Sekretne życie pszczółTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dopiero po miesiącu doszłam do siebie po szoku, jakim było dla mnie uświadomienie sobie życiowych możliwości. Wiecie, jak niektórzy lubią pytać, kim zostaniecie, kiedy będziecie dorośli. Nie umiem wyrazić, jak bardzo nienawidziłam takich pytań, lecz nagle zaczęłam sama z siebie informować różnych ludzi, również tych, którzy nie byli tym wcale zainteresowani, że planuję zostać profesorką i pisać prawdziwe książki.

Przechowywałam swoje wypracowania. Przez jakiś czas we wszystkich występował koń. Po przeczytaniu w klasie Ralpha Walda Emersona zaczęłam pisać Moją filozofię życiową, która miała być początkiem całej książki, lecz nie przekroczyła ostatecznie trzech stron objętości. Pani Henry stwierdziła, że muszę przeżyć więcej aniżeli czternaście lat, żeby mieć jakąś filozofię.

Oświadczyła także, że moją jedyną nadzieją na przyszłość jest stypendium, i pożyczyła mi na lato swoje książki.

— Za kogo ty się uważasz, za Juliusza Szekspira? — pytał T. Ray za każdym razem, kiedy otwierałam którąś z nich.

Ten człowiek naprawdę myślał, że Szekspir miał na imię Juliusz, i jeśli sądzicie, że powinnam go poprawić, to nie znacie sztuki przetrwania. Mówił też na mnie Panna-Nos-W-Książce, a czasami Panna-Emily-Mądrala-Dykcja. Miał na myśli Emily Dickinson, ale powtarzam, na pewne rzeczy trzeba po prostu przymknąć oko.

Stercząc w budce z brzoskwiniami, układałam czasami z braku książek wiersze, lecz tego popołudnia nie miałam cierpliwości do rymów. Po prostu tam siedziałam, rozmyślając, jak bardzo nienawidzę tego straganu, jak nieubłaganie i dziko go nienawidzę.

*

Dzień przed tym, jak poszłam do pierwszej klasy, T. Ray odnalazł mnie na straganie, gdy wbijałam gwóźdź w jedną z jego brzoskwiń.

Podszedł do mnie z kciukami wciśniętymi w kieszenie, mrużąc oczy przed słońcem. Patrząc, jak jego cień sunie po ziemi i chwastach, byłam przekonana, że spuści mi manto za to, że dziurawię brzoskwinię. Naprawdę nie wiedziałam, dlaczego to robię. On jednak miał inne plany.

— Idziesz jutro do szkoły, Lily — powiedział — i są pewne rzeczy, które powinnaś wiedzieć. O twojej matce.

Na chwilę wszystko znieruchomiało i zgasło, jakby ucichł wiatr i przestały latać ptaki. Kiedy przede mną ukucnął, poczułam, jak spowija mnie gorący mrok, z którego nie mogę się wyrwać.

— Czas, żebyś się dowiedziała, co się jej stało, i chcę, żebyś usłyszała to ode mnie. Nie od tych tam plotkarzy.

Nigdy o tym nie mówiliśmy i poczułam, jak przechodzi mnie dreszcz. Wspomnienie tego dnia wracało do mnie w najdziwniejszych chwilach. Niedające się otworzyć okno. Jej zapach. Klekot wieszaków. Walizka. Jak się ze sobą kłócili i krzyczeli. A przede wszystkim leżący na podłodze pistolet, to, jaki był ciężki, kiedy go podniosłam.

Wiedziałam, że strzał, który wówczas usłyszałam, zabił ją. Ten odgłos zakradał się co jakiś czas do mojej głowy i mnie zaskakiwał. Czasami wydawało mi się, że kiedy trzymałam pistolet, nie było żadnego hałasu, że rozległ się dopiero później, lecz innym razem, gdy siedziałam sama na tylnych schodkach werandy, nudząc się i nie mając co robić, albo zaszywałam się w swoim pokoju w deszczowe dni, czułam, że to wszystko moja sprawka, że kiedy podniosłam pistolet, ten dźwięk przeszył pokój i wydarł z nas serca.

To była sekretna wiedza, która mnie czasami przytłaczała, i gdy tak się działo, puszczałam się biegiem — nawet jeśli padało — do specjalnego miejsca w brzoskwiniowym sadzie. Kładłam się na ziemi i to mnie uspokajało.

T. Ray nabrał teraz garść ziemi i wysypał ją z dłoni.

— Tego dnia, kiedy umarła, robiła porządki w szafie — powiedział.

Nie wiedziałam, skąd wziął się dziwny, nienaturalny ton jego głosu, prawie, choć nie do końca, miły.

