Bastion

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Naparł barkiem na drzwi prowadzące ku wolności, a kiedy otwarły się na oścież, wypadł na zewnątrz i zaczął wymachiwać rękoma, by utrzymać równowagę. Mimo to przewrócił się i wylądował ciężko na cementowym podjeździe.

Usiadł powoli, nasłuchując. Dzikie wrzaski ucichły. Chłodny wieczorny wietrzyk omiótł jego twarz, osuszając spocone czoło. Rozejrzał się dokoła. Zauważył świeżą bujną trawę i porośnięte kwiatami klomby. Wydawało mu się, że żadna noc nigdy jeszcze nie pachniała tak słodko. Na niebie wisiał blady sierp księżyca. Stu z westchnieniem spojrzał w niebo, po czym wstał i ruszył przez trawnik w stronę drogi prowadzącej do Stovington. Trawa była wilgotna od rosy, wśród gałęzi sosen szeleścił wiatr.

– Żyję… – wyszeptał w mrok i rozpłakał się. – Żyję, Bogu dzięki, żyję. Dzięki Ci, Boże, dzięki…

Chwiejnym krokiem pomaszerował szosą w stronę miasta.

ROZDZIAŁ 30

Przez teksaski scrub przetaczały się tumany kurzu, które o zmierzchu, tworząc półprzezroczystą zasłonę, zamieniły miasteczko Arnette w widmową osadę. Wiatr zerwał z dachu stacji Billa Hapscomba szyld Texaco, który leżał teraz pośrodku drogi. Ktoś zostawił włączony gaz w domu Norma Bruetta i wystarczyła jedna iskra z klimatyzatora, by poprzedniego dnia cały budynek wyleciał w powietrze; belki, gonty i szczątki rozerwanych wybuchem zabawek firmy Fisher-Price rozsypały się po całej Laurel Street. Rynsztok na Main Street wypełniały truchła zdechłych psów i ciała żołnierzy. W barze Randy’ego na kontuarze leżał martwy mężczyzna w piżamie. Jeden z rzuconych do rynsztoka psów, zanim zdechł, obgryzł mu niemal do kości twarz. Koty nie zarażały się grypą i całe ich stada krążyły po ulicach w powoli zapadającym zmierzchu. Z kilku domów dobiegał szum wciąż włączonych telewizorów, lecz na ekranach był tylko „śnieg”. Czasem trzasnęła jakaś poruszona wiatrem okiennica. Przed zajazdem Indian Head, pośrodku Durgin Street, stał stary czerwony furgon, zakurzony i napoczęty przez rdzę, z ledwo widocznym napisem SPEEDWAY EXPRESS po bokach. Na jego pace było kilka kontenerów z butelkowym piwem i innymi napojami. Na Logan Lane, w najlepszej dzielnicy Arnette, na werandzie domu Tony’ego Leominstera wiatr wprawiał w ruch maleńkie dzwoneczki. Na podjeździe stał scout Tony’ego, jego boczne szyby były opuszczone, a na tylnym siedzeniu urządziła sobie gniazdo rodzina wiewiórek. Słońce opuściło już Arnette i miasteczko coraz bardziej mroczniało. Jeżeli nie liczyć pobrzękiwania dzwoneczków Tony’ego Leominstera, całe miasto było otulone ciszą.

Była to grobowa cisza.

ROZDZIAŁ 31

Christopher Bradenton otrząsnął się z delirycznego snu jak człowiek, który z mozołem wydostaje się z pułapki lotnych piasków. Był cały obolały, a jego twarz wydawała mu się obca i spuchnięta, jakby ktoś napompował ją sylikonem. Bolało go gardło i miał wrażenie, że jego przełyk i tchawica są teraz wąskie jak lufa dziecinnej wiatrówki. Z trudem wciągał powietrze i tylko dzięki temu zachowywał jeszcze jako taki kontakt ze światem. Jednak jeszcze gorsze od pulsującego bólu w krtani i przełyku było uczucie tonięcia – powolnego, lecz nieuchronnego pogrążania się w wodzie. Było mu też potwornie gorąco. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek się tak czuł, nawet dwa lata temu, kiedy przewoził do Los Angeles dwóch więźniów politycznych, których zapuszkowano w zachodnim Teksasie. Jego wysłużony pontiac tempest zdechł na Route 190 w Dolinie Śmierci, a było tam wtedy naprawdę gorąco. Ale teraz było jeszcze gorzej. Żar tkwił wewnątrz niego samego, jakby miał w żołądku słońce.

Jęknął i próbował zrzucić z siebie koc, jednak nie starczyło mu na to sił. Zastanawiał się, czy sam położył się do łóżka? Chyba nie. Ktoś lub coś było w domu razem z nim. Ktoś lub coś… nie pamiętał, choć przecież powinien. Przypominał sobie tylko mgliście, że zanim zachorował, był śmiertelnie przerażony, bo wiedział, że ktoś (lub coś) nadchodziło, a on miał… Właśnie – co?

