Sekretne życie pszczółTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Sue Monk Kidd Ltd., 2002, 2011


Wszystkie prawa zastrzeżone, w tym prawo do reprodukowania w całości lub w części w jakiejkolwiek formie. Niniejsze wydanie opublikowano w porozumieniu z wydawnictwem Viking, oddziałem Penguin Group (USA) LLC, spółki koncernu Random House.


© Copyright for the Polish translation by Andrzej Szulc

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie, 2015


Pierwsze wydanie — Warszawa 2005


TYTUŁ ORYGINAŁU: "The Secret Life of Bees"


PROJEKT OKŁADKI: Olgierd Chmielewski

W projekcie okładki wykorzystano zdjęcie z agencji Shutterstock

REDAKTOR PROWADZĄCY: Jolanta Korkuć

KOREKTA: Ewa Kochanowicz, Weronika Kosińska



Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70 ISBN: 978-83-08-07241-7 Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Spis treści

1  Dedykacja

2  Rozdział pierwszy

3  Rozdział drugi

4  Rozdział trzeci

5  Rozdział czwarty

6  Rozdział piąty

7  Rozdział szósty

8  Rozdział siódmy

9  Rozdział ósmy

10  Rozdział dziewiąty

11  Rozdział dziesiąty

12  Rozdział jedenasty

13  Rozdział dwunasty

14  Rozdział trzynasty

15  Rozdział czternasty

16  Podziękowania

17  Bibliografia

Dla mojego syna Boba oraz dla Ann i Sandy’ego z wyrazami miłości

Królowa, ze swojej strony, jest siłą jednoczącą społeczność; jeśli usunie się ją z ula, robotnice szybko wyczuwają jej nieobecność. Po kilku godzinach, lub nawet jeszcze krótszym czasie, zdradzają wyraźne symptomy bezkrólewia.

MAN AND INSECTS

(Ludzie i owady)

Rozdział pierwszy

W nocy leżałam w łóżku i oglądałam pszczoły przeciskające się przez szpary w ścianie mojej sypialni i zataczające kręgi w powietrzu; wydawały ów podobny do wirującego śmigła dźwięk, to wysokie zzzzzzz, od którego wibrowała mi skóra. Patrzyłam, jak ich skrzydła lśnią w ciemności niczym kawałki chromu, i w mojej piersi rosła tęsknota. Widząc, jak latają, nie wypatrując żadnego kwiatka, fruwając wyłącznie po to, by poczuć tchnienie wiatru, czułam, że pęka mi serce.

W dzień słyszałam, jak drążą ściany sypialni, brzęcząc niczym stojący w sąsiednim pokoju, nienastrojony radioodbiornik, i wyobrażałam sobie, że przerabiają je na plastry miodu, który sączy się, bym mogła go skosztować.

Pszczoły pojawiły się latem 1964 roku, gdy skończyłam czternaście lat i moje życie znalazło się w zupełnie nowej orbicie — mam na myśli z u p e ł n i e n o w ą o r b i t ę. Spoglądając dziś wstecz, chciałabym powiedzieć, że pszczoły zostały do mnie posłane. Mam ochotę powiedzieć, że pojawiły się podobnie, jak archanioł Gabriel objawił się Najświętszej Dziewicy, zapoczątkowując wydarzenia, których w ogóle się nie spodziewałam. Wiem, że porównywanie się z nią jest z mojej strony bezczelnością, ale mam powody wierzyć, że wcale by jej to nie przeszkadzało; jeszcze do tego wrócę. Teraz powiem jedynie, że mimo wydarzeń tamtego lata wciąż darzę pszczoły sympatią.

*

Pierwszego lipca 1964 roku leżałam w łóżku, czekając, aż się pojawią, i dumając o tym, co powiedziała mi Rosaleen, gdy poinformowałam ją o tych nocnych wizytach.

— Pszczoły roją się przed śmiercią — oznajmiła.

Rosaleen pracowała u nas od śmierci mojej matki. Mój tatuś — którego nazywałam T. Ray, ponieważ słowo „tatuś” nigdy do niego nie pasowało — zabrał ją z sadu, gdzie zbierała brzoskwinie. Miała dużą okrągłą twarz i ciało, które opadało niczym namiot, i była tak czarna, że noc wydawała się sączyć z porów jej skóry. Mieszkała sama w małym domku w lesie niedaleko naszej farmy i przychodziła codziennie, żeby gotować, sprzątać i zastępować mi matkę. Rosaleen nigdy nie miała własnego dziecka, w związku z czym przez ostatnie dziesięć lat byłam jej królikiem doświadczalnym.

