Cena szczęściaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Steven Erikson

Cena szczęścia


Tytuł oryginału

Rejoice. A Knife to the Heart. A Novel of First Contact ISBN 978-83-8116-621-8 Copyright © Steven Erikson, 2018 The moral right of Steven Erikson to be identified as the author of this work has been asserted in accordance with the Copyright, Designs and Patents Act of 1988. First published in Great Britain in 2018 by Gollancz, an imprint of the Orion Publishing Group Ltd, Carmelite House, 50 Victoria Embankment, London EC4Y 0DZ All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2019 Redakcja Marta Stołowska Projekt okładki i stron tytułowych Grzegorz Kalisiak Opracowanie graficzne i techniczne Dymitr Miłowanow Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Bohaterowie powieści

Prolog

Etap pierwszy

Liczenie do pięćdziesięciu. (Inicjacja)

Etap drugi

Strzał ostrzegawczy. (Oczekiwanie)

Etap trzeci

Błogie zniewolenie. (Odrzucenie)

Etap czwarty

Odrodzenie. (Wskrzeszenie)

Etap piąty

Ponowne zaczerpnięcie oddechu. (Kim jesteśmy?)

Epilog

Podziękowania

Markowi Karasickowi za to, że wsiadł ze mną do tego rydwanu

Bohaterowie powieści

Postaci fikcyjne

Samantha (Sam) August — pisarka SF

Hamish Drake — jej mąż

Ronald Carpenter — pisarz SF

Raine Kent — prezydent Stanów Zjednoczonych

D(iane) K(imberly) Prentice — wiceprezydent

Ben Mellyk — doradca naukowy prezydenta

Daniel Prester — doradca do spraw bezpieczeństwa, DHS

Kenneth J. Esterholm — dyrektor CIA

Adeleh Bagneri — sekretarz generalna ONZ

Adam Riesling — kosmonauta

Konstantin Milnikow — prezydent Federacji Rosyjskiej

Anatolij Petrow — emerytowany kosmonauta

Xin Pang — przywódca Chińskiej Republiki Ludowej

Liu Zhou — kierownik chińskiego programu badań kosmicznych

Hong Li — kosmonauta, uczestnik wyprawy na Księżyc

Shen — dowódca wyprawy na Księżyc

Lisabet Carboneau — premier Kanady

Alison Pinborough — doradca naukowy premiera

Mary Sparrow — minister do spraw parków i rekreacji

Will Camden — minister do spraw zasobów naturalnych

Marc Renard — kosmonauta

Joey Sink — bloger i tropiciel teorii spiskowych (Kitchen Sink News)

Annie Mouse — osoba udzielająca poufnych informacji, JPL

King Con — (pseudonim), tropiciel teorii spiskowych

Joakim Malleat — kardynał w Watykanie, Urząd Komunikacji Społecznej

Ira Levy — rabin mieszkający w Nowym Jorku

Richard Fallow — telewizyjny ewangelizator

Abdul Irani — imam

Simon Gist — rzutki przemysłowiec, Kepler Industries

Jack Butler — kierownik działu technicznego, Kepler Industries

Mary Lamp — specjalistka od public relations, Kepler Industries

Douglas Murdo — magnat medialny

Chrystal Murdo — jego żona

Maxwell Murdo — jego syn

James Adonis — miliarder

Jonathan Adonis — miliarder

Lois Stanton — osobista sekretarka braci Adonisów

Kolo — dowódca szwadronu śmierci w Republice Konga

Neela — jego niewolnica

Ruth Moyen — żołnierka, Siły Obronne Izraela

Casper Brunt — handlarz bronią

Anthony „Tony” — mieszkaniec Los Angeles

Adam — sztuczna inteligencja, rzecznik Delegacji Interwencyjnej

Postaci prawdziwe

Robert J. Sawyer (z własnymi słowami)

Prolog

W przestrzeni kosmicznej zawrzało. Wśród planetoid rozrzuconych na obszarze pomiędzy orbitami Marsa i Jowisza pojawiły się znienacka niewielkie obiekty — niczym chmara komarów nad zarośniętym stawem. Były małe, nie większe niż przeciętny samochód terenowy, lecz roje maszyn szybko się rozrastały. Niebawem można byłoby ich naliczyć setki, a samych obiektów — dziesiątki tysięcy.