Ponownie jęknął i przekręcił leżącą na poduszce głowę w bok. Pamiętał jedynie swoje deliryczne wizje – dziwne zjawy o płonących oczach. Pojawiła się również jego matka, która zmarła w 1969 roku, i powiedziała: „Och, Kit, mówiłam ci przecież. Nie zadawaj się z tymi ludźmi. Polityka nic mnie nie obchodzi, ale ci ludzie, z którymi trzymasz, są zupełnie szaleni i wściekli jak toczące pianę psy, a te dziewczyny to zwyczajne ulicznice. Mówiłam ci, Kit”. Zaraz potem jej żółta, pomarszczona twarz rozpadła się na kawałki, rozeszła w szwach, a ze szczelin zaczęły wypełzać żuki gnojaki. Chris zaczął krzyczeć, ciemność zafalowała i po chwili usłyszał czyjeś pełne niepokoju głosy oraz tupot butów biegnących ludzi. Pojawiły się światła, błyski świateł, poczuł woń gazu i znów był w Chicago w 1968 roku. Gdzieś z oddali dobiegało czyjeś wołanie: „Cały świat patrzy! Cały świat patrzy! Cały świat…”. Przy wejściu do parku leżała dziewczynka ubrana w ogrodniczki – była bosa i miała we włosach pełno szkła, a jej twarz pokrywała warstwa zakrzepłej krwi, która w ostrym świetle reflektorów wydawała się zupełnie czarna; jej głowa przypominała zmiażdżony łepek jakiegoś wielkiego owada. Chris pomógł jej wstać, a ona uklękła i przytuliła się do niego kurczowo, bo z kłębów białego gazu wyłaniało się monstrum, istota z innej planety, stwór w lśniących czarnych butach, masce przeciwgazowej i grubej wojskowej kurtce, trzymający w jednej dłoni pałkę, a w drugiej pojemnik z gazem. Kiedy uniósł maskę, ukazując uśmiechnięte, rozpalone oblicze, oboje krzyknęli, ponieważ był to ktoś (lub może coś), na kogo czekali, ktoś, kogo Chris Bradenton zawsze panicznie się bał. To był Wędrowiec. Ten krzyk naruszył strukturę jego snu i znów znalazł się w Boulder w Kolorado, w mieszkaniu przy Canyon Boulevard, w letni dzień tak gorący, że nawet mając na sobie tylko szorty, cały był zlany potem. Naprzeciw niego stał najpiękniejszy chłopiec świata, wysoki, opalony i dobrze zbudowany, w żółtych plażowych slipkach, podkreślających jędrność i krągłość jego pośladków, i Chris wiedział, że twarz chłopaka musi być równie piękna jak oblicza aniołów z obrazów Rafaela, a on sam siłą i wytrzymałością z pewnością dorównuje wierzchowcowi Samotnego Strażnika. „Hej, Silver, naprzód! Gdzie go poderwałeś? Na spotkaniu dotyczącym rasistowskich incydentów w kampusie CU czy w kafejce? A może podwiozłeś go samochodem?”. Czy to ważne? Jest okropnie gorąco, ale miał przecież wodę, pełną wody urnę pokrytą dziwnymi płaskorzeźbami, miał też pigułkę, która wyśle go do miejsca nazwanego przez anioła w jasnożółtych slipkach Huxleylandią, miejsca, gdzie zakwitają martwe drzewa i… Boże, ależ on ma w tych ciasnych slipkach wielką erekcję! Chris Bradenton jeszcze nigdy nie był tak bardzo napalony. „Chodź do łóżka – mówi do gładkich, śniadych pleców chłopaka. – Chodź do łóżka, chodź do mnie, a zrobię ci dobrze. Tak jak lubisz”. „Najpierw weź pigułkę – odpowiada tamten, nie odwracając się. – Wtedy zobaczymy”. Łykasz pigułkę, woda chłodzi ci przełyk i stopniowo to, co wokół siebie widzisz, nabiera osobliwego charakteru, jakbyś patrzył na wszystko pod innym kątem niż zwykle. Przez jakiś czas gapisz się na wiatraczek stojący na biurku, a potem spoglądasz na swoje odbicie w krzywym lustrze powyżej. Twoja twarz wydaje się czarna i napuchnięta, ale nie przejmujesz się tym, bo to tylko pigułka, tylko pigułka! „Trips… – mamroczesz. – O rany, Kapitan Trips, a ja jestem taki napalony”.

