Znam twój sekret

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ TRZECI

Po zatrważającej, martwej ciszy, gdy Alfie zniknął, nastąpiły równie przeraźliwe, urywane krzyki, gdy próbował złapać oddech w wodzie sięgającej dwóch metrów głębokości. Miałam wrażenie, że wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. Koncentrowałam się tylko na jednym i prawie nie widziałam ani nie słyszałam niczego innego. Wepchnęłam Freddiego w ramiona Joy, jak przez mgłę zauważając, że przygląda się ona Alfiemu z rozdziawionymi ustami. Przedarłam się na skraj basenu do mojego tonącego czterolatka, wskoczyłam do środka w pełnym stroju i mobilizując wszystkie siły, złapałam mojego chłopczyka, uniosłam go z głębiny i wytargałam na powierzchnię. Trzymałam jego zapłakaną buzię nad wodą, a on próbował jednocześnie nabrać tchu, płakać i zawołać „Mamo!”. Myślałam, że dostanę zawału, ale nie miało to znaczenia – liczyło się tylko to, by znalazł się w bezpiecznym miejscu.

W końcu z niewielką pomocą Joy oboje wyszliśmy z wody. Joy nadal miała na rękach Freddiego i przykazała już Violet biec do domu po ręczniki.

Przytuliłam Alfiego. Chciało mi się płakać, przytulać go do końca świata i szlochać z ulgi, ale musiałam także sprawić, by nigdy więcej tak nie robił, więc gdy nieco już doszedł do siebie, energię z tłumionych łez przekształciłam w surowe słowa:

– Alfie, byłeś bardzo niegrzeczny – oznajmiłam, zdejmując mokry T-shirt i dżinsy, wziąwszy ręcznik od Joy. – Mogłeś sobie zrobić poważną krzywdę i mama bardzo się gniewa. – Zmarszczyłam czoło, by okazać swoje niezadowolenie.

– A nie mówiłam, że trzeba było iść do środka i napić się ginu – mruknęła Joy pod nosem. Była blada i wstrząśnięta, ja zapewne też.

– Ehe, miałaś rację, Joy – odparłam szeptem.

– Alfie, czego się właśnie nauczyliśmy? – zapytała Joy łagodnie.

– Nie wolno się moczyć? – Drżała mu broda. Przestraszył się.

– Babci chodzi o to, czy nauczyłeś się, by nigdy nie skakać do wody, gdy w pobliżu nie ma dorosłego, a ty nie masz na sobie rękawków do pływania. Jest za głęboko. Już nigdy tak nie zrobisz, prawda, Alfie? – dodałam.

Pokręcił głową energicznie. Miałam nadzieję, że przestraszył się na tyle, by zachować ostrożność, ale nie aż tak, by już nigdy nie chciał zbliżyć się do wody.

– Myślę, że powinniśmy wejść do środka, byście mogli wybrać łóżka – powiedziała babcia do dzieci, gdy Alfie i ja owinęliśmy się ręcznikami. W tej chwili wdzięczna byłam za obecność Joy, nawet jeśli trochę się rządziła. W kilka minut dzieci pędziły na górę po schodach i nie pamiętały, że Alfie otarł się o śmierć. Przynajmniej one już o tym zapomniały.

– Trzym Freddiego mocno za rękę na schodach – zawołał Bob do Violet z korytarza, gdzie on i Dan nadal porządkowali bagaże.

– „Trzymaj”, kochanie – poprawiła Joy. Violet prowadziła Freddiego po schodach, Alfie szedł za nimi, a teściowa i ja odprowadzałyśmy ich wzrokiem z dołu.

Bob przewrócił oczami w moją stronę, a ja się uśmiechnęłam.

– Byliście już z Alfiem popływać? – zapytał Bob, patrząc na mnie, a potem na Alfiego. Joy i ja spojrzałyśmy na siebie.

– Nie pytaj, Bob. – Uśmiechnęłam się ponownie.

– Tak, ujmijmy to w ten sposób: Clare idzie na gin, a Dan zajmuje się dziećmi – zaśmiała się Joy i zaprowadziła mnie do salonu.

Miałam nadzieję, że Dan zapanuje nad chaosem i kłótniami, które niechybnie wybuchną, gdy dzieci dotrą na górę i jedno będzie chciało to samo łóżko co drugie. Bob nie miał refleksu ani kondycji, by się tym zająć, ale Joy się tym nie przejmowała – przekazała podopiecznych „mężczyznom” i rozsiadła się na fotelu ze szklanką. Moją szklankę postawiła na podstawce na małym stoliku kawowym, znajdującym się obok krzesła najbliżej jej fotela. Opadłam na siedzenie, wciąż owinięta w wielki, szary ręcznik, i z wdzięcznością sięgnęłam po lodowaty trunek.

