Bastion

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 3

Kwadrans po dziewiątej rano Norma Bruetta obudziły dochodzące zza okna sypialni odgłosy bójki chłopców i dźwięki muzyki country płynące z radia w kuchni.

Mając na sobie tylko workowate gatki i podkoszulek, podszedł do drzwi na tyłach domu, otworzył je na oścież i krzyknął:

– Stulcie japy, gnojki!

Nastąpiła chwila ciszy. Luke i Bobby stali przy starej, zardzewiałej śmieciarce, która była przedmiotem ich sprzeczki. Jak zawsze, kiedy Norm patrzył na swoich synów, miał mieszane uczucia. Po pierwsze, bolało go serce, kiedy widział ich ubranych w stare, pocerowane rzeczy – dary z Armii Zbawienia, takie same jak te, które nosiły murzyńskie dzieciaki z East Arnette. Po drugie, czuł gniew i przez chwilę miał ochotę podejść do tych dwóch gnoi i stłuc ich na kwaśne jabłko.

– Tak, tatusiu – powiedział potulnie Luke. Miał dziewięć lat.

– Tak, tatusiu – zawtórował mu Bobby. Kończył właśnie siedem lat.

Norm przyglądał im się przez chwilę, a potem z hukiem zatrzasnął drzwi i popatrzył na stosik ubrań, które miał wczoraj na sobie. Leżały obok zapadniętego podwójnego łóżka, tam, gdzie je rzucił.

Co za niechlujna dziwka, pomyślał. Nawet nie powiesiła moich łachów.

– Lila! – ryknął.

Bez odpowiedzi. Miał ochotę ponownie otworzyć gwałtownie drzwi i spytać Luke’a, dokąd ta cholera polazła.

Artykuły pierwszej potrzeby z Armii Zbawienia miały być rozdawane dopiero w przyszłym tygodniu, a jeżeli ta głupia kobieta znów poszła do biura zatrudnień w Braintree, musiała być jeszcze większą kretynką, niż przypuszczał.

Czuł się zmęczony i dręczył go nieznośny ból głowy. Zupełnie jakby miał kaca, ale przecież poprzedniego wieczoru u Hapa wypił zaledwie trzy piwa.

To, co się wczoraj wydarzyło, było okropne. Dwa trupy w samochodzie – matka i dziecko – no i ten gość, Campion, który umarł w drodze do szpitala.

Zanim Hap wrócił, gliniarze zdążyli przyjechać i odjechać, a facet od ściągania wraków i przedsiębiorca pogrzebowy zrobili, co do nich należało. Vic Palfrey złożył glinom oświadczenie w imieniu ich wszystkich. Właściciel zakładu pogrzebowego, który był jednocześnie koronerem, nie miał ochoty rozmawiać o przyczynach zgonu trzech osób.

„Nie mówcie nikomu, że to mogła być cholera, bo tylko wystraszycie ludzi – powiedział. – Kiedy zostanie przeprowadzona autopsja, będziecie mogli przeczytać o wszystkim w gazecie”.

Nędzny śmieć, pomyślał Norm, wkładając powoli rzeczy, które miał na sobie poprzedniego dnia. Ból głowy był teraz tak dotkliwy, że miał wrażenie, iż pęka mu czaszka. Lepiej, żeby te gnojki siedziały cicho, bo jak nie, wytrzaska łobuzów po gębach, a może nawet połamie im łapy. Dlaczego, do cholery, szkoła nie trwa przez cały rok?

Zastanawiał się przez chwilę, czy nie powinien włożyć koszuli do spodni, ale stwierdził, że raczej dziś nie powinien się spodziewać wizyty prezydenta, po czym tak jak stał – bez kapci, w samych skarpetkach – poczłapał do kuchni. Jasne promienie słońca wpadające przez okna od wschodniej strony sprawiły, że musiał zamknąć powieki.

Ze starego, zdezelowanego radia płynęły słowa piosenki:

 
Hej, ma-ma-ma-ma-mała,
Nikt inny nie wie tego lepiej – powiedz mi, mała,
Czy możesz polubić swojego faceta?
To porządny gość.
Powiedz, mała, czy możesz polubić swojego faceta?
 

