Bastion

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Stu był na wojnie, ale nigdy nie widział czegoś równie okropnego. Nie mógł odwrócić spojrzenia od splecionych rąk kobiety i dziecka.

W końcu cofnęli się od samochodu i wrócili do budynku stacji. Widzieli, jak Hap mówi coś do słuchawki telefonu. Norm szedł nieco z tyłu za nimi i od czasu do czasu spoglądał przez ramię na chevroleta. Boczne drzwiczki samochodu były otwarte, a z lusterka wstecznego zwisała para dziecięcych bucików. Był to bardzo smutny widok. Hank stał przy drzwiach stacji, ocierając usta brudną chusteczką.

– Jezu, Stu… – wymamrotał.

Hap odwiesił słuchawkę telefonu. Kierowca chevroleta leżał na podłodze biura.

– Karetka przyjedzie tu za dziesięć minut. Czy jesteście pewni, że oni…

Wskazał kciukiem samochód.

– Nie żyją – odparł Vic. Jego pokryta zmarszczkami twarz miała bladożółty odcień. Rozsypywał po całej podłodze tytoń, jakby próbował zrobić jeden ze swoich obrzydliwych, cuchnących skrętów. – To dwoje najbardziej martwych ludzi, jakich kiedykolwiek widziałem.

Spojrzał na Stu, który pokiwał głową, włożył ręce do kieszeni i przymknął oczy.

Leżący na podłodze człowiek jęknął głośno i wszyscy natychmiast spojrzeli na niego. Kiedy się zorientowali, że mężczyzna próbuje coś powiedzieć, Hap ukląkł przy nim. W końcu ta stacja należała do niego. Najwyraźniej to samo, co uśmierciło kobietę i dziecko w samochodzie, dosięgło również tego człowieka. Ciekło mu z nosa, a gdy oddychał, z jego gardła wydobywał się głośny świst. Pod dolnymi powiekami widać było obrzmienie, jeszcze nie czarne, ale już fioletowe. Szyja sprawiała wrażenie zbyt grubej i napuchniętej i wydawało się, że ma nie jeden, ale trzy podbródki. Musiał mieć wysoką gorączkę, bo kiedy się do niego podeszło, odnosiło się wrażenie, jakby się stało przy rozżarzonym ruszcie.

– Pies… – wymamrotał. – Wypuściłeś go?

Hap potrząsnął nim delikatnie.

– Wezwałem karetkę – powiedział. – Wyjdzie pan z tego.

– Cyfry zegara zamieniły się z zielonych na czerwone – dodał mężczyzna i zaczął kasłać.

Kaszlał raz po raz, a z jego ust pryskały długie, ciągnące się pasma gęstej flegmy i śliny.

Hap gwałtownie odchylił się do tyłu.

– Przekręćmy go na bok – zaproponował Vic – bo się jeszcze udławi.

Jednak zanim zdążyli to uczynić, mężczyzna przestał kasłać. Jego oddech znów stał się nierówny i świszczący. Zamrugał powoli powiekami i powiódł wzrokiem po twarzach otaczających go mężczyzn.

– Gdzie ja… jestem?

– W Arnette – odparł Hap. – Na stacji benzynowej Billa Hapscomba. Rozwalił pan kilka moich dystrybutorów – dodał, po czym dorzucił pospiesznie: – Ale były ubezpieczone.

Mężczyzna usiłował usiąść. Aby się podnieść, musiał położyć dłoń na ramieniu Hapa.

– Moja żona… moja mała córeczka…

– Nic im nie jest – powiedział Hap, próbując się uśmiechnąć.

– Wygląda na to, że jestem poważnie chory – stwierdził mężczyzna. Kiedy oddychał, z jego ust wydobywał się ochrypły, jękliwy charkot. – One też były chore. To trwało od dwóch dni. Od Salt Lake City. – Przymknął na chwilę powieki. – Zachorowaliśmy… więc chyba nie byliśmy dość szybcy…

Z oddali dochodził jęk syreny karetki.

Chory ponownie otworzył oczy i zaczął się podnosić. Pot ściekał mu po twarzy. Zacisnął dłoń na ramieniu Hapa.

