Przebudzenie

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Przebudzenie
Przebudzenie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,50  55,60 
Przebudzenie
Audio
Przebudzenie
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
35,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

I poszła do kuchni, zostawiając mnie osłupiałego przy stercie drewna. Gdyby chwilę zaczekała, żebym mógł ochłonąć z zaskoczenia, podzieliłbym się z nią swoim wrażeniem: że wielebny Jacobs był równie zaskoczony jak my.

Nie spodziewał się, że to podziała.

* Pieśni Nadziei i Wiary – Kancjonał Kościoła Metodystycznego, Wydawnictwo „Pielgrzym Polski”, Warszawa 1986, hymn nr 445 (wszystkie przypisy tłumacza).

III

Wypadek – Opowieść mojej mamy – Straszne Kazanie – Pożegnanie

W ciepły i bezchmurny powszedni dzień października 1965 roku Patricia Jacobs usadowiła Morriego Przylepę na przednim siedzeniu plymoutha belvedere, który był ślubnym prezentem od jej rodziców, i wyruszyła do Red & White Market w Gates Falls – „za sprawunkami”, powiedzieliby Jankesi w tamtych czasach.

Cztery i pół kilometra stamtąd George Barton – farmer, zatwardziały kawaler znany w okolicy jako Samotny George – ruszył sprzed domu, ciągnąc za swoim pikapem kopaczkę do ziemniaków. Zamierzał ją zawieźć drogą numer 9 na swoje południowe pole, oddalone o jakieś półtora kilometra. Z kopaczką na holu mógł wyciągnąć najwyżej piętnaście kilometrów na godzinę, więc trzymał się nieutwardzonego pobocza, żeby kierowcy mogli go bezpiecznie wyprzedzać. Samotny George nigdy nie myślał tylko o sobie. Był dobrym farmerem, dobrym sąsiadem, członkiem rady szkoły i diakonem naszego kościoła. Był też, jak oznajmiał ludziom niemal z dumą, „pepileptykiem”. Choć, pospiesznie dodawał, doktor Renault przepisał mu proszki, dzięki którym „prawie wcale” nie dostaje ataków. Nie znaczyło to jednak, że nie dostawał ich nigdy, jak się okazało akurat w czasie, kiedy tego dnia siedział za kierownicą swojego pikapa.

– Pewnie w ogóle nie powinien był prowadzić, może co najwyżej po polu – stwierdził później doktor Renault – ale jak tu prosić kogoś, żeby oddał prawo jazdy? Zwłaszcza że chłopina nie ma ani żony, ani dorosłych dzieci, które mogłyby go zastąpić za kółkiem. Równie dobrze można by go od razu poprosić, żeby sprzedał farmę temu, kto da najwięcej.

Niedługo po tym, jak Patsy i Morrie wyruszyli do Red & White, pani Adele Parker zjechała z Sirois Hill po ostrym, zdradliwym łuku drogi, na którym przez lata zdarzyło się wiele wypadków. Jej samochód toczył się naprzód w ślimaczym tempie, dlatego zdołała – ledwo, ledwo – wyhamować na tyle wcześnie, żeby nie potrącić kobiety, która zataczając się, szła środkiem szosy z przyciśniętym jedną ręką do piersi ociekającym tobołkiem. Patsy Jacobs mogła się posługiwać tylko jedną ręką, bo druga była urwana w łokciu. Po jej twarzy lała się krew. Z głowy, na wysokości barku, zwisał strzęp skóry z zakrwawionymi puklami rozwiewanymi łagodnym jesiennym wiatrem. Prawe oko było na policzku.

– Pomóż mojemu dziecku! – krzyknęła Patsy, kiedy pani Parker zatrzymała swojego starego studebakera i wysiadła.

Za plecami zakrwawionej kobiety z ociekającym tobołkiem leżał przewrócony na dach, płonący belvedere. Wciskała się w niego wgnieciona maska pikapa Samotnego George’a. George siedział z głową na kierownicy. Za jego wozem drogę numer 9 blokowała przewrócona kopaczka do ziemniaków.

– Pomóż mojemu dziecku! – Patsy wyciągnęła tobołek przed siebie.

