Znam twój sekretTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Sharon Beswick, przyjaciółki pochodzącej jak ja z Północy, która mieszka za daleko, pod gorętszym słońcem.

PROLOG

Patrzyłam na basen, próbując pojąć, co właściwie widzę w wodzie. Długie, rozwiane włosy falowały tam i z powrotem jak złocisty spadochron, a ciało unosiło się wśród najintensywniejszego błękitu.

Niekiedy się zastanawiam: czy gdybym wiedziała, co się wydarzy tego lata, zrezygnowałabym z wyjazdu? Czy zabrałabym rodzinę do bielonej wapnem willi na Wybrzeżu Amalfitańskim, gdzie w przepięknym, straszliwym upale na jaw wyszły tajemnice, a życie różnych osób legło w gruzach? Ale skąd miałabym wiedzieć, co za złowieszcza moc wraz z wonią cytrusów przyfrunie na wietrze, bezpowrotnie zmieniając nasze życie?

Minął rok, a ja tak wyraźnie pamiętam szczegóły. Jej słonawy, cytrynowy zapach. Złocisty blask jej skóry i to, jak się śmiała, odrzucając głowę do tyłu i odsłaniając zęby, zatracona w chwili. Czasami słyszę jej słodki głos, cukierkowaty, nawet gdy wygłaszała najbardziej okrutne słowa. Czasem zdaje mi się, że widzę, jak znika za zakrętem w supermarkecie, wyprzedza mnie w kolejce na poczcie, idzie ze mną przez park zimnym, jesiennym rankiem. Przemyka pomiędzy ciemnymi drzewami i zjawia się nagle, sprowadzając na mnie poczucie winy i lęk. Przypomina mi, co się wydarzyło. Odnajduje mnie – zawsze mnie odnajduje.

Niezależnie od tego, dokąd się udam, wiem, że ona zawsze tam będzie: tymczasowa siostra, rywalka, kobieta, która wszystko zmieniła.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Choć działo się to zaledwie przed rokiem, wydaje się, że minęły wieki, odkąd jechaliśmy we Włoszech drogą ze spektakularnym widokiem na morze, a ja czułam, jak stres ulatuje za mną niczym długi, powiewający szal. Myśl o zagrożeniu nawet mi w głowie nie postała. Porzuciłam niepokój, a nieskalane białe obłoczki pożarły okruchy codzienności. Stopniowo zanikał nawet leciutki, strachliwy ucisk w żołądku, który ostatnio mnie nie opuszczał.

Dan był ze mną, dzieci spały twardo na tylnym siedzeniu, a ja pamiętam, że pomyślałam: „Tu, w tym aucie, mam w tej chwili wszystko, czego mi potrzeba, i nikt nie da rady mi tego odebrać”. Należała nam się ta przerwa, napawałam się myślą, że spędzimy czas razem całą rodziną – przed nami były pełne dwa tygodnie frajdy bez trosk. Nie mogłam się doczekać zabawy z dziećmi, ton makaronu i leżenia plackiem na gorącym słońcu. Przede wszystkim cieszyłam się, że Dan i ja spędzimy razem czas, będziemy rozmawiać o wszystkim i o niczym, czerpać przyjemność z wzajemnego towarzystwa, na nowo uświadamiać sobie, dlaczego jesteśmy razem.

Odwróciłam się i wyjrzałam przez okno od strony pasażera. „Małżeństwo wymaga pracy; udane związki nie trwają same z siebie”, mawiała moja teściowa. I miała słuszność. Joy zawsze miała rację.

Dan znów jechał za szybko. Jedną dłonią ściskałam siedzenie, a drugą pas bezpieczeństwa, ale się nie odzywałam. Nie chciałam psuć nastroju, więc starałam się skupić na drżeniu rozpalonego powietrza wznoszącego się znad rozciągającej się przed nami drogi. W duchu zaklinałam go, by zwolnił – z tyłu spały nasze dzieci, a to bezcenny ładunek. Na krętych, wąskich drogach nie zmieściłyby się dwa samochody. Wstrzymywałam oddech, gdy mknęliśmy, wspinając się na wzgórze wznoszące się nad roziskrzonym morzem. Ugryzłam się w język i nie skomentowałam prędkości, z jaką jechał. Poczułabym się jak stara zrzęda – chciałam być beztroską i seksowną, a nie upierdliwą żoną.

