Przebudzenie

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Przebudzenie
Przebudzenie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,50  55,60 
Przebudzenie
Audio
Przebudzenie
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
35,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przez całe życie czytałem Pismo Święte, najpierw na kolanach matki, potem w kole młodych metodystów i na studiach teologicznych, i mogę wam powiedzieć, przyjaciele, że Biblia nigdzie bezpośrednio tej kwestii nie porusza. Najbliższe do niej nawiązanie znajdziemy w Liście do Koryntian, gdzie święty Paweł mówi mniej więcej tak: „Nie pytajcie, bracia, bo i tak nie zrozumiecie”. Kiedy Hiob ośmielił się prosić o wyjaśnienia samego Boga, otrzymał jeszcze bardziej obcesową odpowiedź: „Gdzieś był, gdy zakładałem ziemię?”. Co w wolnym tłumaczeniu znaczy, jak ujęliby to nasi młodsi parafianie, „Spadaj na szczaw, koleś”.

Tym razem nikt się nie zaśmiał.

Wielebny Jacobs wpatrywał się w nas ze słabym uśmiechem igrającym w kącikach ust. Światło wpadające przez witraż malowało niebieskie i czerwone brylanty na jego lewym policzku.

– Religia ma podnosić na duchu w trudnych czasach. Bóg jest naszym kijem i naszą laską, oznajmia Wielki Psalm; będzie z nami, da nam oparcie, gdy wyruszymy w tę nieuniknioną wędrówkę ciemną doliną. Inny psalm zapewnia, że Bóg jest dla nas ucieczką i mocą, choć ludzie, którzy zginęli w tym kościele w Oklahomie, mogliby z tą tezą polemizować… gdyby wciąż mieli usta, którymi byliby w stanie wyrazić obiekcje. A ten ojciec i jego dwaj synowie, tonący, bo próbowali ratować swojego psa… czy zapytali Boga, co się dzieje? O co tu chodzi? I czy odpowiedział: „Powiem wam za parę minut, chłopaki”, gdy woda zalewała ich płuca, a umysły zasnuwał mrok śmierci?

Powiedzmy sobie wprost, co święty Paweł miał na myśli, mówiąc o tym niejasnym zwierciadle. Chodziło mu o to, że mamy wszystko przyjmować na wiarę. Jeśli nasza wiara jest silna, pójdziemy do nieba i tam wszystko zrozumiemy. Jakby życie było dowcipem, a my dopiero w niebie poznamy jego kosmiczną pointę.

W kościele rozbrzmiewał cichy kobiecy szloch i bardziej stanowcze męskie pomruki niezadowolenia. Na razie jednak nikt nie wyszedł ani nie wstał, by powiedzieć wielebnemu Jacobsowi, że to, co mówi, zakrawa na bluźnierstwo. Wszyscy wciąż byli zbyt oszołomieni.

– Kiedy miałem już dość czytania o niewinnych ludziach ginących w pozornie przypadkowych i często makabrycznych okolicznościach, zająłem się studiami nad rozmaitymi odłamami chrześcijaństwa. Boże drogi, przyjaciele, nawet nie przypuszczałem, że jest ich aż tyle! Istna Wieża Doktryny! Katolicy, episkopalianie, metodyści, baptyści fundamentalistyczni i liberalni, anglikanie, luteranie, prezbiterianie, unitarianie, świadkowie Jehowy, Adwentyści Dnia Siódmego, kwakrzy, szejkersi, greckie prawosławie, Kościoły orientalne, sziloici… nie wolno o nich zapomnieć… i pół setki innych.

Tu, w Harlow, wszyscy mamy telefony towarzyskie i odnoszę wrażenie, że religia jest największym telefonem towarzyskim ze wszystkich. Pomyślcie, jakie zatory muszą powstawać na łączach w niedzielne poranki! I wiecie, co mnie fascynuje? Każdy bez wyjątku Kościół szerzący Chrystusową naukę jest przekonany, że on jeden ma bezpośrednie połączenie z Wszechmogącym. I, dobry Boże, nawet nie wspomniałem o muzułmanach, żydach, teozofach, buddystach czy tych, którzy wielbią samą Amerykę równie żarliwie jak przez osiem–dwanaście koszmarnych lat Niemcy wielbili Hitlera.

Wtedy ludzie zaczęli wychodzić. Najpierw tylko kilkoro z tyłu, ze spuszczonymi głowami i zgarbionymi ramionami (jakby dostali klapsa), potem stopniowo coraz więcej. Wielebny Jacobs zdawał się tego nie zauważać.