Adele Parker zobaczyła, że to mały chłopczyk ze zdartą twarzą. Zasłoniła oczy i zaczęła krzyczeć. Gdy spojrzała znowu, Patsy była na klęczkach, jakby się modliła.

Z Sirois Hill zjechał następny pikap i omal nie wpadł na studebakera pani Parker. Kierowcą był Fernald DeWitt, który obiecał tego dnia pomóc George’owi w wykopkach. Wyskoczył z szoferki, przypadł do pani Parker i spojrzał na kobietę klęczącą na jezdni. Potem pobiegł dalej, w stronę miejsca wypadku.

– Gdzie lecisz?! – krzyknęła pani Parker. – Pomóż tej kobiecie!

Fernald, który walczył w marines na Pacyfiku i widział tam straszne rzeczy, nie zatrzymał się, lecz zawołał przez ramię:

– Jej i małemu nie da się pomóc! George’owi może tak.

Nie pomylił się. Patsy umarła długo przed przyjazdem karetki z Castle Rock. Samotny George Barton dożył osiemdziesiątki. I nigdy więcej nie usiadł za kółkiem samochodu.

Powiecie: Skąd możesz to wszystko wiedzieć, Jamie Mortonie? Miałeś wtedy dopiero dziewięć lat.

A jednak to wiem.

W 1976 roku, kiedy moja matka była jeszcze względnie młoda, lekarze wykryli u niej raka jajnika. Studiowałem wtedy na Uniwersytecie Stanu Maine, ale na drugim semestrze drugiego roku wziąłem dziekankę, żeby przy niej być w ostatnich chwilach. Choć dzieci państwa Morton już dziećmi nie były (Con był hen, za horyzontem, na Hawajach i prowadził badania nad pulsarami w obserwatoriach na Mauna Kea), wszyscy przyjechaliśmy do domu, żeby czuwać przy mamie i pomóc tacie, zbyt zdruzgotanemu, by się do czegokolwiek nadawał; snuł się tylko po domu albo chodził na długie spacery po lesie.

Mama chciała dożyć swoich dni w domu, jasno dała to do zrozumienia, i na zmianę karmiliśmy ją, podawaliśmy jej leki czy po prostu przy niej siedzieliśmy. Wtedy zostały z niej już praktycznie same kości i dostawała morfinę, by nie cierpieć. Morfina to dziwna rzecz. Ma to do siebie, że usuwa zahamowania – tę słynną jankeską powściągliwość – których inaczej nie sposób przezwyciężyć. W lutowe popołudnie jakiś tydzień, może dwa przed śmiercią mamy przyszła kolej na mnie, żeby z nią posiedzieć. Tego dnia szalała zamieć, trzymał siarczysty mróz, północny wiatr wył pod okapem, lecz w domu było ciepło. Nawet gorąco. Przypominam, że mój ojciec handlował olejem opałowym, i po tym jednym strasznym roku w połowie lat sześćdziesiątych, kiedy stanął w obliczu bankructwa, interesy szły na tyle dobrze, że stał się dość zamożnym człowiekiem.

– Ściągnij ze mnie koce, Terence – powiedziała mama. – Po co ich tyle? Zaraz się usmażę.

– Mamo, to ja, Jamie. Terry jest z tatą w garażu. – Odwinąłem pojedynczy koc, odsłaniając makabrycznie radosną różową koszulę nocną, która wydawała się pusta w środku. Przez przerzedzone włosy mamy (zupełnie posiwiałe, zanim dostała raka) przeświecała łysina; zęby wystające spod ściągniętych warg wydawały się za duże, wręcz końskie; tylko oczy pozostały takie same. Wciąż były młode i pełne podszytej żalem ciekawości: Co się ze mną dzieje?

– Jamie, Jamie, przecież mówię. Dasz mi procha? Strasznie dziś boli. W życiu nie byłam w gorszym dołku.

– Za kwadrans, mamo. – Właściwie powinna dostać tabletkę za dwie godziny, ale sądziłem, że w tej sytuacji nie ma to już większego znaczenia. Claire zasugerowała nawet, żeby podać jej wszystkie naraz, czym zaszokowała Andy’ego; on jedyny z nas pozostał wierny dość surowym religijnym zasadom wpojonym nam za młodu.