„Robiła porządki w szafie”. Nigdy nie zastanawiałam się, co robiła w ciągu tych ostatnich minut swojego życia, dlaczego zaglądała do szafy, o co się kłócili.

— Pamiętam — odparłam.

Własny głos wydał mi się cichy i odległy, jakby dobiegał z wydrążonej przez mrówki dziury w ziemi. T. Ray uniósł w górę brwi i przysunął do mnie twarz.

— Że co?

— Pamiętam — powtórzyłam. — Krzyczeliście na siebie.

Stężała mu twarz.

— Naprawdę? — zapytał.

Zaczęły mu blednąć wargi, na co zawsze byłam wyczulona. Zrobiłam krok do tyłu.

— Miałaś tylko cztery latka, do diabła! — wrzasnął. — Sama nie wiesz, co pamiętasz.

W ciszy, która zapadła, zastanawiałam się, czy go nie okłamać i nie powiedzieć: „Cofam to. Nic nie pamiętam. Powiedz mi, co się stało”. Nie mogłam jednak powstrzymać długo tamowanej potrzeby, by o tym mówić, by wypowiedzieć w końcu te słowa.

Spojrzałam na swoje buty i na gwóźdź, który upuściłam na ziemię, widząc, jak T. Ray się zbliża.

— Pamiętam pistolet — powiedziałam.

— Chryste — jęknął.

Przyglądał mi się przez dłuższą chwilę, a potem podszedł do stojących z tyłu straganu koszy. Stał tam całą minutę z zaciśniętymi pięściami, po czym odwrócił się i podszedł do mnie z powrotem.

— Co jeszcze? — zapytał. — Mów mi zaraz, co wiesz.

— Pistolet leżał na podłodze…

— A ty go podniosłaś — dopowiedział. — Chyba to sobie przypominasz.

W mojej głowie znowu zabrzmiał odgłos wystrzału. Spojrzałam w stronę sadu, pragnąc tam pobiec.

— Pamiętam, jak go podniosłam — odparłam. — I to wszystko.

T. Ray złapał mnie za ramiona i lekko potrząsnął.

— Nie pamiętasz nic więcej? Jesteś pewna? Pomyśl.

Milczałam bardzo długo i w końcu przechylił głowę i zmierzył mnie podejrzliwym spojrzeniem.

— Nie, to wszystko.

— Posłuchaj mnie — oznajmił, ściskając palcami moje ramię. — Kłóciliśmy się, tak jak mówiłaś. Z początku cię nie zauważyliśmy. A potem odwróciliśmy się i zobaczyliśmy, jak stoisz, trzymając w ręku pistolet. Podniosłaś go z podłogi. I nagle sam wystrzelił.

T. Ray puścił mnie i wsunął ręce do kieszeni. Słyszałam, jak dzwoni kluczami i miedziakami. Tak bardzo chciałam złapać go za nogę i poczuć, jak bierze mnie na ręce i przyciska do piersi, ale nie mogłam się poruszyć, podobnie jak on. Patrzył w jakieś miejsce nad moją głową. Miejsce, od którego nie mógł oderwać oczu.

— Policja zadawała mnóstwo pytań, lecz to był po prostu potworny wypadek. Nie chciałaś tego zrobić — powiedział cicho. — Ale jeśli ktoś będzie koniecznie chciał wiedzieć, tak to właśnie wyglądało — dodał, po czym ruszył w stronę domu. Już po kilku krokach się obejrzał. — I nie wbijaj więcej tego gwoździa w moje brzoskwinie.

*

Minęła już szósta po południu, kiedy nie sprzedawszy kompletnie nic, ani jednej brzoskwini, przywlokłam się do domu i zastałam Rosaleen w salonie. O tej porze była już na ogół u siebie, tym razem jednak zmagała się z anteną na telewizorze, próbując zrobić coś ze śniegiem na ekranie. Prezydent Johnson pojawiał się i znikał w tumanach śnieżycy. Nigdy nie widziałam Rosaleen do tego stopnia zainteresowanej programem telewizyjnym, żeby zdobyła się na wysiłek fizyczny.

— Co się stało? — zapytałam. — Zrzucili bombę atomową?

Odkąd w szkole zaczęły się próbne alarmy przeciwatomowe, stale uważałam, że moje dni są policzone. Wszyscy budowali schrony w ogródkach, przechowywali wodę w kanistrach i przygotowywali się do końca świata. Trzynaście osób w mojej klasie zrobiło na pracach ręcznych modele schronów przeciwatomowych, co najlepiej świadczy, że nie tylko mnie spędzało to sen z powiek. Mieliśmy obsesję na punkcie pana Chruszczowa i jego rakiet.