– Niektóre z tych sekt i wyznań są nastawione pokojowo, ale największe… czy raczej te, którym się najlepiej powodzi, zbudowano na krwi, kościach i krzykach cierpienia tych, którzy mieli czelność nie oddać pokłonu ich wersji Boga. Rzymianie rzucali chrześcijan na pożarcie lwom; chrześcijanie ćwiartowali tych, których uznawali za heretyków, czarowników czy czarownice; Hitler złożył miliony Żydów w ofierze fałszywemu bogu czystości rasowej. Miliony spalono, zastrzelono, powieszono, połamano kołem, otruto, zabito prądem i dano na rozszarpanie psom… wszystko w imię Boga.

Moja mama głośno szlochała, ale nie spojrzałem na nią. Nie mogłem. Zastygłem w całkowitym bezruchu. Z przerażenia, tak, oczywiście. Miałem zaledwie dziewięć lat. Była też jednak we mnie dzika, niejasna euforia, poczucie, że ktoś nareszcie mówi mi szczerą, nieupiększoną prawdę. Po trosze miałem nadzieję, że wielebny Jacobs zamilknie; głównie jednak gorąco pragnąłem, żeby kontynuował, i moje życzenie się spełniło.

– Chrystus uczy nas, że mamy nadstawiać drugi policzek i miłować naszych nieprzyjaciół. My na pokaz pochwalamy tę zasadę, gdy jednak ktoś nas uderzy, przeważnie staramy się mu odpłacić w dwójnasób. Chrystus przegnał lichwiarzy ze świątyni, ale tych naciągaczy nie da się przegonić na długo; jeśli kiedykolwiek byliście na organizowanej przez kościół loterii albo słyszeliście w radiu kaznodzieję żebrzącego o datki, doskonale wiecie, o czym mówię. Izajasz prorokował, że nadejdzie dzień, kiedy miecze przekujemy na lemiesze, ale w obecnych mrocznych czasach przekuwa się je na bomby atomowe i międzykontynentalne pociski balistyczne.

Reggie Kelton wstał. Był tak czerwony, jak blady był mój brat Andy.

– Niech wielebny usiądzie. Wielebny nie jest sobą.

Jacobs nie usiadł.

– I cóż dostajemy za naszą wiarę? Za stulecia, przez które ofiarowaliśmy temu czy innemu Kościołowi naszą krew i skarby? Zapewnienie, że u kresu tego wszystkiego czeka nas niebo, a kiedy się tam dostaniemy, poznamy pointę dowcipu i powiemy „Aha! Teraz rozumiem”. To jest ta wielka nagroda. Wbija to się nam do głów od najmłodszych lat: niebo, niebo, niebo! Zobaczymy nasze utracone dzieci, ukochane matki wezmą nas w ramiona! To jest marchewka. Kijem, którym się nas okłada, jest piekło, piekło, piekło! Szeol wiekuistej męki i potępienia. Straszymy dzieci tak małe jak mój kochany zmarły synek, że będą się smażyć w piekle, jeśli ukradną cukierka czy nie powiedzą prawdy o tym, jak przemoczyły nowe buciki.

Nie ma żadnego dowodu, że jakiekolwiek zaświaty istnieją; żadnej podstawy naukowej; jest tylko suche zapewnienie, połączone z naszą silną potrzebą wiary, że to wszystko ma sens. Kiedy jednak stałem na zapleczu domu pogrzebowego Peabody’ego i patrzyłem na zmasakrowane szczątki mojej żony i synka, którego dużo bardziej ciągnęło do Disneylandu niż do nieba, doznałem objawienia. Religia to teologiczny odpowiednik klasycznego przekrętu ubezpieczeniowego, polegającego na tym, że rok po roku wnosisz składki, po czym, kiedy chcesz ze swojej sumiennie opłacanej polisy skorzystać, dowiadujesz się, że firma, która brała od ciebie pieniądze, tak naprawdę nie istnieje.

W szybko pustoszejącym kościele wstał Roy Easterbrook; nieogolone, potężne chłopisko. Mieszkał na zastawionym rdzewiejącymi przyczepami mieszkalnymi małym kempingu we wschodniej części Harlow, blisko granicy Freeport. Z reguły przychodził tylko w Boże Narodzenie, dziś jednak zrobił wyjątek.

– Wielebny – powiedział – słyszałem, że w schowku wielebnego samochodu była flaszka gorzały. A Mert Peabody mówił, że jak się schylił nad panią pastorową, coby ją oporządzić, waliło od niej jak z gorzelni. Szuka wielebny powodu? To jest powód. Cały tego sens. Nie ma wielebny w sobie siły, żeby przyjąć wolę Bożą? W porządku. Ale niech wielebny zostawi innych w spokoju. – To rzekłszy, odwrócił się i wyszedł ciężkim krokiem.

Jacobsa zamurowało. Kurczowo trzymał się ambony, oczy mu płonęły w białej twarzy, usta miał zaciśnięte tak mocno, że zniknęły.

Wtedy podniósł się mój tata.

– Charles, musisz skończyć.

