Życie i śmierć

Tekst
Z serii: Saga Zmierzch #5
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Ale dlaczego... – Nie wiedziałem, jak to ująć w słowa.

Przechyliła głowę i czekała.

– Wczoraj... – Znów przerwałem.

– Robisz to celowo? Nie kończysz myśli, żeby doprowadzić mnie do szaleństwa?

– Nie wiem, czy potrafię to wyjaśnić.

– Spróbuj, proszę.

Wziąłem głęboki wdech.

– Dobrze. Twierdzisz, że cię nie nudzę i że nie zamierzasz w najbliższej przyszłości przenieść swojego zainteresowania na Jeremiego.

Pokiwała głową, powstrzymując uśmiech.

– Ale wczoraj... było... – Patrzyła na mnie z niepokojem. – Jakbyś tylko szukała sposobu, by się pożegnać.

– Jesteś spostrzegawczy – szepnęła. Zabolało, bo potwierdziła moje najgorsze obawy.

Jej palce bardzo delikatnie ścisnęły moją dłoń.

– Ale te dwie sprawy są ze sobą niezwiązane.

– Jakie dwie sprawy?

– Intensywność moich uczuć do ciebie i konieczność odejścia. To znaczy, s ą powiązane, ale w odwrotny sposób.

„Konieczność odejścia”. Poczułem ucisk w żołądku.

– Nie rozumiem.

Popatrzyła mi prosto w oczy, palącym, hipnotyzującym spojrzeniem i odezwała się ledwie słyszalnie.

– Im bardziej mi na tobie zależy, tym ważniejsze jest, żebym znalazła sposób na... zapewnienie ci bezpieczeństwa. Odejście byłoby najwłaściwsze.

– Nie. – Pokręciłem głową.

Wzięła głęboki wdech, a jej oczy dziwnie pociemniały.

– Cóż, niezbyt dobrze mi wychodziło zostawianie ciebie, kiedy próbowałam. Po prostu nie wiem, jak to zrobić.

– A możesz zrobić coś dla mnie? Już więcej nie próbuj.

Uśmiechnęła się blado.

– Przypuszczam, że – zważywszy na to, jak często ocierasz się o śmierć – bezpieczniej będzie trzymać się blisko ciebie.

– Święta prawda. Kto wie, kiedy zaatakuje mnie kolejny samochód.

Zmarszczyła czoło.

– Ale w dalszym ciągu zamierzasz jechać ze mną do Seattle, prawda? – zapytałem. – Tam jest mnóstwo samochodów. Za rogiem niemal każdej ulicy czai się zasadzka.

– Właściwie to chciałam cię o coś zapytać. Naprawdę musisz jechać w sobotę do Seattle, czy to tylko wymówka, żeby przegonić liczne adoratorki?

– Eeee...

– Tak sądziłam.

– Wiesz, że postawiłaś mnie w wyjątkowo trudnej sytuacji, kiedy zablokowałaś mi wyjazd z parkingu i przydybała mnie Taylor?

– Chodzi ci o to, że idziesz z nią na bal absolwentów?

Szczęka mi opadła, a potem zazgrzytałem zębami.

Edythe powstrzymywała śmiech.

– Och, Beau.

Domyśliłem się, że to jeszcze nie koniec.

– Co?

– Ona ma już nawet sukienkę.

Zabrakło mi słów.

Edythe najwyraźniej dostrzegła panikę w moich oczach, bo dodała szybko:

– Ale mogło być gorzej. Kupiła ją, zanim jeszcze uznała, że idzie z tobą, a do tego w sklepie z odzieżą używaną, więc to nie była duża inwestycja. Po prostu nie mogła przepuścić okazji.

Nadal nie wiedziałem, co powiedzieć. Edythe ścisnęła moją dłoń.

– Jakoś to rozwiążesz.

– Nie tańczę – odparłem ze smutkiem.

– A gdybym to ja zaprosiła ciebie na wiosenny bal, też byś powiedział „nie”?

Popatrzyłem w jej złociste oczy i próbowałem sobie wyobrazić, że odmawiam jej czegokolwiek.

– Zapewne nie, ale parę dni później wykręciłbym się czymś. Złamałbym nogę, gdyby było to konieczne.

Wyglądała na zdumioną.

– Dlaczego miałbyś robić coś takiego?

Pokręciłem głową z powagą.

– Co prawda nie widziałaś mnie nigdy na WF-ie, ale i tak myślałem, że to rozumiesz.

– Masz na myśli to, że nie potrafisz pokonać bez potknięcia prostego odcinka gładkiej, stabilnej nawierzchni?

– Bingo.

– Jestem doskonałą nauczycielką.

– Obawiam się, że koordynacji ruchowej nie można się nauczyć.

– Ale wracając do poprzedniego pytania. Musisz jechać do Seattle czy możemy zrobić coś innego?

