Słońce w mrokuTekst

Z serii: Saga Zmierzch #6
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Zapraszamy na www.publicat.pl

Tytuł oryginału

Midnight Sun

Okładka

© 2020 by Hachette Book Group, Inc.

projekt Dave Caplan i Gail Doobinin

fot. © 2020 by Roger Hagadone

Ilustracja na stronie tytułowej

Antonio Canowa, Psyche i Kupidyn, Włochy, 1794–1799

The State Hermitage Museum, St. Petersburg

fot. © The State Hermitage Museum / photo by Vladimir Terebenin

Koordynacja projektu

SYLWIA MAZURKIEWICZ-PETEK

Część dialogów zaczerpnięto z tomu Zmierzch

w przekładzie JOANNY URBAN, Wydawnictwo Dolnośląskie 2007.

Przekład rozdziałów 19, 20, 24–27 ANNA GRALAK

Przekład rozdziałów 21, 22 i Epilogu TOMASZ SZLAGOR

Redakcja

URSZULA ŚMIETANA

Korekta

BOGUSŁAWA OTFINOWSKA, URSZULA WŁODARSKA

Redakcja techniczna

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Copyright © 2020 by Stephenie Meyer

Polish edition © Publicat S.A. MMXX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

ISBN 978-83-271-6081-2

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

1 Pierwsze spotkanie

2 Otwarta księga

3 Niebezpieczeństwo

4 Wizje

5 Zaproszenia

6 Grupa krwi

7 Melodia

8 Duch

9 Port Angeles

10 Teoria

11 Przesłuchania

12 Komplikacje

13 Kolejna komplikacja

14 Bliskość

15 Możliwości

16 Supeł

17 Wyznania

18 Wyższość rozumu

19 Dom

20 Carlisle

21 Mecz

22 Polowanie

23 Pożegnania

24 Zasadzka

25 Wyścig

26 Krew

27 Obowiązki

28 Trzy rozmowy

29 Nieuchronne

Epilog: Wyjątkowa okazja

Podziękowania

Przypisy

Dedykuję tę powieść wszystkim czytelnikom, którzy przez ostatnie piętnaście lat stanowili jakże ważny i radosny element mojego życia. Gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy, wielu z was było pięknymi, mądrymi nastolatkami z głowami pełnymi marzeń.

Mam nadzieję, że kolejne lata przyniosły wam spełnienie tych marzeń, a ich realizacja przerosła wasze najśmielsze oczekiwania.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


1 PIERWSZE SPOTKANIE

To była pora dnia, w której niemal żałowałem, że nie jestem w stanie zasnąć.

Czas lekcji.

Szkoła średnia – a może „czyściec” byłby tu lepszym słowem? Jeśli istniała dla mnie możliwość odkupienia grzechów, szkoła powinna choćby częściowo odegrać tę rolę. Nie potrafiłem przywyknąć do nudy, każdy dzień wydawał się jeszcze bardziej monotonny od poprzedniego.

Może wręcz powinienem był uważać, że to taka moja własna forma snu – o ile snem można określić czas bezczynności i letargu pomiędzy okresami aktywności.

Wpatrywałem się w pęknięcia tynku w odległym narożniku stołówki, wyobrażając sobie, że tworzą nieistniejące w rzeczywistości wzory. To był jeden ze sposobów na wyciszenie głosów świdrujących mój umysł ustawicznym trajkotem.

Kilkaset z tych nudnych głosów po prostu ignorowałem.

Wszystko to już słyszałem dziesiątki razy. Dzisiaj myśli uczniów koncentrowały się wokół banalnej atrakcji, jaką stanowiło pojawienie się Nowej w szkole. I to wystarczyło, aby wszystkich aż tak podekscytować. Widziałem tę twarz w ich myślach, i to pod każdym z możliwych kątów. Zwyczajna dziewczyna. Fascynacja jej przybyciem była męcząco przewidywalna – taką samą reakcję wywołałby jakiś błyszczący przedmiot rzucony grupce kilkulatków. Połowa męskich byczków wyobrażała już sobie, jak się w Nowej zakochuje tylko dlatego, że to świeżynka. Wysiliłem swój umysł, by wyciszyć te głosy.

Tylko cztery osoby blokowałem z czystej uprzejmości, a nie z obrzydzenia: moich dwóch braci i dwie siostry, którzy zresztą byli tak przyzwyczajeni do braku prywatności w mojej obecności, że nie zwracali na to uwagi. Tak czy inaczej, starałem się nie słuchać, jeśli tylko było to możliwe.