— Nie, nie zrzucili bomby — odparła. — Chodź tutaj, może uda ci się nastawić telewizor.

Pięści wcisnęła tak głęboko w biodra, że zniknęły pod fałdami tłuszczu.

Obróciłam cynową folię wokół anteny i obraz wyklarował się na tyle, że można było dostrzec prezydenta Johnsona, siedzącego przy swoim biurku i otoczonego ludźmi. Nie lubiłam zbytnio prezydenta, bo trzymał swoje beagle za uszy. Podziwiałam jednak jego żonę, Lady Bird1, która zawsze wyglądała, jakby chciała rozpostrzeć skrzydełka i odlecieć .

Rosaleen przysunęła sobie stołek pod telewizor, po czym usiadła tak, że cały pod nią zniknął, nachyliła się do przodu, złapała skraj spódnicy i zaczęła go międlić w rękach.

— Co się dzieje? — zapytałam, ale była tak zaabsorbowana, że nawet mi nie odpowiedziała.

Na ekranie prezydent umieścił swoje nazwisko na kartce papieru, używając w tym celu co najmniej dziesięciu piór.

— Rosaleen…

— Ćśśś — syknęła, machając ręką.

Musiałam poczekać, aż o wszystkim poinformuje mnie spiker.

— Dzisiaj, w dniu drugiego lipca 1964 roku — powiedział — prezydent Stanów Zjednoczonych podpisał we Wschodnim Gabinecie Białego Domu ustawę o prawach obywatelskich…

Spojrzałam na Rosaleen, która siedziała na stołku, potrząsając głową.

— Panie, zmiłuj się — mamrotała z niedowierzaniem i radością niczym ludzie, którzy odpowiedzieli właśnie w telewizji na pytanie za sześćdziesiąt cztery tysiące dolarów.

Nie wiedziałam, czy się cieszyć, czy martwić. Po nabożeństwie ludzie gadali wyłącznie o Murzynach i o tym, czy dostaną prawa obywatelskie. Kto wygrywał — drużyna białych czy drużyna kolorowych? Wyglądało na to, że zbliża się rozstrzygający mecz. Kiedy w poprzednim miesiącu aresztowano na Florydzie tego pastora z Alabamy, wielebnego Martina Luthera Kinga, za to, że chciał jeść w restauracji, mężczyźni w kościele zachowywali się tak, jakby drużyna białych zdobyła mistrzostwo. Wiedziałam, że nie przyjmą tych wieści spokojnie nawet za milion lat.

— Alleluja, Jezu — powtarzała niepomna na nic Rosaleen, siedząc na swoim stołku.

 

*

Zostawiła nam obiad na kuchni. Nakładając T. Rayowi jej słynnego duszonego kurczaka, zastanawiałam się, jak poruszyć delikatny temat moich urodzin. Nie zdarzyło się jeszcze, by T. Ray o nich pamiętał, lecz ja łudziłam się co rok jak kretynka, że tym razem będzie inaczej.

Obchodziłam urodziny w tym samym dniu co cały kraj i z tego powodu jeszcze trudniej było się zorientować, że je świętuję. Kiedy byłam mała, myślałam, że ludzie puszczają sztuczne ognie z mojego powodu — hurra, urodziła nam się Lily! Jak zwykle dopiero później dotarła do mnie smutna prawda.

Chciałam poinformować T. Raya, że dziewczynki uwielbiają bransoletki ze srebrnymi breloczkami, że od roku jestem jedyną uczennicą gimnazjum w Sylvanie, która nie ma takiej bransoletki, i że przerwa na lunch służy wyłącznie temu, by stojąc w kolejce do kafeterii, pobrzękiwać nadgarstkiem i pozwalać, żeby ludzie podziwiali kolekcję twoich breloczków.

— W tę sobotę są moje urodziny — powiedziałam, stawiając przed nim talerz.

Patrzyłam, jak oddziela widelcem mięso od kości.

— Pomyślałam sobie, że bardzo bym chciała dostać taką srebrną bransoletkę z breloczkami. Mają je w domu towarowym.

Dom zaskrzypiał, jak mu się to czasami zdarzało. Za drzwiami szczeknęła cicho Buźka, a potem zrobiło się tak cicho, że słyszałam, jak T. Ray miażdży szczękami kurczaka.

Zjadł pierś i zabrał się do udka, od czasu do czasu rzucając mi to swoje ciężkie spojrzenie.

„Więc co będzie z tą bransoletką?”, miałam ochotę zapytać, ale zorientowałam się, że udzielił mi już odpowiedzi, i poczułam, jak rośnie we mnie smutek, który był nowy i bolesny i nie miał tak naprawdę nic wspólnego z bransoletką. Myślę dzisiaj, że smuciło mnie skrobanie jego widelca po talerzu, skrobanie, którego dźwięk puchł między nami, jakby mnie tam w ogóle nie było.