– Czy Sally i małej LaVon nic nie jest? – zapytał.

Z ust prysnęły mu kropelki śliny i Hap poczuł buchającą od niego gorączkę. Był chory, najwyraźniej majaczył i okropnie cuchnął. Ten smród przypominał Hapowi woń starego koca, którym przykryte było psie posłanie.

– Nic im nie jest – powtórzył spokojnie, choć może nieco zbyt szybko. – Proszę, niech się pan położy i leży spokojnie…

Mężczyzna znowu położył się na ziemi. Jego oddech był teraz jeszcze bardziej nierówny. Hap i Hank pomogli przetoczyć go na bok i wydawało się, że przyniosło mu to pewną ulgę.

– Aż do zeszłego wieczoru czułem się całkiem nieźle – powiedział. – Kaszlałem, ale nic poza tym. Dopiero w nocy mi się pogorszyło. Obudziłem się i było ze mną bardzo źle. Nie zmyliśmy się stamtąd dostatecznie szybko. Czy z małą LaVon wszystko w porządku?

Jego następne słowa zamieniły się w bełkot, którego nie dało się zrozumieć. Syrena karetki zawodziła jękliwie.

Stu podszedł do okna. Pozostali klęczeli wokół chorego.

– Co on złapał, jak myślisz, Vic? – zapytał Hap.

Vic pokręcił głową.

– Nie mam pojęcia.

– Może coś zjedli – podsunął Norm Bruett. – Wóz ma tablice z Kalifornii, więc musieli stołować się w różnych przydrożnych barach. Może zjedli nieświeżego hamburgera. To się zdarza.

Karetka, ominąwszy szerokim łukiem rozbitego chevy, zatrzymała się pomiędzy nim a drzwiami stacji benzynowej. Czerwone światełko koguta na dachu kręciło się w kółko jak oszalałe. Było już całkiem ciemno.

– Pomóżcie mi, to was stąd wyciągnę! – krzyknął nagle mężczyzna leżący na podłodze i zaraz potem znowu umilkł.

– Zatrucie pokarmowe… – mruknął Vic. – Tak, to całkiem możliwe. Mam nadzieję, że tylko o to chodzi, bo…

– Bo co? – zapytał Hank.

– Bo jeśli nie, to mogliśmy coś od niego złapać – odparł Vic. – W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym ósmym roku widziałem epidemię cholery w pobliżu Nogales i wyglądało to bardzo podobnie.

Do biura weszło trzech ludzi z noszami.

– Hap – zaczął jeden z nich – masz szczęście, że uratowałeś swój pieprzony tyłek. Gdyby tamten samochód wybuchł, bylibyście teraz na łonie Abrahama. To ten facet?

Rozstąpili się, żeby ich przepuścić. Byli to Billy Verecker, Monty Sullivan i Carlos Ortega – wszyscy się tu dobrze znali.

– W samochodzie jest jeszcze dwójka – powiedział Hap, odciągając Monty’ego na bok. – Kobieta i mała dziewczynka. Obie nie żyją.

– O kurde! Jesteś pewny?

– Owszem, ale ten facet o tym nie wie. Zabierzecie go do Braintree?

– Chyba tak – odparł Monty. – Ale co mamy zrobić z tymi dwiema w wozie?

– Stu zawiadomi gliny. Mogę pojechać z tobą?

– Jasne, stary.

Położyli mężczyznę na noszach i kiedy go wynieśli, Hap podszedł do Stu.

– Jadę z tym gościem do Braintree. Zadzwonisz na posterunek?

– Nie ma sprawy.

– Zadzwoń też do Mary. Powiedz jej, co się stało.

– W porządku.

Hap poszedł do ambulansu i wsiadł do środka. Billy Verecker zatrzasnął za nim drzwiczki, a potem zawołał swoich kolegów stojących przy rozbitym samochodzie.

Parę minut później ambulans ruszył przy wtórze jękliwego zawodzenia syreny. Obracający się na dachu samochodu kogut rzucał krwawe refleksy na asfaltowy podjazd.