Starałem się, ale... i tak wiedziałem, o czym myślą.

Rosalie – jak zwykle – rozmyślała o samej sobie. Jej umysł był jak stojąca woda stawu, w której rzadko pojawia się cokolwiek niespodziewanego. Dostrzegła odbicie swojego profilu w czyichś okularach i analizowała właśnie swoją idealną urodę. Nikt inny nie miał włosów w kolorze tak zbliżonym do prawdziwego złota. Niczyja sylwetka nie przypominała tak stylowej klepsydry. Nikt nie mógł się poszczycić tak symetrycznie owalną, nieskazitelną twarzą. Ale Rosalie nie porównywała się do obecnych tu śmiertelników, takie zestawienie byłoby wręcz absurdalne. Myślała raczej o podobnych do nas, z których i tak nikt nie mógł się z nią mierzyć.

Zwykle beztroska mina Emmetta teraz ustąpiła miejsca grymasowi frustracji. Mimo że minęło już trochę czasu, nadal przeczesywał wielką dłonią hebanowe loki, a palce jego drugiej ręki zaciskały się w pięść. Nie mógł przeboleć, że poprzedniej nocy przegrał z Jasperem, i niecierpliwie wyczekiwał końca lekcji, żeby zorganizować rewanż. Gdy słuchałem myśli Emmetta, nigdy nie miałem wrażenia, że jestem wścibski – Emmett mówił wszystko to, co myślał, a myśli wprowadzał w czyny. Kiedy jednak czytałem myśli pozostałych, czułem wyrzuty sumienia, wiedziałem bowiem, że są wśród nich rzeczy, których woleliby nie zdradzać. Jeśli umysł Rosalie przypominał staw ze stojącą wodą, umysł Emmetta był jak jezioro o krystalicznie przejrzystych toniach.

A umysł Jaspera... był cierpieniem. Z trudem powstrzymałem westchnienie.

Edward. Alice zawołała mnie po imieniu w myślach, czym natychmiast zwróciła moją uwagę. W niczym nie różniło się to od zawołania mnie na głos. Cieszyłem się, że w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat moje imię straciło na popularności. W przeszłości irytowało mnie, że gdy tylko ktoś pomyślał o jakimś Edwardzie, od razu odwracałem głowę.

 

Tym razem jednak nawet nie drgnąłem. Byliśmy z Alice całkiem dobrzy w prowadzeniu prywatnych rozmów w myślach i rzadko komukolwiek udało się nas na tym przyłapać. Cały czas wbijałem wzrok w pęknięcia na ścianie.

Jak on się trzyma?, zapytała.

Skrzywiłem się, ale była to tylko nieznaczna zmiana układu ust, nic, co mogłoby zaniepokoić pozostałych. Można było przypisać to mojemu znudzeniu.

Jasper zbyt długo siedział niczym posąg. Nie wykonywał charakterystycznych ludzkich odruchów, o których wszyscy musimy pamiętać, żeby się nie wyróżniać w tłumie. Emmett dotykał swoich włosów, Rosalie raz po raz zakładała nogę na nogę, Alice stukała palcami stóp w linoleum, a ja kręciłem głową, by spoglądać na kolejne wzory w tynku. Jasper siedział wyprostowany jak struna, niczym sparaliżowany, nawet jego miodowe włosy pozostawały niewzruszone mimo intensywnie działającej wentylacji.

Alice wydawała się bardzo zaniepokojona, wyczytałem z jej myśli, że obserwuje Jaspera kątem oka. Czy istnieje jakieś niebezpieczeństwo? Zajrzała do najbliższej przyszłości, prześlizgnęła się przez wizje nudy i monotonii, szukając przyczyny mojego grymasu. Przez cały czas pamiętała, żeby się choć trochę poruszać. Regularnie mrugała, szpiczasty podbródek oparła o drobną piąstkę, odgarnęła z oczu kosmyk krótkich czarnych włosów.

Odwróciłem głowę powoli w lewo, jakbym oglądał cegły na ścianie, westchnąłem i skierowałem ją w prawo, ku pęknięciom sufitu. Pozostali z pewnością uznają, że udaję człowieka, tylko Alice wiedziała, że w ten sposób zaprzeczam.

Od razu się rozluźniła. Daj znać, jeśli się pogorszy.

Poruszyłem jedynie oczami, w górę, a potem z powrotem w dół.

Dzięki.

Byłem zadowolony, że nie muszę odpowiadać jej na głos. Bo co miałbym powiedzieć? „Cała przyjemność po mojej stronie”?