Wielebny Jacobs potrząsnął głową, jakby usiłował oprzytomnieć.

– Tak, masz rację, Dick. Cokolwiek powiem, to i tak niczego nie zmieni.

A jednak coś zmieniło. Przynajmniej dla jednego małego chłopca.

Jacobs cofnął się, potoczył dookoła wzrokiem, jakby nie pamiętał, gdzie jest, po czym wrócił na ambonę, choć teraz już nie słuchał go nikt oprócz mojej rodziny, diakonów i Babuni, wciąż wybałuszającej oczy w pierwszym rzędzie.

– Jeszcze jedno. Nie wiemy, skąd przyszliśmy i dokąd zmierzamy. Może coś tam jest, ale idę o zakład, że nie jest to Bóg w rozumieniu jakiegokolwiek Kościoła. Wsłuchajcie się w cały ten jazgot sprzecznych wierzeń, a stanie się to dla was oczywiste. Wykluczają się nawzajem i nie pozostawiają nic. Jeśli szukacie prawdy, siły wyższej od was samych, prędzej znajdziecie ją w piorunie… miliard woltów w każdym uderzeniu, sto tysięcy amperów prądu, temperatura dwadzieścia siedem tysięcy stopni Celsjusza. W tym jest wyższa siła, przyznaję. Ale tu, w tym budynku? Nie. Wierzcie, w co chcecie, lecz powiem wam jedno: w mętnym zwierciadle świętego Pawła nie skrywa się nic prócz kłamstwa.

Zszedł z ambony i zniknął za bocznymi drzwiami kościoła. Rodzina Mortonów siedziała w ciszy, jaka zapewne zapada po wybuchu bomby.

Kiedy wróciliśmy do domu, mama poszła do dużej sypialni w głębi, zażądała, żeby jej nie przeszkadzać, i zamknęła się w środku. Spędziła tam resztę dnia. Claire ugotowała kolację i jedliśmy w prawie zupełnym milczeniu. W pewnym momencie Andy zaczął cytować jakiś ustęp z Biblii, który miał wykazywać całkowitą niesłuszność słów wielebnego, ale tata kazał mu zamknąć jadaczkę. Andy ujrzał, że ojciec ma dłonie wciśnięte głęboko do kieszeni, i zasznurował usta.

Po kolacji tata poszedł do garażu, gdzie dłubał w Rakiecie Szos II. Ten jeden jedyny raz Terry – zwykle jego wierny asystent, prawie akolita – nie towarzyszył mu, więc zrobiłem to ja… choć nie bez wahania.

– Tatusiu, mogę cię o coś spytać?

Był pod Rakietą na pełzaku na kółkach, z okratowaną lampką w ręku. Wystawały tylko jego nogi w drelichowych spodniach.

– Jasne. Chyba że chodzi o ten cholerny bajzel dziś rano. Jeśli tak, to tobie też radzę zamknąć jadaczkę. Dziś nie będę do tego wracał. Jutro będzie na to dość czasu. Będziemy musieli wnieść petycję do Konferencji Metodystów Nowej Anglii, żeby go zwolnili, a oni będą musieli z tym pójść do biskupa Matthewsa z Bostonu. Jeden wielki zasrany burdel. Jeżeli powiesz matce, że użyłem przy tobie takich słów, przetrzepie mi skórę jak dywan przed Wielkanocą.

 

Nie wiedziałem, czy moje pytanie dotyczy Strasznego Kazania, czy nie, wiedziałem tylko, że muszę je zadać.

– Czy pan Easterbrook powiedział prawdę? Ona piła?

Światło pod samochodem znieruchomiało. Tata wysunął się spod podwozia, żeby na mnie spojrzeć. Bałem się, że będzie zły, ale nie był zły. Tylko nieszczęśliwy.

– Chodziły takie plotki i pewnie teraz, kiedy ten matoł Easterbrook powiedział o tym na głos, rozniosą się jeszcze szerzej, ale posłuchaj mnie, Jamie: to nie ma znaczenia. George Barton dostał ataku padaczki, był po złej stronie drogi, a ona wyjechała zza zakrętu i bach. To nieważne, czy była trzeźwa, czy miała w czubie. Nawet Mario Andretti nie uniknąłby tego wypadku. Wielebny co do jednego miał rację: ludzie zawsze chcą znać przyczynę nieszczęść, które ich spotykają. A czasem jej nie ma.

Wymierzył we mnie umorusany smarem palec.

– Cała reszta to było pieprzenie zrozpaczonego człowieka i nie waż się o tym zapomnieć.

W środę przed Świętem Dziękczynienia mieli nas puścić wcześniej ze szkoły, ale obiecałem pani Moran, że zostanę pościerać tablice i zrobić porządek w naszej małej bibliotece pełnej sfatygowanych książek. Kiedy powiedziałem o tym mamie, machnęła ręką rozkojarzona i kazała tylko, żebym wrócił na kolację. Wkładała już indyka do piekarnika, ale wiedziałem, że na pewno nie był dla nas; taki mały nie starczyłby dla siedmiu osób.

