Smętarz dla zwierzakówTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału:

PET SEMATARY

Copyright © 1983 by Stephen King

All Rights Reserved.

Projekt okładki: Paramount Pictures

Redaktor prowadzący: Milena Rachid Chehab

Redakcja: Jacek Ring

Korekta: Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8169-624-1

Warszawa 2019

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Oto kilku ludzi, którzy napisali książki opowiadające o tym, co robili i czym się przy tym kierowali:

John Dean. Henry Kissinger. Adolf Hitler. Caryl Chessman. Jeb Magryder. Napoleon. Talleyrand. Disraeli. Robert Zimmerman, znany powszechnie jako Bob Dylan. Locke. Charlton Heston. Errol Flynn. Ajatollah Chomeini. Gandhi. Charles Olson. Charles Colson. Wiktoriański dżentelmen. Doktor X.

Większość ludzi wierzy też, iż Bóg napisał Księgę, czy może Księgi, opowiadające o tym, co zrobił i – przynajmniej w pewnym stopniu – czym się przy tym kierował. A skoro większość owych ludzi wierzy również, że człowiek został stworzony na Jego podobieństwo, Boga także można uznać za osobę… czy raczej Osobę.

A oto inni ludzie, którzy nie napisali książek opowiadających o tym, co robili… i co widzieli:

Człowiek, który pochował Hitlera. Człowiek, który przeprowadził sekcję zwłok Johna Wilkesa Bootha. Człowiek, który zabalsamował Elvisa Presleya, i ten, który uczynił to samo – według opinii większości znawców, bardzo kiepsko – z papieżem Janem XXIII. Kilkudziesięciu grabarzy, którzy oczyszczali Jonestown, dźwigali worki ze zwłokami, odganiali roje much, nabijali papierowe kubki na szpikulce używane przez dozorców w miejskich parkach. Człowiek, który skremował Williama Holdena. Mężczyzna, który pokrył ciało Aleksandra Wielkiego złotem, tak by nie tknął go trupi rozkład. Ludzie, którzy mumifikowali faraonów.

Śmierć jest tajemnicą, a pogrzeb – sekretem.

Część pierwsza

Smętarz dla Zwierzaków

Jezus rzekł im:

– Nasz przyjaciel Łazarz śpi, pójdę jednak, by zbudzić go ze snu.

Wówczas uczniowie spojrzeli po sobie z uśmiechem, bo nie wiedzieli, że Jezus mówi w przenośni.

– Panie, skoro śpi, zdrów będzie.

Wtedy Jezus przemówił otwarcie.

– To prawda, Łazarz nie żyje… lecz i tak pójdźmy do niego.

Ewangelia według świętego Jana (parafraza)

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Louis Creed stracił ojca, gdy miał zaledwie trzy lata; nigdy nie poznał swych dziadków i nie oczekiwał bynajmniej, że wkraczając w wiek średni, znajdzie nowego ojca, jednakże tak właśnie się stało – choć, jak wypada dorosłemu mężczyźnie, spotykającemu tak późno człowieka, który winien odgrywać tę rolę, nazwał go przyjacielem. Poznali się wieczorem tego dnia, gdy wraz z żoną i dwójką dzieci wprowadzał się do wielkiego, białego drewnianego domu w Ludlow. Razem z nimi przybył tam również Winston Churchill, czyli Church, kot córki Louisa, Eileen.

Uniwersyteccy wywiadowcy działali powoli, poszukiwania domu w znośnej odległości od uczelni przypominały mrożący krew w żyłach thriller, toteż kiedy wreszcie zbliżyli się do miejsca, w którym miała stać wymarzona siedziba (Wszystko się zgadza – jak znaki w noc przed zabójstwem Cezara, pomyślał ponuro Louis), byli zmęczeni, spięci i bardzo drażliwi. Gage ząbkował i awanturował się niemal bez przerwy. Nie chciał zasnąć, choć Rachel starała się ukoić go kołysankami. Potem spróbowała go nakarmić, mimo iż nie nadeszła jeszcze pora, lecz Gage orientował się w rozkładzie posiłków równie dobrze jak ona (a może nawet lepiej) i natychmiast ugryzł ją w pierś swymi nowymi ząbkami. Rachel, wciąż nie do końca przekonana do pomysłu przeprowadzki z Chicago do Maine, wybuchnęła płaczem. Natychmiast dołączyła do niej Eileen, zapewne w odruchu tajemnej kobiecej solidarności. Z tyłu kombi Church krążył niestrudzenie, tak jak to czynił przez ostatnie trzy dni – tyle bowiem zajęła im jazda z Chicago. Zamknięty w klatce przeraźliwie miauczał, ale to niespokojne krążenie, gdy w końcu ustąpili i wypuścili go, było niemal równie irytujące.