Sporo musiało się zmienić, skoro na kanale, na którym zwykle nadawano muzykę country, zaczynają grać murzyńskie rock and rolle, pomyślał Norm i wyłączył radio, zanim płynące z niego dźwięki zdążyły rozsadzić mu czaszkę.

Przy aparacie telefonicznym leżał notes. Norm wziął go do ręki i zmrużył powieki, aby przeczytać, co było napisane na pierwszej kartce.

Kochany Normie,

Sally Hodges potrzebuje kogoś, kto posiedziałby dziś rano przy jej dziecku i ma mi za to dać dolara. Wrócę na lunch. Zrób sobie kiełbaski, jeśli chcesz. Kocham cię – Lila

Odłożył notes na miejsce i przez chwilę stał nieruchomo, pogrążony w zamyśleniu. Potrzebował paru sekund, aby zrozumieć treść przeczytanego przed chwilą krótkiego liściku. Trudno mu było myśleć, bo upiorny ból głowy wciąż nie dawał mu spokoju. Opieka nad dzieckiem… za dolara.

Powoli w jego umyśle wyklarowały się trzy rzeczy. Lila polazła do Sally Hodges, aby posiedzieć z trójką jej bachorów. Miała za to dostać nędznego dolara i dlatego zostawiła go z Lukiem i Bobbym. Na Boga, nadeszły ciężkie czasy – facet musiał siedzieć w domu, podcierać nosy swoim dzieciakom, podczas gdy jego żona dorabiała jako opiekunka w innej rodzinie. Za marnego dolca nie kupisz nawet jednego galonu benzyny. Tak, to były naprawdę cholernie ciężkie czasy.

Ogarnął go gniew i to sprawiło, że ból głowy jeszcze bardziej przybrał na sile. Powłócząc nogami, doczłapał do lodówki, którą kupił, kiedy jeszcze dobrze mu się wiodło, i otworzył ją. Była pusta, jeśli nie liczyć niedojedzonych resztek, które zostawiła Lila. Nie cierpiał tych małych plastikowych talerzyków. Stara fasola, stara kukurydza, resztki chili… nic, co nadawałoby się do jedzenia. Nic, prócz trzech starych kiełbasek w folii. Pochylił się i przyjrzał się im. Wyglądały jak oderżnięte członki Pigmejów, małych ludzi żyjących gdzieś w Afryce, Ameryce Południowej czy cholera wie gdzie. Zresztą i tak nie miał apetytu.

Podszedł do kuchenki i zapalił zapałkę, pocierając ją o kawałek papieru ściernego przybitego do ściany. Włączył gaz. Zamierzał zaparzyć sobie kawę. Usiadł i tępo czekał, aż woda się zagotuje. Po chwili wyjął z kieszeni chustkę, żeby wytrzeć nos. Doszedł do wniosku, że chyba się zaziębił. Tylko tego mu jeszcze brakowało. Jednak ani przez chwilę nie pomyślał o flegmie cieknącej z nosa tamtego faceta, Campiona, na stacji benzynowej zeszłego wieczoru. W ogóle nie przyszło mu to do głowy.

* * *

Kiedy u drzwi frontowych rozległ się dzwonek, Hap był akurat w garażu, gdzie montował nową rurę wydechową do scouta Tony’ego Leominstera. Vic Palfrey, kołysząc się na składanym turystycznym krzesełku, przyglądał mu się i popijał dra peppera.

Podniósł się i wyjrzał na zewnątrz.

– To gliniarz – powiedział. – Twój kuzyn, Joe Bob.

– W porządku. – Hap wyczołgał się spod samochodu i wytarł dłonie w szmatę.

Przechodząc przez biuro, kichnął jak z armaty. Nie cierpiał letnich przeziębień. Były najgorsze.

Mający ponad sześć i pół stopy wzrostu Joe Bob Brentwood stał przy swoim wozie, napełniając bak. Za nim, jak polegli na polu bitwy żołnierze, leżały trzy dystrybutory ścięte dzień wcześniej przez Campiona.