Lecz po piętnastu latach małżeństwa porozumiewamy się niekiedy bez słów, a kiedy Dan zerknął w moją stronę, najwyraźniej zauważył na mojej twarzy wyraz paniki.

– Czyżbyś nie lubiła pędzić po wysokogórskiej drodze na nadbrzeżu sto mil na godzinę? – rzucił z uśmiechem. – Przedziwne.

– Nie, jakoś za tym nie przepadam – zaśmiałam się. – I wcale nie jestem dziwna – dodałam, trzepiąc go w ramię z czułością. – Wprawdzie znajdujemy się we Włoszech, ale nie należymy do teamu Ferrari, a to nie jest tor wyścigowy.

– Można pomarzyć. – Obrzucił mnie spojrzeniem i uśmiechnął się, ściskając pieszczotliwie moje kolano.

– Proszę patrzeć na drogę i ręce trzymać na kierownicy – powiedziałam z udawanym oburzeniem, ale nie zdjęłam z kolana jego dłoni, bo ten gest sprawił mi radość. Mamy troje dzieci w wieku poniżej dziesięciu lat, więc ręka na kolanie to dla nas właściwie gra wstępna, byłam jednak pewna, że te wakacje wszystko naprawią.

Obróciłam się ponownie, by popatrzeć na trzy idealne, śpiące buzie na tylnym siedzeniu. Jak zawsze zalała mnie fala miłości.

– Wierzyć się nie chce, że tak uprzejmie śpią wszystkie naraz – stwierdziłam. – Błogi spokój, ale mam wrażenie, że jest wręcz zbyt cicho.

– Długo to nie potrwa. Niebawem dotrzemy na miejsce, a wtedy się obudzą. Nacieszmy się spokojem – odparł, nie spuszczając oczu z drogi. – Nie mogę się doczekać: wielki basen, mnóstwo vino, błękitne niebo… Będę ich gonił po basenie – powiedział, skinąwszy głową w stronę tylnego siedzenia, i w końcu wcisnął hamulec. Zrobiło mi się niedobrze.

– Dan, wciąż jedziesz dosyć szybko – zauważyłam, siląc się na lekki ton, choć spowijała mnie panika. Dan na ogół nie jeździł prędko. Czułam, że to niebezpieczne – on wydawał mi się niebezpieczny. Czyżby zmieniał się w podtatusiałego poszukiwacza silnych wrażeń? Przez myśl przemknął mi mąż mojej koleżanki Jackie, który kupił sportowe auto i zostawił ją dla nastolatki.

Dan w końcu zwolnił, więc nieco się rozluźniłam. Wjeżdżaliśmy po górskiej drodze coraz wyżej, a ja delektowałam się pięknym widokiem.

Doroczne wakacje spędzaliśmy jak zawsze z rodziną Dana – jego rodzicami oraz bratem. Ten rok okazał się przełomowy, bo rodzice Dana, Joy i Bob, postanowili przejść na emeryturę, przekazać synom rodzinny biznes i po dwutygodniowym urlopie nie wracać do pracy. Dan od dwudziestu lat pracował w firmie, ale gdy jego rodzice się wycofali, jego młodszy brat Jamie ni stąd, ni zowąd uznał, że wróci do domu i zacznie pracować w przedsiębiorstwie.