*

Tej nocy, leżąc w łóżku, słuchałam furkotania, bzyczenia i praskania w słoiku z pszczołami i czekałam, aż zrobi się dość późno, żebym mogła wymknąć się z domu i wykopać puszkę, w której były rzeczy mojej matki. Chciałam położyć się w sadzie i pozwolić, by mnie utulił.

Kiedy ciemność wywindowała księżyc na szczyt nieba, wstałam z łóżka, włożyłam szorty i bluzeczkę bez rękawów i prześlizgnęłam się bezszelestnie obok pokoju T. Raya, poruszając rękoma i nogami niczym sunąca po lodzie łyżwiarka. Nie zauważyłam, niestety, jego buciorów, które zaparkował pośrodku korytarza, i upadłam, robiąc przy tym mnóstwo hałasu. Chrapanie T. Raya zmieniło rytm. Z początku całkiem ustało, a potem zabrzmiało znowu po trzech świńskich chrząknięciach.

Zeszłam chyłkiem po schodach i przemknęłam przez kuchnię. Kiedy noc uderzyła mnie w twarz, miałam ochotę się roześmiać. Księżyc był idealnie okrągły, tak pełen światła, że wszystkie rzeczy wydawały się obwiedzione bursztynową poświatą. Cykały świerszcze, a ja biegłam boso po trawie.

Żeby trafić do mojego miejsca, musiałam dotrzeć do ósmego rzędu za szopą, a potem iść wzdłuż niego, licząc pnie, aż do trzydziestego drugiego drzewka. Puszka zakopana była w miękkiej ziemi pod drzewem, dość płytko, żebym mogła ją wykopać gołymi rękoma.

Strzepnęłam ziemię z pokrywki i otworzyłam ją. Najpierw ujrzałam rękawiczki, potem owiniętą w pergamin fotografię, a na końcu śmieszny obrazek Marii o ciemnym obliczu. Wyjęłam wszystkie przedmioty i kładąc się między spadłymi z drzew brzoskwiniami, położyłam je sobie na brzuchu.

Kiedy spojrzałam w górę przez plątaninę gałęzi, okryła mnie noc i na chwilę zatraciłam poczucie własnych granic. Miałam wrażenie, że niebo jest moją skórą, a księżyc sercem bijącym tam w górze w ciemności. Po firmamencie przeleciała błyskawica, nie zygzakiem, lecz miękkimi złotymi maźnięciami. Rozpięłam guziki bluzki, rozchyliłam ją szeroko, pragnąc, by noc dotknęła mojej skóry, i wtedy właśnie zasnęłam, leżąc tam z rzeczami matki, ze skraplającą się na piersiach rosą, pod pęczniejącym jasnością niebem.

Obudził mnie jakiś hałas. Ktoś przedzierał się przez sad. T. Ray! Spanikowana usiadłam i zaczęłam zapinać bluzkę. Słyszałam jego kroki i ciężkie sapanie. Zerkając w dół, zobaczyłam rękawiczki matki, jej zdjęcie oraz obrazek. Przestałam się zapinać, podniosłam te rzeczy i zaczęłam obracać w rękach, nie bardzo wiedząc, co z nimi zrobić, gdzie schować. Puszka leżała w dołku, zbyt daleko, bym mogła jej teraz dosięgnąć.

— Liliiiii! — wrzasnął i zobaczyłam, jak jego cień mknie ku mnie po ziemi.

Wcisnęłam rękawiczki, zdjęcie i obrazek za gumkę szortów i sięgnęłam drżącymi palcami do guzików.

Nim zdążyłam je do końca zapiąć, zalało mnie światło i zobaczyłam go bez koszuli, z latarką w ręku. Snop światła omiótł mnie i oślepił, rażąc prosto w oczy.

— Z kim tutaj byłaś!? — zawołał, oświetlając latarką moją niedopiętą bluzkę.

— Z… z nikim — wyjąkałam, obejmując rękoma kolana, zaskoczona tym, co mu przyszło do głowy. Nie mogłam długo patrzeć mu w twarz, taka była wielka i zagniewana niczym boskie oblicze.

— Jest tam kto!? — ryknął, celując latarką w mrok.

— Proszę cię, T. Ray, nie ma tu nikogo oprócz mnie.

— Wstawaj! — wrzasnął.

Ruszyłam za nim z powrotem do domu. Jego stopy deptały czarną ziemię z taką nienawiścią, aż było mi jej żal. Nie odzywał się do chwili, kiedy weszliśmy do kuchni i wyjął ze spiżarki torbę kaszy kukurydzianej Martha White.

