Sekretne życie pszczółTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Wyczyść to!

Słyszałam tylko to jedno zdanie, powtarzane bez końca. A potem ostry jak igiełki krzyk ptaków, który dobiegał z niskich gałęzi i przywołał mi na myśl zapach sosny. Już wówczas wiedziałam, że ten zapach będzie mnie prześladował przez całe życie.

— Wezwij policję! — wrzasnął rozdający do człowieka na stacji.

Rosaleen leżała już wówczas przygwożdżona do ziemi, drapiąc palcami kępki trawy. Krew sączyła się jej z rozcięcia pod okiem i spływała niczym łzy po podbródku.

Kiedy przyjechał policjant, dowiedziałyśmy się, że mamy usiąść z tyłu samochodu.

— Jesteś aresztowana — poinformował Rosaleen. — Za napad, kradzież i zakłócanie porządku. Po przyjeździe na posterunek — zwrócił się do mnie — zadzwonię do twojego taty. Niech on się tobą zajmie.

Rosaleen wgramoliła się do samochodu i przesunęła na sąsiednie siedzenie. Ja wślizgnęłam się tam w ślad za nią i równocześnie z nią usiadłam.

Drzwi zamknęły się za nami z trzaskiem, który nie był głośniejszy od furkotu powietrza, i to było w tym wszystkim najdziwniejsze: jak taki cichy odgłos mógł się odbić takim silnym echem.

1 — Lady bird (ang.) — biedronka. [wróć]

Po opuszczeniu starego gniazda rój przelatuje na ogół parę metrów i osiada. Pszczoły zwiadowcy szukają nowego miejsca na założenie kolonii. Któraś z lokalizacji zostaje w końcu wybrana i cały rój wzbija się w powietrze.

BEES OF THE WORLD

(Pszczoły świata)

Rozdział drugi

Policjant, który wiózł nas do aresztu, nazywał się Avery Gaston, ale mężczyźni ze stacji Esso mówili na niego Bucior. Intrygujące przezwisko, zwłaszcza że jego buty, a nawet stopy nie odznaczały się niczym szczególnym. Jedyne, co w nim było niezwykłego, to wyjątkowo małe uszy, dziecinne uszka wielkości małych suszonych brzoskwinek. Siedząc z tyłu samochodu, nie mogłam od nich oderwać oczu. Zastanawiałam się, dlaczego nie nazywają go Uszatek.

Trzej mężczyźni jechali za nami zielonym pikapem z zamontowanym pośrodku stojakiem na strzelby. Co kilka sekund podjeżdżali pod nasz zderzak i trąbili. Za każdym razem podskakiwałam na siedzeniu, a Rosaleen klepała mnie po kolanie. Przed salonem Western Auto wymyślili nową zabawę, polegającą na tym, że podjeżdżali do nas z boku i wykrzykiwali przez okno różne rzeczy, których w większości nie rozumiałyśmy, ponieważ miałyśmy zasunięte szyby. Zauważyłam, że ludzie wiezieni na tylnym siedzeniu policyjnego samochodu nie mogą korzystać z klamek i z korbek do otwierania szyb, w związku z czym miałyśmy zaszczyt jechać do aresztu w dławiącym skwarze i patrzeć, jak ci faceci wykrzykują do nas rzeczy, których na szczęście nie słyszałyśmy.

Rosaleen patrzyła prosto przed siebie i zachowywała się tak, jakby ci mężczyźni byli w najgorszym wypadku muchami bzyczącymi u naszych drzwi. Tylko ja czułam, jak drżą jej uda i całe tylne siedzenie dygocze niczym wibrujące łóżko.

— Ci panowie nie jadą chyba z nami, panie Gaston? — zapytałam.

W tylnym lusterku pojawił się jego uśmiech.

— Nie wiem, do czego są zdolni ludzie, którzy wpadli w taką furię — odparł.

Zanim skręciliśmy na Main Street, znudziła im się zabawa i nas wyprzedzili. Odetchnęłam z ulgą, ale gdy wjechaliśmy na parking za posterunkiem, czekali już na nas na tylnych schodkach. Rozdający uderzał latarką w otwartą dłoń. Pozostali dwaj mieli nasze kościelne wachlarze i wymachiwali nimi na wszystkie strony.

Kiedy wysiadłyśmy z samochodu, pan Gaston założył Rosaleen kajdanki, unieruchamiając jej z tyłu ręce. Szłam za nią tak blisko, że czułam pot parujący z jej skóry.

Rosaleen zatrzymała się dziesięć jardów przed mężczyznami i nie chciała iść dalej.

— Posłuchaj no, nie zmuszaj mnie, żebym wyjął broń — powiedział pan Gaston.

