.

Ella uśmiechnęła się do Boba wyrozumiale.

– Mężczyźni nie rozumieją zakupów – westchnęła i obróciła się do Joy, która przewróciła zgodnie oczami. Czy ja właśnie byłam świadkiem nawiązania nici porozumienia? Czy wszystko się ułoży? Może Ella dobrze się wpasuje w rodzinę i będzie wspaniale? Jako jedynaczka zawsze chciałam mieć siostrę. Kto wie, może Ella okaże się dla mnie upragnioną młodszą siostrą.

Mężczyźni i dzieci weszli do środka, objuczeni bagażami i sprawunkami, Ella patrzyła, jak taksówka odjeżdża, a Joy wykrzykiwała do Boba instrukcje, do którego pokoju ma zanieść rzeczy. Nie obrócił się, podniósł tylko rękę na znak, że usłyszał.

– Bob! BOB! – krzyczała Joy. Zapewne chciała, by potwierdził, że przyjął polecenia do wiadomości. Cmoknęła, odwróciła się i obserwowała, jak taksówka wznieca kłębki białego pyłu ze żwiru, znikając na horyzoncie. – On nigdy nie słucha – mruknęła. – Po prostu robi, co się mu żywnie podoba, i nim się człowiek obejrzy, zaniesie wszystkie rzeczy do niewłaściwego pokoju i trzeba będzie znowu je przekładać.

Stałyśmy teraz na podjeździe tylko we trzy. Obrzuciłam szybkim spojrzeniem pozostałe dwie kobiety, które nie zdradzały chęci, by się ruszyć. Nie byłam pewna, co robić. Mam iść i pomóc pozostałym z bagażami, tak by Joy mogła zostać sama z nową synową, czy też wolałaby mieć mnie w odwodzie? A może raczej Ella chciałaby mojego wsparcia? W końcu spotkanie calutkiej rodziny świeżo upieczonych krewniaków każdego by onieśmieliło.

Młoda kobieta westchnęła i uniosła ogromny szal rozjaśnionych przez słońce włosów z karku.

– Jak gorąco! – szepnęła.

Sukienka na ramiączkach ukazywała jej idealne łopatki, kształtne jak u rzeźby. Nigdy się nie zastanawiałam nad własnymi łopatkami, ale mogłam się założyć, że wyglądały inaczej. Co za osoba zazdrości innym tej części ciała? Ludzie w ogóle to robią?

Ella nadal miała ręce za głową, podtrzymując pukle. Złociste kosmyki wymykały się jej na wilgotny od upału kark. Wyglądała jak modelka w czasopiśmie, główny punkt artykułu na temat pielęgnacji skóry latem albo metod na zdobycie perfekcyjnej opalenizny. Wygięte plecy, sterczące piersi, no i te łopatki. Powiodłam wzrokiem ku jej dłoniom i brylantowi, dzięki któremu stała się jedną z nas.

– Och, oprowadzę cię – powiedziała Joy, wzięła Ellę pod ramię i powiodła przez ogród. Słyszałam, jak obiecuje jej gin z tonikiem na patio, tak samo jak wcześniej mnie.

Poczłapałam za nimi, niosąc ostatnie torby Elli, porzucone w skwarze i pyle. Nie zdawała sobie chyba sprawy, że je wzięłam, a gdy je dogoniłam, była zajęta sapaniem z zachwytu nad widokiem na basen i dalszy krajobraz.

– Będziemy się wspaniale bawić – szepnęła Ella jakby do siebie.

Joy potaknęła, idąc z Ellą do drzwi willi. Odwróciła się i uśmiechnęła z politowaniem, gdy zobaczyła, jak się pocę nieelegancko i taszczę ostatnią z toreb Elli.

– Dasz radę? – zapytała, a młodsza z kobiet natychmiast podeszła do mnie, zostawiając Joy.

– Och, Clare, ja to wezmę – powiedziała. W delikatnej, zdobnej w Tiffany’ego dłoni niosła jedynie torebkę od Prady. Bez większego przekonania sięgnęła po torbę. Z miejsca uznałam, że pod jej ciężarem może się jej złamać ręka, więc pokręciłam głową.