Chłopak zaczyna się odwracać, a ty przesuwasz wzrokiem po jego gładkich biodrach, z których zsunęły się slipki, na płaski opalony brzuch, bezwłosą klatkę piersiową, smukłą szyję, na której widać węzły mięśni i żył, na twarz… a jego twarz… och, jego twarz wcale nie przypomina oblicza anioła Rafaela, ale raczej diabła Goi, bo z mrocznych oczodołów wyzierają pyski jadowitych węży.

Idzie w twoją stronę, a gdy zaczynasz krzyczeć, szepcze: „Trips, dziecino, Kapitan Trips…”.

Potem wszystko ciemnieje, znikają twarze i głosy, których Chris nie pamięta, i w końcu budzi się tutaj, w małym domku, który sam zbudował na obrzeżach Mountain City. Ponieważ teraz jest teraz i fala zamieszek, które ogarnęły cały kraj, już dawno odpłynęła, młodzi Turcy stali się starymi, zgrzybiałymi prykami o mózgach przeżartych kokainą, a wszystko wokół popadło w ruinę. Chłopak w żółtych slipkach to przeszłość, w Boulder Kit Bradenton sam był nastolatkiem.

Mój Boże, czy ja umieram?

Odegnał od siebie tę straszliwą myśl. Wzbierał w nim żar i mącił mu umysł. Nagle wstrzymał oddech, bo gdzieś spoza zamkniętych drzwi sypialni, z dołu, dobiegł go jakiś dziwny dźwięk.

W pierwszej chwili sądził, że to syrena wozu strażackiego albo policyjnego. Przenikliwe wycie, przybliżając się, przybierało na sile. Towarzyszył mu tupot kroków kogoś, kto z szybkością błyskawicy przebiegł przez korytarz na dole i duży pokój, po czym popędził schodami na górę.

Chris wtulił głowę w poduszkę. Jego twarz przepełniała zgroza, a oczy rozszerzyło przerażenie. Dziwny dźwięk coraz bardziej się zbliżał. Nie przypominał już syreny, lecz krzyk, wysokie, przeciągłe zawodzenie, wrzask, jakiego nie potrafi wydać z siebie żadne ludzkie gardło. Był to raczej straszliwy lament banshee albo nawoływanie Charona, przybywającego, by zabrać go na drugi brzeg rzeki oddzielającej krainę żywych od świata umarłych. Tupot biegnących stóp wyraźnie zmierzał w jego kierunku wzdłuż korytarzyka na piętrze, deski podłogi skrzypiały i jęczały, protestując przeciwko ciężarowi depczących je podeszew, i nagle Chris Bradenton wszystko zrozumiał – nie miał już wątpliwości, kim jest jego tajemniczy gość. W tej samej chwili drzwi otwarły się z hukiem i do pokoju wpadł mężczyzna w spranych dżinsach. Na jego twarzy widniał szeroki uśmiech, rozjaśniając ją niczym wirujący krąg błyszczących noży. Wyglądał jak zbzikowany Święty Mikołaj dźwigający na ramieniu wielkie cynkowane wiadro.

– Heeeeeeejaaaaaaaaahooooooo!

– Nie! – krzyknął Bradenton, zasłaniając twarz rękoma. – Nie! Nieeee!

 

Wiadro przechyliło się do przodu, a wylewająca się z niego struga wody na moment zawisła w powietrzu, podświetlona żółtym blaskiem lampy, migocząc niczym największy diament świata. Tuż za nią Bradenton ujrzał twarz mrocznego mężczyzny przypominającą pysk szczerzącego zęby trolla, który właśnie wydostał się z najgłębszej otchłani ziemi, by odtąd wędrować po jej powierzchni – a potem woda dosięgła go i zmoczyła. Była tak zimna, że jego ściśnięte gardło pod wpływem wstrząsu termicznego znowu się odetkało. Krople krwi z popękanych pęcherzy w krtani spłynęły mu do gardła wraz ze strumieniem gwałtownie nabranego powietrza, a konwulsyjny spazm, który targnął jego ciałem, sprawił, że ciężki koc sfrunął na ziemię jak ciemny ptak, pozostawiając go na łóżku całkiem odkrytego, dygocącego jak osika.

Krzyknął przeraźliwie raz i drugi, a potem umilkł i leżał, wciąż się trzęsąc. Jego rozpalone gorączką ciało zlane było zimnym potem, czaszkę rozsadzał straszliwy ból, oczy wychodziły mu z orbit. Krtań znów mu się zacisnęła i ponownie musiał walczyć o każdy oddech. Wstrząsały nim konwulsyjne dreszcze.

– Wiedziałem, że cię ostudzę! – zawołał radośnie mężczyzna, którego Chris znał jako Richarda Fry, i z głośnym brzękiem postawił wiadro na podłodze. – Ta, taa, wiedział ja, że ta sztuczka efekt da, ha, ha, ha. Pan dziękować, pan być wdzięczny. Czy pan dziękować? Nie mówić? Nie? Ja wiedzieć, że tak. Heejaaaaaahooo!