Normalnie policjanci w Sylvanie używali broni, kiedy wzywano ich, żeby zastrzelili grzechotnika na czyimś podwórku.

— Chodź, Rosaleen — zachęciłam ją. — Co ci mogą zrobić, kiedy jest tu policjant?

W tym samym momencie rozdający podniósł latarkę nad głowę, a potem opuścił w dół, waląc ją w czoło. Rosaleen osunęła się na kolana.

Nie pamiętam, żebym krzyczała, ale ręka pana Gastona znalazła się nagle na moich ustach.

— Cicho — syknął.

— Może teraz będziesz chciała przeprosić — powiedział rozdający.

Rosaleen usiłowała wstać, lecz bez użycia rąk było to niemożliwe. Ja i pan Gaston musieliśmy jej pomóc.

— Przeprosisz nas tak czy inaczej, ty czarna dupo — wycedził rozdający, robiąc krok w jej stronę.

— Uspokój się, Franklin — powiedział pan Gaston, popychając nas w kierunku drzwi. — To nie jest odpowiedni moment.

— Nie spocznę, dopóki nie przeprosi! — wrzasnął Franklin i to były ostatnie słowa, jakie usłyszałam przed wejściem do środka, gdzie miałam nieodpartą ochotę uklęknąć i ucałować więzienną podłogę.

*

Jedyne moje wyobrażenie o aresztach pochodziło z oglądanych w kinie westernów, a ten w ogóle ich nie przypominał. Przede wszystkim był pomalowany na różowo i miał kwieciste zasłonki w oknach. Okazało się, że weszliśmy do mieszkania więziennego strażnika. Jego żona wyjrzała z kuchni, smarując tłuszczem foremki do babeczek.

— Będziesz miała dwie gęby więcej do wyżywienia — powiedział pan Gaston i kobieta wróciła z ponurą miną do kuchni.

Z przodu budynku były dwa rzędy cel, wszystkie puste. Pan Gaston rozpiął Rosaleen kajdanki i podał jej ręcznik z łazienki. Wtuliła w niego twarz, a pan Gaston wypełnił papiery przy biurku, po czym przez dłuższy czas szukał kluczy w szufladzie.

Cele śmierdziały niczym oddech pijaka. Pan Gaston wsadził nas do pierwszego pomieszczenia w pierwszym rzędzie, gdzie ktoś napisał „tron do srania” na przymocowanej do ściany ławce. Nic nie wydawało się do końca realne. Jesteśmy w więzieniu, pomyślałam. Jesteśmy w więzieniu.

Kiedy Rosaleen odsunęła ręcznik od twarzy, zobaczyłam długie na cal skaleczenie nad spuchniętą brwią.

— Bardzo cię boli? — zapytałam.

— Trochę — odparła.

Obeszła dwa albo trzy razy celę i osunęła się na ławkę.

— T. Ray nas stąd wyciągnie — powiedziałam.

— Uhum.

Nie odezwała się więcej ani słowem do chwili, kiedy pół godziny później pan Gaston otworzył drzwi.

— Chodź — powiedział. W Rosaleen zbudziła się nadzieja. Zaczęła nawet się podnosić. Pan Gaston potrząsnął głową. — Ty nigdzie się nie wybierasz. Tylko dziewczynka.

Przy drzwiach złapałam za kratę, jakby to była ręka Rosaleen.

— Wrócę tutaj. Dobrze? Dobrze, Rosaleen?

— Idź, dam sobie radę.

Widząc jej zaszczuty wyraz twarzy, o mało nie zemdlałam.

*

Igła szybkościomierza w ciężarówce T. Raya podskakiwała tak wściekle, że nie mogłam się zorientować, czy wskazuje siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt mil na godzinę. Pochylając się nad kierownicą, wdepnął gaz do dechy, puścił go i ponownie wdepnął. W biednej ciężarówce wszystko grzechotało i w każdej chwili spodziewałam się, że jej maska oderwie się i zetnie kilka sosen.

Przypuszczałam, że T. Ray pędzi na farmę, by móc jak najszybciej wznieść piramidy kaszy w całym domu — zmienić go w wyposażoną w próbki żywności izbę tortur, gdzie będę przechodziła od jednego stosu do drugiego i klęczała na nich godzinami, co najwyżej z przerwą na zrobienie siku. Nie obchodziło mnie to. Myślałam tylko o Rosaleen, która została tam w areszcie.

Zerknęłam na niego z ukosa.

— Co będzie z Rosaleen? — zapytałam. — Musisz ją wydostać…

— Masz szczęście, że wydostałem ciebie! — wrzasnął.