– Jak się wszystko układa? – zapytała konspiracyjnie.

– Dobrze – odparłam prędko. Chciałam się wczuć w wakacyjny nastrój i zapomnieć o naszych niedawnych problemach. Joy lubiła wściubiać nos, ale tylko dlatego, że się o nas wszystkich martwiła.

– Gdybyście chcieli z Danem uciec do baru albo coś, wystarczy, że powiecie. – Pokiwała głową. – A jutro przyjedzie Jamie – dodała. – Nie mogę się doczekać, aż go zobaczę. Nie rozmawialiśmy od kilku tygodni.

– Ale śledzisz go na Instagramie? – spytałam domyślnie. Ja także obserwowałam profil Jamiego i wiedziałam, że ostatnio odwiedził Indie. Czasem wysyłałam mu wiadomości, ale od dłuższego czasu się nie odzywałam. Za dużo zajęć na co dzień.

– Tak, wygląda na to, że świetnie się bawi – odpowiedziała, uśmiechając się na myśl o młodszym synu. – Nie widziałaś go od Bożego Narodzenia, prawda? Wasza trójka ma sporo do nadrobienia. Możemy z Bobem popilnować dzieci, jeśli chcielibyście się dokądś wybrać w któryś wieczór.

– Tak, chętnie – odparłam. Miło było się spotkać we troje, bez Joy i Boba. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym i zawsze zdrowo się uśmialiśmy.

Pewnego razu, gdy byliśmy w Hiszpanii, a ja dopiero co urodziłam Violet, zostawiliśmy ją z dziadkami i poszliśmy w trójkę do klubu nocnego. Świetnie się bawiliśmy w swoim towarzystwie, więc staraliśmy się spotykać podczas tych rodzinnych wakacji czy świąt Bożego Narodzenia. Dan i jego brat rywalizowali ze sobą trochę i sobie „dogryzali”, jak to określali, ale dobrze się dogadywali, a ja lubiłam spędzać czas z nimi oboma. Jamie był wprawdzie leniwy, wylegiwał się w łóżku do południa i nigdy nie pomagał przy posiłkach czy zmywaniu, ale potrafił zająć się dziećmi, a gdy w końcu wstał, rozpierała go energia – której biednemu, staremu Bobowi już nie starczało.

Zawsze się martwiłam, że dzieci okażą się dla Boba zbyt męczące. Poprzedniego lata pojechaliśmy na południe Francji, a gdy Violet chciała obejrzeć słoneczniki na pobliskim polu, Bob zaproponował, że zabierze ją i Alfiego. Mocno się martwiłam, że Alfie ucieknie, a Bob tak się skupi na tym, czego szukają, że nie zauważy, iż brakuje mu dziecka. Liczyłam tylko na to, że Violet – wówczas ośmioletnia – będzie pilnować trzyletniego braciszka. Pamiętam, że aż do ich powrotu nie potrafiłam się rozluźnić i byłam szczerze zaskoczona, gdy cała trójka przywędrowała do willi z szerokimi uśmiechami, Violet trajkotała, a Alfie siedział Bobowi na barana.

Siedziałam z Joy w ogrodzie i pamiętam, jak na mnie spojrzała.

– Bob sobie poradzi – powiedziała wtedy. – Wiem, że sprawia wrażenie, jakby też był dzieckiem, i Bóg mi świadkiem, sama się czasem zastanawiam, jak mu się udaje przetrwać kolejne dni, ale uwielbia te dzieciaki. Nigdy nie pozwoliłby, by stała im się jakaś krzywda, Clare.

Przypominam sobie, jaka byłam speszona, gdy Joy zauważyła, że się martwię – jakbym nie chciała powierzyć Bobowi jego własnych wnuków. Ale Joy zauważała prawie wszystko. Czasami miałam wrażenie, jakby czytała mi w myślach, więc mnie to nie zdziwiło.

Miałam nadzieję, że w tym roku Dan bardziej się zaangażuje, a dzięki temu ja będę miała więcej czasu na relaks – tak bym mogła upodobnić się na powrót do niefrasobliwej kobiety, z którą się kiedyś ożenił. Wiedziałam, że on też jest teraz na wakacjach, ale czasami miałam poczucie, że według Dana podczas naszych wyjazdów opiekę nad dziećmi powinni przejąć jego rodzice. Zwróciłam mu uwagę, że nie wolno nam tego oczekiwać – Joy i Bob się starzeją, a z Alfiem i Freddiem są pełne ręce roboty.

– Trafiłam na książkę z fantastycznymi przepisami – powiedziała Joy, gdy my siedziałyśmy w salonie, a dzieci na górze wybierały łóżka. Dobiegały nas lekko podniesione dziecinne głosy, lecz sprawiały one wrażenie raczej podekscytowanych, a nie rozłoszczonych, więc skupiłam się na przyjemnym brzęku, jaki wydawał drink Joy, gdy kręciła gin i lód w szklance.

