Co mówią zwłoki. Opowieści antropologa sądowego

Tekst
Autor:Sue Black
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Wstęp

2  Rozdział 1. Milczący nauczyciele

3  Rozdział 2. Nasze komórki i my

4  Rozdział 3. Śmierć w rodzinie

5  Rozdział 4. Kiedy śmierć staje się osobista

6  Rozdział 5. Z prochu powstałeś

7  Rozdział 6. Tańczący szkielet

8  Rozdział 7. Niezapomniani

9  Rozdział 8. Invenerunt corpus – ciało znalezione!

10  Rozdział 9. Ciało okaleczone

11  Rozdział 10. Kosowo

12  Rozdział 11. W obliczu katastrofy

13  Rozdział 12. Przeznaczenie, lęki, fobie

14  Rozdział 13. Ostateczne rozwiązanie

15  Epilog

16  Mężczyzna z Balmore

17  Podziękowania

18  ZDJĘCIA

Tytuł oryginału: All That Remains: A Life in Death

Przekład: Adam Wawrzyński

Redakcja: Katarzyna Nawrocka

Korekta: Natalia Jóźwiak, Maria Zalasa

Adaptacja okładki na potrzeby polskiego wydania: Norbert Młyńczak

Projekt okładki: Rich Shailer/TW

Zdjęcia na okładce: © Olga Korneeva/Shutterstock

Copyright © Black Affronted Ltd 2018

Copyright for the Polish edition and translation © Wydawnictwo JK, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN 978-83-66380-21-9

Wydanie I, Łódź 2019

Wydawnictwo JK Wydawnictwo JK, ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydawnictwofeeria.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Tomowi, mojej wiecznej miłości i mojemu życiu,

oraz Beth, Grace i Annie –

z których każda jest najukochańszą z moich córek.

Dziękuję Wam, że nadajecie sens każdej chwili mojego istnienia.

Wstęp

Wstęp

Śmierć nie jest największą stratą w życiu. Największą stratą jest to, co umiera w nas, gdy żyjemy.

Norman Cousins

dziennikarz polityczny (1915–1990)


To ja w wieku dwóch lat.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Ze śmiercią, a także z całym cyrkiem, który jej towarzyszy, wiąże się zapewne więcej frazesów niż z jakimkolwiek innym aspektem ludzkiego życia. Bywa ona przedstawiana jako złowroga istota, zwiastun bólu i nieszczęścia; drapieżnik czyhający w mroku, by na nas zapolować; skradający się nocą złodziej. Nadaliśmy jej złowieszcze przydomki – Ponury Żniwiarz, Wielki Wyrównywacz, Kostucha, Blady Jeździec – a przedstawiamy ją najczęściej jako smukły szkielet z kapturem na głowie, dzierżący zabójczą kosę, gotowy jednym zamaszystym ruchem oddzielić duszę od ciała. Czasem zaś śmierć jest upierzoną czarną zjawą, groźnie unoszącą się nad kulącymi się ze strachu ofiarami, czyli nami. A mimo że w wielu językach, w których rzeczowniki mają rodzaje, śmierć przybiera formę żeńską (na przykład w łacinie, francuskim, hiszpańskim, włoskim, polskim, litewskim czy norweskim), to i tak najczęściej przedstawia się ją jako mężczyznę.

Łatwo o takie nieżyczliwe traktowanie śmierci, ponieważ we współczesnym świecie stała się ona wrogo do nas nastawionym obcym. Mimo że w wielu dziedzinach ludzkość zrobiła ogromny postęp, to w kwestii rozszyfrowywania skomplikowanych związków między życiem a śmiercią przez setki lat nie posunęliśmy się zanadto do przodu. Wydaje się nawet, że wiele dotyczących jej kwestii pojmujemy obecnie gorzej niż kiedykolwiek wcześniej. Jakbyśmy zapomnieli, kim jest ta pani i jakie są jej zadania, i podczas gdy nasi przodkowie traktowali ją często jak przyjaciółkę, my uważamy ją za przeciwnika, nieproszonego gościa z piekła rodem, z którym trzeba walczyć lub którego należy unikać tak długo, jak się da.