Skoro obie wersje zakładały wspólnie spędzoną sobotę, było mi wszystko jedno.

– Jestem otwarty na propozycje – oświadczyłem – ale pod jednym warunkiem.

Jak zawsze w takich sytuacjach, zrobiła się nieco podejrzliwa.

– Jakim?

– Możemy pojechać moim autem?

– Dlaczego twoim? – skrzywiła się.

– Przede wszystkim dlatego, że panicznie boję się twojego stylu jazdy. A poza tym powiedziałem Charliemu, że jadę sam, i nie chcę, żeby zadawał za dużo pytań.

Przewróciła oczami.

– Tyle rzeczy grozi ci z mojej strony, a ty boisz się akurat mojego stylu jazdy – stwierdziła zniesmaczona. – Nie powiesz ojcu, że spędzisz ten dzień ze mną? – Czułem, że w tym pytaniu kryje się jakieś drugie dno, którego nie rozumiałem.

– Taki już jest, że lepiej nie mówić mu wszystkiego. – Co do tego nie miałem najmniejszych wątpliwości. – A tak w ogóle, dokąd się wybierzemy?

– Archie twierdzi, że zapowiada się ładny dzień, więc będę trzymała się z dala od ludzi. Możesz potrzymać się z dala od nich ze mną... jeśli chcesz. – Znów dawała mi wolną rękę.

– I pokażesz mi, co się dzieje z tobą w słońcu? – Byłem podekscytowany możliwością poznania kolejnej jej tajemnicy.

– Tak. – Uśmiechnęła się, a potem się zawahała: – Ale jeśli ci to nie odpowiada, wolałabym mimo wszystko, żebyś nie jechał sam do Seattle. Ciarki mnie przechodzą na myśl, ile jest tam samochodów.

– Tak się składa, że sobota sam na sam z tobą najzupełniej mi odpowiada.

– Wiem – westchnęła ciężko. – Ale lepiej powiedz Charliemu.

Pokręciłem głową na samą myśl, że miałbym spowiadać się ojcu z mojego prywatnego życia.

– Po co miałbym to robić?

Twarz Edythe nagle stężała.

– Dzięki temu będę miała trochę większą motywację, żeby pozwolić ci wrócić do domu.

Czekałem, aż się uśmiechnie, rozluźni, a kiedy to nie nastąpiło, powiedziałem:

– Chyba jednak zaryzykuję.

Wypuściła powietrze ze złością i odwróciła wzrok.

– Czyli wszystko mamy ustalone. To o czym teraz porozmawiamy?

Próba zmiany tematu niewiele zmieniła.

– O czym chciałbyś porozmawiać? – rzuciła przez zaciśnięte zęby, nadal wzburzona.

Rozejrzałem się wokół, by się upewnić, że nikt nas nie słyszy. W kącie stołówki Archie pochylał się nad stołem i mówił coś do Jessamine. Eleanor siedziała obok niej, a Royal gdzieś zniknął.

– Po co pojechaliście w zeszły weekend do Kozich Skał? Polować? Charlie mówił, że to nie najlepsze miejsce na biwakowanie, bo roi się tam od niedźwiedzi.

Mina Edythe świadczyła o tym, że przegapiłem coś bardzo oczywistego.

– Niedźwiedzie? – wykrztusiłem.

Uśmiechnęła się.

– To nie sezon polowań – dodałem surowym tonem, by ukryć to, jak bardzo jestem zszokowany.

– Przeczytaj i przekonaj się sam – poradziła. – Przepisy zakazują tylko polowań z zastosowaniem broni.

Przyglądała mi się z rozbawieniem, ciekawa, jak zareaguję na ukrytą w tym zdaniu aluzję.

– Niedźwiedzie? – powtórzyłem z trudem.

– Eleanor gustuje w grizzly – rzuciła niby od niechcenia, chociaż obserwowała badawczo moją reakcję. Postanowiłem wziąć się w garść.

– No, no – powiedziałem, sięgając po pizzę – to była doskonała wymówka, by na nią nie patrzeć. Przeżułem powoli ciasto i przełknąłem.

– A ty? – zapytałem po chwili. – W czym ty gustujesz?

Uniosła brwi, a kąciki jej ust opadły, jakby nie spodobało jej się to pytanie.

– W pumach.

– Oczywiście, to nawet ma sens. – Pokiwałem głową, jakby to była najbardziej naturalna rzecz pod słońcem.

– Ma się rozumieć – ciągnęła, imitując niedbały ton mojego głosu – to, że nie przestrzegamy prawa łowieckiego, nie zwalnia nas od troski o środowisko naturalne. Staramy się koncentrować na obszarach z nadwyżką drapieżników. Zawsze też łatwo o sarnę lub łosia. Nadają się, ale to żadna zabawa. – Uśmiechnęła się.