„Pszczoły roją się przed śmiercią”. Zawsze miała szalone pomysły, które ignorowałam, lecz ten mnie zaintrygował. Zastanawiałam się, czy nie chodzi im przypadkiem o moją śmierć. Szczerze mówiąc, niewiele się tym przejęłam. Wszystkie te pszczoły mogły sfrunąć na mnie niczym stado aniołów i użądlić na śmierć, i nie byłaby to wcale najgorsza rzecz, jaka mi się przytrafiła. Ludzie, którym się wydaje, że umieranie to coś najgorszego pod słońcem, niewiele wiedzą o życiu.

Moja matka zmarła, gdy miałam cztery lata. Był to niezaprzeczalny fakt, ale za każdym razem, kiedy o tym napomykałam, ludzie zaczynali się interesować skórkami przy paznokciach albo odległymi punktami na niebie i udawali, że mnie nie słyszą. Od czasu do czasu jednak trafiała się jakaś życzliwa dusza.

— Po prostu o tym nie myśl, Lily — mówił mi ktoś taki. — To był wypadek. Nie zrobiłaś tego umyślnie.

Tej nocy leżałam w łóżku i myślałam o tym, co by było, gdybym umarła i spotkała się z matką w raju.

— Mamo, przebacz. Proszę, przebacz — powiedziałabym na powitanie, a ona całowałaby mnie tak długo, aż spierzchłaby mi skóra, i powtarzała, żebym przestała się winić. Mówiłaby to przez pierwsze dziesięć tysięcy lat.

Przez następne dziesięć tysięcy lat szczotkowałaby mi włosy. Uczesałaby je tak pięknie, że z wrażenia ludziom w całym niebie powypadałyby z rąk harfy. Można łatwo poznać, że jakaś dziewczynka nie ma matki, po tym jak wyglądają jej włosy. Moje sterczały przez cały boży dzień w jedenastu różnych kierunkach, a T. Ray nie chciał mi oczywiście kupić wałków, w związku z czym musiałam nawijać je na puszki po soku winogronowym Welcha, przez co o mało nie nabawiłam się bezsenności. Zawsze musiałam wybierać między porządnymi włosami a porządnym snem.

Uznałam, że przez następne czterysta albo pięćset lat będę jej opowiadać o paskudnym życiu z T. Rayem. Był wredny przez cały rok, ale najbardziej w lecie, kiedy od świtu do zmierzchu tyrał w swoim brzoskwiniowym sadzie. Starałam się schodzić mu z drogi. Był miły wyłącznie dla swojej myśliwskiej suki, Buźki, która spała w jego łóżku i którą drapał po brzuchu za każdym razem, kiedy odwróciła się na swój kościsty grzbiet. Widziałam, jak nasikała mu raz na but i w ogóle się nie przejął.

Wiele razy prosiłam Pana Boga, żeby uczynił coś z T. Rayem. Chodzi do kościoła od czterdziestu lat i robi się coraz gorszy. To powinno chyba coś mówić Panu Bogu.

Odsunęłam nogą prześcieradło. W pokoju panował absolutny bezruch, nie było ani jednej pszczoły. Co minuta patrzyłam na zegar na toaletce i zastanawiałam się, co je zatrzymuje.

W końcu, koło północy, kiedy moje powieki chciały już dać za wygraną, w kącie rozległ się niski i wibrujący dźwięk, który można by niemal wziąć za mruczenie kota. Po kilku chwilach po ścianie przesunęły się podobne do plamek farby liczne cętki i kiedy padło na nie sączące się przez okno światło, zobaczyłam zarys skrzydełek. Dźwięk potężniał w ciemności i w końcu zaczął pulsować cały pokój, a powietrze ożyło i zgęstniało od pszczół, które krążąc wokół mojego ciała, otoczyły mnie wirującą chmurą. Brzęczały tak głośno, że nie mogłam zebrać myśli.

Wbiłam paznokcie w dłonie, aż skóra na nich zmieniła się w jodełkę. W pokoju pełnym pszczół można zginąć od ukąszeń.

Mimo to widok był niesamowity. Nagle uznałam, że muszę go koniecznie komuś pokazać, nawet jeżeli jedyną osobą w pobliżu był T. Ray. Nawiasem mówiąc, gdyby zupełnie przypadkiem ukąsiło go kilkaset pszczół, to cóż, byłoby mi bardzo przykro.