— Po chłopcach można się tego spodziewać, Lily… nie sposób ich winić… ale po tobie spodziewałem się czegoś więcej. Zachowujesz się jak ostatnia dziwka. Chodź tutaj i klękaj — powiedział, sypiąc na sosnowej podłodze stos kaszy wielkości mrowiska.

Klęczałam na kaszy, odkąd skończyłam sześć lat, ale nigdy nie przyzwyczaiłam się do tego uczucia, jakby miało się pod skórą szklany pył. Podeszłam do kaszy tymi drobnymi, lekkimi kroczkami, którymi stąpają podobno dziewczynki w Japonii, i uklękłam na podłodze, z silnym postanowieniem, żeby nie płakać, chociaż już teraz piekły mnie oczy.

T. Ray usiadł na krześle i zaczął sobie czyścić paznokcie scyzorykiem. Przestępowałam z kolana na kolano, z nadzieją, że doznam kilkusekundowej ulgi, lecz ból wdarł się już głęboko pod moją skórę. Przygryzając wargę, poczułam obrazek czarnej Marii pod gumką szortów. Czułam, jak rękawiczki matki i bibułka, w którą było zawinięte jej zdjęcie, przyklejają mi się do brzucha, i wyobraziłam sobie nagle, że ona tam jest i tuli się do mnie, że przylgnęła do mojej skóry niczym materiał izolacyjny i pomaga mi znieść całą jego podłość.

*

Nazajutrz obudziłam się późnym rankiem. Stawiając stopy na podłodze, sprawdziłam, czy w tymczasowej kryjówce pod materacem są rzeczy mojej matki — musiały tam pozostać do chwili, kiedy będę mogła zakopać je z powrotem w sadzie.

Przekonawszy się, że są bezpieczne, zeszłam do kuchni, gdzie Rosaleen zmiatała akurat z podłogi kaszę.

Posmarowałam sobie masłem kromkę chleba.

Rosaleen machnęła miotłą tak energicznie, aż powiało mi po nogach.

— Co się stało? — zapytała.

— Poszłam w nocy do sadu. T. Ray myśli, że spotkałam się z jakimś chłopakiem.

— A spotkałaś się?

Przewróciłam oczyma.

— Nie.

— Jak długo trzymał cię na tej kaszy?

— Może godzinę — odparłam, wzruszając ramionami.

Spojrzała na moje kolana i przestała zamiatać. Były spuchnięte i upstrzone setkami małych jak szpileczki kropek, które już rychło miały się zmienić w siną szczecinę.

— Popatrz na siebie, dziecko — powiedziała. — Popatrz, co on ci zrobił.

Moje kolana były torturowane w ten sposób dość długo, bym przestała widzieć w tym coś nadzwyczajnego; było to po prostu coś, z czym trzeba się od czasu do czasu pogodzić, podobnie jak z przeziębieniem. Ale mina Rosaleen nagle przecięła to wszystko. „Popatrz, co on ci zrobił”.

I to właśnie czyniłam — przyglądałam się uważnie swoim kolanom, kiedy T. Ray wmaszerował przez tylne drzwi.

— Popatrzmy, kto zdecydował się w końcu wstać z łóżka — zawołał, po czym wyrwał mi z rąk kromkę i rzucił ją do miski z żarciem dla Buźki. — Czy nie będzie dla ciebie zbytnią fatygą, jeśli poproszę, żebyś sprzedała trochę brzoskwiń? Wyobraź sobie, że nie jesteś Królową Balu.

Może to zabrzmieć głupio, ale aż do tej chwili uważałam, że T. Ray chyba mnie jednak trochę kocha. Nie mogłam zapomnieć, jak uśmiechnął się do mnie w kościele, kiedy śpiewałam hymny z odwróconego do góry nogami śpiewnika.

Teraz przyjrzałam się jego twarzy. Malowały się na niej pogarda i gniew.

— Dopóki mieszkasz pod moim dachem, będziesz robić, co ci każę! — wrzasnął.

W takim razie poszukam sobie innego dachu, pomyślałam.

— Rozumiesz? — zapytał.

— Tak jest, rozumiem — odparłam i rzeczywiście go zrozumiałam. Zrozumiałam, że pobyt pod nowym dachem świetnie mi zrobi.

*

Po południu tego samego dnia złapałam dwie kolejne pszczoły. Leżąc na brzuchu na łóżku, patrzyłam, jak kręcą się w kółko w słoiku, jakby nie mogły trafić do wyjścia.

— Dobrze się czujesz? — zapytała Rosaleen, zaglądając do mojego pokoju.

— Tak, nic mi nie jest.