– Dam radę, nie ma problemu. – Uśmiechnęłam się.

– Na pewno? – dopytywała, a potem dodała przyciszonym głosem: – W twoim wieku… Chyba nie jest dla ciebie za ciężka?

Stałam bez ruchu, bo nie byłam pewna, czy dobrze usłyszałam.

– Słucham? – zapytałam, uśmiechając się półgębkiem z założeniem, że to jakiś żart.

– Nic takiego. Po prostu uważaj na schodach – powiedziała nieco głośniej, pochylając się w moją stronę. – Nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdyby coś ci się stało.

Powędrowała z powrotem do Joy, która nie miała pojęcia, co Ella mi właśnie powiedziała.

– Wejdź do środka, Ello – zapraszała Joy. – Klimatyzacja nie jest najlepsza, ale w domu jest nieco chłodniej niż tutaj. Istny upał. – Porwała ją z sobą do willi. Nie weszłam za nimi, lecz stałam jeszcze chwilę, czując się jak po ciosie w brzuch. Przesłyszałam się kompletnie? Naprawdę powiedziała „w twoim wieku”? I jeszcze ten komentarz, żebym uważała na schodach… Nie przypominało to wskazówki z zakresu BHP, lecz zawoalowaną groźbę.

W końcu weszłam do willi, wciąż targając rzeczy Elli. Miałam nadzieję, że zjawi się Dan i przejmie ode mnie ciężar, nim dojdziemy do schodów, lecz nie było po nim śladu. Ella stała właśnie na szczycie krętych stopni i gawędziła z Joy z ożywieniem. Poszłam w tamtą stronę, wmawiając sobie, że się przesłyszałam, i dysząc ciężko przy dźwiganiu jej torby jak cholerny bagażowy. Koniecznie chciałam udowodnić, że nie jestem jedną nogą w grobie.

 

Gdy dotarłam do pojedynczego pokoju przeznaczonego dla Jamiego solo, usiadłam na łóżku. Może ten docinek, że jestem stara, miał być żartem? Niektórzy mieli tego rodzaju poczucie humoru, gdy się ze sobą przekomarzali, na przykład Dan i Jamie. Tak, jeśli rzeczywiście coś takiego powiedziała, na pewno o to chodziło – droczyła się ze mną.

Przyglądałam się, jak porusza się po pokoju z gracją, a Joy wydziwia z bagażami.

– Naprawdę jestem Włoszką – mówiła Ella. – Mój ojciec był Włochem – urodził się i wychował w Sorrento. Mam Italię we krwi.

– Och, Sorrento leży zaledwie kawałek stąd – odparła Joy, jak gdyby miała na myśli najbliższy sklep wielobranżowy, podczas gdy Sorrento znajdowało się jakieś dziesięć mil od miejsca naszego pobytu. – Mówisz po włosku? – zapytała z nadzieją.

– Troszkę – przyznała Ella. Z jednej z toreb z zakupami wyjęła zwiewną, białą, koronkową bieliznę, którą ułożyła następnie na łóżku. Odwróciłam wzrok. Wydawało mi się, że był to dość intymny gest w obecności rodziny świeżo poślubionego męża.

– Byłabym zachwycona, gdybyś nauczyła mnie czegoś po włosku – oznajmiła Joy, która zawsze lubiła wywierać wrażenie, a pełne zdanie po włosku, którego nauczyła się od swojej nowej synowej, z pewnością zaimponowałoby po powrocie do domu „dziewczynom” (wszystkim bez wyjątku po siedemdziesiątce).

Uśmiechałam się do siebie, myśląc o tym, gdy nagle Dan stanął w drzwiach. On także zobaczył bieliznę i od razu zaczęłam się zastanawiać, czy chciałby, by założyła ją dla niego. Była to nieproszona, irracjonalna myśl i wypchnęłam ją ze świadomości. Dan skinął do mnie głową, bym wyszła z nim z pomieszczenia – jakby się bał, że jeśli przekroczy próg, spadnie na niego klątwa.