– Hej, Joe Bob! – przywitał go Hap, wychodząc na zewnątrz.

– Hap, ty sukinsynu – powiedział Joe Bob, przełączając dystrybutor na automat i przestępując nad wężem. – Masz szczęście, że ta buda jeszcze stoi.

– Stu Redman zobaczył, jak ten facet nadjeżdża, i wyłączył pompy. Ale trochę sypnęło iskrami.

– Mieliście cholernego farta. Posłuchaj, Hap, przyjechałem tu nie tylko po benzynę…

– Tak?

Joe Bob przeniósł wzrok na Vica, który stał w drzwiach garażu.

– Czy ten stary pierdziel był tu zeszłego wieczoru?

– Kto? Vic? Tak, przychodzi tu prawie codziennie.

– Potrafi trzymać gębę na kłódkę?

– Myślę, że tak. To porządny gość.

Automat dystrybutora wyłączył się. Hap dolał jeszcze paliwa za dwadzieścia centów, po czym odwrócił się do Joe Boba.

– No więc, o co chodzi?

– Lepiej wejdźmy do środka. Wydaje mi się, że ten stary również powinien to usłyszeć. I koniecznie zadzwoń do pozostałych.

– Dzień dobry, panie władzo – powiedział Vic.

Policjant skinął mu głową.

– Kawy, Joe Bob? – spytał Hap.

– Raczej nie – odparł gliniarz i spojrzał na nich ponuro. – Sęk w tym, że nie wiem, jak zareagowaliby moi zwierzchnicy, gdyby się dowiedzieli, że byłem u was. Nie sądzę, aby im się to spodobało. Więc jak tamci się tu zjawią, nie zdradźcie, że dałem wam cynk, dobrze?

– Jacy „tamci”, panie władzo? – spytał Vic.

– Faceci z wydziału zdrowia – odparł Joe Bob.

– O Jezu, a więc to jednak była cholera… – wymamrotał Vic. – Wiedziałem!

Hap popatrzył pytająco na policjanta.

– Ja tam nic nie wiem – mruknął Joe Bob, siadając na jednym z plastikowych krzesełek. Niemal dotykał kościstymi kolanami swojej brody. Wyjął z kieszeni bluzy paczkę chesterfieldów i zapalił jednego. – Ten Finnegan, koroner…

– To dupek – stwierdził Hap. – Powinieneś go widzieć, jak tu paradował. Zachowywał się jak nieopierzony kogucik, któremu pierwszy raz stanął.

– Dupek, to fakt – przyznał Joe Bob. – Ściągnął doktora Jamesa, żeby rzucił okiem na tego Campiona, a potem wezwali jeszcze jednego, którego nie znam. Później zatelefonowali do Houston i o trzeciej nad ranem pojechali na to maleńkie lotnisko za Braintree.

– Kto?

– Oni. Patolodzy. Wszyscy trzej. Siedzieli tam z ciałami prawie do ósmej. Sądzę, że je kroili, ale nie wiem na pewno. Potem zadzwonili do centrum epidemiologicznego w Atlancie i jacyś faceci stamtąd mają przyjechać do nas dziś po południu. Powiedzieli jednak, że wcześniej Państwowy Wydział Zdrowia przyśle tu swoich ludzi, żeby spotkali się ze wszystkimi, którzy byli tego wieczoru na stacji benzynowej i odwieźli ciała do Braintree. Przypuszczam, że chcą was poddać kwarantannie.

– Mojżeszu litościwy… – jęknął Hap.

– Centrum epidemiologiczne w Atlancie to rządowa placówka – wtrącił Vic. – Czy wysyłaliby do nas kogokolwiek, gdyby to była zwykła cholera?

– Nie mam pojęcia – odparł Joe Bob. – Pomyślałem jednak, że macie prawo o tym wiedzieć, chłopcy. Przecież chcieliście tylko pomóc temu człowiekowi.

– Dzięki, Joe Bob – powiedział Hap. – Co mówił James i tamci faceci?