— Ale ona nie może tam zostać…

— Oblała sokiem z tabaki trzech białych mężczyzn! Co ona sobie, do diabła, wyobrażała? I musiała to zrobić akurat Franklinowi Poseyowi. Nie mogła sobie wybrać kogoś normalnego? W całym Sylvanie nie znajdziesz nikogo, kto by tak nienawidził czarnuchów. Jeśli dorwie Rosaleen, zabije ją na miejscu.

— No nie — odparłam. — Nie chcesz chyba powiedzieć, że ją naprawdę zabije?

— Chcę powiedzieć, że nie zdziwiłbym się, gdyby ją autentycznie ukatrupił.

Opadły mi ręce. Franklin Posey był facetem z latarką i miał zamiar zabić Rosaleen. Choć w głębi serca czyż nie wiedziałam o tym, jeszcze zanim oświecił mnie T. Ray?

Ruszył za mną po schodach. Stąpałam umyślnie powoli, czując, jak rośnie we mnie gniew. Jak mógł wypiąć się w ten sposób na Rosaleen?

Kiedy weszłam do swojej sypialni, stanął w progu.

— Muszę przygotować wypłatę dla zbieraczy — powiedział. — Nie wychodź z tego pokoju. Zrozumiano? Siedź tutaj i myśl, co cię czeka, kiedy wrócę. Głęboko się nad tym zastanów.

— Nie boję się ciebie — odparłam, w większości szeptem.

Odwracał się już do wyjścia, ale słysząc mnie, cofnął się.

— Coś ty powiedziała?

— Nie boję się ciebie — powtórzyłam, tym razem głośniej.

Zbudziła się we mnie jakaś bezczelność, coś śmiałego, co było dotąd zamknięte na klucz.

T. Ray podszedł do mnie i podniósł rękę, jakby miał zamiar wymierzyć mi policzek.

— Lepiej uważaj, co mówisz.

— No chodź, spróbuj mnie uderzyć! — wrzasnęłam.

Kiedy się zamierzył, uchyliłam się i chybił.

Skoczyłam na łóżko, ciężko dysząc.

— Matka nigdy nie pozwoliłaby ci mnie tknąć! — zawołałam.

— Twoja matka? — Jego twarz przybrała jaskrawoczerwony kolor. — Myślisz, że w ogóle obchodziłaś tę cholerną babę?

 

— Moja matka mnie kochała! — krzyknęłam.

T. Ray odrzucił do tyłu głowę i gorzko się roześmiał.

— To… to wcale nie jest śmieszne — wyjąkałam.

Słysząc to, skoczył w stronę łóżka, wbił pięści w materac i przysunął twarz tak blisko mnie, że widziałam małe dziurki, z których wyrastały mu wąsy. Przesunęłam się do tyłu w stronę poduszek i oparłam plecami o wezgłowie.

— Nie jest śmieszne?! — wrzasnął. — Nie jest śmieszne? Dlaczego nie? To najśmieszniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek słyszałem: zdaje ci się, że matka jest twoim aniołem stróżem. — Znowu się roześmiał. — Nie mogło jej na tobie mniej zależeć.

— To nieprawda — powiedziałam. — Nieprawda.

— A co ty możesz wiedzieć? — zapytał, wciąż się nade mną pochylając. Na ustach pozostał mu ślad uśmiechu.

— Nienawidzę cię! — krzyknęłam.

To sprawiło, że natychmiast przestał się uśmiechać i cały zesztywniał.

— Ty mała dziwko — rzucił i pobielały mu usta.

Nagle ogarnął mnie lodowaty chłód, jakby coś niebezpiecznego wślizgnęło się do pokoju. Spojrzałam w stronę okna i poczułam, jak ciarki chodzą mi po plecach.

— Posłuchaj mnie — powiedział śmiertelnie spokojnym tonem. — Prawda jest taka, że twoja żałosna matka uciekła i cię zostawiła. Tego dnia, kiedy zginęła, wróciła po prostu po swoje rzeczy. Możesz mnie nienawidzić, ile ci się podoba, ale to ona cię zostawiła.

W pokoju zapadła grobowa cisza.

T. Ray strzepnął jakiś pyłek z koszuli i ruszył ku drzwiom.

Po jego wyjściu w ogóle się nie poruszyłam; wodziłam tylko palcami po smugach światła, które padało na łóżko. Stukanie jego buciorów po schodach oddaliło się, a ja wyjęłam poduszki spod narzuty i ułożyłam je wokół siebie, jakbym potrzebowała pontonu, który utrzyma mnie na powierzchni. Mogłam zrozumieć, że matka zostawiła jego. Ale mnie? To by mnie na zawsze pogrążyło.