Jamie miał obecnie trzydzieści pięć lat i nigdy wcześniej nie angażował się w rodzinny interes – niedużą firmę z branży nieruchomości działającą na obrzeżach Manchesteru. Zanadto pochłaniało go jeżdżenie po świecie, a odwiedzając rodzinny dom, urzekał wszystkich barwnymi i zapewne wyolbrzymionymi opowieściami z Nepalu, Tajlandii, Afryki, wybrzeży Australii, pól śmierci w Kambodży. Stanowił zupełne przeciwieństwo Dana, który od razu zatrudnił się w rodzinnej firmie, a ostatnio ciężko pracował, by nie upadła. Tymczasem rodzice najmłodszego syna traktowali pobłażliwie i dawali mu pełną swobodę, przewracając tylko oczami dobrodusznie, ilekroć mowa była o jego najświeższych „przygodach”.

– Mój syn to wolny duch i nie da się ograniczyć – mawiała Joy, udając, że ją to męczy, lecz w istocie promieniejąc z dumy. Ogromnie jej go brakowało, gdy wyjeżdżał, lecz z zachwytem przyjmowała połączenia przez FaceTime z różnych egzotycznych miejsc i wiecznie pokazywała zdjęcia z jego Instagrama każdemu, kto tylko zdradził chęć, by je obejrzeć – a także tym, którzy wcale nie mieli na to ochoty.

– Nie rozumiem, czemu tak się mu nagle odmieniło. Dlaczego nasz Jamie ni z gruszki, ni z pietruszki postanowił wszystko rzucić i podjąć ze mną pracę w Taylor’s? Przejdzie mu – twierdził Dan w drodze do willi.

– Hmm, nie ma plaż, egzotycznego jedzenia, pięknych pań w bikini – cóż on ze sobą pocznie? – westchnęłam, myśląc o zdjęciach Jamiego: kalejdoskopie błękitnego nieba, plaż i urodziwych ludzi.

Rozumiałam niechęć Dana. Styl życia jego młodszego braciszka jawił się jako dość samolubny, zwłaszcza że rodzice niejeden raz musieli wesprzeć go finansowo. Taylorowie prowadzili wygodne życie, jak ujmowała to Joy. Nie byli bogaci, więc, co zrozumiałe, Dana złościło, że rodzice dają jego bratu pieniądze. Ale Jamie nadal był „chłopczykiem” Joy, a ona i Bob zrobiliby dla swoich dwóch synów wszystko. Gdy Jamie podróżował, Joy okropnie za nim tęskniła, a jeśli przez jakiś czas nie dzwonił ani nie esemesował, siedziała na jego profilach na mediach społecznościowych i zbierała strzępy informacji.

– Zawsze znajdę mojego Jamiego na Instagramie – mawiała, jak gdyby syn założył sobie konto ze zdjęciami dla jej osobistego użytku. Emocjonowała się jakąś fotką Jamiego na plaży w Kambodży, gdy on nagle stawał w drzwiach. – Ale na zdjęciu jest napisane, że jesteś tam – wykrzykiwała, unosząc telefon, a on mówił, że przecież opublikował fotografię kilka dni wcześniej, ona się zaśmiewała i kręciła głową, zachwycona „jej Jamiem” i jego internetową „magią”. Podejrzewam, że doskonale wiedziała, co się dzieje, lecz stanowiło to element zabawy z jej „chłopakami” – dzięki temu czuli się wyjątkowi, a nawet ponadprzeciętni. W odniesieniu do Joy nigdy nie miałam pewności, kto tu z kim pogrywa, choć moim zdaniem można spokojnie przyjąć, że chociaż sprawiała wrażenie niewiniątka, właśnie ona na ogół dzierżyła stery.

– Wczoraj wieczorem przed wyjazdem rozmawiałam z twoją mamą, mówi, że willa jest urocza. Dotarli na miejsce koło dwudziestej. – Jechaliśmy dalej wzdłuż włoskiego wybrzeża. – Mam nadzieję, że się trochę odprężą i sobie wypoczną – dodałam melancholijnie. Dla mnie było to nieosiągalne marzenie. Pracowałam jako pielęgniarka w pełnym wymiarze godzin, miałam dzieci, a do tego prowadziłam stronę internetową Taylor’s, co niekiedy zakrawało na kolejny etat. W rezultacie na co dzień w domu nie miałam czasu na relaks, lecz przez najbliższe dwa tygodnie zamierzałam nie robić zupełnie nic, a strona internetowa mogła sobie poczekać.