– Chcesz ją posłać do piekła? – spytał.

– Nie poszłaby do piekła, gdybyśmy to my je jej podali – odparła Claire, całkiem roztropnie moim zdaniem. – Przecież to byłoby bez jej wiedzy. – Po czym dodała, niemal łamiąc mi serce, bo to było jedno z ulubionych powiedzonek mamy: – Nie wie, czy jest na nogach, czy na koniu. Już nie.

– Nie zrobisz tego – uciął Andy.

– Nie – westchnęła Claire. Zbliżała się wtedy do trzydziestki i była piękna jak nigdy. Bo wreszcie się zakochała? Jeśli tak, cóż to za gorzka ironia losu. – Brak mi na to odwagi. Mam tylko odwagę pozwolić jej cierpieć.

– Kiedy pójdzie do raju, jej cierpienie będzie tylko jak cień – powiedział Andy, jakby to rozstrzygało sprawę. I pewnie tak sądził.

Wiatr wył, stare szyby w jedynym oknie sypialni brzęczały, a moja matka mówiła:

– Jestem chuda, taka chuda, byłam piękną panną młodą, wszyscy tak mówili, ale dziś Laura Mackenzie jest taka chuda. – Grymas żalu i bólu wygiął jej usta w podkówkę jak na twarzy smutnego klauna.

Miałem posiedzieć z nią jeszcze trzy godziny, zanim zluzuje mnie Terry. Przewidywałem, że część tego czasu mama prześpi, ale w tej chwili nie spała i ogromnie zależało mi na tym, by zająć czymś jej uwagę, sprawić, by nie myślała o tym, jak jej organizm sam się pożera. Uczepiłbym się wszystkiego. Traf chciał, że padło na Charlesa Jacobsa. Spytałem ją, czy nie wie, dokąd wyjechał z Harlow.

– Och, to był straszny czas – powiedziała. – To okropne, co spotkało jego żonę i synka.

– Tak – odparłem. – Wiem.

Moja umierająca matka spojrzała na mnie z przytępioną morfiną pogardą.

– Nic nie wiesz. Nie rozumiesz. To było okropne, bo nikt nie zawinił. Na pewno nie George Barton. Dostał ataku, to wszystko.

Wtedy opowiedziała mi to, co już wam opowiedziałem. Całą historię poznała z ust Adele Parker, która mówiła, że nigdy nie zapomni tej konającej kobiety.

– Ja nie zapomnę czegoś innego – powiedziała mama. – Tego, jak krzyczał w zakładzie Peabody’ego. Nie wiedziałam, że człowiek może wydać taki dźwięk.

Doreen DeWitt, żona Fernalda, zadzwoniła do mojej matki i powiadomiła ją, co się stało. Miała dobry powód, żeby najpierw zwrócić się do Laury Morton.

– Będziesz mu musiała powiedzieć – stwierdziła.

Mama przeraziła się na samą myśl.

– O nie! Nie mogę!

– Musisz – powiedziała Doreen cierpliwie. – Takich wiadomości nie przekazuje się przez telefon, a nie licząc tej starej wrony Myry Harrington, jesteś jego najbliższą sąsiadką.

Moja matka, po morfinie pozbawiona zahamowań, wyznała mi:

– W końcu zebrałam całą odwagę i już miałam iść, ale w drzwiach mnie zawróciło. Musiałam polecieć się wysrać.

Zeszła z naszego wzgórza, przecięła drogę numer 9 i skierowała się na plebanię. Choć tak nie powiedziała, domyślam się, że to był najdłuższy marsz w jej życiu. Zapukała do drzwi, ale nie otwierał, choć słyszała, że w środku gra radio.

– Bo i czemu miałby mnie usłyszeć? – posłała pytanie w sufit. – Za pierwszym razem moje kostki ledwo musnęły drewno.

 

Za drugim razem zapukała głośniej. Otworzył i spojrzał na nią przez siatkę przeciw owadom. W ręku trzymał dużą książkę i mimo upływu lat mama wciąż pamiętała jej tytuł: Protony i neutrony: tajemny świat elektryczności.