 

Wyślizgnęłam się z łóżka i pobiegłam w chmurze pszczół do drzwi. Obudziłam T. Raya, dotykając palcem jego ramienia, z początku delikatnie, a potem dźgając coraz mocniej jego ciało i dziwiąc się, jakie jest twarde.

T. Ray wyskoczył z łóżka w samych szortach. Lepiej, żeby to było coś ważnego, żeby okazało się, że pali się cały cholerny dom, wrzeszczał, gdy wlokłam go do swojej sypialni. Buźka szczekała, jakbyśmy polowali na gołębie.

— Pszczoły! — krzyczałam. — W moim pokoju jest rój pszczół!

Ale kiedy tam dotarliśmy, schowały się w ścianie, jakby wiedziały, że nadchodzi, i nie chciały popisywać się przed nim swoimi powietrznymi akrobacjami.

— Niech to szlag, Lily, to wcale nie jest śmieszne!

Przyjrzałam się ścianom. Wlazłam pod łóżko i błagałam kłęby kurzu i sprężyny materaca, żeby wyłoniła się z nich choć jedna pszczoła.

— Były tutaj — upierałam się. — Fruwały po całym pokoju.

— Jasne, i wpadło tu także cholerne stado bawołów.

— Posłuchaj — powiedziałam. — Słychać, jak bzyczą.

T. Ray przystawił ucho do ściany z udawaną powagą.

— Nie słyszę żadnego bzyczenia — stwierdził, po czym zakręcił palcami młynka przy skroni. — Musiały wyfrunąć z tego zegara z kukułką, który nazywasz swoją mózgownicą. Obudź mnie jeszcze raz, Lily, to w robocie będzie Martha Whites. Słyszysz?

Martha Whites była rodzajem kary, który wymyślić mógł tylko T. Ray. Natychmiast się przymknęłam.

Mimo to nie mogłam przejść nad tym do porządku dziennego — nie mogłam pozostawić T. Raya w przekonaniu, że jestem taka zdesperowana, iż wymyśliłam inwazję pszczół, aby tylko zwrócił na mnie uwagę. I to właśnie nasunęło mi genialny pomysł, żeby nałapać pszczół do słoika, pokazać je T. Rayowi i zapytać, kto tutaj zmyśla.

*

Moje pierwsze i jedyne wspomnienie matki pochodziło z dnia, w którym zmarła. Próbowałam długo odtworzyć w pamięci jakiś wcześniejszy obrazek, okruch czegokolwiek: jak kładzie mnie do łóżka, jak czyta mi książeczkę o Wujku Wigglym albo wiesza moją bieliznę na piecyku w lodowato zimne poranki. W ostateczności nawet, jak zrywa witkę z krzaka forsycji i smaga mnie nią po łydkach.

Zginęła trzeciego grudnia 1954 roku. Piec grzał tak mocno, że matka ściągnęła sweter i stojąc w samej bluzce, mocowała się ze świeżo pomalowanym oknem, które przykleiło się do framugi.

— Cóż, wygląda na to, że się tutaj żywcem upieczemy — mruknęła w końcu, dając za wygraną.

Miała czarne włosy, okalające gęstymi lokami twarz, której obraz w mojej pamięci zawsze trochę się rozmywał, mimo że cała reszta odznaczała się wyborną ostrością.

Wyciągnęłam ku niej dłonie, a ona podniosła mnie, mówiąc, że jestem na to o wiele za duża. Kiedy to zrobiła, owionął mnie jej zapach.

Ten zapach pozostał we mnie na zawsze i był wyraźny jak cynamon. Chodziłam później regularnie do drogerii w Sylvanie i wąchałam wszystkie buteleczki z perfumami, które tam mieli, starając się go zidentyfikować.

— Patrzcie, kogo tu widzimy — mówiła, udając zaskoczoną, pani od perfum za każdym razem, kiedy się tam zjawiałam. Tak jakbym nie odwiedziła jej tydzień wcześniej i nie sprawdziła całego rzędu buteleczek: Shalimar, Chanel No. 5 oraz White Shoulders.

— Ma pani coś nowego? — pytałam.

Nigdy nie miała.

Prawdziwym szokiem było więc dla mnie, kiedy odkryłam ten zapach u swojej nauczycielki z piątej klasy, która oznajmiła, że to zwyczajny odżywczy krem Pond’s.

Tamtego popołudnia, gdy zginęła moja matka, na podłodze przy niedającym się otworzyć oknie leżała walizka. Matka zaglądała do wnękowej szafy, wyjmowała z niej różne rzeczy i wrzucała do walizki, nawet ich nie składając.