– W istocie, żadna – mruknąłem znad kolejnego kawałka pizzy.

– Najlepsza pora na niedźwiedzie to zdaniem El właśnie wczesna wiosna. Niedźwiedzie dopiero co przebudziły się ze snu zimowego, więc są bardziej drażliwe. – Uśmiechnęła się, najwyraźniej na jakieś zabawne wspomnienie.

– Tak, nie ma jak rozdrażniony grizzly. Ubaw po pachy. – Pokiwałem głową ze znawstwem.

Roześmiała się, a potem pokręciła głową.

– Proszę, powiedz, co naprawdę o tym wszystkim myślisz.

– Usiłuję to sobie wyobrazić, ale nie potrafię – wyznałem. – Jak można polować na niedźwiedzie bez broni?

– Ależ przecież my mamy broń. – Obnażyła swoje lśniące bielą zęby w szerokim uśmiechu, w którym nie było nic zabawnego. – Tyle że prawo łowieckie nie bierze jej pod uwagę. A jeśli masz kłopoty z wyobrażeniem sobie Eleanor w akcji, przypomnij sobie, jak wygląda atak niedźwiedzia, jeśli widziałeś coś takiego w telewizji.

Zerknąłem na Eleanor, dziękując Bogu, że nie patrzy akurat w moją stronę. Długie, smukłe mięśnie jej rąk i nóg nagle wydały mi się onieśmielające. Wyobraziłem sobie, jak chwyta za podnóże góry, unosi ją...

Edythe popatrzyła w ślad za moim wzrokiem i zachichotała. Spojrzałem na nią, wytrącony z równowagi.

– To niebezpieczne? – zapytałem cicho. – Bywacie czasem ranni?

Jej śmiech zabrzmiał jak dźwięk dzwonków.

– Och, Beau. To mniej więcej tak samo niebezpieczne jak twój kawałek pizzy.

Spojrzałem na talerz.

– O matko. A ty... też przypominasz niedźwiedzia w ataku?

– Ponoć bardziej pumę – oświadczyła lekko. – Być może ma to coś wspólnego z preferencjami smakowymi.

– Być może. – Zmusiłem się do bladego uśmiechu. Mój umysł próbował pogodzić ze sobą zupełnie sprzeczne obrazy, ale poniósł spektakularną klęskę.

 

– Czy mógłbym to kiedyś zobaczyć?

– W żadnym wypadku! – szepnęła. Zbladła jeszcze bardziej niż zwykle, w jej oczach pojawiło się przerażenie. Wyciągnęła dłoń spod mojej ręki i objęła się w pasie.

Moje palce leżały na stole, zdrętwiałe z zimna.

– Co takiego powiedziałem?

Przymknęła na moment powieki, żeby odzyskać spokój. Ale kiedy znów spojrzała mi w oczy, była zła.

– Nawet wolałabym, żeby to było możliwe. Najwyraźniej nie dociera do ciebie powaga sytuacji. Dobrze by było, gdybyś mógł się przekonać na własne oczy, jaka jestem niebezpieczna.

– Więc czemu nie? – drążyłem z uporem, ignorując jej rozdrażnienie.

Wpatrywała się we mnie w milczeniu.

– Wyjaśnię ci to potem. – Poderwała się ze swojego miejsca jednym zgrabnym ruchem. – Spóźnimy się na lekcję.

Zdałem sobie sprawę, że stołówka jest niemal pusta. Przy Edythe czas i otoczenie stanowiły mało znaczące szczegóły, więc straciłem poczucie i jednego, i drugiego. Szybko wstałem, podnosząc nasze torby z podłogi.

– Może być potem – zgodziłem się. Wiedziałem, że o tym nie zapomnę.


11 Komplikacje

Gdy podchodziliśmy do naszej ławki w sali od biologii, wszyscy pozostali uczniowie gapili się na nas. Tym razem Edythe nie odsunęła krzesła jak najdalej ode mnie, usiadła tuż obok, tak że niemal stykaliśmy się ramionami. Muskały mnie jej włosy.

Do klasy weszła pani Banner, ciągnąc za sobą szafkę na kółkach, mieszczącą przestarzały telewizor oraz odtwarzacz wideo. Wszystkim od razu poprawił się humor. Ja też poczułem ulgę, bo wiedziałem, że i tak nie byłbym w stanie skupić się na lekcji. Za dużo chodziło mi po głowie.

Nauczycielka wsunęła kasetę do otworu odtwarzacza, po czym podeszła do ściany, żeby zgasić światło. A kiedy w pomieszczeniu zapadł mrok, zrobiło się jakoś dziwnie.