Stu podszedł do automatu i wrzucił do niego ćwierćdolarówkę.

* * *

Mężczyzna z chevroleta dwadzieścia mil przed szpitalem wydał z siebie ostatnie bulgoczące tchnienie, zakrztusił się i skonał. Hap wyjął z kieszeni spodni zmarłego portfel i przejrzał jego zawartość. Było w nim siedemnaście dolarów w gotówce. Według prawa jazdy nazywał się Charles D. Campion. Hap znalazł również jego legitymację wojskową i obłożone w plastik zdjęcia żony i córeczki. Nie chciał oglądać tych zdjęć.

Włożył portfel z powrotem do kieszeni spodni zmarłego i powiedział Carlosowi, że może wyłączyć syrenę.

Było dziesięć po dziewiątej.

ROZDZIAŁ 2

Na plaży miejskiej w Ogunquit w stanie Maine znajdowało się długie kamienne molo obmywane z obu stron przez fale Atlantyku. Kiedy Frannie zatrzymała samochód na parkingu, dostrzegła Jessa siedzącego na samym jego końcu, niewyraźną sylwetkę skąpaną w promieniach popołudniowego słońca. Wysoko nad nim krążyły głośno skrzeczące mewy – obrazek Nowej Anglii namalowany przez samo życie – i Frannie była przekonana, że żaden z ptaków go nie zepsuje, brudząc guanem błękitną batystową koszulę Jessa Ridera.

W końcu był praktykującym poetą.

Wiedziała, że to on, bo jego rower stał przymocowany do metalowego ogrodzenia za budką dozorcy parkingu.

Gus, łysiejący jowialny grubasek, wyszedł jej na spotkanie. Opłata dla gości wynosiła dolara od samochodu, ale Gus wiedział, że Frannie jest tutejsza, nie musiał nawet patrzeć na nalepkę z napisem REZYDENT przyklejoną w rogu na szybie jej volvo.

Przychodziła tu bardzo często.

Pewnie, przecież zaszłam w ciążę właśnie tu, na plaży, pomyślała. Mały człowieczku, zostałeś poczęty na wybrzeżu Maine, dwadzieścia jardów od falochronu.

Gus uniósł dłoń w geście powitania.

– Pani chłopak jest na końcu mola, panno Goldsmith.

– Dzięki, Gus. Jak interesy? – zapytała i uśmiechając się, wskazała parking. Stały tam ze dwa tuziny samochodów, z których większość miała niebiesko-białe nalepki z napisem REZYDENT.

– Dopiero siedemnasty czerwca i jeszcze nie ma zbyt wielkiego ruchu – odparł Gus. – Ale za jakieś dwa tygodnie na pewno podreperujemy miejską kasę.

– Oczywiście… jeżeli nie zgarniesz wszystkiego dla siebie.

Roześmiał się i wrócił do swojej budki.

Frannie oparła się jedną ręką o nagrzany metal samochodu, zdjęła trampki i założyła sandały. Była wysoką dziewczyną o kasztanowych włosach sięgających do połowy pleców i wspaniałej figurze. Miała na sobie bluzkę piaskowego koloru. Jej długie nogi przyciągały spojrzenia chłopaków. „Prima sort – mówili o nich. – Spójrzcie, jaka lala: ma nogi aż do samej ziemi”. Miss college’u 1990.

Roześmiała się w duchu, ale jej śmiech miał w sobie nutę goryczy. „Zachowujesz się, jakby to było ważne dla całego świata” – powiedziała do siebie. Rozdział szósty: Hester Prynne przynosi wielebnemu Dinnesdale wiadomość o przybyciu Pearl. Tyle że on wcale nie był Dinnesdalem. Nazywał się Jess Rider i miał dwadzieścia lat, o rok mniej od naszej bohaterki, małej Fran. Był studentem college’u, praktykującym poetą. Wystarczyło spojrzeć na jego nieskazitelną błękitną koszulę.