— Już wychodzę. Powiedz twojemu tacie, że jutro nie przyjdę, bo wybieram się do miasta.

— Idziesz do miasta? Zabierz mnie ze sobą — poprosiłam.

— Po co chcesz ze mną iść?

— Proszę, Rosaleen.

— Będziesz musiała całą drogę drałować na piechotę.

— Nie szkodzi.

— Nic nie będzie otwarte oprócz straganu z fajerwerkami i sklepu spożywczego.

— Nie szkodzi. Chcę po prostu wyjść gdzieś na miasto w swoje urodziny.

Rosaleen przykucnęła na tych swoich wielkich łydach i wbiła we mnie wzrok.

— Dobrze, ale zapytaj wpierw swego taty. Przyjdę po ciebie z samego rana — powiedziała i wyszła.

— A po co idziesz do miasta? — zawołałam za nią.

Przez chwilę stała nieruchomo. Kiedy się odwróciła, jej twarz wydawała się miękka i zmieniona — niczym u jakiejś zupełnie innej Rosaleen. Ręka powędrowała do kieszeni, palce zaczęły czegoś szukać. Po chwili wyciągnęła wyrwaną z zeszytu, złożoną kartkę i usiadła obok mnie na łóżku. Pomasowałam sobie kolana, a ona wygładziła kartkę na podołku.

Jej imię i nazwisko, Rosaleen Daise, wypisane było na niej co najmniej dwadzieścia pięć razy, dużymi, pochylonymi literami, jak na pierwszej klasówce, którą pisze się na początku szkoły.

— Ćwiczę tutaj swój podpis — powiedziała. — Czwartego lipca jest zebranie wyborcze w kościele dla kolorowych. Zarejestruję się w spisie wyborców.

Poczułam, jak coś ściska mnie w żołądku. Poprzedniego wieczoru w telewizji powiedzieli, że jakiś facet w stanie Missisipi został zabity za to, że zarejestrował się w spisie wyborców, a wcześniej podsłuchałam, jak jeden z diakonów, pan Bussey, mówił do T. Raya: „Nie martw się, każą im napisać swoje nazwisko idealną kursywą i nie dadzą im karty, jeśli zapomną postawić kropkę nad „i” albo ogonek przy „y”.

Przyglądałam się przez chwilę zakrętasom w napisanym przez Rosaleen „R”.

— Czy T. Ray wie, co ty robisz? — zapytałam.

— T. Ray? — parsknęła. — T. Ray o niczym nie wie.

*

O zachodzie słońca przywlókł się spocony z roboty. Przywitałam go w progu kuchni ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma.

— Jutro pójdę chyba z Rosaleen do miasta — powiedziałam. — Muszę kupić sobie środki higieniczne.

Zgodził się na to bez słowa. Nic nie wzbudzało w nim tak wielkiej odrazy jak kobiece intymne sprawy.

Wieczorem przyjrzałam się stojącemu na nocnej szafce słoikowi z pszczołami. Biedne stworzenia przycupnęły na dnie i prawie się nie poruszały, najwyraźniej marząc o tym, żeby odlecieć. Przypomniałam sobie, jak wyskakiwały ze szczelin w ścianach i fruwały dla czystej radości latania. Pomyślałam o tym, jak matka sypała okruszki grahama i kawałki cukierków ślazowych, żeby wywabić karaluchy z domu i przypadkiem nie nadepnąć na nie. Wątpię, czy spodobałoby jej się trzymanie pszczół w słoiku. Odkręciłam pokrywkę i położyłam ją obok słoika.

— Możecie odlecieć — powiedziałam.

Ale pszczoły zostały tam niczym stojące na pasie samoloty, które nie wiedzą, że dostały zgodę na start. Łaziły na sztywnych nóżkach wzdłuż tworzącego dno okręgu, jakby cały świat skurczył się do rozmiarów słoika. Postukałam w szkło, a potem położyłam słoik na boku, lecz te głupie stworzenia nie ruszyły się z miejsca.

 

*

Kiedy rano pojawiła się Rosaleen, pszczoły wciąż tam tkwiły. Przyniosła ze sobą biszkoptowy tort z czternastoma świeczkami.

— Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin — powiedziała.

Usiadłyśmy i zjadłyśmy każda po dwa kawałki, popijając mlekiem, które zostawiło na jej górnej wardze białe ślady. Nie chciało jej się ich zetrzeć i później to sobie przypomniałam: jak wyruszyła w drogę, naznaczona od samego początku.

Do Sylvanu miałyśmy kawał drogi. Szłyśmy skrajem szosy, Rosaleen z szybkością wrót do bankowego skarbca, ze szklaną spluwaczką na palcu. Pod drzewami wisiała mgła i każda cząsteczka powietrza pachniała przejrzałymi brzoskwiniami.