Jak się okazało, Kathy Palmer (lizuska, jakich mało) też została, żeby mi pomóc, i uwinęliśmy się z robotą w pół godziny. Pomyślałem, żeby pójść do Ala lub Billy’ego pobawić się pistoletami, ale wiedziałem, że na pewno chcieliby gadać o Strasznym Kazaniu i o tym, jak to pani Jacobs zabiła siebie i Morriego, bo była nawalona w trzy dupy – plotka ta rzeczywiście nabrała wiarygodności niezaprzeczalnego faktu – a nie miałem na to najmniejszej ochoty, więc wróciłem do domu. Dzień był wyjątkowo ciepły jak na tę porę roku, okna były pootwierane i słyszałem, że moja siostra kłóci się z mamą.

– Dlaczego nie mogę pójść? – spytała Claire. – Chcę, by wiedział, że w tej durnej dziurze zabitej dechami są jeszcze ludzie, którzy stoją po jego stronie!

– Bo twój ojciec i ja uważamy, że wszystkie nasze dzieci powinny trzymać się od niego z dala – powiedziała moja matka. Były w kuchni, a ja w tej chwili stałem pod jej oknem.

– Nie jestem już dzieckiem, mamo, mam siedemnaście lat!

– Przykro mi, ale w tym wieku jesteś jeszcze dzieckiem, i to nie uchodzi, żeby pastora odwiedzała młoda dziewczyna. Musisz mi uwierzyć na słowo i tyle.

– A tobie uchodzi? Wiesz, że Babunia cię zobaczy i zaraz obdzwoni całą okolicę! Jeśli tam idziesz, pozwól mi pójść z tobą!

– Powiedziałam „nie”. Koniec dyskusji.

– Przywrócił Conowi głos! – wybuchnęła Claire. – Jak możesz być tak wredna?

Nastąpiła długa pauza.

– Właśnie dlatego do niego idę – powiedziała wreszcie moja matka. – Nie żeby zanieść mu coś do jedzenia na jutro, tylko żeby pokazać, że jesteśmy wdzięczni mimo tego okropnego kazania.

– Wiesz, dlaczego tak mówił! Dopiero co stracił żonę i synka, był rozbity! Odchodził od zmysłów!

– Ależ ja to wiem. – Mama zniżyła głos i musiałem wytężyć słuch, żeby ją dosłyszeć, bo Claire głośno płakała. – Co nie zmienia faktu, że ludzie byli w szoku. Przeholował. Zdecydowanie. Za tydzień odchodzi i tak będzie najlepiej. Kiedy wiesz, że cię zwolnią, trzeba wcześniej samemu zrezygnować. Wtedy można zachować trochę szacunku dla siebie.

– Domyślam się, że zwolnią go diakoni – powiedziała Claire szyderczo. – Czyli tata też.

– Twój ojciec nie ma wyboru. Kiedy przestaniesz być dzieckiem, może to do ciebie dotrze i wykażesz trochę zrozumienia. Dickowi jest z tym potwornie ciężko.

– No to idź. – Claire zrezygnowała z walki. – Zobaczymy, czy kilka plastrów piersi indyka i słodkich ziemniaków wynagrodzi mu to, jak go wszyscy traktujecie. Założę się, że nawet tego nie tknie.

– Claire… misiu…

– Nie nazywaj mnie tak! – krzyknęła moja siostra i usłyszałem głośny tupot jej nóg oddalający się w stronę schodów. Pewnie trochę się podąsa i popłacze sobie w sypialni, pomyślałem. Potem jej przejdzie, tak jak wtedy, kiedy mama orzekła, że w wieku piętnastu lat jest zdecydowanie za młoda, żeby pojechać do kina samochodowego z Donniem Cantwellem.

Postanowiłem dać drapaka na podwórko za domem, zanim mama wyjdzie ze swoim specjalnie przygotowanym obiadem. Usiadłem na huśtawce z opony, właściwie nie w ukryciu, ale i nie na widoku. Po dziesięciu minutach usłyszałem trzask zamykanych drzwi frontowych. Wyjrzałem zza węgła i zobaczyłem, że mama idzie drogą z przykrytą folią tacą w rękach. Folia skrzyła się w słońcu. Wszedłem do domu i wdrapałem się schodami na piętro. Zapukałem do drzwi siostry ozdobionych wielkim plakatem Boba Dylana.

– Claire?

– Idź sobie! – krzyknęła. – Nie chcę z tobą rozmawiać! – Gramofon grał dalej. Yardbirds, na cały regulator.