Zatrzymała się na skraju plaży, czując gorący piasek przez podeszwy sandałów. Postać na dalekim końcu mola w dalszym ciągu ciskała do wody kamyki. Myśl, która przyszła jej do głowy, była zabawna i jednocześnie lekko zatrważająca: „On dobrze wie, jak wygląda, siedząc tam na końcu mola… Jak Lord Byron, samotny, ale nieugięty. Siedzi i patrzy na morze, które gdzieś tam daleko obmywa brzegi Anglii. Wygnaniec, który już nigdy…”.

 

Do diabła, co ona najlepszego robi?

Młody mężczyzna, którego – jak sądziła – darzyła miłością, siedzi nieopodal, a ona szydzi z niego za jego plecami.

Zaczęła iść wzdłuż mola, zgrabnie przestępując wystające kamienie i ziejące pomiędzy nimi szczeliny. Było to stare molo niegdyś stanowiące część falochronu. Teraz większość łodzi cumowała przy południowym brzegu miasta, gdzie znajdowały się trzy przystanie i siedem motelików, w których każdego lata pełno było gości.

Szła powoli, próbując odegnać myśl, że przez tych jedenaście dni, odkąd dowiedziała się, iż jest „troszkę w ciąży” (jak to określiła Amy Lauder), mogła się odkochać. No cóż, przecież to właśnie on sprawił, że tak się stało, czyż nie?

Ale nie tylko on – była tego pewna, brała przecież pigułki. Zdobyła je w bardzo prosty sposób. Poszła do kliniki w miasteczku akademickim, powiedziała lekarzowi, że ma bolesne miesiączki i robią się jej na skórze wypryski, a doktorek przepisał jej wszystko, czego potrzebowała. Dorzucił też za darmochę zapas na cały miesiąc.

Ponownie się zatrzymała – była już przy końcu mola – po jej prawej i lewej stronie przesuwały się grzywiaste fale ciągnące w stronę plaży. Nagle uświadomiła sobie, że lekarze z kliniki musieli słyszeć historyjki o bolesnych miesiączkach i pryszczach na twarzy tak samo często jak aptekarze stwierdzenie: „Kupuję te kondomy dla mojego brata”. Równie dobrze mogłaby po prostu powiedzieć: „Daj mi pigułkę, bo będę się pieprzyć”.

Dlaczego wciąż jest taka nieśmiała? Spojrzała na plecy Jessa i westchnęła. Znów ruszyła przed siebie. W każdym razie pigułka zawiodła. Ktoś w wydziale kontroli jakości w starej dobrej fabryce Ovril zaniedbał swoje obowiązki. Albo może nie wzięła pigułki, bo zapomniała.

Podeszła bezszelestnie do chłopaka i położyła mu obie dłonie na ramionach.

Jess, który trzymał w lewej ręce kamyki, a prawą ciskał je w fale, krzyknął głośno i gwałtownie poderwał się na nogi, rozsypując kamyki. Wpadł na Fran i popchnął ją tak mocno, że omal nie zrzucił jej z mola. Niewiele brakowało, a sam też by wpadł do wody.

Cofnęła się o krok, przykładając obie dłonie do ust, a on, rozwścieczony, odwrócił się w jej stronę. Był dobrze zbudowanym młodym mężczyzną o czarnych włosach, noszącym okulary w złotych oprawkach. Jego przystojna twarz o regularnych rysach – ku wielkiemu niezadowoleniu Jessa – nigdy nie potrafiła należycie oddać głębi jego wewnętrznych odczuć.

– Śmiertelnie mnie wystraszyłaś! – krzyknął.

– Och, Jess… – zachichotała. – Przepraszam, ale to było bardzo zabawne. Naprawdę.

– Mało brakowało, a oboje wpadlibyśmy do wody – warknął i postąpił krok w jej stronę.

Frannie cofnęła się, potknęła o kamień i wylądowała ciężko na tyłku. Przy upadku przygryzła sobie język, poczuła ostry ból i jej chichot ucichł jak ucięty nożem.

Nagła cisza, jaka zapadła – „wyłączyłeś mnie, jakbym była radiem, przekręciłeś gałkę i już” – wydała jej się również niesamowicie zabawna i znów zaczęła chichotać, choć krwawił jej język, a z kącików oczu płynęły łzy wywołane bólem.