Ciemność wyostrzyła moje zmysły. Byłem teraz, co mnie zadziwiło, jeszcze bardziej świadomy bliskości Edythe. Czułem, jakby prąd przechodził z jej ciała do mojego, zupełnie jakby te miniaturowe wyładowania, które przeskakują pomiędzy obwodami, teraz tańczyły w tej niewielkiej przestrzeni oddzielającej mnie od niej. Kiedy jej włosy dotknęły mojego ramienia, niemal przeszył mnie ból.

Owładnęło mną nieprzeparte pragnienie, by choć raz musnąć dłonią jej nieskazitelną twarz. Co się ze mną działo? Przecież nie można ot tak macać sobie ludzi tylko dlatego, że zgasło światło. Skrzyżowałem ręce na piersiach i zacisnąłem dłonie w pięści.

Na ekranie telewizora pokazała się czołówka filmu, co rozjaśniło odrobinę mrok w sali. Nie mogłem się powstrzymać, od razu zerknąłem na Edythe.

Przyjęła dokładnie taką samą pozycję jak ja – skrzyżowane ręce, zaciśnięte dłonie – i także zerkała w moją stronę. Kiedy zauważyła, że na nią patrzę, uśmiechnęła się, jakby zakłopotana. Jej oczy nawet w ciemnościach zachowały swoją porażającą moc, musiałem więc szybko spuścić wzrok, by nie zrobić czegoś głupiego – czegoś, co z całą pewnością nie podchodziłoby pod jej definicję bezpieczeństwa.

Lekcja ciągnęła się w nieskończoność. Nie potrafiłem skoncentrować się na filmie – nie wiedziałem nawet, o czym właściwie jest. Próbowałem zachowywać się normalnie, rozluźnić się, ale bez powodzenia. Prąd nie zelżał nawet na chwilę. Od czasu do czasu pozwalałem sobie zerknąć na Edythe, wiedziałem więc, że i ona nadal siedzi spięta. Pragnienie, by jej dotknąć, nie słabło. Tak mocno przyciskałem dłonie do żeber, że w końcu zaczęły mnie boleć zaciśnięte kurczowo palce.

Gdy nareszcie rozbłysło światło, odetchnąłem z ulgą. Rozprostowałem ręce i zacząłem przebierać w powietrzu zesztywniałymi palcami. Edythe zaśmiała się.

– To było... intrygujące – szepnęła. Głos miała cichy, spojrzenie ostrożne.

– Uhm. – Tylko tyle byłem w stanie z siebie wydusić.

– Idziemy? – zapytała, podnosząc się z miejsca zwinnym ruchem. Podniosła torbę jednym palcem.

Wstałem ostrożnie, nie mając pewności, czy ta dziwna chwila bliskości w ciemnościach nie wpłynęła negatywnie na mój zmysł równowagi.

Edythe odprowadziła mnie w milczeniu do sali gimnastycznej. Odwróciłem się, żeby się pożegnać, ale słowa uwięzły mi w gardle. Na jej twarzy malowało się wewnętrzne rozdarcie, niemal ból, a była przy tym tak oszałamiająco piękna, że znów musiałem walczyć ze sobą, by jej nie dotknąć. Z trudem odrywałem od niej wzrok.

Uniosła z wahaniem rękę, znów rozdarta, i przesunęła opuszkami palców po linii mojej szczęki. Skórę miała jak zawsze lodowatą, ale jej dotyk palił mnie bezboleśnie.

A potem obróciła się na pięcie i odeszła szybkim krokiem.

Wparowałem do hali sportowej, słaniając się na nogach. Przebierałem się jak w transie, ledwie świadomy obecności innych. Ocknąłem się dopiero, gdy wręczono mi rakietkę do badmintona.

Nie była ciężka, ale to nie miało przecież znaczenia. W moich rękach stawała się niebezpiecznym narzędziem. Kilka osób rzuciło pełne obawy spojrzenia na mnie i na rakietkę. Pan Clapp kazał nam dobrać się w pary, uznałem, że pewnie zostanę wybrany na szarym końcu, kiedy nie zostanie już nikt inny.

Nie doceniłem jednak lojalności McKayli. Natychmiast przy mnie stanęła.

– Wiesz, że nie musisz tego robić – powiedziałem.

– Spokojna głowa. – Uśmiechnęła się. – Będę się trzymała od ciebie z daleka.

Czasami naprawdę trudno było jej nie lubić.

Oczywiście nie obyło się bez wpadki. Udało mi się zdzielić siebie samego rakietą po głowie i w tym samym ruchu zahaczyć o ramię McKayli. Resztę godziny lekcyjnej spędziłem w tylnym rogu kortu z rakietą schowaną dla bezpieczeństwa za plecami. Mimo tego utrudnienia moja partnerka poradziła sobie świetnie, wygrała bowiem trzy spośród czterech rozegranych meczów. Kiedy zaś gwizdkiem ogłoszono koniec lekcji, przybiła ze mną piątkę, na co zupełnie sobie nie zasłużyłem.