 

– Wyobraź sobie, jak mama i tata spędzają razem cały dzień po przejściu na emeryturę. Ona nie da mu spokoju. – Dan się uśmiechnął, kręcąc lekko głową.

– Będzie wysyłany do Sainsbury’s po suszone pomidory, figi w zalewie czy co tam będzie serwowała paniom, które danego dnia przyjdą na lunch – dodałam.

Dan rzucił mi przelotne spojrzenie i uśmiechnęliśmy się do siebie porozumiewawczo.

– Niewiele ich łączy, prawda? Czasami się zastanawiam, o czym oni właściwie ze sobą rozmawiają – twój tata z mamą.

Dan wzruszył ramionami.

– A o czym w ogóle pary ze sobą rozmawiają?

Serce ścisnęło mi się trochę, gdy usłyszałam jego słowa. Nas też tak postrzega – jako zwykłą parę? Czy uważa, że przypominamy jego rodziców – stare małżeństwo, które ma z sobą niewiele wspólnego? Nie miałam czasu długo się smucić, bo Dan wszedł w ostry zakręt. Zbyt prędko.

– Dan, proszę, zwolnij – powiedziałam. – Z tyłu siedzą dzieci. Zwariowałeś?

Widziałam, że zacisnął zęby, ale zwolnił.

Według GPS-u z lotniska w Neapolu do naszej willi jechało się nieco ponad godzinę. Opuściliśmy tętniące życiem miasto, mignęło nam spokojne, migotliwe morze, a teraz pięliśmy się po stromych zboczach, mijając winnice. Baldachimy pierzastych listków w przeróżnych odcieniach zieleni bawiły się ze słońcem w chowanego.

Od czasu do czasu pomiędzy drzewami błyskało na dole morze, iskrzące się o zmroku przepięknie. Pamiętam, jak na myśl o nadchodzących dwóch tygodniach ogarnęła mnie ekscytacja. Nie mogłam się doczekać, aż będę pływać z Danem i maluchami, gotować z Joy pyszne jedzenie i spędzać długie popołudnia razem na słońcu. Na co dzień byliśmy ogromnie zajęci, więc oto nadarzała się rzadka okazja, by porozmawiać, spędzić trochę czasu z dziećmi, a także rodzicami Dana. Będzie cudownie, dokładnie tego nam trzeba. Podczas tych wakacji priorytetem było dla mnie, by Freddie oswoił się z wodą, a Alfie nauczył pływać.

Mój tata nauczył mnie pływać na miejscowym basenie. Chadzaliśmy tam w każdą sobotę po południu, a pewnego dnia w dziewiąte lato przepłynęłam całą długość. Pamiętam, że czułam się jak zawodniczka olimpijska, nie dotykałam stopami dna, dzięki ruchom ramion przemieszczałam się do przodu, chlapiąc na boki, a tata mi kibicował. Tamtej zimy zginął, gdy jego ciężarówka wpadła w poślizg na oblodzonej drodze.

Mama nigdy nie pogodziła się ze śmiercią taty i nasze życie zmieniło się w okamgnieniu. Gdy miałam dziewięć lat, skończyło się moje dzieciństwo. Kolejną dekadę spędziłam, chłonąc żałobę matki, aż w końcu ona sama zmarła, ja zaś w wieku lat dziewiętnastu zostałam sierotą pozbawioną rodziny. Tak było do czasu, gdy poznałam Dana i Taylorów.

ROZDZIAŁ DRUGI

Z zamyślenia niespodziewanie wybił mnie cienki głosik dobiegający z tyłu auta. To Violet, moja dziewięciolatka, która jako najstarsza była odpowiedzialna, rozważna i nieco nerwowa.