Przestraszony Jess ukląkł obok niej.

– Nic ci nie jest, Frannie?

Jednak go kocham, pomyślała i poczuła pewną ulgę.

– Ucierpiała tylko moja duma – odparła i pozwoliła, by pomógł jej wstać. – Ale przygryzłam sobie język. Widzisz?

Wysunęła język, spodziewając się, że chłopak uśmiechnie się wreszcie, ale on tylko jeszcze bardziej się zasępił.

– Jezu, Fran… leci ci krew.

Wyjął z tylnej kieszeni chusteczkę, przyjrzał się jej z powątpiewaniem i schował ją.

Ujrzała w wyobraźni, jak oboje idą w stronę parkingu, trzymając się za ręce, a jej usta są wypchane chusteczką Jessa. Unosi rękę do uśmiechniętego dozorcy i mówi: „Tcho sze ma, Guuus”.

Znów zaczęła się śmiać, mimo że bolał ją język, a smak krwi w ustach zaczynał przyprawiać ją o mdłości.

– Odwróć się – powiedziała do Jessa. – To nie będzie zachowanie godne damy.

Uśmiechając się pod nosem, teatralnym gestem uniósł dłoń do oczu. Fran, opierając się na jednej ręce, wystawiła głowę poza krawędź mola i splunęła. Ślina była jasnoczerwona. Jeszcze raz. I jeszcze. W końcu metaliczny smak w ustach osłabł. Kiedy odwróciła głowę w stronę Jessa, zauważyła, że przygląda jej się przez rozstawione palce.

– Przepraszam – powiedziała. – Jestem taka głupia.

– Wcale nie – odparł.

– Pojedziemy na lody? – zapytała. – Ty poprowadzisz, ja stawiam.

– Umowa stoi.

Podniósł się i pomógł jej wstać. Ponownie splunęła do wody. Ślina nadal była jasnoczerwona.

Nieco przestraszona Fran zapytała:

– Nie odgryzłam sobie koniuszka języka?

– Nie wiem – odrzekł Jess. – A czułaś, że coś połykasz?

Przyłożyła dłoń do ust. Na jej twarzy malował się grymas obrzydzenia.

– To wcale nie było zabawne.

– Przepraszam. Po prostu go sobie przygryzłaś, Frannie.

– Czy w języku są arterie?

Szli wzdłuż mola, trzymając się za ręce. Fran co chwila przystawała, żeby splunąć. Jasna czerwień. Nie miała zamiaru tego połykać. O nie. Ani odrobiny.

– Nie.

– To dobrze. – Ścisnęła jego dłoń i uśmiechnęła się. – Bo jestem w ciąży.

– Naprawdę? To doskonale. Czy wiesz, kogo widziałem w Port… – urwał i spojrzał na nią z niepokojem.

Miała wrażenie, że pęknie jej serce.

– Co ty powiedziałaś?

– Jestem w ciąży – powtórzyła, uśmiechając się do niego promiennie, a potem jeszcze raz splunęła.

Znowu ta jasna czerwień.

– Kiepski żart, Frannie – mruknął.

– To nie żart.

Przyglądał jej się przez dłuższą chwilę, po czym ruszył do samochodu.

W drzwiach stróżówki stanął Gus i pomachał do nich. Frannie odpowiedziała mu tym samym. Jess również.

* * *

Zatrzymali się przy lodziarni Dairy Queen przy szosie numer jeden. Jess kupił sobie colę i siedząc za kierownicą volvo, popijał ją w zamyśleniu. Fran zdecydowała się na deser lodowy Banana Boat. Oparta plecami o drzwiczki samochodu, przedzielona od Jessa kilkoma calami siedzenia, wyjadała z lodów orzeszki i krem ananasowy.

– Wiesz, te lody to głównie bąbelki. Wiedziałeś o tym? Większość ludzi nie wie.

Spojrzał na nią, ale nic nie odpowiedział.

– To prawda – dodała. – Te wielkie maszyny lodowe produkują przede wszystkim bąbelki. Dużo powietrza i mało lodów. Właśnie dlatego w Dairy Queen lody są takie tanie. Przeczytałam o tym w artykule na temat teorii biznesu. Jest wiele sposobów „oskórowania kota”.