– A więc? – zapytała po zejściu z boiska.

– Co takiego?

– Ty i Edythe Cullen, hę? – W jej tonie pobrzmiewała wrogość.

– Taaa, ja i Edythe Cullen – odparłem. Byłem pewien, że w moim głosie słychać zaskoczenie.

– To mi się wcale nie podoba.

– Nie musi.

– Wystarczy, że pstryknie palcem, a ty już lecisz?

– Pewnie tak.

Spojrzała na mnie posępnie. Odwróciłem się i odszedłem. Wiedziałem, że jutro przyciśnie mnie do muru, ale nie zaprzątałem sobie tym głowy. Zanim się przebrałem, zdołałem zapomnieć o McKayli. Czy Edythe będzie na mnie czekała przy wyjściu, czy mam iść do samochodu? A co, jeśli będzie tam jej rodzeństwo? Zaparkowała obok auta Royala. Już na samo wspomnienie jego miny w stołówce zastanawiałem się, czy nie lepiej wrócić do domu pieszo. Czy Cullenowie wiedzą, że ja wiem? Czy powinienem wiedzieć, że wiedzą, że wiem, czy też nie? Nie miałem pojęcia, jak wyglądają zwyczaje wampirów. Czy wystarczy, jeśli skinę im głową na powitanie?

Ale kiedy wyszedłem z szatni, Edythe stała pod osłoną hali sportowej, chociaż niebo przesłaniały ciemne chmury. Ręce splotła przed sobą. Jej twarz była teraz zupełnie spokojna, kąciki ust unosiły się nawet w cieniu uśmiechu. Cienki sweterek wydawał się niewystarczający jak na tę pogodę, i chociaż zdawałem sobie sprawę, że to głupota, miałem ochotę zdjąć kurtkę i ją otulić. Podszedłem do niej z dojmującym i wszechogarniającym poczuciem harmonii – jakby cały świat był taki, jak trzeba, o ile znajdowałem się blisko niej.

– Hej. – Zdawałem sobie sprawę, że na twarzy zakwita mi uśmiech od ucha do ucha.

– Cześć. – Uśmiechnęła się tak cudownie. – Jak tam WF?

Nagle ogarnęła mnie podejrzliwość.

– W porządku.

– Na pewno? – Uniosła brwi. – Jak twoja głowa?

– Nie zrobiłaś tego!

Ruszyła powoli w stronę parkingu. Natychmiast poszedłem za nią.

– Sam wspominałeś, że powinnam zobaczyć, jak ci idzie na WF-ie. Byłam ciekawa.

– Świetnie. Po prostu cudownie. No cóż, przykro mi, ale mogę spokojnie wrócić pieszo do domu, jeśli wolisz, żeby już nikt nie widywał cię w moim towarzystwie.

Zaśmiała się melodyjnie.

– To było bardzo zabawne. Chociaż nie miałabym nic przeciwko temu, gdybyś uderzył tę dziewczynę trochę mocniej.

– Co takiego?

Obejrzała się do tyłu i zacisnęła usta w wąską kreskę. Sprawdziłem, na co patrzy, i zobaczyłem podskakującą jasną kitkę McKayli.

– Już dawno nikt oprócz rodziny nie myślał o mnie takich rzeczy. Bardzo mi się to nie podobało.

Nagle ogarnął mnie strach o McKaylę.

Edythe dobrze odczytała moją minę i parsknęła śmiechem.

– Nie martw się. Nie zrobiłabym krzywdy twojej koleżance. Kto inny zgodziłby się grać z tobą w parze w badmintona?

Trudno było mi to objąć rozumem. Edythe wydawała się taka... delikatna. Ale kiedy mówiła coś podobnego, widać było, że jest pełna wiary we własne możliwości. Gdyby rzeczywiście chciała skrzywdzić McKaylę – czy kogokolwiek innego – jej potencjalna ofiara miałaby przechlapane. Edythe była niebezpieczna, doskonale zdawałem sobie z tego sprawę, a jednak nie potrafiłem do końca w to uwierzyć. Postanowiłem zmienić temat.

– A co takiego myśli o tobie twoja rodzina?

Pokręciła głową.

– To nie fair oceniać ludzi po ich myślach. Myśli to prywatna sprawa. Liczą się czyny.

– No nie wiem... Skoro wiesz, że druga osoba słyszy twoje myśli, czy to nie jest tak, jakbyś wypowiedziała je na głos?

– Łatwo ci mówić – zaśmiała się. – Kontrolowanie własnych myśli to niezwykle trudna sprawa. Kiedy kłócę się z Royalem, myślę o nim jeszcze gorsze rzeczy i co więcej, wypowiadam je na głos. – Znowu wybuchnęła dźwięczącym śmiechem.