Na nocnej szafce stał słoik po pszczołach, teraz pusty. W którymś momencie zdecydowały się jednak odlecieć. Wzięłam go w dłonie i z oczu popłynęły mi łzy, które, jak się zdawało, wstrzymywałam przez długie lata.

„Twoja żałosna matka uciekła i cię zostawiła. Tego dnia, kiedy zginęła, wróciła po prostu po swoje rzeczy”.

Słodki Jezu, każ mu to odwołać.

Opadły mnie wspomnienia. Walizka na podłodze. To, jak się kłócili. Ramiona zaczęły mi drżeć w dziwny, zupełnie niekontrolowany sposób. Trzymałam słoik przy piersiach w nadziei, że to mnie uspokoi, a jednak nie mogłam przestać dygotać, nie mogłam przestać płakać i to było przerażające. Miałam wrażenie, że potrącił mnie samochód, którego w ogóle nie widziałam, i że leżę na poboczu, próbując zrozumieć, co się stało.

Usiadłam na skraju łóżka i zaczęłam powtarzać w myślach jego słowa. Za każdym razem czułam ból w tym miejscu, gdzie było chyba moje serce.

Nie wiem, jak długo tam siedziałam, zupełnie zdruzgotana. W końcu podeszłam do okna i spojrzałam na sad, który ciągnął się chyba do samej Karoliny Północnej. Brzoskwiniowe drzewka podnosiły swoje liściaste ramiona w błagalnym geście. Poza nimi było tylko niebo, powietrze i pusta przestrzeń.

Spoglądając na ściskany w ręku słoik, zobaczyłam na samym dnie mniej więcej łyżeczkę łez. Otworzyłam okno i wylałam je. Wiatr uniósł je na swoich połach i strząsnął na spaloną trawę. Jak mogła mnie opuścić? Stałam tam przez kilka minut, spoglądając na świat i próbując zrozumieć. Małe ptaszki śpiewały tak czysto.

I wtedy mnie oświeciło: A może matka wcale mnie nie opuściła? Może T. Ray wymyślił to, żeby mnie ukarać?

Zakręciło mi się prawie w głowie, tak wielką poczułam ulgę. Tak było. Tak musiało być. Jeśli chodziło o wymyślanie kar, mój ojciec bił na głowę Thomasa Edisona. Raz, kiedy mu odszczekiwałam, powiedział, że zdechła moja króliczka, Mademoiselle, i płakałam całą noc, a potem rano odkryłam, że siedzi cała i zdrowa w swojej zagrodzie. To też zmyślił. Pewne rzeczy są po prostu niemożliwe. Nie może się zdarzyć, żeby oboje rodzice nie kochali swojego dziecka. Jedno może nie kochać, ale, na litość boską, nie oboje.

Musiało być tak, jak mówił wcześniej: robiła porządki w szafie. Ludzie stale robią porządki w szafie.

Wzięłam głęboki oddech, żeby się uspokoić.

Można powiedzieć, że nigdy jeszcze nie doznałam prawdziwie religijnego objawienia, to znaczy chwili, gdy człowiek słyszy głos, który nie należy do niego, i to tak wyraźnie, że widać niemal słowa wypisane ognistymi literami na drzewach i chmurach. Takie objawienie przytrafiło mi się właśnie teraz, kiedy stałam w swojej najzwyczajniejszej w świecie sypialni. Usłyszałam głos, który mówił: „Lily Melisso Owens, twój słoik jest otwarty”.

W ciągu kilku sekund uświadomiłam sobie dokładnie, co mam robić: musiałam opuścić dom. Musiałam uciec przed T. Rayem, który wracał już prawdopodobnie, żeby zrobić mi Bóg jeden wie co. No i musiałam poza tym wydobyć Rosaleen z więzienia.

Na zegarze była za dwadzieścia trzecia. Potrzebowałam solidnego planu, brakowało mi jednak czasu, żeby usiąść i go wymyślić. Złapałam różową płócienną torbę, która mogła mi się przydać, gdybym musiała u kogoś przenocować. Wzięłam trzydzieści osiem dolarów, które zarobiłam, sprzedając brzoskwinie, i wsadziłam je do torby razem z siedmioma najlepszymi parami majtek, z wydrukowanymi z tyłu dniami tygodnia. Dorzuciłam skarpetki, pięć par szortów, bluzki, nocną koszulę, szampon, szczotkę i gumki do włosów, pastę i szczoteczkę do zębów, przez cały czas zerkając przez okno. Co jeszcze? Widząc przypiętą do ściany mapę, zerwałam ją, nie starając się nawet wydłubać pinesek.

Wyciągnęłam spod materaca zdjęcie matki, rękawiczki oraz obrazek z czarną Marią i wszystko to również wcisnęłam do torby.