Znowu na nią popatrzył.

– Jeśli masz ochotę spróbować prawdziwych lodów, powinieneś pójść do lodziarni Deering Ice Cream, a to… – nie dokończyła i wybuchnęła płaczem.

Przesunął się na siedzeniu w jej stronę i objął ją ramionami za szyję.

– Frannie, tylko nie płacz, proszę.

– Lód mi się rozpływa. Pobrudzę się – wymamrotała, w dalszym ciągu płacząc.

Jess ponownie wyjął chusteczkę i tym razem zrobił z niej użytek. Po chwili szloch Fran zamienił się w pochlipywanie.

– Już nie mogę… Przepraszam, Jess. Wyrzucisz? – zapytała, patrząc na niego zaczerwienionymi od płaczu oczami.

– Jasne – odparł.

Wziął od niej loda, wysiadł i wyrzucił go do kosza na śmieci. Frannie doszła do wniosku, że porusza się w bardzo zabawny sposób – jakby ktoś uderzył go w najczulsze miejsce u mężczyzny. Prawdopodobnie wiadomość o ciąży była dla niego ciosem poniżej pasa. Jeśli jednak spojrzeć na to z innej perspektywy, sama poruszała się bardzo podobnie, kiedy straciła dziewictwo na plaży. Czuła się wtedy tak, jakby obtarła ją pielucha. Tyle że od obtarć nie zachodzi się w ciążę.

Jess wrócił i wsiadł do samochodu.

– Czy to prawda, Fran? – spytał.

– Tak. Naprawdę jestem w ciąży.

– Jak to się stało? Myślałem, że brałaś pigułki.

– No cóż, jest kilka możliwości… Pierwsza to taka, że ktoś w wydziale kontroli jakości starej dobrej fabryki Ovril zasnął przy przełączniku akurat wtedy, kiedy na taśmie znajdował się mój zestaw pigułek. Druga: może w stołówce uniwersyteckiej dają wam żarcie, które zwiększa liczbę plemników w spermie. Trzecia: zapomniałam wziąć pigułkę i zapomniałam, że o tym zapomniałam.

Miała wrażenie, że nieznacznie się od niej odsunął.

– Dlaczego się wściekasz, Frannie? Tylko zapytałem.

– No cóż, mogę odpowiedzieć na twoje pytanie w inny sposób: w pewną ciepłą kwietniową noc, dwunastego, trzynastego albo czternastego, wsadziłeś swojego penisa w moją pochwę, a kiedy się we mnie spuściłeś, miliony plemników w twojej spermie…

– Przestań! – rzucił ostrym tonem. – Nie musisz…

– Co nie muszę?

Choć zachowywała spokój, była przerażona. Nie przypuszczała, że tak to będzie wyglądać.

– …być taka wściekła – dodał łamiącym się głosem. – Nie zamierzam z tobą zrywać.

– Naprawdę? – zapytała.

Mogła zdjąć jedną jego rękę z kierownicy i przytulić ją do piersi, zaleczyć rozjątrzoną ranę. Ale nie potrafiła się do tego zmusić. Nie potrzebował pocieszenia, nawet jeżeli podświadomie go pragnął. Nagle uświadomiła sobie, że dni radości, beztroskiego śmiechu i szczęścia dobiegły końca, i ta myśl sprawiła, że znowu zachciało jej się płakać. Ze wszystkich sił starała się powstrzymywać łzy. Była Frannie Goldsmith, córką Petera Goldsmitha i nie miała zamiaru ryczeć jak bóbr na parkingu przed cukiernią Dairy Queen w Ogunquit.

– Co masz zamiar zrobić? – spytał Jess, wyjmując papierosy.

– A co ty masz zamiar zrobić?

Zapalił zapalniczkę i kiedy kłąb dymu uniósł się ku górze, przez moment widziała w jego twarzy dwie walczące o dominację osoby – mężczyznę i chłopca.

– Kurwa mać! – zaklął.