Z niechęcią wstałam, opuściłam pokój i poszłam za nim na korytarz.

– Co jest, Dan? – zapytałam z lekką irytacją, jak Violet, gdy jej mówimy, że dość już czasu spędziła z tabletem.

– Głupio mi, że mają miesiąc miodowy i muszą się gnieść w wąskim łóżku – szepnął z przejęciem.

– Jamie powiedział, że im to nie przeszkadza – odparłam.

– Tak, ale jej to może przeszkadzać – wyobraź sobie, jak byś się czuła, gdyby tobie ktoś powiedział, że mamy się cisnąć w maleńkim łóżku podczas podróży poślubnej? – dodał.

– To nie to samo. Było niemożliwe, że będziemy się cisnąć w pojedynczym łóżku, bo my naszą podróż poślubną zaplanowaliśmy, jak to robią normalni ludzie. – Nie mogłam się oprzeć pokusie przytyku pod adresem spontanicznych, zakochanych gołąbeczków, które znalazły się wśród nas. Muszę przyznać, że byłam też nieco zawiedziona – miałam nadzieję, że podczas wakacji Jamie spędzi czas ze mną i Danem. Skoro miał zacząć pracować z bratem, założyłam, że znów będziemy trójką muszkieterów, którzy grają razem w karty i za dużo piją. Joy zaproponowała, że popilnuje dzieci, więc cieszyłam się na wspólne wyjście któregoś wieczoru. Ale teraz Jamie był żonaty i wszystko już się pozmieniało.

– Pomyślałem po prostu… – Dan urwał i zaczerpnął tchu. – Pomyślałem sobie, że może oddalibyśmy im naszą sypialnię?

– To byłby miły gest, Dan, ale gdzie my byśmy spali?

– Pomyślałem… że może my spalibyśmy w mniejszym pokoju? Albo jedno z nas nocowałoby z dziećmi, a drugie w jedynce?

Własnym uszom nie wierzyłam.

– Ale w obecnym układzie nie mamy jak się razem zrelaksować w domu, to są nasze wakacje, nasze małżeństwo… Co z naszą terapią, Dan?

– I tak możemy się cieszyć urlopem, spędzać czas razem, ale moim zdaniem powinniśmy postąpić dojrzale i oddać im większy pokój.

Joy wystawiła akurat głowę z drzwi sypialni.

– Wszystko gra? – zapytała.

– Tak, wszystko w porządku – odparł Dan niepewnie, co Joy niewątpliwie zauważyła.

Teraz jednak czułam już, że mam łzy w oczach. Nie chodziło o samą sypialnię, lecz o to, że dla Dana wszystko zawsze było ważniejsze niż ja, niż my. Jamie się stawił i oznajmił, że się ożenił, więc Dan sugeruje, byśmy oddali im nasz śliczny pokój, jakby dla nas było już za późno, jakby nasza sprawa była przegrana. Zraniło mnie, że potrafi nas tak lekceważyć. Rezygnacja z pokoju na rzecz brata równała się rezygnacji z naszej jedynej szansy na poprawę relacji.

Odwróciłam się i szybko przeszłam do naszej sypialni, zostawiając Dana z matką na korytarzu. Nie chciałam, by Joy widziała, że jest mi smutno – chciałaby poznać przyczynę i starałaby się pomóc. Ale ja ten jeden raz chciałam, by Dan zrozumiał, jakie to dla mnie ważne, a nie zdawał się na Joy, by to ona rozwiązała nasze problemy.

Leżałam chwilę na łóżku w nadziei, że Dan przyjdzie i przynajmniej o tym porozmawiamy na osobności, ale dobiegł mnie głos męża, gdy ten schodził po schodach. Śmiał się z czegoś i najwyraźniej nie miał zamiaru wstąpić tu i się ze mną zobaczyć. Nie pierwszy raz zaczęłam się zastanawiać, w jakim stopniu tak naprawdę mu zależało. Parę minut później usłyszałam, jak Violet pyta, gdzie jest mama. Stała tuż za progiem, a ja miałam właśnie wstać i otworzyć drzwi, ale kojący głos Joy wywabił ją obietnicą pływania i bajki.