Z zasady albo oczerniamy śmierć, albo ją gloryfikujemy, bardzo często zresztą przechodząc od jednego do drugiego. Na wszelki wypadek zresztą wolimy o śmierci w ogóle nie wspominać, żeby jej nieopatrznie nie przywołać. Życie to światło, dobro i radość; śmierć to ciemność, zło i smutek. Dobro i zło, nagroda i kara, niebo i piekło, czarne i białe – obdarzeni skłonnością do linneuszowskiego kategoryzowania skwapliwie uznajemy życie i śmierć za przeciwieństwa. Zyskujemy w ten sposób pocieszającą iluzję jednoznacznego oddzielenia dobra od zła, która jednak chyba dość niesprawiedliwie umieszcza śmierć po ciemnej stronie.

W efekcie obawiamy się zetknięcia z nią, jakbyśmy mogli się nią zarazić, narasta w nas lęk, że jeśli przyciągniemy jej uwagę, przyjdzie po nas w chwili, gdy nie będziemy jeszcze gotowi na rozstanie z życiem. Możemy ukrywać pod maską zuchwałości i kpin lęk, którym nas napawa, w nadziei, że znieczulimy się nieco na ukłucie jej żądła. Jednak dobrze wiemy, że gdy znajdziemy się na początku jej listy i gdy wywoła nasze nazwisko, wcale nie będzie nam do śmiechu. Bardzo wcześnie uczymy się więc hipokryzji w stosunku do śmierci, w jednej chwili szydząc z niej, a w drugiej traktując wręcz z nabożnym szacunkiem. Przyswajamy specyficzny język, który ma nam pomóc stępić ostrze kosy i stłumić ból. Mówimy o „utracie”, szepczemy o „zejściu” i z nieco ponurym nabożeństwem wyrażamy swoje współczucie innym, gdy „odszedł” ktoś, kogo kochali.

Jeśli o mnie chodzi, to nie „utraciłam” mojego ojca – doskonale wiem, gdzie jest teraz. Pochowany na wzgórzu cmentarza Tomnahurich w Inverness, leży w ślicznej trumnie dostarczonej przez Billa Frasera, szefa rodzinnego zakładu pogrzebowego. Myślę, że tata zaakceptowałby ten wybór, choć zapewne uznałby, że to zbyt kosztowna zabawa. Umieściliśmy go w dziurze w ziemi tuż nad rozpadającymi się już trumnami jego ojca i matki, w których obecnie znajdują się tylko kości oraz te nieliczne zęby, które mieli w chwili śmierci. Mój ojciec nie zszedł, nie odszedł, nie utraciłam go – on zmarł. I właściwie, to lepiej, żeby się już nigdzie nie ruszał – dopiero narobiłby kłopotów taką lekkomyślną decyzją. Jego życie się zakończyło i żadne eufemizmy go już nie przywrócą.

Jako że pochodzę z surowej, prezbiteriańskiej szkockiej rodziny, w której rzeczy nazywa się po imieniu, empatię i sentymentalizm uważa się zaś za oznakę słabości, lubię myśleć, że wychowanie uczyniło mnie pragmatyczną i twardo stąpającą po ziemi realistką, dobrze radzącą sobie w trudnych sytuacjach. O życiu i śmierci staram się mówić uczciwie i otwarcie, unikając nieporozumień – co jednak nie oznacza, że zachowuję wobec nich obojętność czy że brakuje mi współczucia. Nie uodparnia mnie to też na żal i ból. Do śmierci i zmarłych odnoszę się po prostu bez cienia sentymentalizmu. Jak wymownie ujmuje to Fiona, nasza inspirująca kapelan z Uniwersytetu w Dundee, gładkie słowa wypowiadane w bezpiecznej odległości nie przynoszą pocieszenia.

Jak to jest, że przy całym naszym XXI-wiecznym wyrafinowaniu wciąż najchętniej chowamy się za starymi, bezpiecznymi murami konformizmu i zaprzeczenia, zamiast dopuścić do siebie myśl, iż śmierć nie jest demonem, którego trzeba się lękać? Wcale nie musi być ponura, brutalna czy okropna. Może też być cicha, spokojna i litościwa. Być może nasz brak ufności wynika z tego, że nie chcemy jej poznać, przez całe życie nie chcemy podjąć wysiłku jej zrozumienia. Gdybyśmy jednak się na taki wysiłek zdobyli, moglibyśmy nauczyć się ją akceptować – jako nieodzowną i fundamentalną część egzystencji.