– O, nowa książka kucharska? Jestem zwarta i gotowa, szefowo – zażartowałam. Podczas wakacji Joy i ja zawsze pichciłyśmy razem. Świetnie gotowała i wiele się od niej nauczyłam, lecz chodziło o coś więcej – rytuał łączący kobiety. To krojąc mięso, przygotowując warzywa, rozprawiając o recepturach czy jedzeniu, które już kiedyś przyrządzałyśmy, byłyśmy sobie najbliższe. Miałyśmy wspólną kulinarną historię. Rozkoszowałam się nią. W przytulnym cieple kuchni Joy w czasie Bożego Narodzenia roztrząsałyśmy temperaturę indyka i debatowałyśmy o ilości ziół w farszu. A teraz, upalnym latem w śródziemnomorskiej kuchni, wypełnimy przestrzeń rozmową, parą, czosnkiem. A później, gdy jedzenie znajdzie się w piecu, a dzieci będą z mężczyznami, Joy sięgnie do lodówki, odłamie kilka kostek lodu, weźmie dwie szklanki i znajdziemy kącik, by się wspólnie napić ginu. Jak w zegarku. „Chodź na klina, zanim wszyscy wrócą” – powie, stukniemy się szklankami i będziemy sobie wzajemnie opowiadać historie. W tych złotych chwilach była niezrównana. Oto kobieta, która kocha mojego męża i dzieci tak samo jak ja. Toczyłyśmy tę samą bitwę, mierzyłyśmy się z identycznymi problemami – byłyśmy zjednoczone.

W rodzinnych wakacjach i spotkaniach jedzenie zawsze odgrywało główną rolę. Stwarzało sposobność, byśmy usiedli wspólnie przy stole, a Joy zajęła miejsce na jego szczycie.

W każdą Wigilię przyjeżdżaliśmy do wielkiego domu Joy i Boba na wystawne, tradycyjne Boże Narodzenie. Jednego roku Violet była strasznie przeziębiona, ale Joy nie chciała słyszeć, że mielibyśmy zostać w domu.

– Opatul ją ciepło i daj jej paracetamolu, Clare – rzekła. – Nie może was ominąć rodzinna Gwiazdka.

Ja jednak nie chciałam wyprowadzać córki na zimno i niepokoić Alfiego. Gdy powiedziałam to Danowi, on stwierdził:

– To nie będą prawdziwe święta, jeśli nie spędzimy ich z rodzicami. – Potem dodał: – Mamie pękłoby serce, gdyby nas nie było.

Uległam, a już kilka godzin później Violet odzyskała siły. Jak gdyby Joy siłą woli mogła stworzyć święta idealne. Nic nie mogło stanąć jej na przeszkodzie – i zawsze miała rację.

 

Z wakacjami było tak samo – były to rodzinne spędy zorganizowane, opłacone i z entuzjazmem zarezerwowane przez Joy. Oto więc znaleźliśmy się na Wybrzeżu Amalfitańskim, dokąd zawsze pragnęłam się wybrać, i jak dotąd było tak pięknie, jak sobie wymarzyłam.

Przyjemnie się siedziało i piło gin z teściową, szczególnie że pijała tylko najlepsze trunki i była miłą towarzyszką. Synowe często łączą napięte stosunki z matkami mężów i w naszym przypadku też nie zawsze szło gładko, ale wyjąwszy nieco despotyczny charakter, Joy była w porządku. Tego pierwszego wieczoru we Włoszech było gorąco, a ja czułam się wyczerpana, emocjonalnie, fizycznie, i gdy Joy mówiła, ja wsparłam głowę na skórzanym oparciu. Dobrze się tu czułam i willa była prześliczna. W salonie były grube, wysokie, pomalowane na biało ściany i stały wielkie, aksamitne sofy oraz wbudowane szafki z pięknego, ciemnego drewna. Pokój zdobiły ogromne lampy, a wszędzie na ścianach wisiały obrazy. Tu i ówdzie znajdowały się również mroczniejsze akcenty – na przykład klatka z wypchanym ptakiem, którego martwe, czarne, paciorkowate oczy zdawały się mnie strofować, ilekroć napotkałam ich spojrzenie. Poczułam się przez niego nieco nieswojo, ale był to drobiazg i kolebkowate sklepienia, drewniane okiennice i chłodne, marmurowe podłogi z nawiązką wynagradzały nieprzyjemne wrażenie.

– Jest tu uroczy butik, o którym Margaret mi opowiadała, zaraz obok… – mówiła Joy.