Nie czerpałem żadnej przyjemności, wsłuchując się w wewnętrzną walkę Jaspera. Nie rozumiałem, dlaczego ten eksperyment jest konieczny. Czy nie byłoby bezpieczniej przyznać, że Jasper nigdy nie nauczy się kontrolować swojego pragnienia tak jak my, i nie wystawiać jego wytrzymałości na próbę? Jaki sens miało igranie z ogniem?

Od naszego ostatniego polowania minęły już dwa tygodnie. Dla reszty z nas nie był to jakiś wyjątkowo długi i niemożliwy do przetrwania okres. Owszem, od czasu do czasu czuliśmy się niekomfortowo – jeśli jakaś istota ludzka podeszła zbyt blisko albo wiatr zawiał w niewłaściwą stronę. Na szczęście ludzie trzymali się od nas z daleka. Intuicja podpowiadała im to, czego ich świadomość nie byłaby w stanie ogarnąć: że jesteśmy niebezpieczeństwem, którego muszą za wszelką cenę unikać.

Jasper był w tym momencie bardzo niebezpieczny.

Taka sytuacja nie zdarzała się często, ale czasami uderzała mnie całkowita nieświadomość otaczających nas ludzi. My już się przyzwyczailiśmy, nie spodziewaliśmy się niczego innego, ale oni? Nie zauważali ryzyka siedzącego przy zniszczonym stoliku stołówki, choć stado wygłodniałych tygrysów stwarzałoby mniejsze zagrożenie niż my. Widzieli jedynie pięcioro dziwacznie wyglądających istot, na tyle podobnych do ludzi, że za nich właśnie nas brali. Aż trudno było sobie wyobrazić, że ktoś o tak niesamowicie przytępionych zmysłach może przetrwać na tym świecie.

W tej samej chwili przy sąsiednim stole zatrzymała się drobna dziewczyna, by porozmawiać z koleżanką. Grzejniki dmuchnęły w naszą stronę jej zapachem. Zdołałem się przyzwyczaić do reakcji, jakich doświadczałem w takiej sytuacji: suche pieczenie w gardle, pustka w żołądku, mimowolny skurcz mięśni i nagły napływ jadu do ust.

Całkiem normalny odruch, zwykle łatwy do zignorowania. Tym razem było mi nieco trudniej – monitorując Jaspera, odczuwałem wszystko w dwójnasób.

A Jasper dawał się ponieść fantazji. Wyobrażał sobie, jak wstaje i rusza ku dziewczynie. Myślał o tym, że się pochyla, jakby chciał szepnąć jej coś do ucha, a jego wargi dotykają łuku jej szyi. Wyobrażał sobie, jak by to było poczuć na ustach gorące uderzenia jej pulsu pod cienką skórą...

Kopnąłem krzesło, na którym siedział.

Popatrzył na mnie, przez moment w jego czarnych oczach czaiła się niechęć, ale zaraz spuścił wzrok. Słyszałem, jak wstyd i bunt toczą ze sobą walkę w jego głowie.

– Przepraszam – wymamrotał.

Wzruszyłem ramionami.

– Nie zrobiłbyś nic złego – szepnęła Alice, łagodząc jego zażenowanie. – Widziałam.

Powstrzymałem grymas, który od razu zdradziłby, że kłamała. Musieliśmy trzymać się razem, Alice i ja. Nie było łatwo grać rolę dziwaków wśród tych, którzy sami byli dziwakami, ale chroniliśmy wzajemnie swoje tajemnice.

– Trochę pomaga, kiedy myśli się o nich jak o ludziach – zasugerowała Alice. Jej wysoki melodyjny głos wypowiadał słowa zbyt szybko, żeby ludzkie ucho mogło je zrozumieć – o ile jakieś znalazłoby się odpowiednio blisko, żeby cokolwiek usłyszeć. – Ma na imię Whitney. Uwielbia swoją maleńką siostrę. Jej matka zaprosiła Esme na garden party, pamiętasz?

– Wiem, kto to jest – odparł Jasper krótko. Odwrócił się i wbił wzrok w jedno z małych okienek rozmieszczonych wzdłuż ścian podłużnej stołówki. Ton jego odpowiedzi zakończył całą rozmowę.

Będzie musiał wybrać się na łowy. Idiotyzmem było ryzykowanie w taki sposób, poddawanie go próbie po to tylko, by rozwijać w nim siłę i wytrzymałość. Jasper powinien zaakceptować swoje ograniczenia i żyć tak, by nie wychodzić poza ich granice.