Skoczył w górę jak Bruce Lee w swoim filmie o kung-fu, rozrzucił szeroko nogi i przez moment zdawał się wisieć w powietrzu nad Chrisem Bradentonem tak samo jak wcześniej struga wody, rzucając cień na jego przemoczoną piżamę.

Po chwili opadł niżej, jego kolana znalazły się po obu stronach klatki piersiowej leżącego, a opięte materiałem dżinsów krocze zawisło kilka cali nad zapadniętymi żebrami chorego. Płonąca twarz mężczyzny pochyliła się nad Chrisem.

– Musiałem cię obudzić, stary – powiedział Fry. – Nie chciałem, żebyś kipnął, zanim zdążymy zamienić choć kilka słów.

– Zejdź… ze… mnie…

– Nie siedzę na tobie, stary. Wiszę nad tobą, co prawda niezbyt wysoko, ale jednak. Jak wielki, niewidzialny świat.

Chris, ogarnięty paraliżującą zgrozą, oddychał ciężko i próbował odwrócić wzrok od tego przerażającego uśmiechniętego oblicza.

– Musimy pogadać o statkach, stadkach i wydatkach i o tym, czy pszczoły mają żądła. A także o papierach, które powinieneś mieć dla mnie, o samochodzie i kluczykach do niego. Ale w twoim garażu stoi tylko chevrolet pick-up. Wiem, że należy do ciebie, słodziutki. Co mi o nim powiesz?

– Oni… papiery… nie mogę… mówić… – wymamrotał Chris, z trudem łapiąc powietrze. Jego zęby szczękały głośno.

– Lepiej, żebyś mógł mówić – mruknął Fry i wysunął w jego stronę oba kciuki o podwójnych stawach (jak we wszystkich jego palcach), po czym zaczął je wyginać w przód i w tył pod nieprawdopodobnymi kątami, co zdawało się przeczyć wszelkim prawom biologii i fizyki. – Bo jak nie, wyłupię ci oczęta i przypnę je sobie do kółka na klucze, a ty będziesz musiał się szwendać po piekle z psem przewodnikiem na smyczy.

Wbił kciuki w oczodoły Chrisa, który próbował się cofnąć, opuścić głowę niżej, ale mu się to nie udało.

– Jeśli mi powiesz, zostawię ci właściwe pigułki – oświadczył Fry. – Nawet przytrzymam ci głowę, żebyś łatwiej mógł je połknąć. Przyniosą ci ulgę, stary. Zajmą się wszystkim.

Chris, trzęsąc się i szczękając zębami, wykrztusił:

– Papiery… na nazwisko Randall Flagg… są w komódce na dole. Pod adresem kontaktowym.

– A samochód?

Chris rozpaczliwie próbował zebrać myśli. Miał oddać temu człowiekowi samochód? Wszystko, co było przedtem, zniknęło w płomieniach delirium. Gorączka w jakiś sposób wpłynęła na jego proces myślenia, wypaliła całe fragmenty pamięci. Szafki z aktami z przeszłości były już zwęglone, ich zawartość przestała istnieć. Zamiast informacji o samochodzie, którego domagał się od niego ten straszny człowiek, w jego głowie pojawił się obraz pierwszego samochodu, jakim jeździł, studebakera rocznik ’53 z pomalowanym na różowo, przypominającym pocisk przodem.

Fry zacisnął jedną dłoń na jego ustach, a drugą ścisnął mu nos. Chris zaczął wierzgać i miotać się jak oszalały. Fry cofnął rękę i zapytał:

– Czy to ci przywróciło pamięć? Chyba tak.

– Wóz… – zaczął Chris, ale nagle wszystko wokół niego zawirowało i dopiero po chwili mógł dokończyć zdanie. – Wóz stoi… za stacją Conoco… pod miastem. Przy szosie numer pięćdziesiąt jeden.

– Na północ czy na południe?

– Na po… połu…

– Na połu… Dobra, już wiem. Wystarczy.

– Nakryty brezentem. Bu… bu… Buick. Dowód rejestracyjny jest na kierownicy. Na nazwisko… Randall Flagg.

Znów zaczął ciężko dyszeć, nie mogąc wykrztusić nic więcej. Mógł jedynie patrzeć na Richarda Fry z tępą nadzieją w oczach.

– Kluczyki?

– Pod… wycieraczką na podłodze.

Fry uciszył go, siadając całym ciężarem na jego piersi. Rozsiadł się na niej jak na wygodnej, miękkiej sofie w mieszkaniu bliskiego przyjaciela i Chris Bradenton nagle poczuł, że nie może zaczerpnąć powietrza.

Ostatnie tchnienie wypłynęło z jego ust wraz ze słowem:

– Proszę…

– …i dziękuję – dodał Richard Fry (obecnie Randall Flagg) z promiennym uśmiechem. – Powiedz dobranoc, Kit.