Sam Louis także miał ochotę się rozpłakać. Nagle przyszedł mu do głowy szalony, lecz dość nęcący pomysł: zaproponuje, by wrócili do Bangor i przekąsili coś w oczekiwaniu na wóz meblowy, a kiedy trójka zakładników losu wysiądzie, on doda gazu i odjedzie, nie oglądając się za siebie, cisnąc gaz do dechy i napawając się rykiem potężnego, czterocylindrowego silnika wozu, łapczywie żłopiącego cenną benzynę. Ruszy na południe, aż do Orlando na Florydzie, i pod nowym nazwiskiem znajdzie sobie posadę lekarza w Disney Worldzie. Ale zanim skręci na autostradę – dziewięćdziesiątą piątą, na południe – zatrzyma się na poboczu i wyrzuci też tego pieprzonego kota.

I wtedy pokonali zakręt, a ich oczom ukazał się dom, który wcześ­niej oglądał jedynie sam Louis. Gdy tylko upewnił się ostatecznie co do swej posady na uniwersytecie, przyleciał tu, by przyjrzeć się bliżej wyselekcjonowanym ze zdjęć siedmiu możliwym siedzibom, i wybrał właśnie tę: wielkie stare domostwo w nowoangielskim stylu kolonialnym (lecz niedawno ocieplone i izolowane; koszty ogrzewania, choć koszmarnie wysokie, nie przekraczały poziomu szaleństwa), trzy pokoje na dole, cztery dalsze na piętrze, długa szopa, którą później także można przebudować, a wszystko otoczone rozległym trawnikiem, soczyście zielonym nawet w sierpniowym upale.

Za domem rozciągała się wielka łąka, na której mogły bawić się dzieci. Dalej zaczynał się praktycznie niemający końca las. Posiadłość graniczyła z gruntami stanowymi i, jak wyjaśnił pośrednik, w przewidywalnej przyszłości nie planowano tu żadnej rozbudowy. Resztki szczepu Indian Mikmaków żądały blisko ośmiu tysięcy akrów ziemi w Ludlow i miastach na wschód od niego. Skomplikowany proces, w którym oprócz stanu stroną był także rząd federalny, potrwa zapewne do następnego wieku.

Rachel natychmiast przestała płakać. Wyprostowała się.

– Czy to…?

– Tak – odparł Louis z lekką obawą (niebezpiecznie graniczącą ze strachem) w głosie. W istocie był przerażony. Za ten dom zastawił dwanaście lat ich życia; spłacą go dopiero wtedy, gdy Eileen skończy siedemnaście lat. Siedemnaście lat! W ogóle nie potrafił sobie tego wyobrazić.

Przełknął ślinę.

– I co ty na to?

– Co ja na to? Jest piękny! – odparła i z serca – oraz umysłu – Louisa spadł olbrzymi kamień. Nie żartowała, widział to po sposobie, w jaki patrzyła na dom, kiedy skręcali w wyasfaltowany podjazd okrążający budynek i wiodący do szopy na tyłach. Jej oczy badały już puste okna, a myśli zaprzątały kwestie takie jak odpowiednie zasłony, cerata do wyłożenia półek w kredensie i Bóg jeden wie co jeszcze.

– Tatusiu? – zagadnęła siedząca z tyłu Eileen. Ona też już nie płakała. Nawet Gage przestał marudzić. Louis rozkoszował się ciszą.

– Tak, kochanie?

Jej widoczne w lusterku oczy, brązowe pod ciemnoblond grzywką, także badały dom, trawnik, widoczny w dali po lewej dach sąsiedniego budynku, rozległe pole aż po linię lasu.

– Czy to jest nasz dom?

– To będzie nasz dom, złotko.