– Świetnie! – odpowiedziałam. Nie byłam przekonana, czy dzieciom sprawią przyjemność długie zakupy w butiku, nie chciałam jednak jej odmawiać. Po prostu nie chciałam sprawić jej zawodu. Z Danem i Bobem, a nawet Jamiem, było tak samo – wszyscy chcieliśmy uszczęśliwić Joy. Taką była osobą.

Pamiętam, że kiedy Dan pierwszy raz zaprosił mnie do domu, bym poznała jego rodziców, odniosłam wrażenie, jakby w oczach Joy odmalowało się rozczarowanie. Poznałam Dana w pewną sobotę, gdy przyszedł na SOR, gdzie pracowałam jako pielęgniarka. Przyprowadził kolegę, który odniósł kontuzję podczas wyjątkowo żywiołowego meczu rugby, i nasze spojrzenia zetknęły się ponad gipsem. Byłam młodą singielką tuż po studiach, a Dan był przystojny, miał ciemne włosy i ogromne brązowe oczy, a jego troska o przyjaciela doprawdy mnie rozczuliła. Kiedy więc dla dobra kolegi odsiedział kilka godzin na plastikowym krześle w poczekalni, a potem poprosił o mój numer, ja mu go dałam. Zadzwonił następnego dnia i zaprosił mnie na randkę. Podobało mi się jego poczucie humoru, to, jak się nosił, oraz to, jak na pierwszej randce mnie obejmował. Joy i Boba poznałam, gdy przyszliśmy do nich na drinka. Było lato i spędzaliśmy czas w ich olbrzymim ogrodzie. Joy, filigranowa blondyneczka z perłoworóżowymi ustami, podała mi rękę, a potem owinęła się miękką, popielatą paszminą, jak gdyby chciała się ochronić przed nieistniejącym zimnym powiewem.

Dan twierdzi, że matka chciała go zeswatać z córką jednej z jej koleżanek, która to córka posiadała konia i chodziła do prywatnych szkół. Miałam poczucie, że będę musiała ciężko pracować, by zdobyć akceptację Joy. Tak więc zrobiłam, bo pragnęłam Dana, a już wtedy wiedziałam, że Joy ma subtelny, ale bardzo silny wpływ na obu synów. Wyzwanie nie było łatwe i wątpię, czy na początku znajomości oczarowałam ją swoimi mysimi włosami i brakiem blichtru. Byłam na niemal tym samym poziomie co nieszczęsny Bob, któremu nawet podczas tej pierwszej wspólnej kolacji powtarzano, żeby nie lizał noża. Ale po kilku kolejnych spotkaniach Joy nieco odtajała i może zdała sobie sprawę, że jestem dobra dla Dana, a co ważniejsze – nie mam najmniejszego zamiaru opuścić tej okolicy, zabierając go ze sobą od niej w dal. Niby czemu miałabym coś takiego robić? Tęskniłam do stabilności i rodziny, a skoro nie miałam własnej matki, chętnie przyjmowałam rady Joy na wszelkie tematy, nawet w kwestii własnej sukni ślubnej.

Wówczas jednak, gdy się zastanawiałyśmy, czy do mojej karnacji lepiej pasuje biel, czy kość słoniowa, i rozważałyśmy, z czym podać profiterolki do weselnego śniadania, nie zdawałam sobie sprawy, że droga przed nami usiana jest kolcami. Zresztą nawet gdyby ktoś mnie przestrzegł, ja bym nie słuchała. Idąc kościelną nawą, witana przez mojego przystojnego pana młodego i przyjęta na łono jego kochającej rodziny, szczerze wierzyłam, że osiągnęłam pełnię szczęścia. Teraz jednak wiem, że szczęście to okazało się kruche jak koronkowy welon zakrywający mi twarz, a przyszłość przynieść miała znacznie więcej łez niż radości.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Pierwszy wieczór w willi upłynął w magicznej atmosferze. Upał nie ustąpił i o dziewiętnastej nadal było tak ciepło, że można było chodzić bez swetra. Siedzieliśmy wszyscy wokół wielkiego, dębowego stołu na patio i pałaszowaliśmy przepyszne risotto z leśnymi grzybami, które przyrządziła Joy, oraz jedną z moich sałatek przygotowanych pod kątem dzieci – z cząstkami pomarańczy i granatem – tak by zachęcić je do jedzenia liści. Wystawiłyśmy również półmisek włoskich wędlin i serów, nakryłyśmy do stołu, a Violet zapaliła tealighty, które przywiozłam z domu, i porozstawiałyśmy je na stole niczym gwiazdki.