A potem wydarłam kartkę z zeszytu do angielskiego i napisałam na niej liścik, krótki i konkretny: „Drogi T. Rayu, nie staraj się mnie szukać. Lily. PS Ludzie, którzy opowiadają kłamstwa, powinni się smażyć w piekle”.

Kiedy znowu zerknęłam przez okno, T. Ray szedł z sadu w stronę domu, z zaciśniętymi pięściami i pochyloną głową, niczym byk, który chce coś przebić rogami.

Położyłam liścik na nocnej szafce i przez chwilę stałam pośrodku sypialni, zastanawiając się, czy ją jeszcze kiedyś zobaczę.

— Do widzenia — powiedziałam i z mojego serca wystrzeliła mała gałązka smutku.

Na dworze wypatrzyłam dziurę w otaczającej fundamenty domu kratownicy i wlazłam tam, znikając pośród oświetlonych fioletową poświatą pajęczyn.

Buciory T. Raya zastukały na werandzie.

— Lily! Liliiiii! — usłyszałam jego szybujący nad deskami podłogi głos.

Nagle zobaczyłam Buźkę, która węszyła w miejscu, w którym wcisnęłam się przez szparę. Cofnęłam się głębiej w mrok, lecz ona zwietrzyła mój zapach i zaczęła szczekać tak głośno, aż ślina pryskała jej z parszywego pyska.

T. Ray wypadł z domu, ściskając w dłoni mój list. Wrzasnął na Buźkę, żeby się, do diabła, przymknęła, po czym wskoczył do ciężarówki i odjechał, zostawiając na podjeździe chmurę spalin.

*

Idąc po raz drugi tego dnia zachwaszczonym poboczem drogi, rozmyślałam o tym, jak bardzo wydoroślałam, kończąc czternasty rok życia. W ciągu kilku godzin stałam się czterdziestolatką.

Droga, jak okiem sięgnąć, była pusta, powietrze falowało od upału. Nawet jeśli uda mi się wydostać z więzienia Rosaleen — a to „jeśli” było wielkie jak planeta Jowisz — dokąd zamierzałam się z nią udać?

Nagle stanęłam jak wryta. Tiburon, Karolina Południowa. Oczywiście. Miasto, którego nazwa znajdowała się na odwrocie obrazka z czarną Marią. Czyż nie planowałam tam pojechać któregoś dnia? To było logiczne: matka kiedyś tam była. Albo znała kogoś, kto lubił ją w wystarczającym stopniu, żeby wysłać jej śliczny obrazek matki Jezusa. Poza tym komu przyjdzie do głowy, żeby nas tam szukać?

Ukucnęłam przy rowie i rozłożyłam mapę. Tiburon był małą kropką przy dużej czerwonej gwieździe Columbii. T. Ray na pewno sprawdzi dworzec autobusowy, zatem ja i Rosaleen musiałyśmy tam pojechać autostopem. To chyba nic trudnego? Stajesz przy drodze z podniesionym kciukiem i ktoś się w końcu nad tobą lituje.

Niedaleko kościoła przemknął obok mnie swoim białym fordem brat Gerald. Zobaczyłam, jak zapalają się jego światła stopu. Wrzucił wsteczny bieg i podjechał do mnie tyłem.

— Dokąd idziesz? — zapytał przez okno.

— Do miasta.

— Znowu? Co to za torba?

— Niosę… niosę parę rzeczy dla Rosaleen. Jest w więzieniu.

— Tak, wiem — odparł, otwierając drzwi od strony pasażera. — Wsiadaj, ja też tam jadę.

Nigdy przedtem nie byłam w samochodzie osoby duchownej. Choć nie spodziewałam się, że wozi na tylnym siedzeniu stos Biblii, zaskoczyło mnie, że w środku nie różni się od czyjegokolwiek samochodu.

— Jedzie pan zobaczyć się z Rosaleen? — zapytałam.

— Zadzwonili do mnie z policji i poprosili, żebym wniósł przeciwko niej skargę o kradzież kościelnej własności. Wiesz coś na ten temat?

— To były tylko dwa wachlarze…

— W oczach Boga nie ma znaczenia, czy chodzi o dwa, czy o dwieście wachlarzy — oznajmił brat Gerald tonem, którym przemawiał z ambony. — Kradzież to kradzież. Zapytała, czy może wziąć wachlarze, a ja odparłem „nie”, krótko i węzłowato. Mimo to je wzięła. To jest grzech, Lily.

Pobożni ludzie zawsze działali mi na nerwy.