Chmury maszyn praktycznie nieoświetlonych, jeśli nie liczyć mdłych refleksów odległego Słońca, z oszałamiającą prędkością rozbiegły się z punktu wyjścia i rozproszyły między planetoidami. Były też takie, które kierowały się na zewnątrz, szybko opuszczając dość zatłoczony wycinek przestrzeni w gruzowisku pasa planetoid. Inne pędziły w stronę Marsa.

Mijały godziny i dni. Maszyny pozostające w skupisku planetoid wczepiały się w wybrane skalne bryły — te bogate w rudy metalu i te przypominające komety swoimi zasobami zamarzniętej wody, metanu, amoniaku tudzież węglową powłoką kosmicznego pyłu. Każdą obsiadły tylko z jednej strony. Wypuściwszy odnóża, połączyły się ze sobą i ustabilizowały. Kilka rojów skierowało się ku największej w tym rejonie planetoidzie. One też połączyły się w całość, z której zaraz wylęgły się mniejsze maszyny i zaczęły gryźć skałę.

Poza obszarem kosmicznego gruzu nagromadzonego w ciągu przeszło czterech miliardów lat — kiedy jedne planety powstawały, a inne ginęły, gdy wyodrębniały się martwe księżyce i dochodziło do niezliczonych zderzeń i upadków — samotne roje przecinały mrok w pogoni za kometami.

Po przeciwnej stronie pola planetoid roje wędrujące w kierunku Marsa skoncentrowały się na Deimosie, mniejszym z dwóch księżyców tej planety. I tutaj, na pokrytej pyłem i kraterami powierzchni niekształtnego księżyca, lądujące maszyny obsiadły jedną stronę, a potem się połączyły.

Żadne urządzenie — ani na Ziemi, ani na jej orbicie — niczego nie zaobserwowało. Nastąpiło to później, kiedy maszyny zaczęły spychać ciała niebieskie z ich orbit. Gdy planetoidy i komety zboczyły z dotychczasowych torów i ze znaczną prędkością wyruszyły w stronę centrum Układu Słonecznego. I gdy Deimos powoli zmieniał orbitę, by nieuchronnie zderzyć się z Fobosem.

W tym czasie jednak na Ziemi mało kto się tym interesował.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Etap pierwszy
Liczenie do pięćdziesięciu. (Inicjacja)
Rozdział 1

Victoria, Kolumbia Brytyjska, Kanada

19 maja, 14:19

Przed barem przy Cook Street stało trzech palaczy. Do pobliskiego komisu zbliżała się kobieta z pudłem wypełnionym używaną odzieżą. Po drugiej stronie ulicy trzech malarzy pokojowych wyszło właśnie po schodkach ze sklepu żelaznego, gdzie zaopatrzyli się we wszystko, czego potrzeba do naprawy ścianki działowej. Do sklepu spożywczego u wylotu Pandora Avenue kierował swoje kroki samotny mężczyzna.

Na ulicy było pełno aut, mimo że jej środkiem biegł pas ułatwiający skręcanie. Samochody jadące na południe poruszały się w żółwim tempie; niektóre z nich dojeżdżały do kolejki czekającej na zmianę świateł na skrzyżowaniu z Pandora Avenue. Z alei skręciła na północ furgonetka firmy kurierskiej.

Ogółem jedenaście kamer uchwyciło to zdarzenie w postaci zdjęć i materiału filmowego. Naoczni świadkowie, przepytywani później przez policję i reporterów, przedstawiali zaskakująco zbieżne relacje. W chwili, gdy ruszało oficjalne śledztwo, informacje rozchodziły się już lotem błyskawicy.

 

Pewna kobieta w średnim wieku szła chodnikiem po tej stronie Cook Street, gdzie znajdowały się bar i komis. Eleganckie ubranie, pewny krok, ręce w kieszeniach ciemnoszarego płaszcza do pół uda, ognistorude włosy na tyle długie, że szarpał je wiatr wiejący z południa — ale nie aż tak długie, by miał je wysoko unosić. Twarz, zgodnie z opisem osób będących najbliżej, osobliwie łatwa do zapamiętania: płaskie, choć wyraźnie zarysowane policzki, szeroka szczęka i cera, która nie doświadczyła wiele słońca.