– Hura! – krzyknęła, ogłuszając go kompletnie. Choć czasami Eileen mocno go drażniła, w tym momencie Louis nie dbał o to, czy kiedykolwiek zobaczy Disney World w Orlando.

Zaparkował przed szopą i zgasił silnik.

Silnik umilkł. W popołudniowej ciszy – która po Chicago, harmidrze State Street i Loopa wydawała się przejmująca – słodko śpiewał ptak.

– Dom – westchnęła cicho Rachel, nie odrywając wzroku od budynku.

– Dom – powiedział z zadowoleniem Gage z jej kolan.

Louis i Rachel spojrzeli po sobie. Widoczne w lusterku oczy Ei­leen rozszerzyły się gwałtownie.

– Czy on…

– Czy ty…

– Czy to…

Wszyscy zaczęli mówić razem i razem wybuchnęli śmiechem. Gage ssał kciuk, nie zwracając uwagi na rodzinę. Prawie od miesiąca mówił „Ma”, a kilka razy zaryzykował nawet coś, co przy dużej dawce życzliwości (bądź, jak w przypadku Louisa, nadziei) można by uznać za „Taaa”.

Ale to, przypadkiem czy dzięki naśladownictwu, było prawdziwe słowo. Dom.

Louis podniósł synka z kolan żony i przytulił mocno.

I tak przybyli do Ludlow.

2

We wspomnieniach Louisa Creeda chwila ta na zawsze zapisała się jako magiczna – być może częściowo dlatego, że rzeczywiście taka była, ale też z tego powodu, iż reszta wieczoru okazała się istnym szaleństwem. Przez najbliższe trzy godziny nie zaznali ani chwili magii czy spokoju.

Louis starannie (był bowiem człowiekiem porządnym i metodycznym) schował klucze do brązowej koperty, opisanej: „Dom w Ludlow – klucze, otrzymane 29 czerwca”. Na czas podróży włożył kopertę do schowka na rękawiczki fairlane’a. Miał co do tego absolutną pewność. Teraz ich tam nie było.

Zaczął ich szukać z rosnącą irytacją (i obawą), a tymczasem Rachel posadziła sobie Gage’a na biodrze i ruszyła w ślad za Eileen ku rosnącemu na polu drzewu. Po raz trzeci zaglądał pod siedzenia, gdy nagle jego córka wrzasnęła i zaczęła płakać.

– Louis! – zawołała Rachel. – Eileen się skaleczyła!

Dziewczynka spadła ze zrobionej z opony huśtawki i uderzyła kolanem o kamień. Skaleczenie było płytkie, krzyczała jednak, jakby właśnie straciła nogę, pomyślał (dość nieprzychylnie) Louis. Obejrzał się na dom po drugiej stronie szosy; w oknie salonu płonęło światło.

 

– W porządku, Eileen – rzekł. – Wystarczy. Ludzie pomyślą, że kogoś tu mordujemy.

– Ale to boooooliiiiiiii!

Louis z trudem opanował zniecierpliwienie i bez słowa zawrócił do wozu. Klucze zniknęły, lecz apteczka wciąż tkwiła w schowku. Zabrał ją i ruszył z powrotem. Kiedy Eileen zobaczyła, co niesie, podniosła jeszcze większy wrzask.

– Nie! Nie to piekące! Nie chcę piekącego! Tatusiu, nie!

– Eileen, to tylko betadyna. Wcale nie piecze.

– Zachowuj się jak duża dziewczynka – dodała Rachel. – To tylko…

– Nienienienienie…

– Przestań albo zaraz zapiecze cię pupa – ostrzegł Louis.

– Jest zmęczona, Lou – powiedziała cicho Rachel.

– Tak, znam to uczucie. Przytrzymaj jej nogę.

Rachel odłożyła Gage’a i unieruchomiła nogę Eileen, a Louis pomalował ranę betadyną, nie zwracając uwagi na coraz bardziej histeryczne zawodzenie córki.

– W tamtym domu ktoś właśnie wyszedł na werandę. – Rachel podniosła Gage’a, który zaczynał pełzać po trawie.

– Cudownie – mruknął Louis.

– Jest…

– Zmęczona. Tak, wiem. – Zakręcił buteleczkę i spojrzał ponuro na Eileen. – No proszę. I wcale nie bolało. Przyznaj się, Ellie.