– Jest kilka możliwości. Możemy się pobrać i zatrzymać dziecko. Możemy się pobrać i oddać dziecko. Możemy się również nie pobierać i zatrzymać dziecko albo…

– Frannie…

– …możemy się nie pobierać i nie zatrzymywać dziecka. Mogłabym również poddać się zabiegowi. Czy to już wszystkie możliwości? Coś pominęłam?

– Frannie, czy nie moglibyśmy po prostu porozmawiać?

– Przecież rozmawiamy! – krzyknęła. – Miałeś swoją szansę i powiedziałeś tylko „kurwa mać”. To twoje własne słowa. Przedstawiłam ci różne możliwości. Oczywiście nie miałam czasu przejrzeć całej listy.

– Chcesz papierosa?

– Nie, papierosy są szkodliwe dla dziecka.

– Frannie, na miłość boską!

– Czemu krzyczysz? – zapytała spokojnie.

– Bo zachowujesz się, jakbyś za wszelką cenę chciała mnie wkurzyć – syknął Jess, ale natychmiast wziął się w garść. – Przepraszam. Po prostu nie uważam, aby to była moja wina. Nie potrafię o tym w ten sposób myśleć.

– Nie? – Spojrzała na niego, marszcząc brwi. – A co to było: niepokalane poczęcie?

– Musisz być tak cholernie wpieniająca? Powiedziałaś, że bierzesz pigułki. Czyżbym się mylił?

– Nie mylisz się. Ale to nie zmienia faktu, że jestem w ciąży.

– Chyba nie – mruknął ponuro i wyrzucił przez okno do połowy wypalonego papierosa. – No więc, co zrobimy?

– Powiedziałam ci, jakie mamy możliwości. Jest jeszcze samobójstwo, ale nie biorę go teraz pod uwagę. Wybierz jedną z nich i porozmawiajmy na ten temat.

– Pobierzmy się – oznajmił stanowczym tonem. Najwyraźniej doszedł do wniosku, że najlepszym wyjściem będzie przecięcie tego gordyjskiego węzła. Cała naprzód, a szczury lądowe niech kryją się pod pokładem.

– Nie – odparła. – Wcale nie chcę za ciebie wychodzić.

Miała wrażenie, że jego twarz łączyły w całość dziesiątki niewidocznych śrub i nitów, które nagle zostały poluzowane. Widok był tak komiczny, że musiała przesunąć zranionym językiem po podniebieniu, aby ponownie nie zachichotać. Nie chciała śmiać się z Jessa.

– Dlaczego nie, Fran…

– Muszę to jeszcze dokładnie przemyśleć. Nie mam zamiaru wdawać się teraz w dyskusję na ten temat. Prawdę mówiąc, sama nie wiem, dlaczego nie chcę za ciebie wyjść.

– Nie kochasz mnie – mruknął ponuro.

– W większości przypadków miłość i małżeństwo wykluczają się wzajemnie. Wymyśl coś innego.

Milczał przez dłuższą chwilę. Bawił się wyjętym z paczki papierosem, ale nie zapalił go. Wreszcie powiedział:

– Nie mogę ci zaproponować nic innego, skoro nie zamierzasz rozmawiać ze mną na ten temat. Chcesz się na mnie zemścić?

Powoli kiwnęła głową.

– Może masz rację. W ciągu ostatnich kilku tygodni nazbierało się trochę rachunków, które powinnam uregulować. I do tego jeszcze zachowujesz się jak tępy uczelniany kujon. Gdyby napadł cię jakiś bandzior z nożem, pewnie zwołałbyś seminarium, aby to przedyskutować.

 

– Och, na litość boską!

– Zaproponuj coś innego.

– Nie. Może ja też potrzebuję trochę czasu do namysłu?

– W porządku. Odwieziesz mnie z powrotem na parking? Wysiądziesz tam, a ja załatwię jeszcze parę rzeczy.

Popatrzył na nią ze zdumieniem.

– Frannie, przyjechałem z Portlandu na rowerze. To kawał drogi. Wynająłem pokój w motelu za miastem. Myślałem, że spędzimy ten weekend razem.