Niebo było częściowo zaciągnięte chmurami napływającymi z zachodu, znad gór Sooke, toteż początkowo mało kto zwracał uwagę na cień, który ogarnął ulicę.

Jeden z palaczy, niejaki John Allaire, inwalida przykuty do swojego wózka, akurat siedział w najlepszej pozycji, żeby przejść do historii jako ten, który pierwszy ujrzał rozstępujące się chmury i lekko zaokrąglone kształty tajemniczego olbrzymiego obiektu.

— Od spodu jak talerz — powtarzał. — Taki z porcelany.

Był to przełomowy moment w jego życiu. Od pewnego już czasu kiepsko mu się wiodło. Papierosy dały się we znaki nogom poniżej kolan, alkohol rozwalał wątrobę. W wieku sześćdziesięciu trzech lat utrzymywał się tylko z zasiłków. Nigdy nie wygrał na loterii.

— Od spodu jak talerz, taki z porcelany. Zaczął błyszczeć na środku. Dokładnie na środku. Błyszczał tak, że hej! Musiałem przysłonić oczy, ale i tak widziałem, jak z góry pada snop światła. I trafia dokładnie w tę kobietę, która była nie dalej niż sześć kroków ode mnie. Niczego się nie spodziewała.

Margot Revette potwierdzała jego relację.

— Po prostu szła przed siebie. A potem światło ją połknęło, a gdy zgasło, jej też już nie było. Właśnie niosłam, wiecie, trochę ciuchów na sprzedaż. No i swoje stare szpilki. Sama nie wierzę, że je kupiłam. Nie zaprojektowano ich na ludzką stopę. Gdzie ja miałam rozum! Ale od czego są komisy, nie? Zawsze warto spróbować, ludzie wszystko kupią.

— Trafiło ją to światło — mówił Rick Shultz. — Dopiero co wyszedłem ze sklepu, a ze mną Jack i Naadi. Tachamy do auta całą górę badziewia i nagle to jebane UFO, a z niego sru, światło! I nie ma kobiety. Statek zabrał się i zniknął.

— Spierdolił, a jak! — dodał Jack. — Baba wyparowała.

— Zabrał się i zniknął — powtórzył Rick. — Nawet nie odleciał, popapraniec jeden.

Kim była? Nikt tego nie wiedział. Należało poczekać na doniesienia o czyimś zaginięciu. Mogło to potrwać dwa, trzy dni, ale też znacznie dłużej, jeśli mieszkała sama.

Ani na zdjęciach, ani na filmach nie utrwaliła się wyraźnie jej twarz. Pech, choć w sumie nie było się czemu dziwić. Każdy filmował UFO.

*

Doktor Hamish Drake harował za dwóch. Ci, którzy go znali, nie mieli co do tego żadnych wątpliwości. Zwłaszcza żona. Od pięciu lat Hamish był jednym z zaledwie trzech lekarzy ogólnych w szpitalu Greater Victoria, przyjmujących nowych pacjentów. Można było mówić o kryzysie.

Tego popołudnia, mając chwilę oddechu między pacjentami, próbował właśnie dobrać się do stosu kart z dołączonymi wynikami badań, kiedy do gabinetu weszła Nurjehan Aziz z recepcji. Zaskoczony tym, że nie zapukała, spojrzał na nią znad okularów do czytania. Na jej powleczonej bladością twarzy malował się znajomy wyraz, pojawiający się zwykle wtedy, gdy z laboratorium przychodziły alarmujące wyniki któregoś z jego wieloletnich pacjentów.

Śmierć zawsze czaiła się za progiem, o czym Hamish i Nurjehan wiedzieli aż za dobrze. Na wieść o jej nadejściu ludziom odpływała krew z twarzy. Kiedy lekarz dostrzegł cień na obliczu Nurjehan, do jego serca wkradł się niepokój, choć umysł pozostał chłodny i wyważony, gdy zastanawiał się, komu mogło się gwałtownie pogorszyć. Komuś, kto przyszedł do niego w ciągu tego tygodnia. Komuś, kto miał zrobić badania. Komuś…

— No to się porobiło — powiedziała.