– Jesteśmy już na miejscu?

Gdy przejeżdżaliśmy pomiędzy drzewami, jej długie, złote włosy rozbłysły w słońcu. Chwilę na nią patrzyłam – moja dziewczynka dorastała.

– Już niedaleko, kochanie – odparł Dan kojąco.

– Babcia i dziadek są już w willi?

– Tak. – Obróciłam się, by się do niej uśmiechnąć. Obudziwszy się w nieznanym miejscu, była blada i miała płaczliwą minę. – Przyjechali wczoraj, kotku. Babcia mówi, że willa jest śliczna. Chłopcy, chłopcy. – Dotknęłam nogi Alfiego. – Obudźcie się, już prawie dojechaliśmy.

Czteroletni Alfie poruszył się, choć nadal był rozespany, ale dwulatek Freddie nie mógł pojąć, dlaczego obudził się z tyłu w obcym wozie, i zaczął płakać. Alfie kazał mu się zamknąć. Potem Violet powiedziała Alfiemu, by dał mu spokój, a gdy wdali się w spór, Freddie zaczął wrzeszczeć głośniej. Och, co za radość mieć trójkę dzieci. Gdy byli podekscytowani i szczęśliwi, szczęściu nie było końca, lecz kiedy marudzili albo czuli się zmęczeni, tylko drażnili siebie nawzajem.

Marzyłam o pięciu minutach spokoju, luksusie przeczytania rozdziału książki bez przerwy albo upojnej wizji samotnej wizyty w toalecie. Na samą myśl o tym przechodził mnie dreszczyk emocji.

Odwróciłam się, by wyciszyć pasażerów siedzących na tylnym siedzeniu.

– Już niedługo! Powiedzcie, co widzicie za oknem? – zapytałam z nadzieją, a chłopcy zaczęli wykrzykiwać, że drzewa i skały. Potem Alfie powiedział, że zobaczył dinozaura, Violet orzekła, że jest głupi, i rozgorzała kolejna zażarta kłótnia.

– Dobrze ci poszło, Clare – zaśmiał się Dan.

– Ciekawe, jak ty byś się spisał – odparłam i pokazałam mu język, co widząc, uśmiechnął się do mnie. – Dość już, dzieci, uspokójcie się – powiedziałam łagodnie i wbrew radom z blogów parentingowych złożyłam mgliste obietnice pływania i lodów, jeśli wszyscy będą się dobrze zachowywać. Sprzeczka z miejsca ustała, a podniecona Violet zapowiedziała chłopakom, że zje „lody truskawkowe z posypką”. Alfie zasugerował lody „o smaku rozgniecionej żaby” i zaczął się zaśmiewać do rozpuku, a Violet skwitowała to, mówiąc: „nie ma takiego smaku, głupku”.

Z uśmiechem obróciłam się i wyjrzałam przez okno. Mijaliśmy właśnie grupkę młodych dziewczyn w szortach i z zaskoczeniem uświadomiłam sobie, że skoro mam czterdzieści jeden lat, mogłabym pewnie być ich matką. Zazdrościłam im swobodnej, młodzieńczej urody i czasu dla siebie, którego się nie docenia, dopóki nie ma się dzieci. Kiedyś byłam taka jak one, teraz jednak brakowało mi chwili nawet na to, by ogolić nogi. Dawno minęły czasy, gdy przed wyjazdem na wakacje woskowałam sobie bikini, robiłam peeling całego ciała, smarowałam samoopalaczem i sprawiałam sobie efektowną nową garderobę. Chociaż nogi to naprawdę powinnam była sobie ogolić. Jakbym słyszała głos Joy: „Dbałość o swoje ciało to najlepszy prezent, jaki kobieta może ofiarować samej sobie oraz mężowi”. Powiedziała mi tak kiedyś. Chciała udzielić matczynej rady, a ja byłam jej ogromnie wdzięczna, lecz jej wskazówki w kwestiach małżeńskich były przeterminowane o kilkadziesiąt lat. W dzisiejszych czasach osiągnęliśmy już taki poziom rozwoju, że uczucia partnera nie ulegną zmianie w wyniku stanu owłosienia czyichś nóg – przynajmniej taką miałam nadzieję. Zastanawiałam się zresztą, czy Dan w ogóle zauważy moje owłosione nogi. Śmiałam wątpić, poza tym dla mnie to też nie była kwestia kluczowa. Mniejsza o rady Joy rodem ze Stepford – nikt jeszcze nie umarł, dlatego że nie ogolił nóg albo nie umalował się szminką. Przez kolejne dwa tygodnie zamierzałam wałkonić się do upojenia i nie tracić cennego czasu na makijaż czy depilację.