– Cześć, Lauro – powiedział. – Wszystko w porządku? Jesteś bardzo blada. Wejdź, wejdź.

Weszła. Spytał, co się stało.

– Zdarzył się straszny wypadek – powiedziała.

Zatroskał się jeszcze bardziej.

– Dickowi czy któremuś z dzieci? Chcesz, żebym z tobą poszedł? Usiądź, Lauro, wyglądasz, jakbyś miała zaraz zemdleć.

– Mojej rodzinie nic się nie stało – powiedziała. – Charles… chodzi o Patsy. I Morriego.

Ostrożnie odłożył wielkie tomiszcze na stolik w korytarzu. Pewnie wtedy zobaczyła tytuł i nie jestem zaskoczony, że go zapamiętała; w takich chwilach widzi się wszystko i wszystko zapamiętuje. Wiem to z własnego doświadczenia. Wolałbym nie wiedzieć.

– W jakim są stanie? – I nie czekając na odpowiedź: – Zabrali ich do Świętego Stefana? Na pewno, tam jest najbliżej. Zawieziesz mnie?

Szpital Świętego Stefana był w Castle Rock, ale oczywiście nie tam ich zabrano.

– Charles, musisz się przygotować na tragiczną wiadomość.

Wziął ją za ramiona – delikatnie, powiedziała, nie mocno, ale kiedy schylił się, żeby zajrzeć jej w twarz, jego niebieskie oczy płonęły.

– W jakim są stanie? Lauro, co z nimi?

Moja mama się rozpłakała.

– Nie żyją, Charles. Tak mi przykro.

Puścił ją i ręce opadły mu do boków.

– Nieprawda – powiedział głosem człowieka stwierdzającego prosty fakt.

– Powinnam była do niego podjechać – wspominała moja matka. – Powinnam była zabrać samochód. Nie pomyślałam. Po prostu poszłam.

– Nieprawda – powtórzył. Odwrócił się od niej i oparł czoło o ścianę. – Nieprawda. – Walnął głową w ścianę tak mocno, że zatrząsł się wiszący w pobliżu obrazek z Jezusem niosącym baranka. – Nieprawda. – Uderzył znowu i obrazek spadł z haczyka.

Wzięła wielebnego Jacobsa za ramię. Zwisało bezwładnie.

– Charles, nie rób tak. – I jakby był jednym z jej dzieci, nie dorosłym mężczyzną: – Przestań, kotku.

– Nie. – Znów uderzył czołem w ścianę. – Nie! – I jeszcze raz. – Nie!

Tym razem chwyciła go obiema rękami i odciągnęła od ściany.

– Przestań! Natychmiast przestań!

Spojrzał na nią oszołomiony. Jego czoło przecinała jaskrawoczerwona pręga.

– Ta jego mina… – powiedziała mi mama dwanaście lat później na łożu śmierci. – Chciałam uciec, ale nie mogłam. Jak człowiek pakuje się w coś takiego, musi to doprowadzić do końca.

– Chodź, pójdziemy do mnie – powiedziała do niego. – Napijesz się whisky Dicka, bo tego ci trzeba, a wiem, że tu nic takiego nie masz…

Zaśmiał się. To był szokujący dźwięk.

– …i potem zawiozę cię do Gates Falls. Są u Peabody’ego.

– U Peabody’ego?

Czekała, aż sam sobie dopowie resztę. Wiedział, czym zajmuje się Peabody. Do tego czasu odprawił dziesiątki pogrzebów.

– Patsy nie mogła umrzeć – powiedział cierpliwym, pouczającym tonem. – Dziś środa. Środa to Dzień Spaghetti, tak mówi Morrie.

– Chodź, Charles. – Wzięła go za rękę i zaciągnęła do drzwi, a potem na piękne jesienne słońce.

Tego ranka obudził się u boku żony i zjadł śniadanie, siedząc naprzeciwko synka. Rozmawiali o tym i o owym, jak zwykle. Nigdy nic nie wiadomo. Każdy dzień może być naszym ostatnim, nigdy nic nie wiadomo.