– Boli! Właśnie że boli! Booooo…

Zaswędziała go ręka, ale jedynie zacisnął palce na własnej nodze.

– Znalazłeś klucze? – spytała Rachel.

– Jeszcze nie. – Louis zatrzasnął apteczkę i wstał. – Zaraz…

Gage zaczął krzyczeć. Nie marudził ani nie płakał – naprawdę krzyczał, szamocąc się w ramionach matki.

– Co się z nim dzieje? – Rachel niemal na oślep wepchnęła dziecko mężowi. To pewnie jedna z zalet bycia żoną lekarza, pomyślał; zawsze można wtrynić mu dzieciaka, gdy tylko coś się stanie. – Louis! Co się…

Maluch z donośnym rykiem usiłował złapać się za szyję. Louis przekręcił go na bok i ujrzał biały guz, rosnący na skórze Gage’a. I coś jeszcze, na pasku sweterka, coś włochatego, poruszającego się wolno.

Eileen, która właśnie zaczynała się uspokajać, wrzasnęła:

– Pszczoła! Pszczoła! PSZCZOŁA!

Odskoczyła gwałtownie, potknęła się o ten sam wystający nad ziemię kamień, z którym zaznajomiła się wcześniej, usiadła z rozmachem i rozpłakała się z bólu, zaskoczenia i strachu.

Zaraz zwariuję, pomyślał ze zdumieniem Louis. Łeeełeeełeeee…

– Zrób coś, Louis! Nie możesz czegoś zrobić?

– Trzeba wyciągnąć żądło – oznajmił przeciągle głos za ich plecami. – Tak należy postąpić. Wyciągnąć żądło i przyłożyć sodę oczyszczoną. Wtedy zejdzie opuchlizna. – Akcent przybysza był tak silny, że przez moment znużony, rozkojarzony umysł Louisa odmówił współpracy w tłumaczeniu. „Wyćgnońć żonło i przłożyć soode oczyszczono”.

Odwrócił się i ujrzał starego mężczyznę, na oko koło siedemdziesiątki – czerstwej i zdrowej siedemdziesiątki – stojącego na trawie. Nieznajomy miał na sobie farmerki i błękitną płócienną koszulę, z której wyłaniała się mocno pofałdowana i pomarszczona szyja. Twarz miał ogorzałą i palił papierosa bez filtra. Na oczach Louisa starzec kciukiem i palcem wskazującym zgasił papierosa i wsunął go zręcznie do kieszeni. Wyciągnął ręce i uśmiechnął się krzywo; Louisowi natychmiast spodobał się ten uśmiech, a nie należał do ludzi, którzy lgną do innych.

– Nie żebym miał pana uczyć, doktorze – dodał tamten i tak właś­nie Louis Creed poznał Judsona Crandalla, mężczyznę, który powinien być jego ojcem.

3

Obserwował ich przyjazd z drugiej strony drogi i kiedy uznał, że „marnie to wygląda” (jego własne słowa), poszedł sprawdzić, czy nie zdoła im pomóc.

Podczas gdy Louis trzymał małego na ramieniu, Crandall zbliżył się, oszacował wzrokiem rozmiary opuchlizny na szyi Gage’a i wyciągnął sękatą, powykręcaną rękę. Rachel otworzyła usta, by zaprotestować – jego dłoń, niemal dorównująca wielkością głowie malca, wyglądała okropnie niezgrabnie – ale zanim zdążyła powiedzieć choć słowo, palce starca wykonały jeden szybki ruch, zręcznie niczym u iluzjonisty, popisującego się karcianymi sztuczkami i posyłającego monety w tajemną otchłań magików. Uniósł dłoń, pokazując żądło.

– Spore – mruknął. – Może nie rekordowe, ale załapałoby się na podium.

Louis wybuchnął śmiechem. Crandall spojrzał na niego z krzywym uśmieszkiem.

– Mocna rzecz, no nie?