Alice westchnęła w milczeniu i wstała, zabierając ze sobą tacę z jedzeniem – rekwizyt, można powiedzieć. Wiedziała, że czas zostawić go samego, dość już tego wsparcia. Co prawda Rosalie i Emmett bardziej afiszowali się ze swoim związkiem, ale to Alice i Jasper znali się na wylot. Zupełnie jakby i oni potrafili czytać w myślach, ale tylko swoich nawzajem.

Edward.

Odruchowa reakcja. Odwróciłem się na dźwięk swojego imienia, chociaż nie zostało wypowiedziane, zaledwie pomyślane.

Na ułamek sekundy mój wzrok spotkał się ze spojrzeniem dużych czekoladowobrązowych oczu osadzonych w bladej twarzy o sercowatym kształcie. Znałem tę twarz, chociaż do tej pory nie miałem okazji zobaczyć jej osobiście. Po prostu tego dnia była obecna w myślach niemal wszystkich osób w szkole. Nowa uczennica, Isabella Swan. Córka komendanta tutejszej policji, która przeprowadziła się do naszego miasta w związku z tym, że z jakiegoś powodu opiekę nad nią przyznano teraz jej ojcu. Tak zwana Bella. Poprawiała każdego, kto użył jej pełnego imienia.

Odwróciłem głowę, ale dopiero po chwili dotarło do mnie, że to nie w jej myślach wyczytałem swoje imię.

Oczywiście, od razu wpadli jej w oko Cullenowie, usłyszałem dalszy ciąg myśli.

Teraz rozpoznałem ten „głos”.

Jessica Stanley. Już dawno nie nękała mnie swoją wewnętrzną paplaniną. Czułem ulgę, kiedy minęła jej fascynacja moją osobą, bo ucieczka przed jej nieustannymi idiotycznymi marzeniami na jawie była wyczynem z kategorii: nierealne. Żałowałem w pewnym momencie, że nie mogę jej precyzyjnie unaocznić, co by się stało, gdyby moje usta – a także znajdujące się za nimi zęby – zetknęły się z jej skórą. Z pewnością to uciszyłoby te jej irytujące fantazje. Na samą myśl o jej spodziewanej reakcji aż się uśmiechnąłem pod nosem.

I co to jej da, ciągnęła teraz Jessica. Nawet nie jest ładna. Nie mam pojęcia, dlaczego Eric tak się na nią gapi... i Mike.

Przy tym drugim imieniu wzdrygnęła się w myślach. Jej nowy obiekt uczuć, cieszący się popularnością w szkole Mike Newton, zupełnie nie zwracał na nią uwagi. Ale najwidoczniej od razu zauważył Nową. Ot, kolejny dzieciak wyciągający rękę po błyszczącą zabawkę. Oczywiście, to nadało jej myślom złośliwy ton, chociaż na zewnątrz nie dawała tego po sobie poznać. Potraktowała nowicjuszkę serdecznie i zaczęła jej wyjaśniać to, co opinia publiczna wiedziała na temat mojej rodziny. Widocznie dziewczyna o nas pytała.

Ale na mnie też dzisiaj wszyscy patrzą, pomyślała Jessica z wyższością. Jakie szczęście, że Bella ma ze mną dwie lekcje. Mike na pewno podejdzie do mnie, żeby zapytać o...

Próbowałem nie dopuszczać do siebie tej bezsensownej paplaniny, bojąc się, że jej banalność i jałowość doprowadzą mnie do szaleństwa.

– Jessica Stanley prezentuje Swanównie wszystkie brudy klanu Cullenów – mruknąłem do Emmetta, żeby odwrócić swą uwagę od strumienia świadomości dziewczyny.

Zaśmiał się pod nosem.

Mam nadzieję, że się postarała, odpowiedział mi w myślach.

– Niestety, zabrakło jej wyobraźni. Zaledwie cień skandalu. Ani grama horroru. Jestem odrobinę zawiedziony.

A ta nowa? Też jest rozczarowana plotkami?

Wsłuchałem się w myśli Belli, żeby dowiedzieć się, co sądzi o rewelacjach przedstawionych przez koleżankę. Co widzi, patrząc na dziwne blade rodzeństwo, którego wszyscy starają się unikać?