Nie patrzyłem, dokąd idziemy, byłem więc zaskoczony, kiedy nagle zwolniliśmy, bo drogę tarasowała grupka ludzi. Wokół kabrioletu Royala zebrał się tłumek, głównie chłopaków. Niektórzy niemal się ślinili na widok auta. W pobliżu nie było nikogo z jej rodzeństwa, byłem ciekaw, czy poprosiła ich, żeby zostawili nas samych.

Żaden z entuzjastów motoryzacji nawet nie podniósł głowy, kiedy przepychałem się obok, by dostać się do samochodu Edythe.

– Ostentacyjny – mruknęła, idąc za mną.

Przeszedłem na stronę pasażera i wsiadłem.

– Co to w ogóle za auto?

– M3 – odparła, próbując wycofać wóz tak, by nikogo nie przejechać.

– Czyli?

– Bmw. – Ostrożnie manewrowała na parkingu.

– Okej, to już mi coś mówi.

Odjechaliśmy spod szkoły i nagle zostaliśmy sami. Ta prywatność była dla mnie niczym wolność. Nikt nas nie obserwował, nikt nie podsłuchiwał.

– Czy już jest potem? – zapytałem.

Zmarszczyła czoło.

– Sądzę, że tak.

Z neutralną miną czekałem na jej odpowiedź. Wpatrywała się w drogę, udając, że naprawdę musi to robić, a ja obserwowałem jej twarz. Mignęły mi dwie różne emocje, ale tak szybko, że nie potrafiłem ich zinterpretować. Już myślałem, że po prostu zignoruje moje pytanie, kiedy nagle zatrzymała samochód. Zaskoczony wyjrzałem przez okno. No tak, staliśmy już pod domem Charliego, obok mojego auta. Stwierdziłem, że łatwiej mi się z nią jeździ, jeśli nie patrzę na szosę.

Gdy przeniosłem wzrok z powrotem na Edythe, przyglądała mi się badawczo.

– Nadal chcesz wiedzieć, dlaczego nie możesz zobaczyć, jak poluję? – Była poważna, choć wyczuwałem w jej głosie nutkę rozbawienia. A więc zupełnie inna reakcja niż wcześniej w stołówce.

– Tak... A także, dlaczego tak się... zdenerwowałaś, kiedy cię o to zapytałem.

– Przestraszyłam cię? – zapytała z wyraźną nadzieją.

– A zamierzałaś?

– Być może.

– W takim razie tak, bardzo się bałem.

Uśmiechnęła się, pokręciła głową, ale zaraz spoważniała.

– Przepraszam za moją reakcję. Sama myśl, że mógłbyś się znaleźć w pobliżu... kiedy polujemy... – Spochmurniała.

– Groziłoby mi niebezpieczeństwo?

– Ogromne – wycedziła.

– Bo...

Wzięła głęboki oddech i wyjrzała przez okno na gęste chmury, które przetaczały się nad nami, zdawałoby się na wyciągnięcie ręki.

– Kiedy polujemy – zaczęła wolno, niechętnie – w pewnym sensie wyłączamy myślenie i dajemy się porwać zmysłom. Zwłaszcza zmysłowi powonienia. Gdybym w tym stanie wyczuła, że jesteś gdzieś w pobliżu... – Zasępiona pokręciła głową, wpatrując się w szare niebo.

 

Utrzymywałem obojętny wyraz twarzy, spodziewając się, że w każdej chwili na mnie spojrzy, by sprawdzić moją reakcję, ale kiedy nasze oczy się spotkały, coś się zmieniło. Cisza zgęstniała, znów poczułem te same iskry, które przechodziły między nami w szkole. Dopiero gdy zaczęło mi się kręcić w głowie, zrozumiałem, że wstrzymałem oddech. Nabrałem powietrza do płuc, przerywając ciszę, a wtedy Edythe przymknęła powieki.

– Beau, powinieneś już iść do domu – szepnęła głosem przypominającym surowy jedwab i ponownie wbiła wzrok w chmury.

Otworzyłem drzwi, a wtedy mroźny powiew wiatru wpadł do samochodu i nieco mnie otrzeźwił. Bałem się, że przewrócę się od zawrotów głowy, więc wysiadłem bardzo ostrożnie i zamknąłem drzwi, nie oglądając się za siebie. Zatrzymał mnie dźwięk opuszczanej automatycznie szyby.

– Beau! – zawołała Edythe. Pochylała się ku otwartemu oknu i uśmiechała delikatnie.

– Tak?

– Jutro moja kolej.

– Kolej na co?

Wyszczerzyła zęby.

– Na zadawanie pytań.

Volvo znikło za rogiem, nim zdążyłem uporządkować myśli. Uśmiechnąłem się do siebie. Jedno było pewne: zamierzała się jutro ze mną zobaczyć.