W końcu wjechaliśmy na stromy, żwirowy podjazd willi, gdzie mieliśmy spędzić dwa tygodnie wczasów. Wtulona pomiędzy góry i morze spora, trzypoziomowa willa sprawiała wrażenie, jakby była niegdyś całkiem szykowna, lecz obłażąca biała farba zdradzała niszczący wpływ morskiego powietrza.

Dan ledwie zdążył zaciągnąć hamulec ręczny, a ja już wyskoczyłam z auta i poszłam w stronę drzew, by się lepiej rozejrzeć. Powietrze nadal pulsowało skwarem dnia, zwłaszcza w porównaniu z chłodnym, klimatyzowanym wnętrzem samochodu, ale znad położonego niżej wybrzeża napływała lekka, słonawa bryza o delikatnym aromacie sosny. Ogród okalały cyprysy, w głębi znajdował się intensywnie turkusowy, mozaikowy basen, a jeszcze dalej rozciągał się imponujący widok na morze, który o zmierzchu rozjarzył się milionem odcieni błękitu przechodzącego w złoto.

Chciałam te kilka pierwszych chwil spędzić sama – chłonąć to wszystko, wdychać czyste, ciche powietrze i wyczekiwać tego, co nastąpi. Dan pomagał dzieciom wysiąść, a ja wykorzystałam ten moment dla siebie, ujęłam go i trzymałam w dłoni niczym motyla, nim uleciał i rozpłynął się w ostatnich strzępach światła dnia.

Po mniej więcej dziewięćdziesięciu sekundach spokoju – długim czasie jak dla mnie – dzieci rozpoczęły żywiołowe działania:

– Mamo, mamo…

– Mamo, mogę…?

– Mówiłaś, że będziemy mogli…

– Obiecałaś…

Zaczęło się.

Rozochocone głosy dzieci zwróciły uwagę Joy, która pojawiła się nagle ze świeżą warstwą szminki i pudru. Za nią niespiesznie kroczył Bob, uśmiechając się wyczekująco.

– Cześć! Witajcie! Och, tak się cieszę, że dojechaliście cało i zdrowo – powiedziała Joy i uściskała nas wszystkich. Pachniała wilgotnymi różami.

Bob z właściwą sobie serdecznością przytulił nas wszystkich, powtarzając jak zwykle „wspaniale, wspaniale”. Widać było, że obecność rodziny sprawia mu radość.

– Chodź, Clare, niech mężczyźni wnoszą te ciężkie walizy. Pokażę ci ogród – zachęcała Joy, łapiąc mnie za łokieć i prowadząc wśród arkad zieleni, podczas gdy Bob pomagał Danowi z bagażami.

Dzieciaki biegały wkoło, a męskie rozmowy o trasie i przebiegu podróży stopniowo ucichły. Joy i ja udałyśmy się do dużego ogrodu, w którym obecnie zapadał zmierzch. Jak zawsze byłam czujna, więc sama niosłam Freddiego i zawołałam do Violet, żeby miała oko na Alfiego przy basenie. Joy właśnie pokazywała mi bugenwillę, która wręcz przytłaczała wykładane kafelkami drzwi.

– Co za kolor! – westchnęła donośnie.