Ale Chris Bradenton nie mógł wykrztusić z siebie ani słowa więcej. Jego oczy tonęły w fałdach napuchniętych, sczerniałych powiek.

– Nie myśl o mnie źle – powiedział mroczny mężczyzna, spoglądając na niego. – Po prostu musimy się bardzo spieszyć. Wkrótce otwarcie wielkiego nowego lunaparku. Będzie tam wszystko: karuzele, fala, rzutki i koło fortuny. Wiesz co, Kit? Dziś jest moja szczęśliwa noc. Czuję to. I dlatego musimy się spieszyć.

* * *

Do stacji było półtorej mili. Fry dotarł tam dopiero kwadrans po trzeciej nad ranem. Wiatr przybrał na sile, zawodząc wśród ulic, a on szedł niezmordowanie; po drodze widział truchła trzech zdechłych psów i jednego martwego mężczyznę w mundurze. Wysoko w górze zimnym blaskiem lśniły milczące gwiazdy, odpryski mrocznej materii wszechświata.

Brezent okrywający buicka był mocno naciągnięty, a jego leżące na ziemi brzegi obłożono kamieniami. Wiatr trzepotał grubym, ciężkim płótnem. Kiedy Flagg odrzucił kamienie, natychmiast porwał brezent w mrok nocy. Płótno, jak wielki brązowy duch, uleciało na wschód.

A w którą stronę on powinien się udać?

Popatrzył na buicka, dobrze zachowany model rocznik ’75 (klimat był tu bardzo łaskawy dla samochodów i rdza nie zdążyła jeszcze naruszyć karoserii), po czym zaczął węszyć jak kojot. Nocne powietrze przesycał zapach pustyni, najlepiej wyczuwalny właśnie przed świtem.

Buick stał pośród cmentarzyska aut i stosów samochodowych części wyglądających jak posągi z Wyspy Wielkanocnej smagane zawodzącym wiatrem. Tu blok silnika, tam wał wyglądający jak pozostawiona przez kulturystę sztanga. Stos opon, wewnątrz których hulał wiatr. Pęknięta szyba. I wiele, wiele innych rzeczy.

Najlepiej mu się myślało właśnie w takiej scenerii. Tu każdy mógł poczuć się niezwyciężonym Jagonem.

Odszedł od buicka i powiódł dłonią po wgniecionej masce auta, które mogło być kiedyś mustangiem.

– Ej, mała kobro, nie wiesz, że powinnaś schować ząbki? – zapytał.

Kopnął zakurzonym butem wgnieciony gaźnik i odkrył leżące pod nim klejnoty. Drogocenne kamienie zamrugały do niego płonącymi w ich wnętrzach maleńkimi ognikami. Rubiny, szmaragdy, perły wielkości gęsich jaj, diamenty mogące rywalizować z gwiazdami na niebie. Kiedy wyciągnął rękę w ich stronę i pstryknął palcami, zniknęły.

Dokąd powinien się teraz udać?

Zawodzący wiatr wdarł się przez strzaskaną boczną szybę do starego plymoutha i w jego wnętrzu poruszyły się niespokojnie jakieś małe stworzenia.

Z tyłu za Flaggiem również coś się poruszyło, więc się odwrócił.

To był Kit Bradenton, który miał na sobie jedynie żółte slipki. Jego wielki kałdun zwieszał się nad ich gumką jak zatrzymana w kadrze lawina. Szedł do niego po stercie szczątków starego walca drogowego. Resor przebił mu nogę jak gwóźdź stopy Ukrzyżowanego, ale rana nie krwawiła. Jego pępek wyglądał jak czarne oko.

Mroczny mężczyzna pstryknął palcami i Bradenton zniknął. Flagg uśmiechnął się, wrócił do buicka i oparł się czołem o pochyłość dachu od strony pasażera.

Po jakimś czasie wyprostował się.

Już wiedział.

Wślizgnął się za kierownicę buicka i kilkakrotnie nacisnął pedał gazu. Silnik ożył i zamruczał cichutko, a igła wskaźnika paliwa zatrzymała się przy oznaczeniu pełny. Flagg ruszył i objechał stację benzynową. Blask reflektorów wyłowił parę szmaragdowych kocich oczu błyszczących wśród wysokich traw nieopodal drzwi damskiej toalety. Zwierzę trzymało w pysku martwą mysz. Na widok spoglądającej na niego przez boczną szybę uśmiechniętej twarzy kot upuścił swoją zdobycz i uciekł. Flagg roześmiał się głośno – jak ktoś, kto myśli jedynie o rzeczach błahych i przyjemnych.

Kiedy dotarł do wjazdu na autostradę, skręcił w prawo, ruszając na południe.