Czułem, że poznanie jej reakcji jest moim obowiązkiem. Można powiedzieć – z braku lepszego określenia – że stałem na czatach naszej rodziny. Żeby nas chronić. Gdyby ktokolwiek nabrał podejrzeń, ostrzegłbym wszystkich odpowiednio wcześnie i moglibyśmy się łatwo ewakuować. Zdarzało się to już przedtem – jakaś istota ludzka o bujnej wyobraźni widziała w nas bohaterów książkowych albo filmowych. Zwykle się mylili, ale lepiej było przenieść się w bezpieczne miejsce, niż ryzykować głębszą analizę naszych zwyczajów. Rzadko – naprawdę rzadko – zdarzało się, że ktoś odgadł, kim jesteśmy. Nigdy nie dawaliśmy tej osobie szansy na zweryfikowanie hipotezy. Znikaliśmy, stając się jedynie przerażającym wspomnieniem.

Ale tego rodzaju rozpoznanie nie zdarzyło się od kilkudziesięciu lat.

Nie usłyszałem niczego, chociaż skupiłem się mocno na bezmyślnym wewnętrznym monologu Jessiki. Zupełnie jakby nikt nie siedział obok niej. Dziwne. Czyżby Dziewczyna zmieniła miejsce? Mało prawdopodobne, Jessica bowiem nadal do niej mówiła. Czułem się zdezorientowany, podniosłem głowę. Nigdy dotąd nie musiałem sprawdzać, czy mój dodatkowy „słuch” działa prawidłowo.

I znów mój wzrok napotkał spojrzenie dużych brązowych oczu. Dziewczyna siedziała na tym samym krześle co wcześniej i patrzyła w naszą stronę – co, jak przypuszczałem, było całkiem naturalne, skoro Jessica cały czas zarzucała ją plotkami o Cullenach.

Rozmyślanie o nas byłoby w takiej sytuacji również bardzo na miejscu.

A jednak nie słyszałem nawet szeptu.

Ciepły, zachęcający rumieniec oblał jej policzki. Spuściła wzrok, zawstydzona gafą, jaką był fakt, że została przyłapana na gapieniu się na obcą osobę. Dobrze, że Jasper nadal wyglądał przez okno, nawet nie próbowałem sobie wyobrażać, jak by zareagował na taki ewidentny napływ świeżej krwi.

Emocje malujące się na twarzy Dziewczyny były tak jasne, jak gdyby wypowiedziała je na głos: zaskoczenie, gdy nieświadomie zarejestrowała subtelne różnice pomiędzy naszym gatunkiem a jej własnym; ciekawość, gdy słuchała opowieści koleżanki; ale i coś więcej... Fascynacja? Taka reakcja nie byłaby nowością, naszym potencjalnym ofiarom jawiliśmy się jako osobniki o wyjątkowej urodzie. No i wreszcie – wstyd.

A jednak, chociaż jej myśli tak wyraźnie odznaczały się w jej dziwnych oczach – dziwnych, ponieważ miały zadziwiającą głębię – z miejsca, które zajmowała, dobiegała mnie jedynie cisza. Cisza, i nic więcej.

Poczułem się nieswojo.

Nic takiego nigdy wcześniej się nie zdarzyło, czy coś było ze mną nie tak? Przecież czułem się normalnie. Zaniepokojony wsłuchałem się mocniej.

Wszystkie głosy, które blokowałem, uderzyły we mnie zbiorowym krzykiem.

...Ciekawe, jaką muzykę lubi... Może powinienem wspomnieć jej o mojej nowej płycie..., rozmyślał Mike Newton siedzący dwa stoliki dalej. Oczywiście o Belli Swan.

Jak on się na nią gapi. Jakby mało mu było, że połowa dziewczyn w szkole tylko czeka, aż on... Zgryźliwe myśli Erica Yorkiego także koncentrowały się wokół Dziewczyny.

...obrzydliwe. Można by pomyśleć, że jest sławna, czy coś w tym stylu... Nawet Edward Cullen na nią patrzy... Lauren Mallory aż kipiała zazdrością, cud, że nie zzieleniała na twarzy. A Jessica obnosi się ze swoją nową przyjaźnią. Żenada... Jad nadal sączył się z jej myśli.

...Pewnie wszyscy ją o to pytają. Ale chętnie bym z nią pogadała. Może coś bardziej oryginalnego przyjdzie mi do głowy?, zastanawiała się Ashley Dowling.

...Może będzie chodziła ze mną na hiszpański..., łudziła się June Richardson.

...tyle dzisiaj do zrobienia! Trygonometria i jeszcze sprawdzian z angielskiego. Mam nadzieję, że mama...

Angela Weber, cicha, niezwykle przyjaźnie usposobiona, jako jedyna nie wykazywała obsesji na punkcie Belli.