Zmarszczył czoło. Nie wiedział, o co chodzi. Dygotała. Nie pamiętał, by kiedykolwiek była tak roztrzęsiona. Zdjął okulary i położył je na biurku.

— Zamknij drzwi — polecił. — Możesz mówić.

Wypowiedziane spokojnym, kojącym tonem słowa doktora nie dodały jej otuchy. Tylko się skrzywiła.

— Grzebałam w Internecie, przepraszam…

— O nie, znowu? Słuchaj, jeśli się nie okaże, że wybuchła wojna atomowa, to będę bardzo…

— Pojawiło się UFO. Tutaj, w Victorii. Ludzie publikują nagrania na Facebooku i YouTubie. Sprawdzałam na CHEK-u1. Policja zamieściła zdjęcie nieznajomej kobiety, która… zniknęła. Gdy padło na nią światło z góry.

— UFO?

Nurjehan podsunęła mu telefon komórkowy z wyświetlonym zdjęciem.

Za blisko. Zobaczył jedynie rozmytą postać, prawdopodobnie na ulicy. Sięgnął po okulary, założył je i ponownie pochylił się nad telefonem.

— To Sam.

Miał wrażenie, że słowa Nurjehan dochodzą do niego z oddali:

— Był snop światła. Z UFO. Ludzie wszystko nagrali.

— To jakiś absurd. — Hamish wyciągnął rękę po własny telefon. Prędko wstukał numer do żony. Niewiele wskórał. Brak połączenia. — To jeszcze nic nie znaczy — mruknął, próbując ponownie. — Ciągle siedzi w necie i rzadko odbiera. Czasem nawet zapomni włączyć to dziadostwo. — Skutek znów był ten sam. Schował telefon do kieszeni i wstał. — Dobra, zobaczę ten film. Ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć.

*

Wszystko to się stało w odległości trzech przecznic od komisariatu policji. John Scholes odłożył słuchawkę telefonu. Ignorując mrugające diody linii otwartych i oczekujących, wstał od biurka i podszedł do okna.

Auta przejeżdżały jedno za drugim i wydawało się, że hałas jest inny niż dotąd — choć prawdopodobnie tylko to sobie wyobrażał. Spojrzał w górę. Niewinnie wyglądające postrzępione obłoki przesuwały się szybko, o wiele wyżej zaś delikatna mgiełka bieliła fragment błękitu. Przez chwilę patrzył na hydroplan, który przechylał się i skręcał w kierunku lądowiska w porcie.

— Grubsza sprawa, co? — odezwał się za nim czyjś głos.

— Cześć, Dave — odparł na powitanie, nie odwracając się. — No, fakt. Zidentyfikowaliśmy tę kobietę. Właśnie dzwonił jej mąż.

— Jesteś pewny?

— No. Aż się dziwię, że nie rozpoznałem jej od razu. Owszem, zdjęcie było niewyraźne, ale te rude włosy…

Jego partner ze zmiany stanął przy nim.

— Tak czy siak, to musi być jakaś ściema.

John pokiwał głową.

— Może i tak, biorąc pod uwagę okoliczności.

— Niby jakie?

— Ta kobieta, Samantha August. Pisze książki science fiction. Kojarzysz Otchłanie? Zostały sfilmowane. Ale to nie koniec. Jest vlogerką, politykiem, walczy o równość społeczną.

Dave prychnął.

— UFO zamienia w pył pisarkę science fiction? Stary, kto wymyśla takie głupoty?

John spojrzał na kolegę z kwaśną miną.

— Powtórzę ci to, co powiedziałem jej mężowi. Mamy do czynienia z osobą zaginioną, a nie zamordowaną. Nie ma dowodów, że została spopielona…

— Czy ty się w ogóle słyszysz? Dowodów? Skąd ci wezmę dowody? Przecież o to chodzi w spopieleniu. — Machnął ręką w stronę ulicy widocznej za oknem. — Dmuchnie wiatr, jedna chwila i nic nie ma.