Zapuściłam się tam w ślad za nią i myszkowałam pod rąbkami sukienek i nogawkami spodni, w mroku, gdzie leżały koty kurzu i małe martwe ćmy i czuć było stęchły zapach brzoskwiń, który przywarł do butów T. Raya. Wsadziłam dłonie w białe pantofelki na wysokich obcasach i zaczęłam klaskać ich podeszwami.

Kiedy ktoś wchodził po schodach, podłoga w szafie wibrowała i dzięki temu się zorientowałam, że zbliża się T. Ray. Nad głową słyszałam ściągającą rzeczy z wieszaków matkę, szelest ubrań i szczękanie drutów.

— Pośpiesz się — powiedziała.

Słysząc, jak T. Ray wchodzi do pokoju głośno tupiąc, westchnęła. Powietrze uszło z niej tak, jakby ktoś ścisnął nagle jej płuca. To ostatnia rzecz, jaką pamiętam bardzo wyraźnie — jej oddech, który spłynął ku mnie niczym mały spadochron i zniknął bez śladu między stertami butów.

Nie pamiętam, co mówili — wyłącznie furię w ich słowach, to, jak powietrze spuchło od razów. Później przypominało mi to ptaki uwięzione w zamkniętym pokoju, obijające się o okna i ściany, zderzające ze sobą. Cofałam się krok po kroku w głąb szafy, wtykając palce do ust, czując w nich smak stóp i butów.

Wywleczona na zewnątrz, nie wiedziałam w pierwszym momencie, kto mnie wyciągnął — dopiero po chwili zorientowałam się, że obejmuje mnie matka, i poczułam jej zapach.

— Nie martw się — powiedziała, gładząc mnie po włosach, lecz w tej samej sekundzie T. Ray wyrwał mnie z jej ramion i wyniósł na korytarz.

— Idź do siebie! — rozkazał.

— Nie chcę! — krzyknęłam, próbując przecisnąć się z powrotem do pokoju, tam gdzie była matka.

— Idź do siebie, do jasnej cholery! — ryknął i pchnął mnie tak mocno, że odbiłam się od ściany i wylądowałam na czworakach przy samych drzwiach. Podnosząc głowę, ujrzałam, że matka biegnie przez pokój.

— ZOSTAW JĄ W SPOKOJU! — wołała, podbiegając do niego.

Leżąc skulona na podłodze, miałam wrażenie, że widzę wszystko przez porysowaną szybę. T. Ray złapał matkę za ramiona i głowa zaczęła jej latać na wszystkie strony. Zobaczyłam, że pobielały mu wargi.

A potem — i w tym momencie cały obraz zaczyna mi się zacierać przed oczyma — matka wyrwała mu się, podbiegła z powrotem do szafy i zaczęła szukać czegoś wysoko na półce.

Widząc, jak zaciska w dłoni pistolet, podbiegłam do niej, potykając się i wywracając, pragnąc ją ocalić, pragnąc ocalić nas wszystkich.

Od tej chwili czas nałożył się na siebie. W głowie zostało mi tylko kilka wyraźnych, lecz oderwanych fragmentów. Pistolet lśniący niczym zabawka w jej dłoni, T. Ray, który wyrywa go matce i wymachuje nim na wszystkie strony. Pistolet leżący na podłodze. Ja, która pochylam się, żeby go podnieść. Eksplodujący wokół nas hałas.

Tyle wiem. Matka była wszystkim, czego pragnęłam. I odebrałam ją sobie.

*

T. Ray i ja mieszkaliśmy nieopodal liczącego trzy tysiące stu mieszkańców miasteczka Sylvan w Karolinie Południowej. Cała miejscowość składała się z kilku straganów z brzoskwiniami i kilku kościołów baptystów.

Przy wjeździe na naszą farmę stała wielka drewniana tablica z napisem „SADY BRZOSKWINIOWE OWENSA”, wymalowanym najpaskudniejszą pomarańczową farbą, jaką kiedykolwiek zdarzyło wam się widzieć. Nie znosiłam jej. Ale tablica to było jeszcze nic w porównaniu z gigantyczną brzoskwinią, tkwiącą przy bramie na sześćdziesięciostopowym słupie. Wszyscy w szkole mówili, że to Wielki Zadek, a i tak przytaczam najłagodniejszą wersję tego określenia. Mięsisty kolor i biegnąca przez sam środek bruzda w wyraźny sposób upodobniały ją do gołego tyłka. Rosaleen twierdziła, że w ten sposób T. Ray wypina się na cały świat. Taki już był.