 

Słyszałem ich wszystkich, każdą nic nieznaczącą myśl, która przemknęła im przez głowę. Wszystko, ale nic ze strony nowej uczennicy o zwodniczo rozmownych oczach.

Oczywiście słyszałem, co Nowa powiedziała do Jessiki, kiedy się w końcu odezwała. Nie musiałem czytać jej w myślach, by usłyszeć niski, wyraźny głos dochodzący z przeciwległego końca stołówki.

– A ten z rudawymi włosami to który? – zapytała. Pokusiła się, by zerknąć raz jeszcze kątem oka, ale natychmiast odwróciła wzrok, gdy się zorientowała, że nadal na nią patrzę.

Jeśli liczyłem na to, że dźwięk jej głosu pomoże mi rozpoznać jej myśli, srogo się zawiodłem. Zwykle ludzkie myśli mają podobne brzmienie jak ich fizyczny głos, jednak ten cichy, nieśmiały ton był mi zupełnie obcy. Miałem stuprocentową pewność, że nie słyszałem go pośród setek myśli kłębiących się w stołówce. Kompletna nowość.

Powodzenia, kretynko!, pomyślała Jessica, zanim odpowiedziała na pytanie.

– To Edward. Wiem, wygląda zabójczo, ale nie zawracaj nim sobie głowy. Z nikim się nie spotyka. Najwyraźniej żadna z miejscowych dziewczyn nie jest dla niego dostatecznie dobra – dodała, prychając.

Odwróciłem głowę, by ukryć uśmiech. Jessica i jej koleżanki nie miały pojęcia, jakimi są szczęściarami, że żadna z nich nie wydała mi się nigdy szczególnie pociągająca.

Ale pod powłoką humoru poczułem dziwaczny impuls, którego sam do końca nie rozumiałem. Miał coś wspólnego ze złośliwością Jessiki i naiwnością Belli Swan... Poczułem nagle dziwne pragnienie, by stanąć pomiędzy nimi i zasłonić Dziewczynę przed agresją myślową koleżanki. Cóż za dziwne uczucie. Próbując wytropić przyczynę tego impulsu, jeszcze raz przyjrzałem się uważnie Nowej, tym razem oczami Jessiki. Swoim wgapianiem się niepotrzebnie zwracałem na siebie uwagę.

Być może był to jakiś dawno zapomniany instynkt – silnej jednostki, która chce bronić słabszej. W końcu Dziewczyna wyglądała na bardziej kruchą i delikatną niż jej koleżanki z klasy. Jej skóra wydawała się niemal przezroczysta, aż trudno było uwierzyć, że w jakikolwiek sposób chroni ją przed światem zewnętrznym. Pod tym cieniutkim bladym naskórkiem dostrzegałem rytmiczne pulsowanie krwi w żyłach... Nie, nie powinienem się na tym skupiać. Doskonale sobie radziłem w życiu, na które się zdecydowałem, ale odczuwałem podobne pragnienie jak Jasper. Kuszenie losu nie miało najmniejszego sensu.

Pomiędzy brwiami Dziewczyny rysowała się nieznaczna zmarszczka, z której istnienia nie zdawała sobie chyba sprawy. Jakie to wszystko musiało być frustrujące! Widziałem, że ledwo wytrzymuje siedzenie w stołówce, prowadzenie rozmowy z tyloma obcymi osobami, bycie w samym środku uwagi. W sposobie, w jaki lekko garbiła chude ramiona – jak gdyby w każdej chwili spodziewała się odtrącenia – wyczuwałem jej nieśmiałość. Wszystko to jednak tylko widziałem i domyślałem się tego, przez cały czas bowiem umysł tej zwyczajnej ludzkiej istoty pozostawał dla mnie zamknięty. Nic nie słyszałem. Nic. Jak to było możliwe?

– Idziemy? – szepnęła Rosalie, przerywając moje rozmyślania.

Z niekłamaną ulgą odwróciłem uwagę od Dziewczyny. Nie miałem zamiaru pogłębiać poczucia porażki – te były dla mnie doświadczeniem niemalże nieznanym, więc tym bardziej mnie irytowały. Nie planowałem także rozwijać zainteresowania jej ukrytymi myślami tylko dlatego, że były ukryte. Nie miałem wątpliwości, że kiedy je rozszyfruję – a wiedziałem, że na pewno znajdę na to sposób – okażą się tak samo trywialne i małostkowe jak myśli wszystkich innych ludzi. Niewarte wysiłku włożonego w ich odczytanie.