— Kulejesz? — zapytała Rosaleen.

Kolana bolały mnie tak bardzo, że z trudem dotrzymywałam jej kroku.

— Trochę.

— Może usiądziemy na chwilę przy skraju drogi? — zaproponowała.

— Nie trzeba — odparłam. — Dam sobie radę.

Przejechał samochód, bombardując nas żarem i tumanami kurzu. Rosaleen była śliska od potu. Ocierała twarz i ciężko sapała.

Zbliżałyśmy się do domu modlitwy Kościoła Baptystów Ebenezera, do którego należeliśmy ja i T. Ray. Dzwonnica wystawała ponad koronami rozłożystych drzew, czerwone cegły wydawały się ocienione i chłodne.

— Chodź — powiedziałam, skręcając w alejkę.

— Dokąd idziesz?

— Możemy odpocząć w kościele.

Panujący wewnątrz półmrok przecinały ukośne smugi światła, padające z bocznych okien — nie ładnych malowanych witraży, lecz zwykłych mlecznych szyb, przez które nie było nic widać.

Ruszyłam pierwsza do przodu i usiadłam w drugiej ławce, zostawiając miejsce dla Rosaleen, która ściągnęła papierowy wachlarz z podstawki do hymnów i przyjrzała się widniejącemu na nim obrazkowi, przedstawiającemu biały kościół i wychodzącą z niego białą damę.

Rosaleen wachlowała się, a ja słuchałam furkotania poruszanego wachlarzem powietrza. Normalnie nigdy nie chodziła do kościoła, ale kiedy T. Ray pozwolił mi czasem odprowadzić ją do domku w lesie, widziałam jej specjalny ołtarzyk z ogarkiem świecy, kamykami ze strumienia, czerwonawym ptasim piórem, kawałkiem korzenia Jana Zdobywcy oraz stojącym w samym środku zdjęciem kobiety bez ramki.

— To ty? — zapytałam Rosaleen, gdy zobaczyłam je po raz pierwszy, ponieważ kobieta wyglądała, przysięgam, kubek w kubek jak ona, z wełnistymi warkoczykami, granatowoczarną skórą, wąskimi oczyma i większą częścią ciała skupioną w dolnych partiach, zupełnie jak u oberżyny.

— To moja mama — odparła.

Po bokach, w miejscach, gdzie trzymała ją kciukami, fotografia była wytarta. Ołtarzyk poświęcony był religii, którą sama sobie wymyśliła, mieszance kultu natury i przodków. Przestała chodzić do domu modlitwy Kościoła Przenajświętszej Pełnej Ewangelii już przed wielu laty, ponieważ modły zaczynały się tam o dziesiątej rano i kończyły dopiero o trzeciej po południu, a tyle religii, twierdziła, może zabić dorosłego człowieka.

T. Ray uważał, że religia Rosaleen to czyste wariactwo, i zakazał mi się nią interesować. Mnie jednak pociągało w niej to, że kocha omywane wodą kamienie i pióra dzięcioła i że ma tylko jedno zdjęcie swojej matki — zupełnie jak ja.

Jedno ze skrzydeł drzwi kościoła otworzyło się i do środka wszedł nasz pastor, brat Gerald.

— Na litość boską, Lily, co ty tutaj robisz? — zapytał.

A potem zobaczył Rosaleen i zaczął pocierać łysinę na czubku głowy tak energicznie, że myślałam, że zetrze ją do gołej kości.

— Szłyśmy do miasta i zatrzymałyśmy się, żeby się ochłodzić.

Jego usta ułożyły się, jakby chciał powiedzieć „aha”, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk, tak był zaabsorbowany widokiem Rosaleen w swoim kościele, Rosaleen, która wybrała akurat ten moment, żeby splunąć do swojej spluwaczki.

Zabawne, jak łatwo zapomina się reguł. Nie wolno było jej tutaj przebywać. Za każdym razem, kiedy rozchodziły się wieści o grupie Murzynów mających zamiar pomodlić się razem z nami w niedzielę, diakoni stawali na stopniach, trzymając się za ręce, żeby ich zawrócić. „Miłujemy ich w Panu — oświadczył brat Gerald — ale mają swoje własne miejsca”.

— Dzisiaj są moje urodziny — powiedziałam, żeby skierować jego myśli na inne tory.

— Naprawdę? No cóż, wszystkiego najlepszego, Lily. Ile to już masz lat?

— Czternaście.

— Zapytaj go, czy może nam dać takie dwa wachlarze jako twój urodzinowy prezent — powiedziała Rosaleen.

Pastor wydał z siebie piskliwy dźwięk, który miał być parsknięciem.