Nie uznawał całonocnych prywatek, co akurat zbytnio mi nie przeszkadzało, ponieważ nikt mnie tam nie zapraszał. Nie chciał też jednak pojechać ze mną do miasta na mecz, zbiórkę kibiców albo zbiorowe mycie samochodów, które urządzano w soboty w Beta Club. Nie obchodziło go, że nosiłam ubrania, które uszyłam sobie sama na pracach ręcznych, bawełniane szmizjerki oraz spódniczki sięgające za kolana, w jakich chodziły tylko córki zielonoświątkowców. Równie dobrze mogłam zawiesić sobie na plecach napis „NIE JESTEM I NIGDY NIE BĘDĘ POPULARNA”.

Potrzebowałam wszelkiej pomocy, jakiej mogli mi udzielić kreatorzy mody, ponieważ nikt — z wyjątkiem panny Jennings w kościele, zupełnie ślepej — nie powiedział mi nigdy: „Lily, ależ z ciebie ładne dziecko”.

Przeglądałam się nie tylko w lustrze, lecz w sklepowych witrynach i w ekranie telewizora, kiedy był wyłączony, i stale starałam się poprawić swój wygląd. Włosy miałam czarne jak matka, ale bardzo skołtunione, i martwiło mnie, że nie mam dużego podbródka. Myślałam, że urośnie mi w tym samym czasie co piersi, nic z tego jednak nie wyszło. Miałam za to ładne oczy, które od biedy można by nazwać oczyma Sophii Loren. Mimo to nie startowali do mnie nawet ci chłopcy, którzy mieli włosy ociekające brylantyną, nosili grzebyki w kieszonkach na piersi i byli ponoć bardzo napaleni.

Pod szyją wyrosło mi to, co trzeba, ale i tak nie mogłam tego pokazywać. Moda wymagała, by nosić kaszmirowe bliźniaki i plisowane spódniczki do połowy uda, T. Ray oznajmił jednak, że prędzej w piekle założą lodowisko, niż on pozwoli mi się tak ubrać — czy chcę zajść w ciążę tak jak Bitsy Johnson, której spódniczka ledwie zakrywała pośladki? Skąd wiedział o Bitsy, nie mieści mi się w głowie, ale się nie mylił co do jej spódniczki ani co do dziecka. Był to istotnie niefortunny zbieg okoliczności.

Rosaleen znała się na modzie jeszcze mniej od T. Raya i kiedy było zimno, Jezu zmiłuj się nade mną, kazała mi chodzić do szkoły w długich bryczesach, które wkładałam pod zielonoświątkowe suknie.

Najbardziej ze wszystkiego nienawidziłam zbitych w gromadki dziewczyn, które nabierały wody w usta, gdy koło nich przechodziłam. Zdrapywałam strupy z całego ciała, a kiedy ich zabrakło, obgryzałam paznokcie do żywego mięsa. Tak bardzo zamartwiałam się swoim wyglądem i tym, czy wszystko robię jak trzeba, że wydawało mi się, iż udaję tylko małą dziewczynkę, a nie że naprawdę nią jestem.

Kiedy zeszłej wiosny w Klubie Gospodyń prowadzono przez sześć tygodni w każdy piątek szkołę wdzięku, myślałam, że wyłania się przede mną wielka szansa, ale nie przyjęli mnie, ponieważ nie miałam matki, babki, ani nawet marnej ciotki, która wręczyłaby mi białą różę na zakończenie. Rosaleen nie wolno było wystąpić w tej roli. Płakałam tak długo, aż wyrzygałam się do zlewu.

— I tak masz już dość wdzięku — oznajmiła Rosaleen, czyszcząc go. — Nie musisz chodzić do jakiejś frymuśnej szkoły, żeby się tego nauczyć.

— Muszę — odparłam. — Uczą tam wszystkiego. Jak masz chodzić i kręcić piruety, co robić z łydkami, kiedy siadasz na krześle, jak wsiadać do samochodu, nalewać herbatę, zdejmować rękawiczki…

Rosaleen wypuściła powietrze z ust.

— Wielki Boże… — mruknęła.

— Jak układać kwiaty w wazonie, jak rozmawiać z chłopcami, jak skubać brwi, golić nogi, nakładać szminkę…

— A wymiotować do zlewu? Czy uczą tam, jak robić to z wdziękiem? — zapytała.

Czasami po prostu jej nienawidziłam.