– I jak, Nowa już się nas boi czy jeszcze nie? – zapytał Emmett, nadal czekając na odpowiedź na swoje poprzednie pytanie.

Wzruszyłem ramionami, a on najwyraźniej nie zamierzał ciągnąć mnie za język. Wstaliśmy od stołu i wyszliśmy ze stołówki.

Emmett, Rosalie i Jasper udawali uczniów czwartej klasy, więc ruszyli na swoje lekcje. Ja odgrywałem rolę młodszego, w związku z czym udałem się na biologię, przygotowując się psychicznie na straszną nudę. Wątpiłem, żeby pan Banner, człowiek o bardzo przeciętnym intelekcie, wykrzesał ze swoich zajęć cokolwiek na tyle ciekawego, by zaskoczyć kogoś, kto skończył dwa kierunki medyczne.

Wszedłem do klasy, zająłem miejsce i wyłożyłem na ławkę książki i zeszyty – znów tylko rekwizyty normalnego życia, nie zawierały ani jednej informacji, której bym nie znał. Jako jedyna osoba w sali miałem całą ławkę do swojej dyspozycji. Istoty ludzkie były zbyt mało inteligentne, by wiedzieć, że się mnie boją, jednak ich wrodzony instynkt przetrwania wystarczył, by trzymały się ode mnie z daleka.

Klasa wypełniała się powoli uczniami wracającymi z przerwy obiadowej. Rozparłem się na krześle i wziąłem na przeczekanie, znów żałując, że nie jestem w stanie zasnąć. A ponieważ wcześniej rozmyślałem o Dziewczynie, gdy Angela Weber wprowadziła ją do środka, jej imię od razu wdarło mi się do głowy.

Bella wydaje się tak samo nieśmiała jak ja. Pewnie ten dzisiejszy dzień jest dla niej bardzo trudny. Chciałabym coś powiedzieć... ale pewnie cokolwiek wymyślę, zabrzmi głupio.

Yes!, pomyślał Mike Newton i okręcił się na krześle, żeby popatrzeć na wchodzących do sali.

Ze strony Dziewczyny nadal płynęła do mnie cisza. Puste miejsce, w którym powinny znajdować się jej myśli, męczyło mnie i drażniło.

A co, jeśli mój dar w ogóle zniknie? Jeśli to po prostu pierwszy objaw spadku umysłowej formy?

Często żałowałem, że nie potrafię uciec przed kakofonią dźwięków, że nie jestem normalny – na tyle, na ile było to możliwe. Teraz jednak na samą myśl, że mogłoby tak się stać, ogarniała mnie panika. Kim byłbym bez swoich zdolności? Nigdy nie słyszałem jednak o możliwości utraty tego daru. Postanowiłem, że zapytam o to Carlisle’a.

Dziewczyna ruszyła przejściem obok mojej ławki, zmierzając do biurka nauczyciela. Biedaczka. Jedyne wolne miejsce w klasie znajdowało się obok mnie. Natychmiast zwolniłem połowę ławki, składając swoje rzeczy na jedną kupkę. Wątpiłem, żeby czuła się komfortowo w moim sąsiedztwie, no cóż – czekał ją długi semestr, przynajmniej na biologii. Ale może siedząc obok niej, wyłuskam jej myśli z czeluści umysłu... Nie, żeby potrzebna mi była do tego bliskość fizyczna. Nie, żebym spodziewał się znaleźć tam cokolwiek wartego mojej uwagi.

W tym momencie Bellę Swan owiał podmuch ogrzanego powietrza, które napływało w moją stronę z wywietrznika.

Jej zapach uderzył we mnie jak taran, jak eksplodujący granat. Nie istnieją słowa, którymi mógłbym opisać siłę tego, co mną wtedy owładnęło.

Doświadczyłem natychmiastowego przeobrażenia. Przestałem przypominać istotę ludzką, nie została we mnie ani cząstka człowieczeństwa, którym omotałem się w ciągu wielu lat swojego życia.

Przerodziłem się w drapieżnika, a ona stała się moją ofiarą. Wszystko inne na świecie przestało się liczyć.

W jednej chwili z horyzontu zniknęło szkolne pomieszczenie pełne świadków – w moim umyśle jawili się oni jako przypadkowe, ale konieczne ofiary. Zapomniałem o zagadkowości jej nieczytelnych myśli – w końcu przestały mieć jakiekolwiek znaczenie, wiedziałem, że nie będzie jej dane długo myśleć.