Mama wróciła po jakiejś godzinie – dość długa wizyta, zważywszy, że podobno poszła tam tylko zanieść jedzenie – i choć byliśmy wtedy z Terrym w salonie, gdzie oglądaliśmy telewizję i toczyliśmy bój o najlepsze miejsce na kanapie (pośrodku, gdzie sprężyny nie kłuły w tyłek), ledwo nas zauważyła. Con był na górze, grał na gitarze, którą dostał na urodziny. I śpiewał.

W pierwszą niedzielę po Święcie Dziękczynienia na ambonie ponownie stanął David Thomas z Kościoła kongregacjonalnego w Gates Falls. Ławy także i tym razem się zapełniły, może dlatego, że ludzie byli ciekawi, czy zjawi się wielebny Jacobs i zacznie wygadywać kolejne herezje. Gdyby spróbował, jestem pewien, że zamknęliby mu usta, zanim zdołałby się rozkręcić, może nawet wynieśliby go z kościoła. Jankesi traktują religię poważnie.

Nazajutrz, w poniedziałek, wróciłem ze szkoły biegiem, nie spacerkiem jak zwykle. Miałem pewien pomysł i chciałem zdążyć do domu przed przyjazdem autobusu szkolnego. Kiedy się wreszcie zjawił, złapałem Cona i zaciągnąłem go na podwórko.

– A ciebie co ugryzło? – spytał.

– Musisz pójść ze mną na plebanię – powiedziałem. – Wielebny Jacobs niedługo wyjeżdża, może już jutro, i powinniśmy się z nim przedtem zobaczyć. Powiedzieć mu, że nadal go lubimy.

Oderwał się ode mnie i otrzepał swoją koszulkę Ivy League, jakby w obawie, że przeszły na niego moje pchły.

– Zwariowałeś? Ani myślę. Powiedział, że nie ma Boga.

– Ale naelektryzował ci gardło i przywrócił głos.

Con niepewnie wzruszył ramionami.

– Głos wróciłby sam z siebie. Tak powiedział doktor Renault.

– Powiedział, że wróci za tydzień lub dwa. To było w lutym. A w kwietniu ciągle nie mogłeś mówić. Po dwóch miesiącach.

– No i co? Trochę się to przeciągnęło i tyle.

Nie wierzyłem własnym uszom.

– Co, cykor cię obleciał?

– Powtórz to, a dam ci w zęby.

– Może mu chociaż podziękujesz?

Patrzył na mnie z zaciśniętymi ustami i czerwonymi policzkami.

– Nie wolno nam się z nim widywać, mama i tata zabronili. To wariat i pewnie pijak jak jego żona.

Zaniemówiłem. W moich oczach zalśniły łzy. Łzy wściekłości, nie smutku.

– Poza tym – powiedział Con – muszę przynieść drewna, zanim tata wróci, bo będę miał przerąbane. Dlatego skończ tę gadkę, Jamie.

Zostawił mnie i poszedł. Mój brat, który wyrósł na jednego z najwybitniejszych astronomów na świecie – w 2011 roku odkrył czwartą planetę leżącą w tak zwanej strefie Złotowłosej, zapewniającej warunki sprzyjające rozwojowi życia – zostawił mnie i poszedł. I nigdy więcej nawet słowem nie wspomniał o Charlesie Jacobsie.

Nazajutrz, we wtorek, znów pobiegłem drogą numer 9, jak tylko wyszedłem ze szkoły. Ale nie wybierałem się do domu.

Przed plebanią stał nowy samochód. No, właściwie nie nowy; ford fairlane rocznik 1958 z rdzewiejącymi progami i pękniętą szybą od strony pasażera. Klapa bagażnika była podniesiona. Zajrzałem do środka. Zobaczyłem dwie walizki i masywny aparat elektroniczny, który wielebny Jacobs pokazał na jednym z czwartkowych spotkań – oscyloskop. Jacobs był w swoim warsztacie. Z wnętrza dochodziły jakieś hałasy.

Stałem przy jego nowym-starym samochodzie i myślałem o belvedere, z którego został tylko wypalony wrak. Korciło mnie, żeby zrobić w tył zwrot i nawiać do domu. Ciekawe, czy moje życie dziś wyglądałoby inaczej, gdybym to zrobił. Ciekawe, czy teraz pisałbym te słowa. No ale tego nigdy się nie dowiemy, prawda? Święty Paweł miał całkowitą rację co do tego mętnego zwierciadła. Patrzymy w nie całe życie i nie widzimy nic oprócz własnego odbicia.