— Ale ona jest głucha na jedno ucho — powiedziałam. — Nie zrozumiała chyba dobrze, co pan mówił. Zawsze to robi. T. Ray mówi „wyprasuj mi d w i e koszule”, a ona prasuje ż ó ł t e koszule.

— Ma kłopoty ze słuchem… Cóż, nic o tym nie wiedziałem — mruknął.

— Rosaleen niczego by nie ukradła.

— Mówią, że napadła na jakichś ludzi na stacji Esso.

— To nie było tak — oświadczyłam. — Widzi pan, Rosaleen śpiewała swój ulubiony hymn, Gdzie byłeś, gdy ukrzyżowali mojego Pana? Nie sądzę, żeby ci ludzie byli chrześcijanami, bracie Geraldzie, bo zaczęli wrzeszczeć, żeby skończyła wyć do Jezusa. „Możecie mi ubliżać, ale nie wolno wam obrażać naszego Zbawiciela”, odparła. Oni jednak nie dawali jej spokoju, więc wylała im na buty sok z tabaki. Może i źle postąpiła, lecz była przekonana, że staje w obronie Jezusa.

Miałam mokrą od potu bluzkę i spociły mi się uda.

Brat Gerald przygryzał zębami dolną wargę i widziałam, że waży w swoim sumieniu to, co mu powiedziałam.

*

Kiedy ja i brat Gerald weszliśmy na posterunek, pan Gaston był sam i jadł przy biurku prażone fistaszki. Poznawszy go trochę bliżej, nie zdziwiłam się wcale, że zaśmiecił skorupkami całą podłogę.

— Twojej Murzynki tu nie ma — oznajmił na mój widok. — Odwiozłem ją do szpitala, żeby założyli jej szwy. Upadła i uderzyła się w głowę.

Już to widzę, jak upadła. Miałam ochotę cisnąć jego fistaszkami o ścianę. Nie mogłam się powstrzymać, żeby nie krzyczeć.

— Co to znaczy „upadła i uderzyła się w głowę”?!

Pan Gaston posłał bratu Geraldowi porozumiewawcze spojrzenie, które wymieniają między sobą mężczyźni, kiedy kobieta wpada w lekką histerię.

— No już, uspokój się — powiedział do mnie.

— Nie uspokoję się, dopóki się nie dowiem, że jest cała i zdrowa — oświadczyłam nieco spokojniejszym, lecz drżącym głosem.

— Nic jej nie jest. To tylko lekkie wstrząśnienie mózgu. Spodziewam się jej z powrotem dzisiaj wieczorem. Doktor chciał, żeby została przez kilka godzin na obserwacji.

Brat Gerald zaczął wyjaśniać, że nie może złożyć skargi, ponieważ nie wiedział, że Rosaleen jest prawie głucha. Ja tymczasem ruszyłam ku drzwiom.

Pan Gaston posłał mi ostrzegawcze spojrzenie.

— W szpitalu pilnuje jej strażnik i nie wolno nikomu z nią rozmawiać, więc lepiej wracaj od razu do domu. Rozumiesz?

— Tak, proszę pana. Wracam do domu.

— Trzymam cię za słowo. Bo jeśli się dowiem, że kręciłaś się koło szpitala, zadzwonię znowu do twojego taty.

*

Szpital Memorial w Sylvanie mieścił się w niskim ceglanym budynku. Jedno skrzydło przeznaczone było dla białych, drugie dla czarnych.

Ruszyłam pustym korytarzem, który oblepiło zbyt wiele zapachów: goździków, starości, spirytusu, łazienkowych dezodorantów i czerwonej galaretki Jell-O. Z okien skrzydła dla białych wystawały klimatyzatory, ale tu były tylko elektryczne wiatraczki, przewalające z miejsca na miejsce gorące powietrze.

 

Przy stanowisku pielęgniarek sterczał policjant. Wyglądał jak ktoś, kto dopiero skończył liceum, nie zaliczył wuefu i uciekał z dużej przerwy, żeby popalać papierosy z mechanikami. Rozmawiał z dziewczyną ubraną na biało. Domyśliłam się, że to pielęgniarka, chociaż nie wyglądała na dużo starszą ode mnie.

— Kończę służbę o szóstej — usłyszałam jego głos.

Dziewczyna szczerzyła do niego zęby, kręcąc loczek za uchem.

Po drugiej stronie korytarza przed jedną z sal stało puste krzesło, pod którym leżał policyjny kapelusz. Podchodząc bliżej, zobaczyłam na drzwiach napis: „WIZYTY WZBRONIONE”. Natychmiast weszłam do środka.

Stało tam sześć łóżek — wszystkie puste, z wyjątkiem tego przy samym oknie. Uniesione wysoko prześcieradło z trudem okrywało leżącą pod nim pacjentkę. Postawiłam na podłodze moją torbę.