Byłem wampirem, a ona miała najsłodszą krew, jaką wyczułem od ponad osiemdziesięciu lat.

Nawet sobie nie wyobrażałem, że taki zapach istnieje. Gdybym zdawał sobie z tego sprawę, już dawno wybrałbym się na poszukiwanie jego źródeł. Przeryłbym całą planetę, byleby ją znaleźć. Już czułem na języku ten smak...

Pragnienie paliło mnie w gardle żywym ogniem, w ustach mi zupełnie wyschło, a świeży napływ jadu tylko pogłębiał te doznania.

Mój żołądek skręcał się z głodu, który był echem tego pragnienia. Wszystkie moje mięśnie napięły się do skoku.

Ale wszystko to razem trwało może pół sekundy. Dziewczyna nadal znajdowała się w połowie kroku, który zaczęła stawiać.

Gdy jej stopa dotknęła ziemi, jej wzrok powędrował w moją stronę, w sposób, który zapewne miał być ukradkowy. Jej oczy napotkały moje, zobaczyłem w nich swoje odbicie.

Szok, jaki odmalował się na jej twarzy, ocalił jej życie na kilka denerwujących chwil.

Nie ułatwiała mi zadania. Na widok mojej miny krew znów napłynęła jej do policzków, zabarwiając cerę najbardziej apetycznym kolorem, jaki kiedykolwiek widziałem. Jej zapach oszołomił mnie tak, że ledwo mogłem zebrać myśli. Instynkt aż we mnie buzował, opierając się samokontroli, dziki i szalony.

Bella Swan przyspieszyła kroku, jakby wyczuwała potrzebę ucieczki. Ten pośpiech tylko wzmógł jej niezdarność – potknęła się i niemal wpadła na dziewczynę siedzącą tuż przede mną. Słaba i bezbronna. Nawet bardziej niż typowa istota ludzka.

Próbowałem skupić się na twarzy odbitej w jej oczach – twarzy, którą z obrzydzeniem rozpoznawałem. To było oblicze tkwiącego we mnie potwora, którego próbowałem zdławić przez lata wielkim wysiłkiem i bezlitosną dyscypliną. Jakże łatwo teraz wyskoczył na powierzchnię!

Znów omiótł mnie zapach Dziewczyny, rozpraszając moje myśli i niemal katapultując mnie z ławki.

Nie.

Zacisnąłem palce na krawędzi stolika, próbując utrzymać się na krześle. Niestety, drewno nie wytrzymało naporu i moja ręka przeszła przez blat. Kiedy ją uniosłem, zobaczyłem w swojej garści drewnianą miazgę, a na ocalałym fragmencie ławki – wgłębienie po moich palcach.

Zniszczyć dowody – tak brzmiała podstawowa zasada. Koniuszkami palców natychmiast zmiażdżyłem odciśnięty kształt, tak że została tylko wystrzępiona dziura w blacie i kupka trocin na podłodze, którą natychmiast roztarłem butem.

Zniszczyć dowody. Pozbyć się świadków...

Wiedziałem, co teraz nastąpi. Dziewczyna usiądzie obok mnie, a ja będę musiał ją zabić.

Niewinne przypadkowe ofiary, osiemnaścioro dzieciaków i jeden mężczyzna – nie będą mogli wyjść stąd żywi po tym, co zobaczą.

Wzdrygnąłem się na myśl o tym, co muszę zrobić. Nawet na najgorszym etapie swojego życia nie posunąłem się do takich okropności. Nigdy nie zabiłem niewinnego człowieka, a teraz planowałem pozbawić życia aż dwadzieścia osób.

Twarz tkwiącego we mnie potwora zdawała się ze mnie drwić.

Ale chociaż jakaś część mnie pragnęła od niego uciec, inna część już planowała kolejne kroki.

Jeśli zabiję najpierw Dziewczynę, będę miał zaledwie piętnaście, może dwadzieścia sekund, zanim pozostali zareagują. Może odrobinę więcej, jeśli nie zorientują się od razu, co robię. Ona nie zdąży nawet krzyknąć czy choćby poczuć bólu. Nie zamierzałem być okrutny, choć tyle mogłem dać tej obcej istocie o szalenie apetycznej krwi.

Później jednak musiałbym zapobiec rejteradzie pozostałych. Oknami się nie przejmowałem, znajdowały się zbyt wysoko i były zbyt małe, żeby stanowić potencjalną drogę ucieczki. Zostawały jedynie drzwi – wystarczyło je zablokować, aby wszyscy znaleźli się w pułapce.