Zebrałem całą odwagę i poszedłem do szopy. Jacobs chował elektroniczne urządzenia do drewnianej skrzyni wyściełanej wielkimi arkuszami zmiętego brązowego papieru. Zrazu mnie nie zauważył. Był w dżinsach i prostej białej koszuli. Koloratka zniknęła. Dzieci z reguły nie dostrzegają zmian zachodzących w dorosłych, ale poznałem, że schudł. Stał w snopie światła słonecznego i kiedy w końcu mnie usłyszał, podniósł głowę. Przybyło mu zmarszczek na twarzy, ale zniknęły, gdy uśmiechnął się na mój widok. Ten uśmiech był tak smutny, że ugodził mnie prosto w serce jak strzała.

Bez namysłu pobiegłem do niego. Rozłożył ramiona, podniósł mnie z ziemi i pocałował w policzek.

– Jamie! – krzyknął. – Tyś jest Alfa i Omega!

– Hę?

– Apokalipsa, rozdział pierwszy, werset ósmy. „Jam jest Alfa i Omega”, czyli początek i koniec. Ciebie pierwszego poznałem po przyjeździe do Harlow i ciebie ostatniego widzę przed wyjazdem. Tak bardzo, bardzo się cieszę, że przyszedłeś.

Popłakałem się. Nie chciałem, ale nie mogłem się powstrzymać.

– Przepraszam, wielebny. Przepraszam za wszystko. Wtedy w kościele wielebny miał rację, to nie fair.

Pocałował mnie w drugi policzek i postawił na ziemi.

– Zdaje się, że nie całkiem tak to ująłem, ale rzeczywiście, taki był ogólny sens. Nie że powinieneś poważnie traktować to, co wtedy mówiłem; nie byłem przy zdrowych zmysłach. Twoja matka to odgadła. Tak powiedziała, kiedy przyniosła mi ten smakowity posiłek na Święto Dziękczynienia. I życzyła mi wszystkiego najlepszego.

Słysząc to, poczułem się trochę lepiej.

– Dała mi też dobrą radę: żebym pojechał daleko od Harlow i zaczął od nowa. Powiedziała, że może w nowym miejscu odzyskam wiarę. Mocno w to wątpię, ale co do wyjazdu miała rację.

– Nigdy więcej wielebnego nie zobaczę.

– Nie mów tak, Jamie. Nigdy. Ludzkie ścieżki nieustannie się krzyżują na tym naszym świecie, czasem w najdziwniejszych sytuacjach. – Wyjął z tylnej kieszeni chusteczkę i wytarł łzy z mojej twarzy. – Tak czy inaczej, będę cię pamiętał. Mam nadzieję, że czasem o mnie pomyślisz.

– Na pewno. – I dorzuciłem ten stary tekst: – Jak amen w pacierzu.

Wrócił do stołu roboczego, teraz smętnie nagiego, i spakował ostatnie rzeczy – dwie duże kwadratowe baterie, które nazywał „suchymi ogniwami”. Zamknął wieko skrzyni i zaczął ją przewiązywać dwoma kawałkami solidnego sznura.

– Connie chciał przyjść ze mną i wielebnemu podziękować, ale ma dzisiaj… hm… trening piłki nożnej, zdaje się.

– Nie ma sprawy. Wątpię, czy tak naprawdę cokolwiek mi zawdzięcza.

Byłem w szoku.

– Na litość boską, przecież wielebny przywrócił mu głos! Swoim wynalazkiem!

– Ach, tak. Moim wynalazkiem. – Zawiązał drugi kawałek sznura i mocno zadzierzgnął. Rękawy koszuli miał podwinięte i zobaczyłem imponujące muskuły. Nigdy wcześniej ich nie zauważyłem. – Elektrycznym Stymulatorem Nerwów.

– Powinien wielebny go sprzedawać! Zbiłby wielebny fortunę!

Położył łokieć na skrzyni, wsparł głowę na dłoni i wbił we mnie wzrok.

– Tak myślisz?

– Tak!

– Głęboko w to wątpię. I nie sądzę, żeby to mój stymulator przywrócił głos twojemu bratu. Widzisz, zmontowałem go tego samego dnia, kiedy przyszliście. – Zaśmiał się. – Zasilany był malutkim japońskim silniczkiem z zabawkowego robota Morriego.

– Naprawdę?

– Naprawdę. Idea jest słuszna, o tym jestem przekonany, ale takie prototypy składane naprędce, bez eksperymentów weryfikujących każdy kolejny krok, bardzo rzadko działają. A mimo to sądziłem, że szansa istnieje, bo nigdy nie wątpiłem w trafność pierwotnej diagnozy doktora Renault. To był naciągnięty nerw, nic więcej.

 

– Ale…

Dźwignął skrzynię. Mięśnie ramion wybrzuszyły się, pod skórą zarysowały się żyły.

– Chodź ze mną, mały.

Poszedłem za nim do samochodu. Postawił skrzynię obok tylnego zderzaka, zajrzał do bagażnika i stwierdził, że będzie musiał przenieść walizki na tylne siedzenie.

– Mógłbyś wziąć tę małą, Jamie? Nie jest ciężka. W daleką podróż najlepiej brać jak najmniej bagażu.