— Rosaleen?

Na głowie miała opatrunek z gazy wielkości dziecinnej pieluszki. Nadgarstki przywiązano jej do ramy łóżka.

Zobaczyła mnie i zaczęła płakać. W ciągu wszystkich tych lat, kiedy się mną opiekowała, nie widziałam na jej twarzy ani jednej łzy. Teraz puściły wszelkie tamy. Poklepałam ją po ramieniu, po nodze, po policzku i po dłoni.

— Co ci się stało? — zapytałam, kiedy wyschły w końcu jej gruczoły łzowe.

— Gdy wyszłaś, ten policjant, którego nazywają Buciorem, wpuścił tych trzech, żebym ich przeprosiła.

— Znowu cię pobili?

— Dwaj wykręcili mi ręce, a ten trzeci… ten z latarką… mnie bił. „Powiedz, że przepraszasz, czarnucho”, powtarzał, a kiedy tego nie zrobiłam, rzucił się na mnie. Bił mnie i bił, aż w końcu policjant powiedział, że starczy. Ale nie doczekali się przeprosin.

Modliłam się, żeby ci ludzi zdechli w piekle, błagając o szklankę zimnej wody, lecz byłam także wściekła na Rosaleen. Dlaczego nie mogłaś ich po prostu przeprosić? Wtedy Franklinowi Poseyowi wystarczyłoby może, że spuścił ci lanie. Osiągnęła wyłącznie to, że jeszcze po nią wrócą.

— Musisz stąd wyjść — powiedziałam, rozwiązując jej ręce.

— Nie mogę tak po prostu wyjść — odparła. — Jestem aresztowana.

— Jeśli tu zostaniesz, ci ludzie wrócą i cię zabiją. Nie żartuję. Zginiesz tak, jak zginęli ci Murzyni w stanie Missisipi. Nawet T. Ray tak powiedział.

Kiedy usiadła, szpitalna koszula odsłoniła jej uda. Ściągnęła ją w dół, ale ona podjechała z powrotem w górę, jakby była uszyta z jakiegoś elastycznego materiału. Znalazłam w szafie suknię Rosaleen i podałam jej.

— To wariactwo — stwierdziła.

— Włóż tę sukienkę. Po prostu ją włóż, dobrze?

Rosaleen włożyła suknię przez głowę i stanęła przy łóżku z wielkim opatrunkiem na czole.

— Musisz zdjąć ten bandaż — powiedziałam, usuwając go.

Pod spodem miała dwa rządki szwów. Dałam jej znak, żeby się nie odzywała, po czym uchyliłam drzwi, by sprawdzić, czy policjant siedzi na swoim krześle.

Siedział. Trudno było się spodziewać, że będzie flirtował dość długo, żebyśmy zdążyły się stamtąd zmyć. Stałam w miejscu przez kilka minut, usiłując wymyślić jakiś plan, a potem otworzyłam torbę, wyjęłam z niej swoje pieniądze ze sprzedaży brzoskwiń i wyłuskałam kilka dziesięciocentówek.

— Spróbuję się go jakoś pozbyć — powiedziałam do Rosaleen. — Połóż się do łóżka na wypadek, gdyby tu zajrzał.

Wpatrywała się we mnie oczyma małymi jak łepki od szpilek.

— Słodki Jezu — jęknęła.

Kiedy wyszłam na korytarz, policjant zerwał się z krzesła.

— Nie wolno tam wchodzić!

— Jakbym nie wiedziała — odparłam. — Szukam swojej cioci. Powiedzieli mi „sala sto dwa”, słowo daję, ale tam leży jakaś Murzynka — dodałam, potrząsając głową i udając skonsternowaną.

— Po prostu się zgubiłaś. Musisz iść na drugi koniec budynku. Tutaj jest oddział dla kolorowych.

— Aha — mruknęłam i uśmiechnęłam się do niego.

W przeznaczonej dla białych części szpitala dowiedziałam się w informacji, jaki jest telefon do szpitala, po czym znalazłam automat w poczekalni, wybrałam numer i poprosiłam, żeby połączono mnie ze stanowiskiem pielęgniarek na oddziale dla kolorowych.

Czekając na połączenie, odchrząknęłam.

— Mówi żona strażnika z posterunku policji — przedstawiłam się dziewczynie, która podniosła słuchawkę. — Pan Gaston chce, żeby odesłała pani policjanta, którego tam macie, z powrotem na posterunek. Niech mu pani powie, że pastor jest w drodze, żeby złożyć skargę, a pan Gaston nie może na niego zaczekać, bo musi natychmiast wyjść. Więc gdyby mogła pani mu przekazać, żeby tu jak najprędzej wrócił…

Sama nie wierzyłam, że to wszystko wygaduję. Zastanawiałam się, czy powinni mnie zamknąć w poprawczaku, czy może raczej w przytułku dla upadłych dziewcząt.