*

Rano, po tym jak obudziłam w środku nocy T. Raya, Rosaleen stanęła w progu mojej sypialni i patrzyła, jak poluję na pszczoły ze słoikiem w ręku. Wydęła wargi tak mocno, że widziałam mały różowy wschód słońca w jej ustach.

— Co ty wyprawiasz z tym słoikiem? — zapytała.

— Łapię pszczoły, żeby pokazać T. Rayowi. Uważa, że je sobie wymyśliłam.

— Boże, daj mi cierpliwość.

Wcześniej łuskała fasolę na ganku i perełki potu lśniły we włosach okalających jej czoło. Pociągnęła za przód sukni, otwierając na prądy powietrzne swoje piersi, wielkie i miękkie niczym poduszki kanapowe.

Pszczoła wylądowała na mapie stanu, którą sama przypięłam do ściany. Patrzyłam, jak wędruje malowniczą drogą numer siedemnaście wzdłuż wybrzeża Karoliny Południowej, i przycisnęłam słoik, łapiąc ją pomiędzy Charlestonem a Georgetown. Kiedy zakręciłam pokrywkę, pszczoła wpadła w korkociąg i zaczęła obijać się o szkło. Odgłosy, które przy tym wydawała, przypominały grad walący o szybę.

Umaiłam słoik, jak mogłam najlepiej, wykładając go obsypanymi pyłkiem płatkami kwiatów, i zrobiłam gwoździem w pokrywce więcej dziur, niż to było potrzebne, żeby pszczoły się nie zadusiły, ponieważ z tego, co wiem, ludzie mogą wrócić pewnego dnia na ziemię w ciele stworzenia, które zabili.

Przysunęłam słoik do nosa.

— Chodź zobacz, jak ta pszczoła się wścieka — powiedziałam do Rosaleen.

Gdy weszła do pokoju, owionął mnie jej zapach, mroczny i pikantny niczym tabaka, którą wypychała policzki. W ręku trzymała dzbanuszek z ustnikiem wielkości miedziaka oraz uszkiem, o które zaczepiła palec. Patrzyłam, jak przyciska go do podbródka, ściąga usta w ciup i strzyka do środka pecyną czarnego soku.

 

Przyjrzała się pszczole i potrząsnęła głową.

— Jeśli cię użądli, nie przychodź do mnie z płaczem — oświadczyła — bo wcale cię nie będę żałowała.

To było kłamstwo.

Ja jedna wiedziałam, że mimo pozorów surowości jej serce było delikatniejsze aniżeli skórka kwiatu i kochała mnie do szaleństwa.

Nie zdawałam sobie z tego sprawy do chwili, gdy skończyłam osiem lat i Rosaleen kupiła mi w domu towarowym wielkanocnego kurczaka. Znalazłam go w rogu klatki, drżącego i pomalowanego na kolor różowych winogron, ze smutnymi oczkami, które wypatrywały matki. Rosaleen pozwoliła mi go przynieść do domu i nie protestowała ani słowem, kiedy wysypałam na podłogę salonu całe pudełko płatków owsianych Quaker Oats, żeby sobie podjadł.

Kurczak zostawiał wszędzie cętkowane na fioletowo bobki, których kolor, jak sądziłam, musiał mieć coś wspólnego z barwnikiem wchłoniętym przez jego delikatny organizm. Właśnie zaczęliśmy je sprzątać, gdy do domu wpadł T. Ray, odgrażając się, że upiecze kurczaka na obiad i wyrzuci Rosaleen za to, że jest kretynką. Wyciągnął po niego swoje umazane smarem łapska, lecz Rosaleen stanęła mu na drodze.

— W tym domu zdarzają się rzeczy gorsze od kurzego gówna — oznajmiła, mierząc go surowym wzrokiem. — Nie dotknie pan tego kurczaka.

Jego buciory zaskrzypiały klin-klan, kiedy wychodził do sieni. Ona mnie kocha, pomyślałam i wówczas właśnie po raz pierwszy w życiu przyszedł mi do głowy tego rodzaju fantastyczny pomysł.

Jej wiek był zagadką, ponieważ nie miała aktu urodzenia. W zależności od tego, jak się czuła w danej chwili, mówiła mi, iż urodziła się w 1909 roku bądź też 1919. Nie miała za to wątpliwości co do miejsca — McClellanville w Karolinie Południowej, gdzie jej mama plotła kosze z turówki wonnej i sprzedawała je przy drodze.

— Tak jak ja sprzedaję brzoskwinie — mówiłam jej.

— Wcale nie tak jak ty sprzedajesz brzoskwinie — odpowiadała. — Ty nie masz siedmiorga bachorów, które musisz wyżywić.