ROZDZIAŁ 32

Ktoś zostawił otwarte drzwi pomiędzy kompleksem Dozoru Specjalnego a przylegającym do niego blokiem więziennym i obite stalą ściany zadziałały jak naturalny wzmacniacz, zamieniając rozlegające się przez cały ranek monotonne wrzaski w szaleńczy skowyt. Słysząc je, Lloyd Henreid pomyślał, że lada moment zwariuje.

– Mamo! – wrzeszczał jakiś ochrypły, wywołujący echa głos. – Maaamooo!

Lloyd siedział po turecku na podłodze swojej celi. Obie ręce miał umazane krwią – wyglądały, jakby nosił czerwone rękawiczki. Jego jasnoniebieska bawełniana bluza więzienna również była usmarowana krwią, ponieważ wycierał w nią ręce, żeby się nie ślizgały.

Była dziesiąta rano, dwudziestego dziewiątego czerwca. Około siódmej zauważył, że przednia prawa noga jego pryczy się obluzowała, więc natychmiast zabrał się do odśrubowywania jej od podłogi i ramy łóżka. Próbował tego dokonać palcami, bo innych narzędzi nie miał, i w końcu udało mu się wykręcić pięć z sześciu śrub, ale jego palce wyglądały teraz jak krwiste, przygotowane do smażenia mięso na hamburgery. Szósta śruba okazała się wyjątkowo oporna, jednak doszedł do wniosku, że i z nią sobie poradzi. O niczym więcej nie myślał, przynajmniej na razie. Nie myśleć, to był jedyny sposób, aby nie dać się ogarnąć panice.

– Maaaaaaamoooooooo…

Poderwał się na nogi, krople krwi z poranionych i pulsujących bólem palców zaczęły kapać na podłogę. Wystawił głowę na korytarz i zacisnął obie dłonie na prętach krat.

– Zamknij się, pojebie! – wrzasnął. – Zamknij się, bo przez ciebie dostanę pierdolca!

Zapadła dłuższa cisza. Lloyd chłonął tę ciszę, ciesząc się nią tak samo jak kiedyś hamburgerem od McDonalda. „Milczenie jest złotem”. Zawsze uważał, że to głupie powiedzenie, ale bez wątpienia było w nim trochę racji.

Jednak spokój nie trwał długo – po chwili znów rozległo się ochrypłe, posępne jak jęk syreny przeciwmgielnej wołanie:

– Maaaamoooooo!

– O Jezu… – jęknął Lloyd. – Zamknij się! Zamknij się! Zamknij się wreszcie, ty pierdolnięty ćwoku!

– Maaaaaaamoooooooooo…

Lloyd odwrócił się i z gwałtownie zaatakował metalową nóżkę pryczy, żałując, że nie ma w celi niczego, czym mógłby ją podważyć. Próbował zignorować ból w palcach i panikę wsączającą się do jego umysłu.

Usiłował przypomnieć sobie, kiedy po raz ostatni widział swojego adwokata – ale takie rzeczy bardzo szybko zacierały się w jego umyśle. Trzy dni temu. Tak. Dzień po tym, jak ten kutas Mathers przydzwonił mu w jaja. Dwaj strażnicy zaprowadzili go wtedy do pokoju widzeń.

Przy drzwiach znowu stał Shockley, który przywitał go słowami: „Proszę, proszę, oto nasz mały pyskacz. To jak, wielka gębo, chciałbyś znów powiedzieć coś zabawnego?”.

A potem kichnął, opryskując twarz Lloyda śliną i smarkami. „Masz tu trochę zarazków grypy, palancie – syknął. – To choróbsko rozłożyło na amen wszystkich innych na oddziale i ja chyba też je złapałem. Takie parszywe śmiecie jak ty powinny dostać przynajmniej zapalenia gardła”.

Kiedy wprowadzili go do środka, zauważył, że Devins wygląda jak ktoś, kto stara się ukryć dobre wieści z obawy, by nie okazały się przedwczesne.

Okazało się, że sędzia, który miał przewodniczyć rozprawie Lloyda, złapał grypę. Dwaj inni również byli chorzy, więc cały skład sędziowski był uziemiony. Może dzięki temu uda się załatwić odroczenie.

„Trzymaj kciuki” – powiedział mu Devins. „Kiedy będzie coś wiadomo?” – zapytał Lloyd. „Prawdopodobnie dopiero w ostatniej chwili – odparł adwokat. – Ale nie martw się, dam ci znać”. Jednak od tamtej pory ani razu się nie odezwał, a teraz, gdy Lloyd o tym pomyślał, przypomniał sobie, że Devinsowi również ciekło z nosa i…

 

– O Jezu… – jęknął, czując przeszywający dłoń ból.