– Mamusia jest zmęczona, słonko – powiedziała.

Chciałam iść do Violet, lecz wciąż miałam napuchniętą od płaczu twarz, więc zmilczałam. Nadal leżałam na szerokim łożu z piękną, chłodną pościelą, gdzie Dan i ja ostrożnie zaczęliśmy odbudowywać małżeństwo wymagające intensywnej opieki. Jak mógł choćby zasugerować, że oddamy cudne, wielkie, białe łoże, by zamiast tego spać w pojedynczym łóżku, albo wręcz oddzielnie?

Jamie i Ella byli w podróży poślubnej, a Dan okazał serce, myśląc o nich, ale ja po prostu chciałabym, żeby czasem pomyślał też o mnie. Podobnie jak Ella zawsze chciałam przeżyć miesiąc miodowy we Włoszech. Pamiętam, jak rozprawiałam o tym z Danem z ekscytacją i jak wyszłam z biura podróży z plikiem broszur na temat Włoch. Znaleźliśmy cudny hotel pośród żółtych jak pierwiosnki i terakotowych budynków ulokowanych wysoko na zboczach wzgórz nad Positano. Morze jaskrawych zabudowań, wybujała purpurowa bugenwilla i ten widok – wyobrażałam sobie, jak stoimy we dwoje na balkonie, sączymy wino i planujemy przyszłość. Wzięliśmy broszury do rodziców Dana – byłam przeświadczona, że Joy przyklaśnie naszym planom z równym podnieceniem, ona jednak była nieco milcząca, powiedziała, że wyjazd zapowiada się drogo, może powinniśmy zostać w Wielkiej Brytanii? Dokuczałam potem Danowi, mówiąc, że „mamusia nie pozwoliła chłopczykowi jechać w podróż poślubną”.

Z perspektywy czasu nie wydawało mi się, bym się specjalnie myliła. Wiem, że przez kilka pierwszych lat Joy trudno się było pogodzić z tym, iż w życiu Dana jest inna kobieta poza nią. Pewnie należało się tego spodziewać. Dopóki ja się nie nawinęłam, była przyzwyczajona, że ma swoich synów tylko dla siebie.

Tak czy owak, miesiąc miodowy we Włoszech nie był nam pisany, bo tuż przed tym, jak mieliśmy go zarezerwować, jedna z koleżanek Joy zaoferowała nam w prezencie ślubnym swój domek w Devon na tydzień. Jak zauważyła Joy, niegrzecznie byłoby odmówić, a za pieniądze zaoszczędzone na wyprawie do Włoch mogliśmy zakupić porządną trzysegmentową kanapę. Dan się zgodził i obiecał, że pojedziemy do Włoch innym razem, więc ja uprzejmie przyjęłam propozycję koleżanki Joy, skrywając rozczarowanie. Rodzice Dana zapłacili za nasze wesele w klubie golfowym, więc byłam wdzięczna i nie chciałam, by Joy uznała, że zachowuję się jak rozpieszczony bachor. Wesele było cudowne – dwustu gości, trzydaniowy obiad, wszędzie kwiaty i zabójcza kiecka. Chciałam mieć skromniejszą, mniej kosztowną i bardziej osobistą uroczystość, ale, jak powiedziała Joy, „ślub się bierze tylko raz, Clare, a my mamy dużą rodzinę i mnóstwo przyjaciół, zresztą chcemy to dla was zrobić”.