– W motelu? Nie, Jess. Sytuacja się zmieniła. Wsiądziesz na swój rower i wrócisz do Portlandu. A kiedy już się zastanowisz nad naszymi sprawami, możesz się ze mną skontaktować. Ale nie spiesz się.

– Przestań rżnąć głupa, Frannie.

– Nie, Jess. To ty mnie rżnąłeś! – rzuciła w nagłym przypływie niepohamowanej wściekłości.

Uderzył ją lekko w twarz wierzchem dłoni i spojrzał na nią przerażonym wzrokiem.

– Przepraszam, Fran…

– Przeprosiny przyjęte – odparła bezbarwnym głosem. – Wracajmy.

* * *

W drodze powrotnej na parking przy plaży prawie nie rozmawiali. Frannie siedziała z dłońmi złożonymi na podołku, patrząc na przesuwające się skrawki oceanu widoczne w przerwach między letnimi domkami na zachód od falochronu. Zastanawiała się, do kogo należą. Większość z nich była jeszcze zamknięta na głucho, a w szybach okien widniały opuszczone żaluzje, choć do kalendarzowego początku lata pozostał jeszcze tylko tydzień.

Profesorowie MIT. Lekarze z Bostonu. Prawnicy z Nowego Jorku. Domki nie były zbyt wielkie – ich właściciele prawdopodobnie nie należeli do bogaczy. Jednak kiedy zjadą tu ze swoimi rodzinami, człowiekiem o najniższym współczynniku inteligencji na Shore Road będzie Gus, dozorca parkingu. Dzieciaki będą jeździć na rowerach, chodzić z rodzicami na przyjęcia (danie dnia – homar) albo do teatru w Ogunquit, a dorośli będą spacerować po głównej ulicy, udając w łagodnym letnim zmierzchu zwyczajnych przechodniów.

Kiedy patrzyła na błyski skrawków kobaltu prześwitujące pomiędzy ciasno obok siebie stojącymi domkami, poczuła nagle, że nowa porcja łez zaczyna przyćmiewać jej wzrok.

Dotarli do parkingu i Gus pomachał do nich. Odmachali mu.

– Przepraszam, że cię uderzyłem, Frannie – powiedział cicho Jess. – Naprawdę nie chciałem tego zrobić.

– Wiem. Wracasz do Portlandu?

– Dziś wieczorem zostanę tutaj, a rano zadzwonię. Ale wybór należy do ciebie, Frannie. Jeżeli, no wiesz… zdecydujesz się na aborcję, jakoś wyskrobię na to szmal.

– Czy to zamierzona gierka słowna?

– Nie – odparł. – Absolutnie. – Przesunął się na siedzeniu i pocałował ją delikatnie. – Kocham cię, Fran.

Nie wierzę ci, pomyślała. Nie wiem dlaczego, ale ani trochę ci nie wierzę…

– W porządku – powiedziała.

– Motel Latarnia Morska. Zadzwoń, jeżeli będziesz miała ochotę.

– Dobrze – odparła i wsunęła się za kierownicę.

Nagle poczuła się okropnie zmęczona. Przygryziony język pulsował tępym bólem.

Jess podszedł do swojego roweru przymocowanego do metalowego ogrodzenia i odwrócił się w jej stronę.

– Chciałbym, żebyś zadzwoniła, Fran.

Zmusiła się do uśmiechu.

– Zobaczymy. To na razie, Jess.

Wrzuciła bieg, wykręciła i przejechała przez parking do Shore Road. Widziała, że Jess wciąż jeszcze stoi przy swoim rowerze – za jego plecami rozciągał się ocean i Fran znowu pomyślała, że Jess doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jaki obraz tworzy.

Tym razem jednak nie była zdenerwowana, tylko odrobinę zasmucona. Jechała przed siebie, zastanawiając się, czy jeszcze kiedyś widok oceanu będzie budził w niej takie same uczucia jak dawniej, zanim to wszystko się wydarzyło. Cały czas bolał ją język. Otworzyła szerzej okno i splunęła. Tym razem ślina była biała, normalna. Zapach soli i oceanu przypominał smak łez.