– Dokąd wielebny pojedzie?

– Nie mam pojęcia, ale myślę, że dowiem się, kiedy tam dotrę. O ile ten gruchot się nie zepsuje. Spala tyle ropy, że niedługo jej w Teksasie zabraknie.

Przenieśliśmy walizki na tylne siedzenie forda, po czym wielebny Jacobs dźwignął dużą skrzynię i stękając z wysiłku, włożył ją do bagażnika. Zatrzasnął klapę i oparł się o nią, wpatrzony we mnie.

– Masz wspaniałą rodzinę, Jamie. Rodzice poświęcają wam wiele uwagi. Gdybym ich poprosił, żeby opisali ciebie i twoje rodzeństwo, idę o zakład, że powiedzieliby, iż Claire wam matkuje, Andy się rządzi…

– O rany, i to jak!

Uśmiechnął się szeroko.

– W każdej rodzinie trafia się taki rodzynek, chłopie. Terry’ego nazwaliby majster-klepką, a ciebie marzycielem. A co powiedzieliby o Conie?

– Że jest uczonym. Albo może folkowcem, odkąd ma gitarę.

– Być może, ale założę się, że nie to najpierw przyszłoby im do głowy. Przyjrzałeś się kiedyś paznokciom Cona?

Zaśmiałem się.

– Obgryza je jak szalony! Raz tata obiecał mu dolara, jeśli na tydzień przestanie, ale Con nie dał rady!

– Jest nerwusem, Jamie… tak powiedzieliby twoi rodzice, gdyby mieli być zupełnie szczerzy. Tym, który do czterdziestki nabawi się wrzodów żołądka. Kiedy dostał w szyję kijkiem od nart i stracił głos, zaczął się martwić, że go nie odzyska. I gdy głos nie wracał, wmówił sobie, że nie wróci nigdy.

– Doktor Renault powiedział…

– Renault to dobry lekarz. Sumienny. Przyjechał tu migiem, kiedy Morrie zachorował na odrę, i potem, jak Patsy miała… cóż, kobiece problemy. Zajął się obojgiem jak fachowiec. Sęk w tym, że nie emanuje pewnością siebie, jaka cechuje najlepszych lekarzy rodzinnych. Nie potrafi powiedzieć z taką charakterystyczną manierą: „Phi, to drobiazg, raz-dwa wrócisz do zdrowia”.

– Przecież tak powiedział!

– Owszem, ale Conrada nie przekonał, bo nie jest przekonujący. Potrafi leczyć ciało, ale umysł? Nieszczególnie. A leczenie to proces, który w pewnej, może nawet w głównej części dokonuje się w głowie. Con pomyślał: Okłamuje mnie, żebym mógł się przyzwyczaić do bycia niemową. Potem powie mi prawdę. Tak twój brat jest skonstruowany, Jamie. Żyje nerwami, a umysł takich ludzi często się zwraca przeciwko nim.

– Nie chciał dziś ze mną przyjść – powiedziałem. – Skłamałem.

– Tak? – Jacobs nie wydawał się zaskoczony.

– Tak. Prosiłem, ale się bał.

– Nie miej mu tego za złe – powiedział Jacobs. – Lękliwi ludzie żyją we własnym piekle. Można rzec, że sami je sobie tworzą… tak jak Con sam sobie wmówił, że nie odzyska głosu. Ale to coś poza ich kontrolą. Tak są skonstruowani. Należy im się wyrozumiałość i współczucie.

Odwrócił się do plebanii, która już wyglądała na opuszczoną, i westchnął. Znów spojrzał na mnie.

– Może stymulator rzeczywiście coś zrobił, ale szczerze w to wątpię. Jamie, sądzę, że zwiodłem twojego brata. Nabrałem go, inaczej mówiąc. To umiejętność, której uczą na teologii, chociaż nazywają ją „rozniecaniem wiary”. Zawsze byłem w tym dobry, co budzi mój wstyd i radość jednocześnie. Powiedziałem twojemu bratu, żeby spodziewał się cudu, po czym puściłem prąd i włączyłem ten mój pożal się Boże wynalazek. Jak tylko zobaczyłem jego drgające usta i trzepoczące powieki, wiedziałem, że będzie dobrze.

– To było niesamowite!

– Fakt. I dość podłe.

– Hę?

– Mniejsza z tym. Teraz najważniejsze, żebyś nigdy mu nic nie powiedział. Zapewne nie straciłby znów głosu, ale kto wie. – Zerknął na zegarek. – Wiesz co? Pora kończyć tę naradę wojenną, jeśli mam dotrzeć do Portsmouth przed nocą. A ty lepiej wracaj do domu. Twoja dzisiejsza wizyta u mnie pozostanie jeszcze jedną naszą wspólną tajemnicą, prawda?