– Mamusiu, co powiedział ten pan? – spytała zdumiona Eileen i wtedy Rachel także zaczęła się śmiać. Oczywiście było to okropnie niegrzeczne, lecz jednocześnie wydawało się dziwnie na miejscu. Crandall wyciągnął z kieszeni paczkę chesterfieldów king size, wsunął jednego w kącik pobrużdżonych ust, pogodnie skłonił głowę – teraz już nawet Gage zanosił się gulgoczącym śmiechem, mimo opuchlizny po użądleniu – i zapalił zapałkę, pocierając ją o paznokieć kciuka. Starzy ludzie mają swoje sztuczki, pomyślał Louis. Nie są to wielkie sprawy, ale niezłe, naprawdę niezłe.

Przestał się śmiać i wyciągnął tę rękę, która nie podtrzymywała pupy Gage’a – wyraźnie wilgotnej pupy Gage’a.

– Miło mi poznać, panie…

– Jud Crandall – odparł tamten i uścisnął mu dłoń. – Pan pewnie jest doktorem?

– Tak. Jestem Louis Creed. Moja żona Rachel, córka Eileen, a maluch z żądłem to Gage.

– Miło mi.

– Przepraszam za ten śmiech… to znaczy, wszyscy przepraszamy, ale… jesteśmy trochę, no, zmęczeni.

To wysoce nieodpowiednie określenie sprawiło, że znów zaczął chichotać. Czuł się śmiertelnie wyczerpany.

Crandall przytaknął.

– Jasne, że tak. – Zabrzmiało to: „Jazne, że taag”. Zerknął na Rachel. – Może zabierze pani małego i córeczkę na chwilkę do nas, pani Creed? Moglibyśmy nasypać na ściereczkę trochę sody oczyszczonej i zrobić mu okład. Moja żona też chętnie was pozna. Rzadko wychodzi z domu. Od dwóch lat za bardzo dokucza jej artretyzm.

Rachel spojrzała szybko na męża, który skinął głową.

– To bardzo uprzejmie z pana strony, panie Crandall.

– Po prostu Jud.

Nagle rozległo się donośne trąbienie i ryk silnika. Wielki błękitny wóz meblowy skręcał właśnie przed dom.

– O Chryste, jeszcze nie znalazłem kluczy! – jęknął Louis.

– Nie ma sprawy – odparł Crandall. – Mam jeden komplet. Clevelandowie – poprzedni właściciele – dali mi je jakieś – och, będzie czternaście, piętnaście lat temu. Długo tu mieszkali. Joan Cleveland była najlepszą przyjaciółką mojej żony. Umarła dwa lata temu. Bill przeniósł się do ośrodka dla emerytów w Orrington. Zaraz je przyniosę. Zresztą teraz należą do was.

– Jest pan bardzo uprzejmy, panie Crandall – powiedziała z wdzięcznością Rachel.

– To nic takiego. Cieszę się, że w sąsiedztwie znów zamieszkają maluchy. – Nienawykłe do jego akcentu uszy ze Środkowego Zachodu wciąż miały kłopoty z rozróżnianiem słów, jakby Crandall przemawiał w obcym języku. – Tylko proszę uważać, żeby nie wybiegały na drogę. Jeździ tędy mnóstwo ciężarówek.

Tuż obok trzasnęły drzwi. Pracownicy firmy przewozowej wyskoczyli z szoferki i szli ku nim.

Ellie oddaliła się nieco i nagle spytała:

– Tatusiu, co to?

Louis, który ruszył już na spotkanie przybyszów, obejrzał się przez ramię. Na skraju łąki, gdzie kończył się trawnik, a jego miejsce zajmował łan wysokich letnich traw, zaczynała się szeroka na jakiś metr, starannie przystrzyżona ścieżka. Kręta dróżka wspinała się na wzgórze, okrążała niską kępę krzaków i niewielki brzozowy zagajnik i znikała w dali.

– Wygląda mi na ścieżkę – odparł.

– O tak. – Crandall uśmiechnął się. – Któregoś dnia opowiem ci o niej, panienko. A teraz pójdziemy do mnie i zajmiemy się twoim braciszkiem. Zgoda?

– Jasne – odparła Ellie, po czym z nutką nadziei w głosie dodała: – Czy soda oczyszczona piecze?