Wsparli nas nawet finansowo, gdy trzeba było wpłacić zaliczkę na nasz pierwszy dom – położony niedaleko od ich domu. Joy lubiła mieć swoich chłopców przy sobie, a podejrzewam, że bliskość Dana rekompensowała tak częste, odległe podróże Jamiego. Płaciliśmy za to inaczej – częstymi, spontanicznymi odwiedzinami w weekendy albo wieczory, które ograniczały nasze wykradzione chwile intymności we wczesnych latach małżeństwa. Gdy Joy zaglądała do środka przez kwadratowe szybki w drzwiach i mówiła do Boba donośnym głosem: „Wiem, że są w domu”, a my leżeliśmy razem na kanapie, każdemu by się popsuł namiętny nastrój. „Wstąpiliśmy po drodze do supermarketu, chcieliśmy sprawdzić, czy czegoś wam nie trzeba” – mawiała, gdy otwieraliśmy drzwi. Myślę, że Joy potrzebowała towarzystwa. Bob nigdy jej tak naprawdę nie wystarczał, zapraszaliśmy ich więc do środka, robiliśmy herbatę i rozmawialiśmy z nimi. Robiłam to z grzeczności, lecz głównie po to, by Joy była zadowolona – bo my wszyscy postępowaliśmy w ten sposób.

A teraz była zadowolona. Jamie ją wprawdzie zaskoczył, ale zbuntowany syn obieżyświat wrócił na łono rodziny. Obaj synkowie na powrót znaleźli się w jej orbicie – rodzina nareszcie była razem.

Słyszałam ich teraz – Taylorów. Z dołu dobiegał ich przytłumiony śmiech, gdy ja leżałam samotnie w wielkim łożu. Chwilę później ich śmiech zaczął przerywać brzęk szkła – budzący się refren wczesnego wieczoru. Joy zaczynała zapewne kolację i spodziewała się, że dołączę do niej w kuchni, więc wyszczotkowałam włosy i umyłam twarz. Pomyślałam o pięknej sukience Elli, o jej opalonych nogach, o tym, jak uniosła włosy, by schłodzić kark, i przejrzałam ubrania wiszące w szafie. Gdy wyjmowałam je z walizki, wyglądały w porządku, choć teraz wydawały się niegustowne. Namierzyłam jednak różową, bawełnianą sukienkę, którą kupiłam specjalnie na wakacje. W sklepie ogromnie mi się spodobała i wyobrażałam sobie, jak noszę ją w zestawie z opalenizną, która jeszcze się nie pojawiła, bo za dużo czasu spędzałam z dziećmi, by się opalać. Włożyłam ją, pamiętając, jak szczupło w niej wyglądałam, gdy ją mierzyłam. Podeszłam do lustra i zamiast złocistej, dietetycznej wersji mnie ujrzałam zgrzaną, pulchną, odzianą w róż babę w średnim wieku. Wczoraj ani przedwczoraj nie miało to znaczenia, lecz teraz była tu Ella i martwiłam się, że gdy się nas porówna, źle wypadnę. Powtarzałam sobie, że mam się nie wygłupiać, i wygrzebałam stary, jedwabny szal, który owinęłam sobie wokół głowy i związałam w luźną kokardę. Byłam pewna, że dobrze to wypadnie. Widziałam jedną z młodszych koleżanek z włosami upiętymi w ten sposób – może właśnie był najwyższy czas, bym spróbowała czegoś nowego w kwestii wyglądu.

Niezależnie od tego, co sobie wmawiałam, obecność tej pięknej kobiety wywierała na mnie presję. Na sto procent stawi się na kolacji w jakiejś boskiej kreacji i z pełnym make-upem. Szal zawiązany na kokardę może i był ryzykowny, ale na pewno nie okaże się wystarczający, a w zestawieniu z moją twarzą – zaczerwienioną od porannego siedzenia przy basenie – oznaczał, że nie prezentuję się najlepiej.

Nagle usłyszałam, że ktoś wchodzi po schodach. Nie było to gorączkowe tupanie dziecięcych stóp ani ciężki chód męskich sandałów, lecz subtelne obcasy lekko stukające w drewno. W moim pokoju było tak cicho, że niebawem ustaliłam, iż kroki zmierzają do pokoju Joy i Boba. Joy prawdopodobnie podskoczyła na górę, by się odświeżyć, nim zacznie gotować wieczorny posiłek.