Kiedy dotarli do drogi numer 9 – zalanej słońcem, cichej, jak prawie zawsze pustej – Jacobs, niczym nasłuchujący pies, przekrzywił głowę w stronę wycia syren dobiegającego z Sirois Hill. Na horyzoncie majaczyła smuga dymu. Spojrzał na moją matkę.

– Morrie też? Jesteś pewna?

– Chodź, Charlie. – („Wtedy jeden jedyny raz tak go nazwałam”, powiedziała mi). – Chodź, stoimy na środku drogi.

Zabrała go do Gates Falls naszym starym fordem. Pojechali przez Castle Rock. Tamtędy było co najmniej trzydzieści kilometrów dalej, ale mama wtedy już trochę ochłonęła z szoku i wróciła jej jasność myśli. Choćby musiała nadłożyć Bóg wie ile drogi, nie zamierzała przejeżdżać koło miejsca wypadku.

Dom pogrzebowy Peabody’ego był na Grand Street. Na podjeździe czekał już szary karawan marki Cadillac, kilka samochodów stało przy krawężniku. Jednym z nich był buick, krążownik szos Reggiego Keltona. Innym, zauważyła z ogromną ulgą, furgonetka z napisem OLEJ OPAŁOWY MORTONA z boku.

Tata i pan Kelton wyszli drzwiami frontowymi, kiedy mama prowadziła wielebnego Jacobsa w stronę budynku. Wtedy już był potulny jak dziecko. Patrzył w górę, wspominała, jakby próbował oszacować, kiedy kolory liści staną się najbardziej intensywne.

Tata wziął Jacobsa w ramiona, wielebny jednak nie odwzajemnił uścisku. Stał z opuszczonymi rękami i patrzył na liście.

– Charlie, tak bardzo ci współczuję – zagrzmiał Kelton. – Wszyscy ci współczujemy.

Wprowadzili go w aż za słodki zapach kwiatów. Z głośników w górze płynęła muzyka organowa, cicha jak szept i z jakiegoś powodu okropna. Myra Harrington – przez wszystkich w West Harlow zwana Babunią – już była na miejscu, pewnie dlatego, że słyszała przez telefon towarzyski rozmowę Doreen z moją mamą. Podsłuchiwanie było jej hobby. Dźwignęła cielsko z kanapy w holu i przygarnęła wielebnego Jacobsa do swojego ogromnego biustu.

– Twoja ukochana żona i ukochany synek! – krzyknęła swoim wysokim, miaukliwym głosem. Mama spojrzała na tatę, oboje się skrzywili. – Cóż, teraz już są w niebie! To jedyna pociecha! Zbawieni krwią Baranka, ukołysani do snu w wiecznych ramionach Ojca Niebieskiego! – Łzy lały się po policzkach Babuni, żłobiąc grubą warstwę różowego pudru.

Wielebny Jacobs pozwolił, żeby się nad nim użaliła. Po minucie–dwóch („Kiedy już zaczynałam myśleć, że zadusi go tymi wielkimi cycami”, powiedziała mi mama) odepchnął Myrę. Nie mocno, ale stanowczo. Odwrócił się do mojego ojca i pana Keltona.

– Chcę ich zobaczyć – powiedział.

– Nie, Charlie, jeszcze nie – odparł pan Kelton. – Poczekaj trochę. Niech pan Peabody doprowadzi ich do porzą…

Jacobs przeszedł przez salę pożegnań, w której jakaś starsza pani w mahoniowej trumnie czekała na swój ostatni występ publiczny. Ruszył dalej korytarzem prowadzącym na tyły. Znał drogę jak mało kto.

Tata i pan Kelton pospieszyli za nim. Mama usiadła, a Babunia, z oczami świecącymi pod chmurą siwych włosów, zajęła miejsce naprzeciwko niej. Wtedy już była stara, po osiemdziesiątce, i kiedy nie odwiedzały jej dziesiątki wnuków i prawnuków, tylko tragedie i skandale w pełni budziły ją do życia.

– Jak to przyjął? – zapytała scenicznym szeptem. – Padłaś z nim na kolana?

– Nie teraz, Myro – powiedziała mama. – Jestem wykończona. Chcę tylko zamknąć oczy i chwilkę odsapnąć.