Przyglądałam się roślinie, dzieci piszczały z entuzjazmem koło basenu, a Joy mówiła, co zjemy, i opowiadała o cudownych przepisach, które odkryła od naszych poprzednich wakacji w zeszłym roku. Obie lubiłyśmy omawiać i analizować przepisy, uwielbiałyśmy też gotować. To nas do siebie zbliżyło – niegdyś budowało to więź z moją własną mamą, a później również Joy mi w tym towarzyszyła.

– Nigdy nie będę twoją mamą, ale zrobię, co w mojej mocy – powiedziała mi na ślubie. Jej dobroć wycisnęła mi łzy z oczu, ale Joy od razu podała mi chusteczkę i uratowała mój makijaż. Jak matka. W kolejnych latach dotrzymywała obietnicy, a gdy ja nade wszystko pragnęłam wsparcia, zaangażowała się i była mi matką, której potrzebowałam.

– Na dziś robię risotto – oznajmiła, gdy razem podziwiałyśmy ogród. „Risotto” powiedziała z włoska. Nigdy wcześniej nie wymawiała tego wyrazu w ten sposób – pewnie zasłyszała słowo u kelnera w restauracji, w której byli wczoraj wieczorem. Joy była jak kameleon. Urodziła się w robotniczej rodzinie bez pieniędzy, więc ambicję miała wbudowaną w DNA i niekiedy siedziała okrakiem pomiędzy różnymi światami. W jej życiu przeszłość i teraźniejszość były wyraźnie oddzielone. Bob był jej chłopakiem z nastoletnich czasów, bez grosza przy duszy, który z biegiem czasu zapewnił jej byt, na jaki we własnym mniemaniu zasługiwała, i otworzył jej drzwi do innej rzeczywistości. Choć nie byli zbyt zamożni, Joy zdecydowanie zaliczyła awans społeczny – dom jednorodzinny pod tym samym kodem pocztowym w Cheshire, pod którym mieszkają piłkarze Manchester United, jawi się iście po królewsku, gdy pochodzi się z szeregówki w bocznej uliczce.

Z upływem lat Joy przeistoczyła się i zamaskowała swoje pochodzenie, dbając o wygląd, przysłuchując się paniom, z którymi jadała lunche, naśladując ich głosy, maniery i staroświeckie ideały. W świecie Joy mężczyźni pełnili dwie funkcje: zarabiali pieniądze i podnosili ciężary. Wszystko inne stanowiło domenę „nas dziewczyn”. Jednocześnie zapracowany Bob nie miał czasu założyć krawata czy wytrzebić charakterystycznej, północnoangielskiej wymowy, jakoś jednak im się razem układało.

– Mamoooo, możemy iść popływać? – nawoływała Violet z przeciwnego brzegu dużego basenu.

– Kochanie, nie jestem pewna…

– Prooooszę – zagaiła, a pozostała dwójka dołączyła do niej.

Po podróży byłam zbyt zmęczona, by się kłócić, i wieczorem chciałam gładko oswoić się z willą, więc poddałam się w kilka sekund.

– Okej – westchnęłam, przewracając oczami. – Muszę iść pilnować – powiedziałam Joy. Miałam na sobie dżinsy i T-shirt – jeśli podwinę spodnie, a dzieci będą się bawić po płytkiej stronie basenu, będę mogła brodzić razem z nimi.

– Kochanie, nie wydaje ci się, że już trochę za późno dla nich na pływanie? – powiedziała Joy znacząco. Pytanie było retoryczne, jakbym miała się z nią zgodzić i po prostu oznajmić dzieciom, że zmieniłam zdanie. Minęło sporo czasu, odkąd Joy miała dzieci, i niekiedy można było odnieść wrażenie, że już nie pamięta, jakie piekło potrafi rozpętać złamana obietnica. Choć w obliczu nieposłuszeństwa Joy potrafiła być nieugięta, większym lękiem napawała mnie trójka sfrustrowanych dzieci na skraju łez.