Zastanawiałam się, czy ma może jakiś cud-podkład, którego mogłabym użyć. Uwielbiała mieć w zanadrzu rozwiązanie problemu, zawsze kryła w torebce chusteczkę dla dzieci, którym ciekło z nosa, albo zapłakanych synowych. Joy dysponowała lekiem na każde zło: maścią, która rozprawi się z paskudną wysypką, gipsem na zadraśnięte małżeństwo… Scenariuszem rozmowy telefonicznej, która wyeliminuje tę trzecią.

Pójdę i zapytam, czy ma krem łagodzący, a przy okazji sprawdzę, czy wszystko u niej w porządku – okażę wsparcie w szokującej sytuacji wieści o ślubie Jamiego. Pochlapałam więc twarz wodą, by się ochłodzić, i poszłam się z nią zobaczyć w jej pokoju. Drzwi były prawie zamknięte, a ja nie chciałam jej wparować do sypialni, gdy się przebierała, więc zajrzałam jedynie do środka. Ale ku mojemu zdumieniu zamiast Joy ujrzałam Ellę, która stała przy toaletce Joy. Podeszłam bliżej do uchylonych drzwi, by lepiej zobaczyć, co robi. Czy była sama? Jakby w odpowiedzi na moje pytanie usłyszałam, jak Joy krzyczy na Boba, który poczęstował się czymś z lodówki.

– To na kolację – zawołała na dole.

Nadal pochylałam się, jak tylko mogłam, i zobaczyłam, jak Ella bierze etui na biżuterię Joy i wyjmuje z niego parę kolczyków z brylantami. Wiedziałam, które to, i nawet z tej odległości zauważyłam, jak błyszczą, gdy padł na nie promień słońca. Przyglądałam się zafascynowana, jak przykłada je sobie do uszu, jak gdyby chciała je przymierzyć. Czułam się zdezorientowana – co ona wyprawiała? Co za osoba weszłaby do czyjegoś pokoju pod nieobecność gospodyni i grzebałaby w cudzej biżuterii? Może Joy ją prosiła, by przyniosła te kolczyki? Ale niby czemu? Nie, sprawa była podejrzana, a zrobiło się jeszcze gorzej, gdy zauważyłam, jak Ella się rozgląda, a potem wsuwa kolczyki do kieszeni sukienki. Rozdziawiłam buzię z zaskoczenia. Czy ona właśnie ukradła biżuterię matki męża?

 

Nie wiedziałam, co robić. Próbowałam sobie jakoś zracjonalizować to, czego byłam świadkiem. Czy Ella naprawdę wzięła kolczyki i wsadziła je sobie do kieszeni? Nie mogłam pojąć tego, co, jak mi się zdawało, widziałam, lecz dalej patrzyłam przez szparę w drzwiach. Zobaczyłam, jak się ponownie rozgląda, jak gdyby sprawdzała, czy nikt nie zauważył. Odsunęłam się nieco od progu i klepka w podłodze zaskrzypiała, a ona odwróciła się gwałtownie i spiorunowała wzrokiem drzwi. Przywarłam do nich, zastygłam w bezruchu, wstrzymałam oddech, ale i tak byłam pewna, że słyszy, jak bije mi serce. W lustrze widziałam, jak nadal wpatruje się w drzwi. Potem chyba jednak uznała, że nikogo nie ma, bo zwinęła pakunek z biżuterią i starannie odłożyła go na miejsce. Gdy zwróciła się w stronę drzwi, pobiegłam szybko z powrotem do swojego pokoju, starając się poruszać bezgłośnie, przeklinając skrzypiącą klepkę i kłapanie moich japonek na korytarzu. Gdy znalazłam się bezpiecznie w sypialni, zaryglowałam drzwi, by się zastanowić. Musiałam coś powiedzieć, prawda? Ella może sobie być żoną Jamiego, ale wcześniej niejasno mówili, że romans kwitnie od „wielu tygodni”. Jak dobrze Jamie zna tę kobietę?