Postrzegamy narodziny jako początek życia, śmierć zaś jako jego naturalny koniec. Co jednak, jeśli śmierć to tylko początek innego etapu naszego istnienia? Na tym założeniu, rzecz jasna, opiera się większość religii, głoszących, że nie należy obawiać się śmierci, gdyż jest ona zaledwie bramą do lepszego życia w zaświatach. Takie wierzenia przynosiły ludziom pocieszenie przez długie wieki i niewykluczone, że postępująca sekularyzacja wytworzyła swego rodzaju próżnię, którą wypełniła z kolei pradawna, instynktowna, choć niczym nieuzasadniona awersja do śmierci i wszystkich jej oznak.

 

Jednak bez względu na to, w co wierzymy, życie i śmierć są ze sobą nierozerwalnie związane i należą do tego samego kontinuum. Żadne z nich nie może istnieć bez drugiego. Pewne jest też, że bez względu na wysiłki współczesnej medycyny, śmierć zawsze w końcu wygrywa. Skoro więc nie ma sposobu, aby jej zapobiec, być może lepiej byłoby się skupić na tym, by podnieść jakość wycinka czasu pomiędzy naszymi narodzinami a śmiercią – naszego życia – i się w nim rozsmakować.

Wiąże się z tym zresztą jedna z podstawowych różnic między patologią sądową a antropologią sądową. Ta pierwsza zajmuje się przyczyną i sposobem śmierci – końcem ziemskiej wędrówki – druga zaś skupia się na odtworzeniu przebiegu życia zmarłego, analizie całej podróży. Naszym zadaniem jest ponowne połączenie tożsamości danej osoby, wytworzonej w trakcie życia, z cielesnymi, pośmiertnymi pozostałościami. Można rzec, że patologia i antropologia sądowa to partnerzy – w śmierci oraz, rzecz jasna, w przestępstwie.

W Wielkiej Brytanii antropolodzy, inaczej niż patolodzy, są bardziej naukowcami niż lekarzami i na ogół nie mają kwalifikacji medycznych do wystawiania aktów zgonu lub ustalania przyczyny śmierci. Ponieważ jednak w czasach stale rozrastającej się wiedzy patolodzy nie mogą być ekspertami we wszystkim, udział antropologów sądowych w śledztwach dotyczących przestępstw ze skutkiem śmiertelnym jest nieoceniony. Uczestniczą oni w odkrywaniu śladów pozwalających ustalić tożsamość ofiary i mogą wspierać patologów w ostatecznym ustalaniu przyczyny i sposobu zgonu. Obie dziedziny wzajemnie się uzupełniają, a ich przedstawiciele łączą swoje umiejętności nad tym samym stołem sekcyjnym.

Zdarzyło się kiedyś, że stałyśmy razem z patolożką nad takim właśnie stołem, na którym leżały ludzkie szczątki w zaawansowanym stadium rozkładu. Czaszka była kompletnie roztrzaskana i składała się z ponad czterdziestu pomieszanych ze sobą fragmentów. Stwierdzenie przyczyny zgonu leżało w gestii mojej praktykującej medycynę koleżanki, która była niemal przekonana, że chodzi o postrzał, potrzebowała jednak pewności. Przebadawszy materiał, skonsternowana liczbą małych kawałków białej kości na szarej powierzchni stołu, stwierdziła: „Nie potrafię zidentyfikować wszystkich fragmentów, nie mówiąc już o ich połączeniu ze sobą. To robota dla ciebie”.

Zadaniem antropologa sądowego jest przede wszystkim ustalenie, kim zmarły był za życia. Kobietą czy mężczyzną? Czy była to osoba wysoka czy niska? Stara czy młoda? Rasy białej czy czarnej? Czy na szkielecie widać jakiekolwiek ślady urazów lub chorób, które mogłyby znaleźć odzwierciedlenie w rejestrach dentystycznych lub medycznych? Czy z budowy kości, włosów lub paznokci da się wydobyć informacje, na podstawie których można by wnioskować o tym, gdzie dany człowiek żył i czym się odżywiał? A w tym konkretnym przypadku, czy ułożenie trójwymiarowych puzzli ludzkiej czaszki pozwoli określić nie tylko przyczynę zgonu, którą w rzeczy samej był postrzał w głowę, lecz także jego okoliczności? Złożywszy elementy tej układanki i poznawszy przyczynę śmierci, ustaliłyśmy z czasem tożsamość zamordowanego, którym okazał się młody mężczyzna. Potwierdziłyśmy ponadto zeznania naocznego świadka i określiłyśmy miejsce wlotu kuli z tyłu czaszki i wylotu z przodu, przez czoło, tuż nad oczami. Była to egzekucja przeprowadzona z bliskiej odległości, a ofiara w chwili śmierci klęczała z lufą przyłożoną do tyłu głowy. Młodzieniec miał zaledwie piętnaście lat, a jedyną zbrodnią, jakiej się dopuścił, była wyznawana przez niego religia.