— Masz sześcioro rodzeństwa? — zdziwiłam się. Myślałam, że nie ma na świecie nikogo oprócz mnie.

— Mam, ale nie wiem, gdzie mieszkają.

Rzuciła swojego męża trzy lata po ślubie przez jego hulaszczy tryb życia.

— Gdyby ptak miał jego móżdżek, fruwałby do tyłu — powtarzała chętnie.

Często zastanawiałam się, co robiłby ptak z mózgiem Rosaleen. Uznałam, że przez połowę czasu srałby ludziom na głowy, a przez drugą siedział w cudzych gniazdach z szeroko rozpostartymi skrzydłami.

Śniłam często na jawie, że Rosaleen jest biała, bierze ślub z T. Rayem i zostaje moją prawdziwą matką. Innym razem byłam murzyńską sierotką, którą znalazła na kukurydzianym polu i zaadoptowała. Czasami mieszkałyśmy w obcym miejscu, takim jak Nowy Jork, gdzie wolno jej było mnie zaadoptować i obie mogłyśmy zachować nasz kolor skóry.

*

Moja matka miała na imię Deborah. Moim zdaniem było to najpiękniejsze imię, jakie w życiu słyszałam, chociaż T. Ray nigdy go nie wymawiał. Jeśli wypowiadałam je na głos, zachowywał się tak, jakby miał ochotę pójść do kuchni i przebić coś nożem. Kiedy zapytałam go raz o dzień jej urodzin i ulubiony rodzaj polewy na torcie, kazał mi się przymknąć, a gdy zapytałam ponownie, złapał słoik dżemu jagodowego i cisnął nim o kredens. Do dziś mamy tam niebieskie plamy.

Udało mi się jednak wydobyć z niego kilka strzępów informacji, na przykład o tym, że moja matka została pochowana w Wirginii, skąd pochodzili jej rodzice. Bardzo się tym podnieciłam, mając nadzieję, że znalazłam babcię. Otóż nie, oznajmił mi, moja matka była jedynaczką, a jej mama zmarła wieki temu. Oczywiście. Kiedy rozdeptał raz karalucha w kuchni, powiedział, że moja matka całymi godzinami wywabiała je z domu, sypiąc na podłogę cukierki ślazowe i okruszki grahama, że miała fioła na punkcie robactwa.

Najdziwniejsze rzeczy mogły spowodować, że mi jej brakowało. Na przykład przymierzanie biustonoszy. Kogo miałam o to zapytać? I kto oprócz mojej matki mógł zrozumieć, dlaczego tak bardzo chciałam się zakwalifikować do drużyny cheerleaderek? Mogę was zapewnić, że do T. Raya to nie docierało. Ale wiecie, kiedy najbardziej mi jej brakowało? W dniu, kiedy miałam dwanaście lat i obudziłam się z plamką koloru róży na majtkach. Byłam taka dumna z tego kwiatka i, z wyjątkiem Rosaleen, nie miałam nikogo, komu mogłabym go pokazać.

Niedługo potem natknęłam się na strychu na zszytą u góry papierową torbę. W środku znalazłam ostatnie pamiątki po matce.

Była tam fotografia kobiety, która uśmiechała się drwiąco, stojąc w pastelowej sukience z watowanymi ramionami przy starym samochodzie. „Nie waż się robić tego zdjęcia”, mówiły jej oczy, lecz widać było, że chce, żeby zostało zrobione. Nie uwierzylibyście w historie, które widziałam na tej fotografii — jak stojąc przy zderzaku samochodu, czekała na wielką miłość i nie mogła się jej doczekać.

Przyłożyłam raz tę fotografię do mojego zdjęcia z ósmej klasy i zbadałam wszelkie możliwe podobieństwa. Ona też nie miała zbyt wielkiego podbródka, ale jej uroda nie była przeciętna i dawało mi to autentyczną nadzieję na przyszłość.

W torbie była także para białych bawełnianych rękawiczek, które zmieniły miejscami kolor ze starości. Tam wewnątrz były jej palce, pomyślałam, wyjmując je. Dziś jest mi z tego powodu głupio, ale wypychałam kiedyś te rękawiczki wacikami i trzymałam je na rękach przez całą noc.

Najbardziej tajemniczym przedmiotem w torbie był mały drewniany obrazek Marii, matki Jezusa. Rozpoznałam ją, mimo że miała czarną skórę, tylko o odcień jaśniejszą od skóry Rosaleen. Wyglądało na to, że ktoś wyciął obrazek czarnej Marii z książki, przykleił go do szerokiej na dwa cale, przetartej papierem ściernym listewki i polakierował. Z tyłu widniał napisany nieznaną ręką napis: „Tiburon, Kar. Płd.”.