– Niewiele. Ale wyglądali na mocno przestraszonych. Jeszcze nigdy nie widziałem równie przerażonych lekarzy. Nie podoba mi się to.

 

Zapadła grobowa cisza. Policjant podszedł do automatu i wyjął z niego butelkę freski. Kiedy zdjął kapsel, rozległ się syk uciekającego gazu. Joe Bob ponownie usiadł na krześle, a Hap wyjął papierową chusteczkę z pudełka stojącego obok kasy. Wyczyścił zapchany nos i włożył chustkę do kieszeni zaplamionego kombinezonu.

– Czego się dowiedziałeś o tym Campionie? – spytał Vic. – Wiesz o nim cokolwiek?

– Nadal go sprawdzamy – odparł Joe Bob. – Zgodnie z tym, co miał w dowodzie, pochodził z San Diego, ale inne jego dokumenty są prawie od trzech lat nieważne. Jego prawo jazdy straciło ważność. Karta Bank Americard, wystawiona w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym szóstym roku, również. Miał przy sobie legitymację wojskową i właśnie ją sprawdzamy. Kapitan przypuszcza, że nie mieszkał w San Diego od blisko czterech lat.

– Dezerter? – zapytał Vic. Wyjął ogromną czerwoną chustkę, chrząknął i splunął w nią.

– Jeszcze nie wiadomo. Z jego legitymacji wynika, że był w wojsku do tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego roku. Miał na sobie cywilne ciuchy, był z rodziną i znajdował się cholernie daleko od Kalifornii, więc wnioski nasuwają się same.

– Dobra. Skontaktuję się z pozostałymi i powtórzę im wszystko, co od ciebie usłyszałem – mruknął Hap. – Jestem ci bardzo zobowiązany.

Joe Bob wstał.

– Tylko nie wymieniaj mojego nazwiska. Nie chciałbym stracić tej roboty, a twoi kolesie nie muszą wiedzieć, kto dał ci cynk, prawda?

– Nie muszą – odparł Hap, a Vic pokiwał głową.

Kiedy gliniarz podszedł do drzwi, Hap powiedział:

– Jeszcze piątaka za benzynę, Joe Bob. Nie chcę wyciągać od ciebie forsy, ale skoro tak się rzeczy mają…

– W porządku – odparł policjant i podał mu kartę kredytową. – Przecież i tak państwo za to zapłaci. A ja będę miał podkładkę i dobre wyjaśnienie, gdyby mnie ktoś spytał, po co tu przyjechałem.

Hap dwa razy kichnął, wypełniając blankiet.

– Musisz uważać – ostrzegł go Joe Bob. – Nie ma nic gorszego od letniego przeziębienia.

– Jakbym o tym nie wiedział.

– A może to wcale nie przeziębienie? – zapytał nagle stojący za ich plecami Vic.

Odwrócili się do niego.

– Dziś rano, kiedy się obudziłem, kichałem i kaszlałem, jakbym miał bardzo wysoką temperaturę – powiedział. – Do tego męczył mnie potworny ból głowy. Wziąłem kilka aspiryn i trochę mi przeszło, ale w dalszym ciągu cieknie mi z nosa. Może się zaraziliśmy? Może złapaliśmy to samo świństwo co Campion? To, co go zabiło.

Hap już chciał zaprotestować, ale przeszkodziło mu kolejne kichnięcie. Joe Bob przyglądał im się przez chwilę z ponurą miną, po czym stwierdził:

– Wiesz, Hap, z tym zamknięciem stacji to wcale nie jest taki zły pomysł. Przynajmniej na dzisiaj.

Hap spojrzał na niego, próbując przypomnieć sobie argumenty, którymi wcześniej chciał się posłużyć, ale w głowie miał zupełną pustkę. Pamiętał jedynie, że kiedy się rano obudził, również bolała go głowa i miał zatkany nos. No cóż, przecież każdy może się przeziębić. To nic nadzwyczajnego. Tyle że zanim pojawił się ten facet, Campion, czuł się wyśmienicie. Nic mu nie dolegało.