Inny dobry przykład ukazujący symbiotyczny charakter związku łączącego antropologa i patologa sądowego wiązał się z przypadkiem młodzieńca pobitego na śmierć podczas próby przeciwstawienia się grupie wyrostków, którzy zamierzali zniszczyć samochód stojący na ulicy przed jego domem. Mężczyznę skopano i pobito, a do jego śmierci doprowadził uraz głowy i liczne pęknięcia czaszki. W tym wypadku znałyśmy tożsamość ofiary, a patolożka jako przyczynę śmierci wskazała uraz tępym narzędziem, który wywołał rozległy krwotok wewnętrzny. W raporcie chciała jednak także przedstawić dokładne okoliczności śmierci oraz wskazać rodzaj narzędzia, którego użyto do zadania urazu. Udało się nam poskładać wszystkie kawałeczki czaszki i ustalić, że do śmiertelnego krwotoku wewnątrzczaszkowego doprowadziło uderzenie w głowę młotkiem lub podobnym narzędziem, wywołujące wgniecenie czaszki i liczne rozchodzące się od niego pęknięcia.

W wypadku niektórych ludzi początek i koniec życia są od siebie znacznie oddalone (zdarza się, że dzieli je ponad sto lat), a w wypadku innych – jak choćby wspomnianych ofiar morderstwa – oba te wydarzenia znajdują się stosunkowo blisko siebie. Czasem oddzielać może je jedynie przelotne, lecz bezcenne kilka sekund. Z punktu widzenia antropologa sądowego długie życie to dobra wiadomość, ponieważ im jest dłuższe, tym większa szansa na powstanie wszelkiego rodzaju blizn i innych oznak przeszłych wydarzeń zapisanych w cielesnej powłoce oraz tym wyraźniejszy ich ślad na doczesnych szczątkach. Dla nas, antropologów, pozyskiwanie tych informacji to niemal jak czytanie książki, czy może raczej ściąganie zawartości pendrive’a.

Większość ludzi uważa, że przedwczesne przerwanie życia jest najgorszym finałem naszej ziemskiej przygody. Kim jednak jesteśmy, by oceniać, co właściwie oznacza określnie „przedwczesne”? Niewątpliwie, im dłużej żyjemy od urodzin, tym większe prawdopodobieństwo, że nasze życie zakończy się wcześniej niż później: w większości przypadków bliżej nam do śmierci w wieku lat dziewięćdziesięciu niż dwudziestu. Logika zaś podpowiada, że nigdy nie będziemy bardziej odlegli od osobistego kontaktu ze śmiercią niż w bieżącej chwili.

Czemu więc jesteśmy tak zaskoczeni śmiercią innych? Co roku na świecie umiera 55 mln osób, około dwóch na sekundę – i jest to wydarzenie, co do którego możemy być absolutnie pewni, że będzie dotyczyć każdego z nas. Świadomość tego faktu w żaden sposób nie zmniejsza oczywiście naszego smutku i żalu, gdy śmierć dotyka kogoś nam bliskiego, ale jej nieuniknioność wymaga bardziej praktycznego i realistycznego podejścia. Jako że nie mieliśmy wpływu na własne pojawienie się na świecie, a jak wiadomo, zakończenie życia jest nieuniknione, to być może powinniśmy się raczej skupić na tym, na co mamy wpływ: na oczekiwaniach co do okresu między tymi dwoma punktami. Być może właśnie tym czasem powinniśmy aktywnie zarządzać, poddając go ocenie, dostrzegając to, co ważne, i celebrując jego wartość, a nie długość.