– Powinnyśmy rozkręcić firmę cateringową, Clare – stwierdziła Joy, podkreślając nasze partnerstwo, gdy podziwiała rezultaty wspólnej pracy z pewnego oddalenia. Uśmiechnęłam się. Na wakacjach fajnie było razem pracować, ale Joy była despotką i lubiła dyrygować. Gdyby miał to być stały układ, zapewne nie byłoby już tak fajnie.

Gdy wszystko znalazło się już na stole, zjedliśmy z apetytem, a potem rozsiedliśmy się, ciesząc się wieczorem, rozmawiając, pijąc kawę. Freddie spał obok nas na leżaku, a Violet i Alfie bawili się w chowanego, głównie pod stołem. Joy spytała, czy moim zdaniem nie należałoby wyprawić dzieci do łóżek.

– Jeszcze pięć minut – odparłam. – Tak dobrze się bawią. – Niekiedy musiałam się postawić teściowej, ale nauczyłam się z nią obchodzić.

– Och, dzieci na pewno są zmęczone – westchnęła, przypominając mi, że według niej powinny już leżeć w łóżkach. Zerknęłam na zegarek. Było już po ósmej, więc gotowa byłam ustąpić. Miałam właśnie wstać i oznajmić, że pora spać, gdy nagle Joy krzyknęła. Potem zaczęła się śmiać, spoglądając pod stół, gdzie najwyraźniej Alfie łaskotał ją w nogi. – Przez chwilę myślałam, że to ty, Bob – zachichotała, a Bob prawie zakrztusił się piwem. Dan i ja również się roześmialiśmy, a dzieci, widząc to, także zaczęły chichotać. Rozejrzałam się po roześmianych Taylorach i uświadomiłam sobie, że to jedna z tych rzadkich chwil, gdy czuję się częścią rodziny. Wszystkie trudy, cierpienie, mozolna codzienność, drobne sprzeczki przemieniły się nagle w złoto za sprawą czystej alchemii atmosfery. I pomyślałam sobie: „O to chodzi w życiu – o rodzinę”. Bez trosk, samo ciepło i śmiech, niewymuszona rozmowa z ludźmi, których się kocha, dzieci przy boku, wszyscy są bezpieczni, najedzeni i szczęśliwi.

Rozochocony rozbawioną reakcją dorosłych Alfie nadal gilgotał babcię pod stołem. Popatrzyłam na Dana, który powiedział, że wystarczy, i posadził go sobie na kolanach.

– Zdecydowanie jest już zmęczony – przestrzegła Joy, a ja, nie chcąc psuć radosnego nastroju, zgodziłam się z nią.

– Do łóżek – oznajmiłam, a ona odpowiedziała uśmiechem z triumfem w łuku perłowych ust. W moich oczach jednak nic nie mogło rzucić cienia na ten wieczór. Powietrze było ciepłe i niosło obietnicę radości, a gdy przez stół spojrzałam w oczy Danowi, który tulił Alfiego na kolanach, poczułam, że jestem szczęściarą.

Później, gdy położyliśmy dzieci spać, Dan i ja również poszliśmy do naszego dużego pokoju. Padłam na łóżko jak rozgwiazda. Było idealnie: ogromne łoże na samym środku pokoju spowite w grubą, chłodną, białą bawełnę, delikatne białe zasłony w oknie z widokiem na ogród, a dalej na wybrzeże.

Dan zgasił światło, rozsunął zasłony i położył się ze mną na łóżku, gdzie spoczywaliśmy w ciepłej, cichej ciemności i patrzyliśmy na gwiazdy.

– Wiem, że ostatnio nie było ci łatwo – powiedział przyciszonym głosem. – Przepraszam.

Wziął mnie w ramiona i kochaliśmy się jak dwoje nieznajomych – jakbyśmy zaczynali wszystko od początku. I w pewnym sensie tak było. To będą udane wakacje, piekący żar roztapiał mi kości i naprawiał serce. A później, gdy leżałam w ramionach męża, ogarnęło mnie cudowne uczucie, że wszystko będzie dobrze. Od dawna nic takiego nie czułam.

Jamie nie przyjechał następnego dnia ani nawet dzień później. Stawił się spóźniony o dwa dni, w środę. Nikt się nie zdziwił. Nawet Joy przyznała: „Mój Jamie zawsze się spóźnia”, kręcąc głową i uśmiechając się pobłażliwie. Syn wysłał jej esemesa, by dać znać, że będzie rano, i Joy co rusz wyskakiwała z domu niczym kotka na rozpalonych cegłach, by go wypatrywać. Ale w końcu dotarł dopiero po lunchu.

Joy i ja sprzątałyśmy kuchnię. Była mała, przytulna, a drzwi z niej wiodły na patio, więc doskonale się z niej serwowało posiłki na zewnątrz. Na wakacjach zawsze jadaliśmy na świeżym powietrzu. We Włoszech spędziliśmy dopiero dwa dni, ale z poprzednich wyjazdów wiedziałam, jakie mamy zwyczaje.