Tej nocy Edythe jak zwykle pojawiła się w moich snach, ale zmieniła się panująca w nich atmosfera – były teraz przesycone ową elektryzującą aurą. Przewracałem się z boku na bok i często budziłem. Dopiero przed świtem zapadłem w sen.

Kiedy zadzwonił budzik, nadal czułem się wykończony, a jednocześnie podekscytowany. Wziąłem prysznic i czesząc mokre włosy, wpatrywałem się lustro łazienkowe. Wyglądałem tak samo jak zawsze, a jednak dostrzegałem w sobie coś innego. Włosy miałem ciemne, zbyt gęste, skórę zbyt jasną – jak zwykle. Kości wydawały się zupełnie takie same, wpatrywały się we mnie te same błękitne oczy... zdałem sobie jednak sprawę, że to właśnie w oczach kryje się różnica. Chłopak, który na mnie patrzył, miał w sobie determinację i pewność siebie. Byłem ciekaw, co takiego się stało, że doszło do takiej zmiany. Miałem swoje przypuszczenia.

Śniadanie, jak codziennie, zjedliśmy w ciszy. Charlie usmażył dla siebie jajka, a ja zjadłem moją zwyczajową porcję płatków. Zastanawiałem się, czy nie zapomniał o sobocie.

– Co do soboty... – zaczął, jakby czytał w moich myślach. Już zaczynałem wpadać w paranoję w tej akurat kwestii.

– Tak, tato?

Przeszedł do zlewu i odkręcił kran.

– Nadal wybierasz się do Seattle?

– Taki był plan. – Szkoda, że poruszył ten temat, wolałbym nie musieć serwować mu ostrożnych półprawd.

Wycisnął płyn do naczyń na talerz i zaczął go myć.

– Jesteś pewien, że nie uda ci się wrócić w porę na bal?

– Nie idę na bal, tato.

– Nikt cię nie zaprosił? – zapytał ze wzrokiem wbitym w talerz.

– Nie tańczę – przypomniałem mu.

– Ach tak. – Zamilkł, zbity z tropu.

Byłem ciekaw, czy martwi się tym, że mogę być wyrzutkiem społecznym. Może powinienem był mu powiedzieć, że zaprosiło mnie mnóstwo dziewczyn? Tylko że to obróciłoby się przeciwko mnie. Nie byłby szczęśliwy, gdyby się dowiedział, że wszystkim odmówiłem. Musiałbym mu wtedy wyjaśnić, że jest taka jedna dziewczyna... która mnie nie zaprosiła... a oczywiście nie zamierzałem zaczynać tego tematu.

Te rozmyślania przypomniały mi o balu absolwentów, o Taylor, o sukience, którą już kupiła, oraz o Loganie, jego nastawieniu do mnie i ogólnie całej tej sytuacji. Nie miałem pojęcia, co powinienem zrobić. Nie było siły, która mogłaby mnie zmusić do uczestnictwa w tym balu. W świecie, w którym istniała Edythe Cullen, nie zamierzałem interesować się żadną inną dziewczyną. Byłoby nieuczciwie iść z Taylor, skoro zrobiłbym to bez przekonania. Problem tylko, jak to rozwiązać...

Charlie pomachał mi na pożegnanie i wyszedł, więc pobiegłem na górę umyć zęby i zabrać rzeczy do szkoły. Usłyszałem, że odjeżdża, nie minęło kilka sekund i wyjrzałem przez okno. Nie zawiodłem się – miejsce radiowozu zajmowało już srebrne volvo. Czym prędzej zbiegłem na dół, pokonując po trzy stopnie naraz, i wypadłem na zewnątrz, zastanawiając się po drodze, jak długo jeszcze Edythe ma zamiar wozić mnie do szkoły. Miałem nadzieję, że do końca świata.

Czekała w aucie i nawet nie patrzyła, jak zatrzaskuję drzwi, nie zadając sobie trudu, by zablokować dodatkowy zamek. Podszedłem, zawahałem się na moment, ale ostatecznie wsiadłem. Była uśmiechnięta i rozluźniona – i jak zwykle aż do bólu idealna.

– Cześć – przywitała mnie. – Jak się miewasz? – Przyjrzała mi się uważnie, jakby nie chodziło jej o zwykłą grzeczność, lecz konkretne informacje.

– Dobrze, dziękuję. – Przy niej zawsze czułem się dobrze, wręcz fantastycznie.

Zauważyła, że mam podkrążone oczy.

– Wyglądasz na zmęczonego.

– Nie mogłem spać – przyznałem.

– Ja też nie – zaśmiała się.

Przyzwyczaiłem się już do cichego pomruku silnika volvo. Byłem pewien, że przestraszyłbym się warkotu mojego samochodu, gdybym miał się teraz do niego z powrotem przesiąść.

– Chyba masz rację. Pewnie i tak spałem nieco dłużej niż ty.