* * *

Hodgesowie mieli troje dzieci – sześcioletnie, czteroletnie i osiemnastomiesięczne. Dwoje najmłodszych spało, a najstarsze bawiło się za domem, wygrzebując w ziemi dołek. Lila Bruett siedziała w saloniku, oglądając Żar młodości. Miała nadzieję, że Sally nie wróci przed końcem filmu. Ralph Hodges kupił kolorowy telewizor, kiedy mieszkańcom Arnette lepiej się powodziło, a Lila uwielbiała oglądać filmy w kolorze. Wszystko wydawało się wtedy lepsze i ładniejsze.

Zaciągnęła się papierosem, ale gdy wydmuchiwała dym, chwycił ją nagły atak kaszlu. Poszła do kuchni i wypluła flegmę do zlewu. Kaszel męczył ją od rana i przez cały dzień miała wrażenie, jakby ktoś łechtał piórkiem wnętrze jej gardła. Wróciła do saloniku, jednak najpierw wyjrzała na podwórko przez okno spiżarni, żeby się upewnić, czy z Bertem Hodgesem wszystko jest w porządku. W telewizji nadawano właśnie reklamę – dwie tańczące butelki płynu do czyszczenia muszli klozetowych. Lila rozejrzała się po pokoju. Bardzo chciała, żeby jej mieszkanie wyglądało podobnie. Ulubionym zajęciem Sally było malowanie obrazów przedstawiających Chrystusa. Oprawione w ramy i ponumerowane zdobiły ściany saloniku. Lili najbardziej podobał się największy obraz przedstawiający Ostatnią Wieczerzę, wiszący nad telewizorem. Sally powiedziała jej, że do namalowania go zużyła sześćdziesiąt tubek farb olejnych w różnych odcieniach i pracowała nad nim blisko trzy miesiące. To było prawdziwe dzieło sztuki.

Kiedy skończyły się reklamy, mała Cheryl zaczęła płakać – był to okropny wrzask przerywany gwałtownymi atakami kaszlu.

Lila zgasiła papierosa i pobiegła do sypialni. Czteroletnia Eva nadal spokojnie spała, ale Cheryl rzucała się w swoim łóżeczku, a jej twarzyczka przybrała alarmującą fioletową barwę.

Jej krzyki były teraz stłumione, jakby dziewczynka się dusiła. Lila, która nie obawiała się krupa, gdyż chorowali na to obaj jej synowie, podniosła dziecko za nóżki i poklepała je mocno po plecach. Nie miała pojęcia, czy doktor Spock pochwaliłby taką metodę leczenia, ponieważ nigdy nie czytała nic na ten temat.

Jednak w przypadku Cheryl okazała się skuteczna. Dziewczynka skrzeknęła jak żaba i wypluła na podłogę żółtą flegmę.

– Lepiej? – spytała Lila.

– Tak – odparła dziewczynka.

Po chwili ponownie zaczęła przysypiać. Lila wytarła żółtą plamę papierową chusteczką. Jeszcze nie widziała, żeby dziecko wykaszlało tyle flegmy naraz.

Usiadła przed telewizorem, aby obejrzeć dalszy ciąg filmu. Zapaliła kolejnego papierosa, kichnęła głośno, zaciągając się dymem, a potem sama zaczęła kasłać.

ROZDZIAŁ 4

Zmierzch zapadł przed godziną. Starkey siedział sam przy długim stole, przeglądając plik żółtych kartek. Ich zawartość wprawiła go w zdenerwowanie. Służył krajowi od trzydziestu sześciu lat, zaczynając jako wystraszony „plebejusz” w West Point. Otrzymywał medale. Rozmawiał z prezydentami. Starał się udzielać im rad i czasem nawet się do nich stosowali. Wielokrotnie znajdował się w różnych trudnych i mrocznych sytuacjach, ale to…

Był przerażony, i to tak bardzo, że nie chciał się do tego przyznać nawet przed samym sobą. Taki strach może człowieka doprowadzić do obłędu.