W przeszłości, gdy śmierć niełatwo było oddalić, byliśmy w tym znacznie lepsi. Na przykład w czasach wiktoriańskich, w których występowała wysoka śmiertelność noworodków, nikt nie był szczególnie zaskoczony, gdy nowo narodzone dziecko nie dożywało swoich pierwszych urodzin. Właściwie całkiem często rodzice nadawali kilkorgu swoim dzieciom to samo imię – chodziło o to, by imię zachowało się w rodzinie, nawet jeśli nie udałoby się to wszystkim potomkom. W XXI wieku śmierć dziecka jest oczywiście znacznie bardziej wstrząsającym doświadczeniem niż dawniej, ale doznawanie szoku z powodu zakończenia życia przez dziewięćdziesięciodziewięciolatka przeczy zdrowemu rozsądkowi.

Społeczne oczekiwania wyznaczają linię frontu lekarzom stawiającym sobie za cel zmuszenie śmierci do odwrotu. Jednak w najlepszym wypadku mogą oni tylko zdobyć nieco więcej czasu i wydłużyć dystans między dwoma punktami granicznymi. Świadomość, że w końcu przegrają, nie powinna rzecz jasna zniechęcać ich do działania, i rzeczywiście nie zniechęca – codziennie w szpitalach i klinikach na całym świecie udaje się przedłużyć życie niezliczonym osobom. Jednak realistycznie rzecz biorąc, wiele z tych medycznych osiągnięć to zaledwie odroczenie daty egzekucji. Śmierć nadejdzie, jak nie dziś, to jutro.

Przez stulecia ludzie katalogowali moment śmierci poszczególnych członków społeczeństwa i wyliczali oczekiwaną długość życia, czyli wiek, w którym jak wskazuje statystyka, najprawdopodobniej umrzemy lub – ujmując rzecz nieco bardziej optymistycznie – czas, jaki prawdopodobnie będziemy żyli. Tabele, w których jest to ujęte, są użytecznym narzędziem, które jednak jest też w pewien sposób niebezpieczne, ponieważ rodzi oczekiwanie, które nie spełni się w przypadku jednych, a wykroczy poza nie w przypadku innych. Nie mamy jak zawczasu dowiedzieć się, czy bliżej nam do przeciętnego Jana Kowalskiego, pasującego do średniej, czy też znajdujemy się na skraju – jednym lub drugim – krzywej dzwonowej przedstawiającej długość życia.

A kiedy okazuje się, że znaleźliśmy się po jednej ze stron, odbieramy to bardzo osobiście. Jesteśmy dumni z siebie, gdy przekroczyliśmy przewidywaną dla nas długość życia, ponieważ wiążemy to z pokonaniem pewnych przeciwności. Z kolei, gdy nie dożywamy przewidywanego statystycznie wieku, nasi bliscy często czują się wręcz okradzeni z cząstki życia ukochanego członka rodziny, co wywołuje w nich gniew, frustrację i rozgoryczenie. Ale rzecz oczywista, krzywa obrazująca długość życia jest tylko przedstawieniem rozkładu normalnego: średnia jest tylko średnią, większość z nas znajdzie się gdzieś w jej okolicy. To nie w porządku, żeby oskarżać śmierć o okrucieństwo lub przywłaszczenie, choć ta przecież wielokrotnie demonstrowała, w jakich granicach rozciąga się spektrum długości życia leżącego w ludzkich możliwościach.

Najdłużej żyjącą osobą na świecie, której wiek udało się potwierdzić, była Francuzka Jeanne Calment, która żyła 122 lata i 164 dni i umarła w 1997 roku. W 1930 roku, w którym urodziła się moja matka, oczekiwana długość życia kobiet wynosiła 63 lata, więc gdy zmarła w wieku 77 lat, przekroczyła „normę” o czternaście lat. Moja prababka poradziła sobie jeszcze lepiej: urodziła się w 1898 roku, gdy oczekiwana długość życia kobiet wynosiła 52 lata. Dożyła 78 lat, przekraczając ją o 26 lat, co przy okazji pokazuje, jak gwałtowny postęp dokonał się w tym okresie w naukach biomedycznych – choć z pewnością palenie nie ułatwiało jej sprawy. Jeśli o mnie chodzi, gdy pojawiłam się na świecie w 1961 roku, przewidywana długość życia kobiet wynosiła 74 lata. Wygląda więc na to, że pozostało mi jakieś 17. O rany, kiedy to minęło? Z drugiej strony, biorąc pod uwagę, jak miewam się obecnie i jaki styl życia prowadzę, całkiem realistycznie mogę oczekiwać dociągnięcia do osiemdziesiątki piątki, co oznacza, że być może mam przed sobą jeszcze 29 lat. Uf.