– Dochodzi dwunasta – mawiała do mnie Joy niezależnie od tego, gdzie przebywaliśmy. Dalsze słowa były zbędne – reagowałam zupełnie odruchowo i z miejsca byłam gotowa na rozkoszny rytuał przygotowywania lunchu. Wyjmowałyśmy z lodówki wędliny, sery oraz sałatki i rozkładałyśmy je w koszykach i naczyniach znalezionych w kredensach – przypominało to poszukiwanie skarbów. Joy powtarzała, że „sednem lunchu nie jest gotowanie, lecz zestawienie”. Potem wołałyśmy „personel” – czyli dzieci – by pomógł nam wynieść jedzenie na taras, gdzie jedliśmy przy drewnianym stole rozstawionym w gęstwinie winorośli. Tak samo było podczas wszystkich naszych wakacji i teraz zdaję sobie sprawę, że czerpałam mnóstwo otuchy z powtarzalności tego zwyczaju, jak gdyby zawsze miało tak być, jak gdyby życie miało się tak toczyć wiecznie. A gdy się ma dziewięć lat, a do drzwi puka policja, by powiedzieć, że ojciec nie wróci do domu, wieczności nie uznaje się za pewnik. Nasz los zmienił się w jednej chwili, przestaliśmy być rodziną, zostałyśmy mama i ja, a jako jedynaczka musiałam pochłaniać żałobę matki. Nie potrafiła jej przezwyciężyć i spędziłam dziesięć kolejnych lat, opiekując się nią, do czasu aż zmarła na raka… Przynajmniej tak brzmiała diagnoza, ale ja wiedziałam, że kiedy komuś pęknie serce, już nigdy nie da się go naprawdę uleczyć.

Chowałam właśnie resztę sera do lodówki (i napawałam się miłym chłodkiem), gdy usłyszałam chrzęst żwiru i odgłos zajeżdżającego samochodu. Wiedziałam, że to on. Jamie.

Wsunęłam półmisek do lodówki zdecydowanym gestem i odcinając sobie dostęp do rozkosznego zimnego powietrza, wyjrzałam przez okno.

– Taksówka – stwierdziłam. – Joy, taksówka…

Tak spieszno jej było wyjrzeć przez okno, że prawie wypuściła z rąk miskę. Zarumieniła się od gorąca oraz z radości i wodziła spojrzeniem po podjeździe, by już w chwili jego przybycia pierwszy raz go zobaczyć.

Po kilku sekundach drzwi taksówki od strony pasażera się otworzyły i wysiadł: wysoki, szczupły, podobny do Dana, ale inny. Włosy miał jaśniejsze, uśmiechał się łatwiej, był przystojny, lecz w odmienny sposób. Drugi syn, który nie musiał dźwigać na barkach brzemienia rodziny, ryzykował, łapał stopa i w życiu nie zapłacił za czynsz czy media.

– Jamie – westchnęła Joy, zdzierając fartuszek z napisem „Królowa kuchni” – prezent od dzieciaków – i ciskając go na kuchenny blat. Potem wybiegła.

Patrzyłam przez okno, jak Jamie płaci kierowcy, a potem przechodzi do tyłu, by wyjąć bagaże.

Joy znalazła się już na zewnątrz. Słyszałam, jak woła Boba, i już niebawem widać było, jak teść idzie przez ogród w stronę taksówki Jamiego. Joy wyprzedziła męża – niewiele brakowało, a byłaby się z nim zderzyła, tak bardzo chciała być pierwsza. A gdy dobiegła do Jamiego, rzuciła mu się w ramiona i choć była drobnej postury, z emocji prawie go przewróciła.

Doszedłszy do siebie w kilka sekund, zaśmiał się i ją podniósł, a ona zaczęła wrzeszczeć jak nastolatka, żeby postawił ją na ziemi. Uśmiechałam się – cieszyłam się, że znów go widzę. Już teraz doskonale się bawiliśmy, minione kilka dni przebiegło w idealnej atmosferze pośród śmiechu, jedzenia, zabaw z dziećmi, i wszyscy zaczynaliśmy się odprężać – ale Jamie zawsze wnosił coś wyjątkowego. Gdy przyglądałam się, jak ściska Boba, nagle moją uwagę przykuły tylne drzwi od strony pasażera. Powoli się otwierały, a po chwili pojawiła się jedna, potem druga długa, opalona noga w szykownych sandałkach na wysokim obcasie. A potem na rozpalonym, białym, pylistym żwirze wyłoniła się w całej okazałości. Następna piękna dwudziestoparolatka, którą Jamie zgarnął podczas jednej ze swoich podróży – szczupła, olśniewająca, o złocistych włosach, ciemnej opaleniźnie, namaszczona tym egzotycznym sznytem, którego niepodobna kupić na stoisku z kosmetykami. Stała niewzruszona metr od Jamiego i jego matki. Joy, wciąż nie wiedząc o istnieniu dodatkowego gościa, pławiła się w obecności Jamiego, chichotała i przytulała go.