Wiedziony nagłym impulsem wstał i podszedł do ściany, z której w głąb pokoju spoglądało pięć włączonych monitorów. Podnosząc się, uderzył kolanem o krawędź stołu i jedna z żółtych kartek zsunęła się na ziemię. Przez chwilę opadała leniwie w powietrzu i w końcu wylądowała na kafelkach podłogi częściowo ukryta w rzucanym przez stół cieniu. Gdyby ktoś stanął nad nią i spojrzał w dół, mógłby przeczytać wiadomość następującej treści:

P.Z. POTWIERDZONA

WYDAJE SIĘ NIEZBĘDNE WPROWADZENIE KODU 848-AB CHARLES CAMPION, (ż) SALLY

ZMIANY W ANTYGENACH ORAZ MUTACJE.

PROCENT ŚMIERTELNOŚCI WYJĄTKOWO WYSOKI, STOPIEŃ ZAKAŻANIA 99,4%.

CENTRUM EPIDEMIOLOGICZNE W ATLANCIE.

ŚCIŚLE TAJNE AKTA BLUE.

KONIEC

P-T-222312A

Starkey wcisnął guzik pod środkowym monitorem i po chwili pojawił się na nim obraz ukazujący fragment pustyni w zachodniej Kalifornii. Bezkresne połacie piasku miały czerwonawofioletowy odcień fotografii wykonanej w podczerwieni.

To jest właśnie tam, dokładnie na wprost, pomyślał Starkey. Projekt Blue.

Ponownie poczuł, że ogarnia go strach. Sięgnął do kieszeni i wyjął niebieską pigułkę. Jego córka nazwałaby ją pewnie „pocieszaczem”.

Zresztą nazwy nie były ważne – liczyły się tylko efekty. Nie popił kapsułki i jego gładka twarz pokryła się zmarszczkami, kiedy ją przełykał.

Projekt Blue.

Spojrzał na pozostałe monitory, po czym włączył je wszystkie. Na ekranie numer cztery i pięć widać było laboratoria. Czwórka – laboratorium fizyki. Piątka – biologii wirusowej. Stało w nim wiele klatek ze zwierzętami. Były to głównie świnki morskie, rezusy i kilka psów. W laboratorium fizyki bez przerwy pracowała wirówka, której Starkey bardzo nie lubił. Było w niej coś przerażającego. Teraz nieopodal niej, na podłodze, leżał doktor Ezwick. Był martwy i przypominał przewróconego przez wiatr stracha na wróble.

Wyjaśnili mu, że wirówka jest podłączona do tego samego obwodu co lampy i gdyby ją wyłączyli, zgasłyby również wszystkie światła i nic nie byłoby widać, bo kamery na dole nie miały podczerwieni. Może wkrótce zjawią się tu kolejne szychy z Waszyngtonu i zechcą rzucić okiem na martwego laureata Nagrody Nobla spoczywającego kilkaset stóp pod ziemią.

Gdyby wyłączyli wirówkę, wyłączyliby również obraz przedstawiający wszystko, co działo się na dole. Jego córka nazwałaby to pewnie „paragrafem 22”. Łyknął drugiego „pocieszacza” i spojrzał na monitor numer dwa. Ten obraz był najgorszy. Nie podobał mu się widok faceta z twarzą w zupie. Wyobraź sobie, jak byś się czuł, gdyby ktoś podszedł do ciebie i powiedział: „Spędzisz całą wieczność z facjatą w talerzu z zupą”.

To tak samo jak z tym starym kawałem z tortem, pomyślał – taki dowcip dopóty śmieszy, dopóki sam nie dostaniesz tortem w twarz.

Na drugim monitorze widać było stołówkę w Projekcie Blue. Wypadek zdarzył się dokładnie pomiędzy zmianami i w stołówce było wtedy niewiele osób. Starkey przypuszczał, że dla tych ludzi nie miało większego znaczenia, gdzie umarli – w stołówce, w swoich sypialniach czy w laboratoriach. Ale facet z twarzą w zupie…

Na ziemi przy automacie ze słodyczami leżeli mężczyzna i kobieta w niebieskich kombinezonach, a przy szafie grającej facet w białym kombinezonie. Przy stołach znajdowało się dziewięciu mężczyzn i czternaście kobiet. Niektórzy z nich osunęli się bezwładnie obok swoich hostess twinkies, inni wciąż jeszcze ściskali w zesztywniałych dłoniach kubki z napojami. Na stołach widać było zaschnięte ślady po rozlanej coli i sprite. Przy drugim stole, na samym jego końcu, siedział człowiek, który nazywał się Frank D. Bruce. Jego twarz była zanurzona w zupie campbella.