Odpoczynek jednak nie był jej dany, bo właśnie w tej chwili z zaplecza domu pogrzebowego, gdzie przygotowywano ciała do pochówku, dobiegł przeraźliwy krzyk.

– Brzmiał jak ten wiatr, który dzisiaj wieje, Jamie – powiedziała – tylko sto razy gorzej. – Wreszcie oderwała wzrok od sufitu. Źle, że to zrobiła, bo zobaczyłem cień śmierci przyczajony tuż za blaskiem w jej oczach. – Z początku nie było słów, tylko ten skowyt jak wycie banshee. Samo to może jeszcze jakoś bym zniosła, ale na tym się nie skończyło. „Gdzie jego twarz?!”, krzyknął. „Gdzie twarz mojego synka?!”.

Kto odprawi pogrzeb? To pytanie (w stylu „kto strzyże fryzjera”) mnie dręczyło. Później wszystkiego się dowiedziałem, ale tylko z drugiej ręki; mama zadecydowała, że na pogrzeb pójdą ona, tata, Claire i Con. Dla reszty z nas mogłoby to być zbyt dużym wstrząsem (z pewnością miała w pamięci te mrożące krew w żyłach krzyki na zapleczu zakładu pogrzebowego), Terry i ja zostaliśmy więc w domu pod opieką Andy’ego. Niezbyt mi się to uśmiechało, bo Andy potrafił być wstręciuchem, zwłaszcza pod nieobecność rodziców. Jak na zdeklarowanego chrześcijanina miał zdumiewające upodobanie do robienia pokrzywek i dawania kokosów – tak mocnych, że gwiazdy stawały przed oczami.

W sobotę podwójnego pogrzebu Patsy i Morriego nie było ani pokrzywek, ani kokosów. Andy powiedział, że jeśli rodzice nie wrócą na kolację, zrobi spaghetti z puszki. Tymczasem mieliśmy oglądać telewizję i siedzieć cicho. Sam poszedł na górę i tyleśmy go widzieli. Choć bywał zrzędliwy i rządził się jak szara gęś, lubił Morriego Przylepę jak my wszyscy, no i oczywiście bujał się w Patsy (też jak my wszyscy… z wyjątkiem Cona, którego dziewczyny nie interesowały ani wtedy, ani nigdy później). Może chciał się pomodlić – wejdź do swej izdebki i zamknij drzwi, radzi święty Mateusz – a może tylko w spokoju pomyśleć, spróbować dojść z tym wszystkim do ładu. Do końca życia pozostał zatwardziałym fundamentalistą, śmierć Patsy i Morriego nie zabiła w nim wiary, ale musiała mocno nią zachwiać. Moja wiara wtedy pozostała niewzruszona. Zniszczyło ją dopiero Straszne Kazanie.

Wielebny David Thomas z Kościoła kongregacjonalnego w Gates Falls wygłosił mowę pogrzebową ku czci Patsy i Morriego w naszym kościele i nikogo to nie zbulwersowało, bo, jak stwierdził mój tata: „między kongregacjonalistami i metodystami nie ma za grosz różnicy”.

Wiernych zbulwersowało co innego – decyzja Jacobsa, że nabożeństwo na cmentarzu Willow Grove odprawi Stephen Givens. Givens był pastorem (nie tytułował siebie „wielebnym”) Kościoła sziloickiego, którego członkowie w owym czasie wciąż twardo trzymali się nauk Franka Westona Sandforda, wieszcza apokalipsy, który zachęcał rodziców, by chłostali dzieci za drobne grzeszki (radził im: „Musicie być srogimi nauczycielami w służbie Chrystusa”), i nawet od niemowląt wymagał trzydziestosześciogodzinnych postów.

Kościół sziloicki znacznie się zmienił od śmierci Sandforda (i dziś niewiele go różni od innych wspólnot protestanckich), ale w 1965 roku wciąż krążyła o nim masa starych plotek, dla których pożywką był osobliwy ubiór jego członków i otwarcie przez nich wyrażane przekonanie, że koniec świata nastąpi wkrótce, może już za tydzień. A mimo to okazało się, że nasz Charles Jacobs i ich Stephen Givens od lat spotykali się w Castle Rock przy kawie i byli przyjaciółmi. Po Strasznym Kazaniu niektórzy mówili, że wielebny Jacobs „zaraził się sziloizmem”. Może i tak, ale według mamy i taty (a także Cona i Claire, której słowu ufałem bardziej) podczas krótkiego nabożeństwa nad grobem Givens mówił spokojnie, krzepiąco, taktownie.