 

Kolejna z dziewczyn Jamiego? Niekiedy zabierał je na te rodzinne spotkania. Na ogół były całkiem miłe, ale, jak zawsze mawiała Joy, to nie było to samo, co mieć go na wakacjach tylko dla nas.

Skinął na dziewczynę, by podeszła bliżej, i nastąpiły prezentacje. Joy jak zwykle była serdeczna i wylewna, choć moim zdaniem wolałaby, żeby Jamie przyjechał sam. Kiedyś mi powiedziała:

– Żadna z dziewczyn Jamiego nigdy specjalnie nie przypadła mi do gustu, ale nie dałam nic po sobie poznać. Zawsze jestem dla nich miła przez wzgląd na Jamiego – zresztą bądźmy szczerzy, przecież wiadomo, że to wszystko zaraz się skończy – zachichotała.

Ta najświeższa miała na sobie białą sukienkę do kostek, która wspaniale podkreślała jej głęboką opaleniznę. Obrzuciłam spojrzeniem własne blade, piegowate ramiona i ogarnął mnie żal, że nie kupiłam samoopalacza. Scena za oknem przyciągała mój wzrok, więc wyjrzałam ponownie. Dziewczyna uśmiechała się łagodnie. Miała idealne rysy, idealną figurę, a ja zauważyłam, że jej długie, złote jak miód włosy rozjaśniło słońce – albo porządny fryzjer. Miała zapewne dwadzieścia parę lat, a chociaż nie widziałam jej z bliska, jasne było, że w odróżnieniu ode mnie ta kobieta była wydepilowana.

Dan i dzieci dołączyli do procesji, a ja uświadomiłam sobie nagle, że z całej rodziny tylko mnie tam nie ma. Wiedziałam, że powinnam wyjść i się przedstawić, dołączyć do komitetu powitalnego. Przygładziłam więc splątane w basenie włosy i wzięłam ściereczkę, żeby zetrzeć pot z twarzy. Szkoda, że Jamie chociaż nie uprzedził, iż nie przyjedzie sam – wówczas bym się przygotowała i nie wyglądała aż tak dziko.

Gdy wyszłam z kamiennej willi, żar walnął mnie jak obuchem. Zrobiło się jeszcze bardziej duszno i niebo pociemniało, jakby cień przesłonił słońce. Powietrze było gęste i gdy szłam do stłoczonej wokół nieznajomej gromadki, przyszło mi na myśl, że być może czeka nas burza.

Violet podskakiwała z podnieceniem, co było typowym dla dzieci zachowaniem, gdy Jamie był w pobliżu. Chodziło jednak o coś więcej niż ogólna ekscytacja i rodzinne powitanie – wszyscy skupiali się na czymś, co dziewczyna miała w ręku. Kiedy Violet mnie zauważyła, wyrwała się z grupki, złapała mnie za łokieć i ponagliła:

– Chodź zobaczyć wujka Jamiego!

Przywdziałam na twarz uśmiech i z nagłym onieśmieleniem pozwoliłam Violet zaciągnąć się między Dana a Boba. Czułam się trochę jak autsajderka – wszyscy poza mną wiedzieli już, jak ona się nazywa i dlaczego tu przyjechała.

Jamie patrzył na mnie i szczerzył się głupkowato. Wyraźnie się puszył, że udało mu się złapać jeszcze młodszą i piękniejszą kobietę niż zwykle. Był tak dumny, że obejmował ją ramieniem, co wydało mi się dość zaborcze i uznałam, że na tej tu szczególnie mu zależy. Z drugiej strony na początku zawsze mu na nich zależało.

– Cześć – powiedziałam z uśmiechem, czekając, aż ktoś mnie przedstawi.

Pomachała do mnie lekko koniuszkami palców.

– To Clare – żona Dana – rzekł Jamie, gdy podeszłam. Oboje byli wysocy jak modele, przez co poczułam się bardzo niska.

– Clare – powiedziała. Białe zęby, olśniewający, otwarty uśmiech.

Była naprawdę przepiękna i jeżeli sukienka do kostek nie skrywała sekretu nieogolonych nóg, prawdopodobnie ta kobieta była zupełnie pozbawiona fizycznych niedoskonałości.

– To jest Ella – usłyszałam czyjś głos. Jamiego albo Dana.