Pierwszy monitor pokazywał jedynie zegar elektroniczny.

Do trzynastego czerwca wszystkie jego cyfry były zielone, ale potem zmieniły barwę na jasnoczerwoną. Zegar stanął. Wskazywał datę 13.06.90 oraz godzinę 2:37:16.

Trzynastego czerwca 1990 roku, trzydzieści siedem minut i szesnaście sekund po drugiej na ranem.

Za plecami Starkeya rozległo się krótkie, przenikliwe brzęczenie. Wyłączył monitory i odwrócił się. Zauważył leżącą na podłodze kartkę papieru, podniósł ją i położył na stole.

– Wejść! – zawołał.

Do pokoju wszedł Len Creighton. Miał posępną minę, a jego skóra przybrała ciemnoszary odcień.

Następne złe wieści, pomyślał ponuro Starkey. Pewnie ktoś jeszcze zarył twarzą w talerz z zupą.

– Cześć, Len – powiedział półgłosem.

Len Creighton skinął głową.

– Billy, to… Chryste, nie wiem, jak mam ci o tym powiedzieć.

– Myślę, że po kolei. Tak będzie najlepiej, żołnierzu.

– Faceci, którzy zetknęli się z Campionem, zostali poddani badaniom wstępnym w Atlancie. Wiadomości są niepomyślne.

– Wszyscy są zarażeni?

– Na pewno pięciu. Jeden z nich, Stuart Redman, jak dotąd nie wykazuje objawów chorobowych. Ale z tego, co wiem, u Campiona rozwój choroby trwał ponad pięćdziesiąt godzin.

– Gdyby nie zdołał uciec… – mruknął Starkey.

– Ochrona była słaba. Bardzo słaba. I nieudolna.

– Mów dalej.

– Arnette zostało objęte kwarantanną. Do tej pory odizolowaliśmy przynajmniej szesnaście przypadków cały czas mutującej grypy A-Prime. Ale to tylko te, które zostały ujawnione.

– Środki masowego przekazu?

– Jak dotąd wierzą, że to nic poważnego.

– Co jeszcze?

– Mamy jeden bardzo poważny problem. Chodzi o glinę z teksaskiej drogówki. Nazywa się Joseph Bob Brentwood. Jego kuzyn jest właścicielem stacji benzynowej, tej samej, na której Campion rozwalił dystrybutory. Zjawił się tam wczoraj rano, aby powiadomić Hapscomba o przyjeździe facetów z wydziału zdrowia. Zgarnęliśmy go trzy godziny temu. Jest teraz w drodze do Atlanty. Ale w międzyczasie był na patrolu i objechał pół wschodniego Teksasu. Bóg jeden wie, z iloma ludźmi się zetknął.

– Niech to szlag… – zaklął Starkey i z przerażeniem uświadomił sobie, że głos mu się załamuje, a lodowate ciarki, które zagnieździły się w okolicy jego podbrzusza, powoli zaczynają przesuwać się ku górze. Stopień zakażania 99,4%, przypomniał sobie. Te słowa wciąż rozbrzmiewały w jego mózgu, niemal doprowadzając go do obłędu. Oznaczało śmiertelność rzędu 99,4%, gdyż ludzkie ciało nie potrafi produkować przeciwciał koniecznych do powstrzymania bez przerwy zmieniających się antygenów wirusa. Za każdym razem, kiedy organizm produkował przeciwciała, wirus przybierał nieco inną formę. Z tego samego powodu nie można było stworzyć skutecznej szczepionki. 99,4%. – Chryste… To wszystko?

 

– No…

– Mów dalej.