Włożył do ust koniuszki palców prawej dłoni i poczuł smak krwi. Ale przynajmniej udało mu się trochę poluzować tę cholerną śrubę, a to oznaczało, że na pewno ją wyrwie. Nawet ten krzykacz z końca korytarza przestał go wkurzać, no, w każdym razie nie wkurzał go już tak bardzo. Da sobie radę. Wyrwie śrubę. A potem będzie musiał po prostu czekać na odpowiedni moment.

Przez chwilę siedział z palcami w ustach, pozwalając im odpocząć.

Kiedy skończy tę robotę, porwie swoją bluzę na pasy i obandażuje sobie rękę.

– Mamo…

– Wiesz, co możesz zrobić ze swoją matką? – burknął Lloyd.

Tej nocy, po jego ostatniej rozmowie z Devinsem, zaczęli wynosić z cel więźniów, którzy byli w naprawdę kiepskim stanie.

Facet z celi po prawej, Trask, zauważył, że większość klawiszy również kaszle i kicha. „Może coś nam z tego skapnie” – dodał. Był chudym mężczyzną o pociągłej twarzy, oskarżonym o napad z bronią w ręku. „Co?” – zapytał Lloyd. „Bo ja wiem? Pewnie odroczenia” – odburknął tamten.

Miał pod materacem pryczy sześć skrętów i cztery z nich oddał klawiszowi, który wciąż wyglądał na zdrowego, za garść informacji o tym, co dzieje się na zewnątrz. Strażnik powiedział, że kto tylko może, wyjeżdża z Phoenix, nieważne dokąd, wszyscy chcą po prostu znaleźć się jak najdalej stąd. Coraz więcej ludzi umierało. Rząd zapowiedział, że wkrótce będzie dostępna szczepionka przeciwko tej zabójczej chorobie, ale prawie nikt już nie wierzył w takie bzdury. Wiele stacji radiowych z Kalifornii nadawało przerażające komunikaty o stanie wojennym, blokadach wojskowych, bandach szabrowników uzbrojonych w broń automatyczną i supergrypie pochłaniającej każdego dnia dziesiątki tysięcy ofiar. Strażnik powiedział, że nie zdziwiłby się, gdyby wyszło na jaw, że to robota długowłosych, sympatyzujących z komuchami wywrotowców, którzy wsypali albo wlali do wody jakieś świństwo.

Na koniec dodał, że sam czuje się dobrze, ale gdy tylko skończy zmianę, natychmiast stąd wypieprza. Słyszał, że nazajutrz rano wojsko ma postawić blokady na US 17, I-10 i US 80. Zamierzał zapakować do auta żonę i dzieciaka oraz tyle prowiantu, ile zdoła zgarnąć, i zaszyć się z nimi w górach. Miał tam chatkę, a gdyby ktoś zbliżył się do niej na trzydzieści jardów, bez ostrzeżenia wpakuje mu kulę w łeb.

Następnego ranka Traskowi ciekło z nosa i powiedział, że chyba ma gorączkę. Ogarnięty paniką miotał się po swojej celi i wrzeszczał do klawiszy, żeby go wypuścili, zanim naprawdę się pochoruje. Strażnicy nawet na niego nie spojrzeli, podobnie zresztą jak na innych osadzonych, którzy wszyscy byli teraz niespokojni jak wygłodniałe lwy w zoo.

Właśnie wtedy Lloyd zaczął się bać. Zwykle o każdej porze dnia i nocy na bloku było co najmniej dwudziestu klawiszy, ale teraz po drugiej stronie krat widział zaledwie czterech lub pięciu.

Od dwudziestego siódmego czerwca zaczął zjadać jedynie połowę posiłków, które mu przynoszono, a resztę gromadził pod materacem.

Wczoraj Trask dostał nagle konwulsji, jego twarz sczerniała, a potem zmarł. Lloyd łakomie spoglądał na jego nietknięty obiad, ale nie miał czym przyciągnąć go do swojej celi. Po południu na bloku było co prawda tylko paru strażników, jednak żaden z nich nie przenosił już chorych do ambulatorium, bez względu na to, w jak poważnym znajdowali się stanie. Może ambulatorium stało się już jedną wielką umieralnią i kierownik więzienia uznał, że to tylko niepotrzebna strata czasu. Nikt się nie zjawił, by wynieść z celi zwłoki Traska.