— Nikt nie widział, żeby się spaliła czy coś w tym rodzaju. Po prostu zniknęła. Światło ją połknęło, a gdy zgasło, jej też już nie było. Stary — dodał — chyba tysiąc razy oglądałem ten filmik, do cholery.

— Były jeszcze jakieś obserwacje? — zapytał Dave.

— Obserwacje, porwania, sondy analne… Wszystko wyłazi z szuflady.

— Tylko nikt nic nie nagrał.

John pokręcił głową i nagle wzruszył ramionami, chcąc się poprawić:

— W sieci znajdziesz tego całą masę.

— Nieostre i ziarniste badziewie w epoce HD. Nędznie podrasowane w Photoshopie. — Po chwili milczenia Dave dodał: — Prędzej czy później kłamstwo wyjdzie na jaw.

John wzruszył ramionami. W gruncie rzeczy nie chciało mu się nad tym zastanawiać. Ostatnio codziennie miał urwanie głowy, a coraz mroczniejsze myśli każdą noc zamieniały w koszmar. Kiedyś słyszał, jak stary weteran nazywa to „drogą” — i teraz on się na niej znalazł. Droga… oddalająca go od wiary w ludzi, po których spodziewał się tylko najgorszego. Narastało w nim rozżalenie, tak jak gromadzi się góra brudnych ubrań rzuconych w kąt. Na razie jeszcze dawał sobie ze wszystkim radę. Na końcu drogi przestanie się przejmować.

Być może istniały inne rozwiązania. Wiedział, że będzie ich szukać, dopóki… No cóż, dopóki wystarczy mu sił.

— Jak chcesz, pomogę ci z telefonami.

— Wielkie dzięki, Dave.

— Dała ci w kość ta sprawa, co?

Rzeczywiście. Musiał w coś uwierzyć i wymagało to wielkiego wysiłku, a on czuł się bezsilny. Bez wiary jednak nic by mu nie zostało. Odwrócił się do partnera.

— Jej mąż jest załamany.

Ale Dave rozmawiał już przez telefon, wysłuchując kolejnych histerycznych doniesień.

*

Była w domu bez względu na to, do którego pomieszczenia wszedł Hamish, jakby śledził jej kroki. Ona natomiast zawsze mu się wymykała, znikała za zakrętem lub zamykającymi się drzwiami. Na schodach prowadzących na poddasze czuł smród papierosów, lecz był to stary zapach; ledwie dostrzegalny dym nad wyłożonymi dywanem stopniami tak naprawdę składał się z drobinek kurzu rozświetlonych promieniami słońca, które ukośnie wpadały przez okno w dachu.

Wokół laptopa, którego używała w domu, leżały notatki, przepełniona popielniczka i stara filiżanka do kawy. Pokrywa komputera była zamknięta, niebieska dioda zasilania mrugała powoli. Żona Hamisha przeobraziła się w ducha i ta przemiana dotknęła chyba także jego, bo błąkał się po domu niczym uwięziona zjawa. Sam dom zresztą stał się więzieniem wspomnień, które już teraz stawały się odległe i pozbawione życia.

Trzydzieści trzy lata małżeństwa, dwadzieścia dziewięć lat w swoim zawodzie. Bezdzietna. Nie należała do kobiet gotowych zrezygnować z dotychczasowych zwyczajów i przyjemności. Poza tym dzieciom należałoby poświęcić czas, energię i młodość; były celą więzienną, do której wchodziło się dobrowolnie z wyrokiem dożywocia. Powtarzała to zawsze wyzywającym tonem i z błyskiem w oku, jakby zaraz miała wybuchnąć donośnym śmiechem, być może zabarwionym goryczą. Mimo doświadczenia i wyczulonych zmysłów Hamish jakoś nie umiał jej do końca rozgryźć. Gdy wchodziła na kruchy lód, lubiła na nim tańczyć. Był to znak rozpoznawczy niezbędny w życiu zawodowym Samanthy. Jej videoblog Tu i teraz przez jednych był uwielbiany, przez drugich znienawidzony — w zależności od opcji politycznej. Niczego się nie bała, a wiele osób odczuwało niechęć do nieulękłych kobiet.