– Tak.

– Nie przechodziłeś chyba obok domu Babuni?

Przewróciłem oczami, jakbym miał go za skończonego głupka, i Jacobs znowu się zaśmiał. Byłem zachwycony, że pomimo tego, co się wydarzyło, potrafiłem go rozśmieszyć.

– Szedłem na skróty przez pole Marstellara.

– Zuch.

Nie chciałem iść i nie chciałem, żeby wyjechał.

– Mogę jeszcze o coś zapytać?

– Dobrze, byle szybko.

– Kiedy wielebny wygłaszał swoje… hm… – Nie chciałem użyć słowa „kazanie”, wydawało się jakoś niebezpieczne. – Wtedy, w kościele, wielebny powiedział, że piorun ma dwadzieścia siedem tysięcy stopni. To prawda?

Jego twarz rozpaliła się jak tylko w tych chwilach, kiedy mówił o elektryczności. Wsiadał na swojego konika, jak powiedziałaby Claire. Mój tata nazwałby to jego obsesją.

– Całkowita prawda. Pomijając trzęsienia ziemi i tsunami, piorun to najpotężniejsza siła w przyrodzie. Potężniejsza od tornado i dużo potężniejsza od huraganu. Widziałeś kiedyś piorun uderzający w ziemię?

Potrząsnąłem głową.

– Tylko takie na niebie.

– To piękny widok. Piękny i przerażający. – Podniósł głowę, jakby wypatrując błyskawicy, ale niebo tego popołudnia było błękitne, zasnuwały je tylko białe obłoczki powoli wędrujące na południowy zachód. – Gdybyś kiedyś chciał zobaczyć piorun z bliska… znasz Longmeadow, prawda?

Pewnie, że znałem. W połowie drogi do ośrodka wypoczynkowego na Koziej Górze znajdował się park publiczny, utrzymywany przez władze stanu. To właśnie było Longmeadow. Widok z niego sięgał na wiele kilometrów ku wschodowi. W wyjątkowo pogodne dni można było zobaczyć pustynię Maine, Freeport, a czasem nawet Atlantyk. Koło młodych metodystów każdego sierpnia urządzało w Longmeadow letniego grilla.

– Jak miniesz Longmeadow i pojedziesz dalej – powiedział – dotrzesz do stróżówki ośrodka na Koziej Górze…

– …gdzie wpuszczają tylko członków i zaproszonych gości.

– No właśnie. System klasowy w pełnej krasie. Ale tuż przed stróżówką jest żwirowa droga, która odchodzi w lewo. Każdy może z niej korzystać, bo tamte tereny należą do stanu. Kończy się jakieś pięć kilometrów dalej, przy punkcie widokowym o nazwie Skytop. Nigdy was tam nie zabierałem, bo to niebezpieczne miejsce… granitowe zbocze kończące się sześćsetmetrową przepaścią. Nie ma ogrodzenia, tylko tabliczka z ostrzeżeniem, żeby nie podchodzić do krawędzi. Na szczycie jest sześciometrowy żelazny słup wbity głęboko w skałę. Nie mam pojęcia, kto go postawił i po co, lecz stoi tam od dawien dawna. Powinien być zardzewiały, a nie jest. Wiesz dlaczego?

Pokręciłem głową.

– Bo tak często biją w niego pioruny – rzekł. – Skytop przyciąga pioruny, a ten żelazny drąg to jego punkt centralny.

Patrzył rozmarzonym wzrokiem w stronę Koziej Góry. Jasne, nie była duża w porównaniu z Górami Skalistymi (czy nawet Górami Białymi w New Hampshire), ale wyrastała ponad łagodne wzgórza zachodniego Maine.

– Tam gromy są głośniejsze, Jamie, a chmury bliższe. Na widok tych nadciągających chmur burzowych człowiek czuje się bardzo mały, a kiedy dręczą cię zmartwienia albo wątpliwości, dobrze poczuć się małym. Wiesz, kiedy piorun uderzy, bo chwilę przedtem wszystko jakby wstrzymuje oddech. To takie uczucie, jakby… sam nie wiem… zapłonął ogień, który niczego nie spala. Włosy stają ci dęba, pierś przygniata jakiś ciężar. Czujesz ciarki na skórze. Czekasz i gdy wreszcie nadciąga grom, nie ma huku. Jest trzask, jakby gałęzi pękającej pod ciężarem lodu, tylko sto razy głośniejszy. Potem zapada cisza… i słyszysz „pstryk”, jakby takiego włącznika światła, jakie montowano kiedyś. Po niebie przetacza się grzmot i zaraz uderza piorun. Musisz wtedy zmrużyć oczy, inaczej błysk cię oślepi i nie zobaczysz, jak ten czarny żelazny słup staje się najpierw fioletowobiały, potem czerwony niczym podkowa w kuźni.