 

Rozumiałam, że nie pasuje to Joy, która bez wątpienia miała już ochotę na swój gin z tonikiem. „Zawsze jest dobra pora na drinka, gdzieś na świecie na pewno już jest po piątej” – mawiała na wakacjach niemal każdego popołudnia. Teraz bardzo się starała ukryć swoje odczucia, ale nie udało się jej to. Zacisnęła wargi, jak gdyby possała cierpką cytrynę. W głowie miała wyidealizowany obraz swoich wnucząt – coś na kształt fotografii, na której ich rozświetlone słońcem blond włosy tworzą aureole. Spodziewała się, że będą słodkie i potulne, zjedzą kolację, pójdą do łóżek i bez mrugnięcia dostosują się do jej planów. Niestety jednak do dzieci ten przekaz nie dotarł.

Choć Joy była cudowna, czasami żadne z nas nie spełniało jej wygórowanych oczekiwań, nawet jej ukochane wnuki, a ona inaczej sobie zaplanowała moment naszego przyjazdu. Ścisnęła ręce mocno na brzuchu, jak gdyby w przeciwnym razie, jeśli się nie zakotwiczy, też miała zostać zmuszona do pływania. Biedaczka zrobiła zbolałą minę. Uwielbiała nasze dziewczyńskie spotkanka na wakacjach tak samo jak ja, ale skoro mężczyźni wypakowywali z samochodu bagaże, my musiałyśmy zająć się dziećmi, aż do czasu, gdy pojawi się Dan albo maluchy bezpiecznie znajdą się w willi. Choć bardzo chciałam, nie mogłam jeszcze dotrzymać jej towarzystwa przy ginie z tonikiem. Po przeciwnej stronie basenu Alfie już się rozbierał.

– Nie, Alfie, nie po tej stronie. Tam jest głęboko. Chodź tutaj. – Poszłam w jego kierunku, rzucając Joy przepraszające spojrzenie. Uśmiechnęła się, ale jednocześnie uniosła brwi w dyskretnym wyrazie dezaprobaty. – Alfie, czekaj… Przestań! – krzyknęłam, bo Alfie nadal się rozbierał, rozrzucając przy tym ubrania jak cholerny striptizer Magic Mike. – Alfie, jeśli natychmiast nie przejdziesz na płytką stronę basenu, będziesz musiał wejść do środka – oznajmiłam, próbując pokazać mu, kto tu rządzi.

– NIE! – wrzasnął, a potem nieco zmienił taktykę: – Mamoooo… – jęknął przeciągle.

– Obiecałaś, że będziemy mogli popływać. – Z drugiego końca ogrodu Violet dopowiedziała, co zaczął jej brat.

– Jeszcze się nawet nie rozejrzeliście. Może chcielibyście wpierw obejrzeć dom? – zawołała Joy do Violet, która nie dała się nabrać na ewidentną próbę odwrócenia jej uwagi i w ogóle nie odpowiedziała. – Mama i ja wchodzimy do środka – zagroziła Joy. Liczyła chyba, że porzucą basen na rzecz podziwiania wystroju wnętrz. O niczym nie miała pojęcia.

Powiodłam spojrzeniem od niej ku Alfiemu, który w tej chwili stał tuż nad krawędzią, golusieńki, podczas gdy Violet czekała na mnie po płytkiej stronie basenu. Może w głębi duszy chciałabym pójść za Joy i dać się oprowadzić po pięknej willi, sącząc lodowaty gin z tonikiem z wyrazistą cząstką cytrynki. Ale niech to szlag, mój czteroletni syn stał tuż nad dwoma metrami wody.

– Jest już dosyć późno, Clare, naprawdę pozwolisz im teraz pływać? – wycedziła Joy przez zaciśnięte, idealnie umalowane wargi.

– Obiecałam – odparłam, przepraszając, nim jednak zdążyła odpowiedzieć, rozległ się głośny plusk, a następnie przerażająca cisza.