Creighton dodał cicho:

– Hammer nie żyje. Popełnił samobójstwo. Strzelił sobie w oko ze służbowego pistoletu. Na biurku miał rozłożone akta Projektu Blue. Prawdopodobnie sądził, że pozostawienie ich tam będzie wymowniejsze od jakiegokolwiek listu pożegnalnego.

Starkey zamknął oczy. Vic Hammer był jego zięciem. Jak ma powiedzieć o tym Cynthii? „Przykro mi, moja droga, ale Vic dał dziś nurka twarzą do talerza z zupą. Masz, łyknij sobie jednego »pocieszacza«. Widzisz, zdarzył się wypadek. Jedna ze skrzynek zawiodła. Ktoś popełnił błąd. Ktoś inny zapomniał wcisnąć przełącznik, który spowodowałby odcięcie całej bazy. Zwłoka trwała zaledwie czterdzieści kilka sekund, ale to wystarczyło”. Takie skrzynki nazywano „kasownikami”. Wykonano je w Portlandzie, w Oregonie, na zlecenie Departamentu Obrony, i oznaczono numerem 164480966. Były montowane w oddzielnych obwodach i obsługiwane przez kobiety, z których żadna nie wiedziała, jakie jest ich prawdziwe przeznaczenie. Być może któraś z nich właśnie wtedy zastanawiała się, co ma zrobić na kolację, a ktoś, kto miał sprawdzać jej pracę, był akurat pochłonięty sprzedażą rodzinnego samochodu. „Tak czy inaczej, Cynthio, ostatnim elementem tej układanki był facet z posterunku numer cztery. Nazywał się Campion i kiedy zauważył, że cyfry zegara stały się jasnoczerwone, wyszedł z pomieszczenia, zanim drzwi zostały zamknięte i automatycznie zablokowane. Potem wraz z rodziną opuścił bazę. Przejechał przez główną bramę cztery minuty przed włączeniem się syren alarmowych i odcięciem całego terenu. Na dodatek zaczęto go szukać dopiero godzinę później, bo na stanowiskach ochrony nie ma monitorów. Wszyscy przypuszczali, że znajduje się w środku, czekając, aż »kasowniki« odizolują sektory czyste od skażonych. Dzięki temu gość zarobił trochę czasu, a że był cwany, wybierał tylko boczne, mało uczęszczane drogi, poza tym dopisało mu szczęście, gdyż żadna z nich nie była na tyle rozmyta, by jego samochód ugrzązł w błocie. Ktoś w końcu musiał podjąć decyzję, kogo należy o tym powiadomić: policję, FBI czy może obie te służby. Tymczasem ten farciarz nie zasypiał gruszek w popiele i zanim uzgodniono, kto powinien zająć się tą sprawą, dotarł do Teksasu. Kiedy go wreszcie dopadli, nie próbował uciekać, bo wszyscy troje – on, jego żona i córeczka – byli już sztywni i leżeli w komorach chłodni w jakiejś małej, zapomnianej przez Boga i ludzi teksaskiej mieścinie. Widzisz, Cynthio, chodzi mi o to, że to, co się stało, było jedynie sprawą przypadku. Zbiegiem okoliczności. Wystarczyła odrobina niekompetencji i pecha i stało się to, co się stało. Twój mąż nie ponosi za to winy. Niemniej jednak był szefem Projektu Blue i widział, jak sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli, a potem…”.

– Dzięki, Len – powiedział.

– Billy, czy zechciałbyś…

– Będę na górze za dziesięć minut. Chciałbym, żebyś zwołał zebranie całego personelu za piętnaście minut od teraz. Jeżeli będziesz musiał zwlec kogoś z łóżka, zrób to.

– Tak jest, sir.

– I jeszcze jedno, Len…

– Tak?

– Cieszę się, że właśnie ty mi to powiedziałeś.

– Tak jest, sir.

Kiedy Creighton wyszedł, Starkey spojrzał na zegarek i podszedł do wbudowanych w ścianę monitorów. Włączył dwójkę, splótł dłonie za plecami i w zamyśleniu wpatrywał się w ekran, na którym widać było pogrążone w grobowej ciszy wnętrze stołówki Projektu Blue.