– Założę się, że tak właśnie było.

– I co porabiałaś ubiegłej nocy?

– O, nie, nie – zaśmiała się. – Dzisiaj to ja zadaję pytania.

– Rzeczywiście. W takim razie, co chciałabyś wiedzieć? – Zachodziłem w głowę, co mogłoby ją interesować.

– Jaki jest twój ulubiony kolor? – zapytała zupełnie poważnie.

Wzruszyłem ramionami.

– To się zmienia z dnia na dzień.

– A jak jest dzisiaj?

– Dzisiaj chyba... złoty.

– Czy to całkowicie przypadkowy wybór, czy też coś za nim jednak stoi?

Odchrząknąłem.

– To kolor twoich oczu dzisiaj. Gdybyś zadała mi to samo pytanie za tydzień, zapewne powiedziałbym, że czarny.

Popatrzyła na mnie tak, jakby nie do końca mnie rozumiała, ale zanim poprosiłem ją o wyjaśnienia, przeszła do następnego pytania.

– Jakie CD jest teraz w twoim odtwarzaczu?

Musiałem pomyśleć przez chwilę i w końcu przypomniałem sobie, że ostatnio słuchałem tego albumu, który dostałem od Phila. Kiedy rzuciłem nazwę zespołu, Edythe uśmiechnęła się szelmowsko, po czym sięgnęła do schowka i podała mi jedną z kilkudziesięciu upchanych tam płyt. Był to ten sam album.

– T o zamiast Debussy’ego? – zapytała, unosząc brwi.

Ta inwigilacja trwała cały dzień. Na każdej przerwie, a także podczas obiadu nieprzerwanie zasypywała mnie pytaniami. Chciała poznać każdy nieistotny szczegół mojej egzystencji. Opowiadałem jej więc o swoich ulubionych i znienawidzonych filmach, o tych paru miejscach, w których byłem, i mnóstwie tych, które chciałbym zobaczyć, a przede wszystkim o książkach, ogrom pytań o książki.

Nie pamiętałem, kiedy ostatni raz tyle mówiłem. Cały czas czułem się skrępowany, byłem bowiem przekonany, że ją zanudzam. A jednak wydawała się skupiona, jej ciekawość nie słabła, zadawała dodatkowe pytania, chciała wiedzieć więcej i więcej. Poddawałem się więc tej psychoanalizie, skoro była dla niej taka ważna.

Kiedy zadzwonił pierwszy dzwonek na lekcję, westchnąłem. Nadeszła pora.

– Jest jedno pytanie, którego mi jeszcze nie zadałaś.

– Jest ich znacznie więcej, Beau, ale które konkretnie masz na myśli?

– Najbardziej zawstydzająca rzecz, jaką zrobiłem w życiu.

Uśmiechnęła się szeroko.

– Czy to wyjątkowo porywająca opowieść?

– Jeszcze nie wiem. Za chwilę się przekonamy.

Wstałem od stołu, Edythe patrzyła na mnie z zaintrygowaniem.

Moi przyjaciele właśnie podnosili się ze swoich miejsc. Ruszyłem w ich stronę.

Na moich policzkach zakwitł rumieniec, ale uznałem, że to nawet dobrze. Powinienem wyglądać na rozemocjonowanego. W każdym razie ten przystojniak w melodramatycznym serialu, który moja mama z nabożeństwem oglądała, wyglądał na bardzo pobudzonego, gdy odgrywał tę scenę. Dzięki niemu miałem ogólny zarys scenariusza rozmowy. Chciałem, żeby to zabrzmiało pochlebnie.

Pierwszy zauważył mnie Jeremi i popatrzył na mnie niepewnie. Przeniósł wzrok z mojej zaczerwienionej twarzy na Edythe, a potem z powrotem na mnie.

– Taylor, mogę cię prosić na minutkę? – zapytałem, podchodząc. Nie powiedziałem tego cicho.

Stała w samym środku większej grupki. Logan odwrócił się i rzucił mi nienawistne spojrzenie.

– Pewnie, Beau – odparła zdezorientowana.

– Słuchaj – powiedziałem. – Ja już tak dłużej nie mogę.

Zapanowała cisza. Jeremi próbował patrzeć we wszystkich kierunkach jednocześnie. Allen wydawał się zakłopotany, a McKayla spojrzała na mnie krytycznie, jakby nie mogła uwierzyć, że postanowiłem to rozwiązać w taki akurat sposób. Jednak nie mogła wiedzieć, co dokładnie powiem i dlaczego potrzebna mi była widownia.

– Ale o co chodzi? – zdumiała się Taylor.

Skrzywiłem się, co było łatwe, zważywszy na to, że byłem nieźle wkurzony – tym, że nie wycofałem się w porę albo nie wymyśliłem czegoś lepszego. Teraz było już za późno na improwizację.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?