– Ella, jak miło cię poznać – odparłam i nim zdążyłam powiedzieć coś więcej, zbliżyła się z szeroko rozłożonymi, jędrnymi, wyrzeźbionymi na siłowni ramionami, by mnie uściskać. Zaskoczyło mnie to – jak na tak młodą osobę, w dodatku otoczoną przez obcych ludzi, była pewna siebie.

Rozłożyłam ręce niezdarnie i uściskałyśmy się niezręcznie – cała niezręczność po mojej stronie.

– Witaj więc w rodzinie, Ello – rzucił Dan. Wolałabym, by nie pozował na dziedzica rodu – nie byliśmy w końcu rodziną królewską. Wydawało mi się trochę niesmaczne, jak Danowi udzielała się niekiedy mania wielkości jego matki.

Ella uśmiechnęła się słodko – rany, jaka ona śliczna.

– Szkoda, że nam nie powiedziałeś – powiedziała Joy z nieskutecznie skrywaną irytacją, a jej serdeczność trochę przygasła. Zacisnęła wargi lekko i przybrała czysto obronną pozę. – Chcielibyśmy być na ślubie syna, prawda, Bob? – dodała znacząco.

Bob pokiwał głową. Wydawał się nieco skonsternowany, lecz nawet w połowie nie tak jak ja. W kilka chwil pojęłam, co powiedziała właśnie Joy, i popatrzyłam na Jamiego, na Ellę, a potem na jej lewą rękę.

I proszę bardzo – platynowa obrączka. Tym się zachwycali, gdy ja wyglądałam przez okno. Nie patrzyli na coś, co miała w dłoni, lecz na niej.

– Ślubie? – wydusiłam. To nie była najnowsza śliczna dziewczyna Jamiego, którą zastąpi ktoś jeszcze ładniejszy. To była jego żona.

– Tak, ci dwoje cichaczem wzięli ślub – i to wczoraj! Byli już we Włoszech i nic nam nie powiedzieli – stwierdziła Joy oskarżycielsko. Zachowywała się, jakby udawała irytację, ale była ona autentyczna. Mogłam sobie tylko wyobrazić, jak się czuła, skoro pozbawiono ją możliwości udziału w ślubie jednego z synów. Nie dość, że nie było jej w tym ważnym dniu, to jeszcze nie miała okazji koordynować całego przedsięwzięcia. W dodatku nie mogła prześwietlić przyszłej synowej.

– Wybacz, mamo, ale kiedy się wie, to się wie. Poza tym zdawałem sobie sprawę, że jeśli ja jej nie złapię, zrobi to ktoś inny. – Popatrzył na Ellę, a ona niemal zaczęła gruchać. – No bo sama na nią popatrz. – Zapadła krępująca cisza – ci dwoje wpatrywali się w siebie, jakby nikogo wokół nie było.

– Gdzie się poznaliście? Musimy wszystkiego się dowiedzieć – powiedziała Joy, wzięła syna pod ramię i przeszła z nim przez podjazd, odsuwając go od Elli – i na powrót obejmując go w posiadanie. Wspomnienia zamigotały. Przypominałam sobie, że Joy zachowała się tak samo w odniesieniu do mnie i do Dana.

– Poznaliśmy się już dość dawno w Manchesterze – dobiegła mnie odpowiedź. – Wpadliśmy na siebie w barze. Nie minęło pięć sekund, a ja już byłem zakochany. Jej zeszło trochę dłużej.

– Trwało to godzinę! – zaśmiała się z tyłu Ella, przypominając mu, że wciąż tu jest.

Jamie delikatnie odsunął się od Joy i odwrócił z powrotem do żony.

– Tak czy owak, oboje planowaliśmy wyprawę do Indii, więc zaproponowałem, żebyśmy wybrali się razem.

– To do ciebie niepodobne – skomentowała Joy z naciskiem. Spostrzegłam w jej oczach błysk gniewu, że tak ją porzucił. – Jamie na ogół woli podróżować sam, prawda, kochanie? – ciągnęła, zwracając się do obojga.

– Już nie – odparła Ella z promiennym uśmiechem, a ja pomyślałam sobie, że kto wie, może trafił swój na swego.

– No, wiedziałem, że nie dam rady bez niej żyć, więc poprosiłem ją o rękę, a kiedy się zgodziła, pojechaliśmy do Włoch, by się pobrać… i spotkać z wami – powiedział, jakby pomyślał o rodzinie na szarym końcu.

– Zawsze chciałam wziąć ślub w Positano. – Ella obrzuciła świeżo upieczonego męża rozmarzonym spojrzeniem.

– Och, szkoda, że nie poczekaliście, byśmy wszyscy mogli tam z wami być – westchnęła Joy, patrząc na syna tkliwie i ze smutkiem.

– Wybacz, mamo, chcieliśmy mieć to z głowy.