— Gdybyśmy darowali wachlarz każdemu, kto chciałby go wziąć, w kościele nie zostałby ani jeden.

— Ona tylko żartowała — zapewniłam go i wstałam.

Brat Gerald uśmiechnął się z zadowoloną miną i odprowadził mnie do samych drzwi. Rosaleen powlokła się za nami.

Na dworze niebo pobielało od chmur. Od bijącego zewsząd blasku latały mi plamki przed oczyma. Kiedy zostawiłyśmy za sobą kościelny dziedziniec i znalazłyśmy się z powrotem na szosie, Rosaleen wydobyła spomiędzy fałd sukni dwa wachlarze.

— Och, bracie Geraldzie, ona tylko żartowała — powiedziała, naśladując moją słodką minkę i zwrócone ku niebu oczy.

*

Weszłyśmy do Sylvanu od najgorszej strony. Stare, wzniesione na pustakach domy. Wentylatory w oknach. Gliniane podwórka. Kobiety z czerwonymi wałkami. Psy bez obroży.

Minąwszy kilka przecznic, zbliżyłyśmy się do stacji Esso na rogu West Market i Park Street, znanej powszechnie z tego, że gromadzili się tam faceci, którzy nie mieli co robić z czasem.

Zauważyłam, że nie tankował ani jeden samochód. Trzej mężczyźni siedzieli na krzesłach przy warsztacie, z kawałkiem dykty opartym na kolanach. Grali w karty.

— Niech mnie kule — mruknął jeden z nich.

Rozdający, który miał na głowie czapkę Seed & Feed, cisnął kartę na dyktę, podniósł wzrok i zobaczył mnie i Rosaleen, która sunęła do przodu, wachlując się i kołysząc z boku na bok.

— Patrzcie, kogo tutaj mamy — zawołał. — Dokąd idziesz, Murzynicho?

Gdzieś w oddali zaczęły trzaskać sztuczne ognie.

— Nie zatrzymuj się — szepnęłam. — Nie zwracaj na nich uwagi.

Rosaleen miała jednak mniej zdrowego rozsądku, niż sądziłam.

— Idę się zarejestrować, żeby móc wziąć udział w wyborach, oto dokąd idę — oznajmiła takim tonem, jakby wyjaśniała coś opóźnionemu w rozwoju chłopczykowi w przedszkolu.

— Powinnyśmy się pośpieszyć — powiedziałam, lecz ona dalej szła swoim dostojnym krokiem.

Mężczyzna, który siedział obok rozdającego i miał zaczesane do tyłu włosy, odłożył karty.

— Słyszeliście? Mamy tutaj wzorową obywatelkę.

Usłyszałam powolną pieśń wiatru, który zerwał się za nami na ulicy i zagwizdał w rynsztoku. Dreptałyśmy dalej, a mężczyźni odsunęli swój prowizoryczny stolik, podeszli do krawężnika i czekali na nas, jakby byli widzami parady, a my jej główną atrakcją.

— Widzieliście w życiu kogoś tak czarnego? — zapytał rozdający.

— Nie. I nigdy nie widziałem kogoś tak wielkiego — odparł ten z zaczesanymi do tyłu włosami.

Trzeci mężczyzna poczuł się zobligowany również coś powiedzieć i zmierzył wzrokiem Rosaleen, która absolutnie niezrażona szła, kołysząc biodrami i trzymając wachlarz z białą damą.

— Skąd wzięłaś ten wachlarz, Murzynicho? — zapytał.

— Ukradłam z kościoła — odparła. Tak po prostu.

Razem z moją kościelną grupą płynęłam kiedyś tratwą po Chattooga River i ogarnęło mnie teraz to samo uczucie — że porwały mnie prądy i rzuciły w wir wydarzeń, których nie mogę cofnąć.

Kiedy znalazłyśmy się na wysokości mężczyzn, Rosaleen podniosła swój wypełniony czarną śliną dzbanuszek i spokojnie wylała ją na ich buty, zataczając przy tym malutkie kręgi dłonią, dokładnie tak, jakby ćwiczyła pisanie swojego nazwiska — Rosaleen Daise.

Przez sekundę patrzyli na ślinę spływającą niczym samochodowy olej z ich butów. Mrugali oczyma, usiłując przyjąć ten fakt do wiadomości. Kiedy podnieśli wzrok, zdumienie na ich twarzach ustąpiło miejsca złości, a potem furii. Rzucili się na nią i wszystko zaczęło wirować. Szarpana na wszystkie strony i chwiejąca się Rosaleen obracała mężczyznami, którzy zawiśli na jej ramionach niczym damskie torebki, oni zaś wrzeszczeli, że ma ich przeprosić i wyczyścić buty.