I tak, w ciągu dotychczasowego życia zyskałam widoki na dodatkowe jedenaście lat. Czy to nie wspaniale? No właśnie nie bardzo. Widzicie, chodzi o to, że z tych dodatkowych lat nie mogę zrobić użytku jako dwudziesto- czy nawet czterdziestolatka. Zacznę z nich korzystać, o ile będzie mi to dane, jako siedemdziesięcioczterolatka. Gdybyśmy tak mogli zyskać dodatkowe lata w młodości, gdy tak łatwo trwoni się czas…

Wyliczenia oczekiwanej długości życia w momencie narodzin stają się powoli coraz dokładniejsze i wiadomo obecnie, że w ciągu dwóch pokoleń – moich dzieci i wnuków – na ziemi pojawi się więcej stulatków, niż istniało kiedykolwiek w historii naszego gatunku. Ale górna granica ludzkiego wieku się nie przesuwa. To, co się zmienia, i to istotnie, to średnia wieku, w którym umieramy, co oznacza, że jesteśmy świadkami, jak coraz większa liczba osób ląduje po prawej stronie krzywej dzwonowej. Innymi słowy, zmieniamy strukturę demograficzną. Szybko nabierające znaczenia kwestie związane z ochroną zdrowia i opieką społeczną, wywołane starzeniem się społeczeństw, dają nam przedsmak tego, co nadejdzie.

Choć dłuższe życie to na ogół powód do świętowania, zastanawiam się czasem, czy nasze starania, by pozostać przy życiu tak długo, jak się da, za wszelką cenę, nie oznaczają tak naprawdę rozciągnięcia w czasie procesu umierania. Oczekiwana długość życia jest zmienną, ale oczekiwane nadejście śmierci jest niezmienne. Jeśli zaś kiedyś naprawdę uda się nam pokonać śmierć, ludzki gatunek i nasza planeta będą mieć prawdziwe kłopoty.

Pracując na co dzień u boku śmierci, nauczyłam się ją szanować. Nie dała mi powodu, bym miała obawiać się jej obecności czy metod działania. Myślę, że rozumiem ją całkiem nieźle, ponieważ zdecydowałyśmy się porozumiewać wprost, za pomocą jasnego i prostego języka. Kiedy ona skończy swoją robotę, ja mogę zająć się swoją, a na jej dokonaniach zbudowałam swoją długą, ciekawą i owocną karierę zawodową.

Niniejsza książka nie jest klasyczną rozprawą o śmierci. Nie podążam przetartą przez innych ścieżką polegającą na omawianiu wzniosłych akademickich teorii czy dziwacznych praktyk kulturowych, nie serwuję letnich truizmów. Staram się za to przedstawiać różne oblicza śmierci tak, jak je poznałam, i perspektywy, które dzięki temu odkryłam, w tym być może tę jej postać, którą pewnego dnia w ciągu następnych trzydziestu lat mi ujawni, jeśli zdecyduje się oszczędzać mnie tak długo. Jest to też opowieść próbująca, tak jak sama antropologia sądowa, na podstawie śmierci zrekonstruować przeżyte życie. Jest to historia w równym stopniu o śmierci, co i o życiu – dwóch nierozłącznych częściach jednej całości.

 

Proszę was tylko o jedno: odłóżcie na bok dotychczasowe założenia na temat śmierci, wyzbądźcie się w stosunku do niej nieufności, lęku i odrazy, a być może zaczniecie postrzegać ją podobnie jak ja. Kto wie, może nawet zaakceptujecie jej towarzystwo, poznacie ją nieco lepiej i przestaniecie się jej bać. Z moich doświadczeń wynika, że obcowanie z nią jest intrygujące i fascynujące, nigdy zaś nudne – śmierć odznacza się bowiem szczególną złożonością, a czasem też cudowną nieprzewidywalnością. Zresztą, nie macie nic do stracenia. W końcu też się z nią będziecie stykać, a lepsze zło znane niż nieznane.

Inne książki tego autora