4

Crandall istotnie przyniósł klucze, lecz do tego czasu Louis zdążył już znaleźć własny komplet. Schowek na rękawiczki miał u góry wąską szczelinę i niewielka koperta ześlizgnęła się przez nią pomiędzy obwody elektryczne. Wyłowił ją i wpuścił do domu robotników. Crandall oddał mu swoje klucze, przyczepione do starego, zaśniedziałego breloczka. Louis podziękował mu i z roztargnieniem wsunął je do kieszeni, patrząc, jak robotnicy przenoszą ich pudła, szafy, biurka i wszystkie inne rzeczy, które zdołali zgromadzić w ciągu dziesięciu lat małżeństwa. Teraz, z dala od swych zwykłych miejsc, wydawały się dziwnie nieważne. Zbieranina rupieci w pudłach, pomyślał i nagle ogarnęło go przygnębienie. Domyślał się, że czuje coś, co zwykle nazywa się „tęsknotą za domem”.

– Wyrwani z korzeniami i przesadzeni – powiedział niespodziewanie Crandall tuż obok niego. Louis aż podskoczył.

– Pewnie znasz to uczucie?

– Prawdę mówiąc, nie. – Crandall zapalił papierosa. Trzask! Zapałka rozjarzyła się jasnym płomykiem w pierwszym półmroku zmierzchu. – Mój ojciec zbudował tamten dom. Sprowadził do niego żonę i razem spłodzili dziecko. To ja byłem tym dzieckiem, urodzonym w samiuśkim roku tysiąc dziewięćsetnym.

– To znaczy, że masz…

– Osiemdziesiąt trzy lata – odparł Crandall, na szczęście unikając słów „osiemdziesiąt z hakiem”; Louis serdecznie nie znosił tego określenia.

– Wyglądasz o wiele młodziej.

Crandall wzruszył ramionami.

– No, w każdym razie mieszkam tu całe życie. Kiedy przyłączyliśmy się do Wielkiej Wojny, wstąpiłem do wojska, ale zamiast do Europy dotarłem tylko do Bayonne w New Jersey. Paskudne miejsce. Było paskudne już w tysiąc dziewięćset siedemnastym. Z radością wróciłem tutaj. Ożeniłem się z moją Normą, odpracowałem swoje na kolei i wciąż tu jesteśmy. Ale nawet tu, w Ludlow, wiele widziałem. O tak, naprawdę wiele.

Pracownicy firmy przewozowej zatrzymali się przed drzwiami szopy. Dźwigali sprężynowy materac z wielkiego podwójnego łóżka, które Louis dzielił z Rachel.

– Gdzie to postawić, panie Creed?

– Na górze. Chwileczkę, pokażę panom. – Już ku nim ruszał, lecz zawahał się i spojrzał szybko na Crandalla.

– Idź – rzekł tamten z uśmiechem. – Zobaczę, jak sobie radzi twoja rodzina. Przyślę ich tutaj i przestanę włazić wam w paradę. Ale przy przeprowadzce często zasycha człowiekowi w gardle. Zazwyczaj koło dziewiątej siadam na werandzie i wypijam parę piw. Kiedy jest ciepło i ładnie, lubię patrzeć, jak zapada noc. Czasami dołącza do mnie Norma. Wpadnij, jeśli będziesz w nastroju.

– Może i wpadnę – odparł Louis, choć wcale nie miał takiego zamiaru. Wiedział, co czeka go na werandzie: nieoficjalne (i darmowe) badanie artretyzmu Normy. Spodobał mu się Crandall, jego krzywy uśmieszek, swoboda, jankeski akcent – tak miękki, że ocierający się o zaciąganie. To dobry człowiek, uznał Louis, lekarze jednak szybko robią się nieufni. Niestety, tak to już jest – wcześniej czy później nawet najlepszy przyjaciel prosi o poradę. A ze starszymi ludźmi… podobne prośby nie miały końca. – Ale proszę na mnie nie czekać. Mieliśmy bardzo ciężki dzień.

– Bylebyś wiedział, że nie potrzebujesz specjalnego zaproszenia. – Coś w uśmiechu starego mężczyzny sprawiło, iż Louis odniósł wrażenie, jakby Crandall dokładnie wiedział, o czym myśli nowy sąsiad.

Przez chwilę odprowadzał wzrokiem starca, po czym dołączył do robotników. Crandall szedł szybko i lekko, wyprostowany niczym sześćdziesięciolatek, nie mężczyzna, który przekroczył osiemdziesiąt lat, i Louis odkrył, że zaczyna go lubić.