Lloyd uciął sobie dłuższą drzemkę, a kiedy się obudził, korytarze kompleksu Dozoru Specjalnego ziały pustkami. Nikomu nie przyniesiono obiadu. Teraz cały blok naprawdę wyglądał jak pomieszczenie dla lwów w zoo. Lloyd nie potrzebował wysilać wyobraźni, by wiedzieć, co by się działo, gdyby wszystkie cele były zajęte. Nie wiedział, ilu więźniów jeszcze żyło i miało dość sił, by domagać się posiłku, ale ich głosy, wzmocnione i zwielokrotnione przez echa, brzmiały naprawdę groźnie. Jedyne, czego Lloyd był pewien, to tego, że jego sąsiad po prawej, Trask, stał się karmą dla much, a cela po lewej jest pusta. Jej były lokator, młody czarnoskóry mężczyzna, który próbował okraść staruszkę i przy okazji ją zabił, już kilka dni temu trafił do ambulatorium. Naprzeciwko miał dwie puste cele i dyndające stopy mężczyzny, który zabił swoją żonę i szwagra podczas gry w pokera na pieniądze. Zabójca Pokeno, jak go nazywano, najwyraźniej wybrał wolność, wieszając się na pasku, a jeśli mu go odebrano, na sznurze uplecionym z własnych spodni.

Nieco później tej nocy, kiedy światła zaczęły automatycznie gasnąć, Lloyd zjadł trochę fasoli z posiłku sprzed dwóch dni. Smakowała obrzydliwie, ale wmusił ją w siebie. Popił wodą z muszli, po czym wpełzł na pryczę i leżał tak, podkuliwszy kolana do piersi i przeklinając Andy’ego „Dziurawca”, że wpakował go w takie szambo. To wszystko było jego winą. On sam na pewno nie władowałby się w coś takiego.

Wrzaski więźniów domagających się posiłku powoli cichły.

Lloyd podejrzewał, że nie tylko on odkładał część jedzenia na czarną godzinę. Niestety, nie było tego wiele. Gdyby naprawdę się spodziewał, że sprawy mogą przybrać taki obrót, odłożyłby znacznie więcej. Od jakiegoś czasu nie dawała mu spokoju pewna myśl, choć nie chciał się zastanawiać ani nad nią, ani nad złowieszczym obrazem, który jej towarzyszył. Czuł się tak, jakby w jego umyśle znajdowała się wielka kurtyna, za którą coś się skrywało. Wyzierały spod niej jedynie kościste, wychudłe stopy – tego, co było powyżej, wolałbyś już nie widzieć. Te kościste stopy należały do wynędzniałego trupa o imieniu Śmierć Głodowa.

– O nie – powiedział do siebie Lloyd. – Wkrótce ktoś tu przyjdzie. Ktoś musi się tu pojawić. To pewne jak to, że gówno przylepia się do papieru.

Mimo że bardzo się przed tym bronił, znowu pomyślał o króliku. Nie potrafił o nim zapomnieć. Królika razem z klatką wygrał na szkolnej loterii. Ojciec nie chciał pozwolić mu zatrzymać zwierzaka, ale Lloyd przekonał go, że będzie o niego dbał i karmił go za własne oszczędności.

Kochał tego królika i rzeczywiście się nim opiekował. Przynajmniej na początku. Kłopot w tym, że po pewnym czasie zaczęły go zaprzątać inne sprawy. Zawsze tak było. Pewnego dnia, kiedy bujał się na oponie zawieszonej na konarze starego klonu za ich starym, zaniedbanym domkiem w Marathon w Pensylwanii, nagle przypomniał sobie o króliku i znieruchomiał. Nie myślał o nim od… no tak, od dobrych dwóch tygodni. Na śmierć zapomniał o nieszczęsnym zwierzaku.

Pobiegł do niewielkiej, byle jak skleconej szopy przy stodole, a ponieważ wtedy też było lato, kiedy wszedł do środka, smród rozkładającego się królika poraził go jak siarczysty policzek. Futerko, które tak lubił głaskać, było brudne i zmierzwione. W oczodołach, w których kiedyś znajdowały się śliczne różowe ślepka, wiły się tłuste białe robaki. Łapki zwierzątka były zakrwawione i odarte z ciała niemal do kości. Lloyd próbował sobie wytłumaczyć, że to dlatego, iż królik rozpaczliwie usiłował wydostać się z klatki – i prawdopodobnie tak właśnie było – lecz jakaś mroczniejsza część jego umysłu podpowiadała mu, że być może zwierzę próbowało pożreć samo siebie.

Wyniósł klatkę z królikiem i zakopał go razem z nią w głębokim dole za domem. Ojciec nigdy go nie zapytał, co się stało ze zwierzakiem, może nawet zapomniał, że jego syn miał królika – Lloyd nie był szczególnie bystry, ale w porównaniu z ojcem można byłoby go uznać za geniusza – jednak on sam nigdy nie zapomniał tego zdarzenia. Zawsze miewał barwne (i często przerażające) sny, lecz po śmierci królika stały się naprawdę koszmarne. Wizja zamęczonego zwierzątka powróciła do niego, gdy siedział na pryczy z podkulonymi pod brodą kolanami, mówiąc sobie, że ktoś przecież niedługo przyjdzie i uwolni go. Nie złapał Kapitana Tripsa. Był po prostu głodny. Tak jak kiedyś jego królik.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?