Akurat brzęczał domowy telefon; staromodny dźwięk, natarczywy i dziwnie zimny, za każdym razem podrywał go na nogi. Być może dzwonił jej agent — z pewnością zasługiwał, żeby z nim porozmawiać — lecz Hamish poczekał, aż wiadomość zapisze się na sekretarce.

Zagorzali fani szturmowali jej profil na Facebooku i zostawiali na Twitterze potok pytań bez odpowiedzi i prośby o nowe informacje — od kogokolwiek. Vlog Tu i teraz musiał przeżywać oblężenie. Pomijając bowiem lakoniczne oficjalne oświadczenie policji i nagrane zeznania świadków, nie było prawie żadnych informacji na temat zniknięcia Sam. Zaginęła — lecz słowo to nagle zyskało tysiąc nowych znaczeń.

Był zmierzch, a ponieważ nie paliły się światła, dom pogrążał się w mroku i rozmywały się kontury przedmiotów w salonie, gdzie na koniec Hamish rozsiadł się w skórzanym fotelu. Obejrzał już krótkie filmy ze… zniknięcia żony. Czy może porwania? Lub unicestwienia? Tak mogłaby wyglądać scenka z niejednego filmu science fiction lub serialu telewizyjnego. Ujęcia z trzęsącej się kamery, modne przed laty, przeżywały renesans.

Do tej pory powinna już była zadzwonić. Utrzymywanie kontaktu telefonicznego miało swoje uzasadnienie, skoro mieszkali we dwójkę, przy czym nie było w tym ani krzty zaborczości. Raczej był to wyraz łączącej ich zażyłości: błyśnięcie zrozumiałym tylko dla nich niedopowiedzeniem, ironiczna uwaga czy nawet kilka niebanalnych zdań. Ich prywatny język.

Język, którym być może nikt nigdy już z nim nie porozmawia.

Hamish Drake siedział w salonie tonącym w ciemności, nie mając pojęcia, jaki chaos panuje na stronach internetowych, z jakim szokiem i niedowierzaniem reagują jej liczni przyjaciele po piórze i z jaką werwą religijni fundamentaliści rozprawiają o Bożym gniewie i właściwym miejscu kobiety w świecie. W przestrzeni społecznościowej rozgorzała wojna o kobietę, której nie było już z nimi.

 

Oczywiście wielu uparcie twierdziło, że wszystko to jest oszustwem, ba, sprytnym chwytem reklamowym. Bo czyż nie pisała książki o UFO?

Kilku czytelników na bieżąco zapoznających się z treścią wiedziało, że autorka znajduje się dopiero w jednej trzeciej thrillera osadzonego w upiornym, zdewastowanym świecie. Tempo pisania siadło, choć stale pojawiały się nowe, drobne fragmenty. Doszli do wniosku (rozmawiając w prywatnym gronie), że jest przemęczona, może nawet znudzona tematem. Trzydzieści wydanych powieści, trzy adaptacje filmowe, dwa seriale telewizyjne (jeden wciąż nadawany). Okryty złą sławą vlog znany z mącenia wody. Jej opowieści były zawsze bulwersujące, a styl ostry jak brzytwa: nie wiesz, że krwawisz, dopóki nie zobaczysz ciętej rany na brzuchu, skąd wypływają bebechy. Materiały na vlogu, choć podawane ze słodkim uśmiechem, miały ten sam kaliber.

Innymi słowy, genialna, bezkompromisowa petarda. Samantha August: feministka, humanistka, dorywczo satyryczka i eseistka. Osoba, z którą nie ma żartów. Nie pisała, do jasnej cholery, żadnej książki o UFO!

Przepadła. Zniknęła, została porwana, wyparowała, zaginęła, umarła, żyła, umarła, żyła, umarła…

Przez całą noc nie zapaliła się ani jedna lampa. Poranek zastał mężczyznę zgarbionego w skórzanym fotelu, z twarzą schowaną w dłoniach, z ciałem skurczonym w niemym smutku.