Kobieta powtórzyła wszystko co do słowa, upewniając się, czy dobrze zrozumiała. W słuchawce zabrzmiało jej westchnienie.

— Powiem mu — powiedziała.

Powie mu. Nie wierzyłam własnym uszom.

Zakradłam się z powrotem do części dla kolorowych i czając się za wodotryskiem, patrzyłam, jak ubrana na biało dziewczyna powtarza mu wszystko, obficie gestykulując. Policjant nasunął na głowę kapelusz, ruszył korytarzem i wyszedł na zewnątrz.

*

Kiedy Rosaleen i ja wymknęłyśmy się z sali, zerknęłam w lewo i w prawo. W drodze do wyjścia musiałyśmy minąć stanowisko pielęgniarek, ale ubrana na biało dziewczyna wydawała się bardzo zajęta. Siedziała z pochyloną głową i coś notowała.

— Zachowuj się tak, jakbyśmy przyszły do kogoś z wizytą — powiedziałam do Rosaleen.

Kiedy byłyśmy w połowie drogi, pielęgniarka przestała pisać i wstała.

— Jasny szlag! — zaklęłam. Złapałam Rosaleen za rękę i wciągnęłam ją do innej sali.

Na łóżku siedziała drobna, podobna do ptaka staruszka o twarzy koloru czarnych jagód. Widząc nas, otworzyła usta i wystawiła język, który wyglądał jak źle postawiony przecinek.

— Chcę się napić trochę wody — oznajmiła.

Rosaleen podeszła do łóżka, nalała wody z dzbanka i podała jej szklankę, a ja wyjrzałam przez drzwi, przyciskając do piersi swoją torbę.

Zobaczyłam, że pielęgniarka, która niosła jakąś butelkę, znika w sali kilka drzwi dalej.

— Chodź — powiedziałam do Rosaleen.

— Już wychodzicie? — zdziwiła się staruszka.

— Tak, ale przed wieczorem chyba tu wrócimy — odparła Rosaleen, bardziej na mój aniżeli na jej użytek.

Tym razem nie udawałyśmy już odwiedzających, lecz dałyśmy jak najszybciej drapaka.

Na dworze wzięłam Rosaleen za rękę i pociągnęłam za sobą.

— Ponieważ wszystko sobie dokładnie zaplanowałaś, domyślam się, że wiesz, dokąd idziemy — powiedziała i w jej głosie zabrzmiał zgryźliwy ton.

— Idziemy do szosy numer czterdzieści i jedziemy autostopem do Tiburonu w Karolinie Południowej — odparłam. — A w każdym razie próbujemy tam dojechać.

Poprowadziłam ją opłotkami przez miejski park, wąską alejką do Lancaster Street, a potem do May Pond Street trzy przecznice dalej, gdzie skręciłyśmy na pusty plac za sklepem spożywczym Glenna.

Przedzierałyśmy się przez kępy leśnej trybuli i purpurowe kwiaty o grubych łodygach. Wokół nas unosiły się ważki, a zapach karolińskiego jaśminu był tak silny, że wydawało się niemal, iż unosi się w powietrzu niczym złoty dym. Rosaleen nie zapytała, dlaczego jedziemy do Tiburonu, a ja jej tego nie powiedziałam. Zapytała za to, odkąd zaczęłam mówić „jasny szlag”?

Nigdy nie używałam brzydkich wyrazów, chociaż nasłuchałam się ich dosyć od T. Raya i naczytałam w publicznych toaletach.

— Skończyłam czternaście lat — oznajmiłam. — Wydaje mi się, że mogę zakląć, jeśli mam ochotę. — I miałam ochotę, dokładnie w tym momencie. — Jasny szlag!

— Jasny szlag, w mordę, cholera i kurwa jego mać — powiedziała Rosaleen, smakując każde z tych słów, jakby to był słodki ziemniak.

*

Stanęłyśmy na poboczu szosy numer czterdzieści w skrawku cienia, który zapewniał billboard z reklamą papierosów Lucky Strike. Trzymałam podniesiony w górę kciuk, a każdy jadący szosą kierowca wciskał gaz, kiedy tylko nas zobaczył.

W końcu ulitował się nad nami Murzyn prowadzący wyładowaną melonami, poobijaną ciężarówkę Chevrolet. Ja pierwsza wdrapałam się do szoferki i musiałam przesunąć się maksymalnie w lewo, gdy Rosaleen usadowiła się przy oknie.