Przez dwa lata trzymałam jej rzeczy w blaszanej puszce, zakopanej w sadzie. Jest w nim takie specjalne, osłonięte drzewami miejsce, o którym nie wie nikt, nawet Rosaleen. Zaczęłam tam chodzić, zanim nauczyłam się wiązać sznurowadła. Z początku robiłam to, żeby ukryć się przed T. Rayem i jego podłością albo przed wspomnieniem owego dnia, gdy wypalił pistolet, lecz później wymykałam się tam — czasami nawet późną nocą, kiedy T. Ray położył się spać — żeby poleżeć po prostu pod drzewami i mieć trochę świętego spokoju. To było moje miejsce na ziemi, moja kryjówka.

Wsadziłam te rzeczy do puszki i zakopałam ją tam którejś nocy przy świetle latarki, bojąc się przechowywać je w moim pokoju, nawet z tyłu szuflady. Bałam się, że T. Ray może pójść na strych, odkryć, że zniknęły, i wywrócić cały mój pokój do góry nogami. Wolałam nie myśleć, co by mi zrobił, gdyby znalazł je ukryte gdzieś w moich rzeczach.

Co jakiś czas chodziłam tam i odkopywałam puszkę. Kładłam się na ziemi pod wiszącymi gałęziami, nakładałam jej rękawiczki i uśmiechałam się do fotografii. Przyglądałam się śmiesznie pochylonym literom, tworzącym napis „Tiburon, Kar. Płd.” na odwrocie obrazka z Marią, i zastanawiałam się, co to za miejsce. Odszukałam je kiedyś na mapie i okazało się, że leży niecałe dwie godziny drogi z Sylvanu. Czy moja matka była tam i kupiła ten obrazek? Obiecywałam sobie, że pewnego dnia, kiedy dorosnę, pojadę do Tiburonu autobusem. Chciałam odwiedzić wszystkie miejsca, w których była.

*

Po porannym łapaniu pszczół przez całe popołudnie sprzedawałam brzoskwinie T. Raya przy skraju drogi. Była to najbardziej samotna wakacyjna praca, jaką może mieć dziewczyna — uwięziona w przydrożnym straganie o trzech ścianach i płaskim blaszanym dachu.

Siedziałam na skrzynce po coca-coli i patrzyłam na śmigające obok pikapy, czując, że lada chwila zatrują mnie spaliny i nuda. W czwartkowe popołudnia brzoskwinie na ogół dobrze się sprzedawały, bo kobiety piekły niedzielny placek, tym razem jednak nie zatrzymała się żywa dusza.

T. Ray nie pozwalał mi zabierać tam książek i czytać, a gdybym przemyciła na przykład pod bluzką Zaginiony horyzont, pani Watson z sąsiedniej farmy zagadnęłaby ojca zaraz w kościele, mówiąc: „Widziałam, jak pańska córeczka czytała książkę na straganie. Musi pan być z niej taki dumny”. A on darłby ze mnie pasy.

Jaki człowiek może mieć coś przeciwko czytaniu? Uważał pewnie, że książki natchną mnie myślą o studiach, które jego zdaniem były w wypadku dziewcząt wyrzucaniem pieniędzy w błoto, nawet jeśli któraś miała tak jak ja najwyższy osiągalny wynik w teście zdolności werbalnych. Zdolności matematyczne to co innego, ale nie można przecież błyszczeć we wszystkich dziedzinach.

Jako jedyna w klasie nie jęczałam, kiedy pani Henry kazała nam przeczytać kolejną sztukę Szekspira. To znaczy udawałam, że jęczę, w głębi duszy jednak cieszyłam się tak, jakbym została Brzoskwiniową Królową Sylvanu.

Aż do pojawienia się pani Henry uważałam, że szczytem mojej kariery będzie szkoła dla fryzjerek. Przyglądając się jej bacznie, oznajmiłam pewnego razu, że gdyby była moją klientką, zrobiłabym jej francuskie loczki, z którymi byłoby jej nader do twarzy, a ona odparła, cytuję: „Proszę cię, Lily, to obraża twoją inteligencję. Czy ty zdajesz sobie sprawę, jaka jesteś zdolna? Mogłabyś zostać profesorką albo pisarką i pisać prawdziwe książki. Szkoła dla fryzjerek. Proszę”.