– Ani razu nie wspomniał o końcu świata – powiedziała Claire. Pamiętam, jak pięknie wyglądała tego wieczoru w ciemnoniebieskiej sukience (czarnej nie miała) i dorosłych pończochach. Pamiętam też, że prawie nie zjadła kolacji, tylko gmerała w talerzu, aż wszystko się pobełtało i upodobniło do psiej kupy.

– Który fragment Biblii przeczytał? – spytał Andy.

– Z Pierwszego Listu do Koryntian – powiedziała mama. – O tym, że widzimy jakby w zwierciadle, niejasno.

– Dobry wybór – stwierdził mój starszy brat tonem mędrca.

– Jak to zniósł wielebny Jacobs? – spytałem mamę.

– Był… cichy – powiedziała, wyraźnie zatroskana. – Chyba medytował.

– Wcale nie – wtrąciła Claire, odsuwając talerz. – Był zamroczony. Siedział na składanym krześle przy grobie i nawet się nie ruszył, kiedy pan Givens spytał, czy rzuci pierwszą garść ziemi i zmówi z nim błogosławieństwo. Nic, tylko siedział z rękami między kolanami i zwieszoną głową. – Popłakała się. – To jak sen, zły sen.

– Ale w końcu wstał i rzucił tę garść ziemi – powiedział tata, obejmując ją ramieniem. – Po jakimś czasie. Po jednej garści na każdą trumnę. Prawda, misiu?

– Uhm – odparła, płacząc jeszcze głośniej. – Jak ten sziloita wziął go za ręce i praktycznie podniósł z krzesła.

Con w ogóle się nie odzywał i dopiero w tej chwili zauważyłem, że odszedł od stołu. Zobaczyłem go za domem, stojącego przy wiązie, na którym wisiała nasza huśtawka z opony. Oparł głowę o korę i obejmował drzewo rękami. Jego ramiona się trzęsły.

A mimo to, w odróżnieniu od Claire, zjadł kolację. Pamiętam to. Zmiótł wszystko z talerza i poprosił o dokładkę mocnym, wyraźnym głosem.

Następne trzy nabożeństwa niedzielne odprawili zaproszeni przez diakonów kaznodzieje z innych kościołów, ale nie było w tym gronie pastora Givensa. Mimo że na cmentarzu mówił spokojnie, krzepiąco, taktownie, domyślam się, że nie brano go pod uwagę. Oprócz wrodzonej i wpojonej powściągliwości Jankesów cechuje też skłonność do bezrefleksyjnych uprzedzeń na tle religijnym i rasowym. Trzy lata później słyszałem, jak jeden z moich nauczycieli w liceum w Gates Falls powiedział do drugiego tonem oburzonym i zdumionym jednocześnie: „I po co było zabijać wielebnego Kinga? Na litość boską, przecież to był porządny czarnuch!”.

 

Po wypadku odwołano zajęcia koła młodych metodystów. Chyba wszyscy byliśmy z tego zadowoleni – nawet Andy, znany jako Cesarz Ćwiczeń z Biblii. Ani my nie byliśmy gotowi stanąć przed wielebnym Jacobsem, ani on przed nami. Nie znieślibyśmy widoku kącika z zabawkami, w którym Claire i inne dziewczyny zabawiały Morriego (i siebie same). No i kto przygrywałby nam na pianinie? Pewnie znalazłby się ktoś w okolicy, ale Charles Jacobs nie był w stanie szukać chętnych, zresztą to nie byłoby to samo bez blond włosów Patsy kołyszących się z boku na bok, kiedy grała radosne hymny jak We Are Marching to Zion. Teraz te blond włosy były pod ziemią i sztywniały na atłasowej poduszce w ciemności.

Pewnego szarego listopadowego popołudnia, kiedy Terry i ja malowaliśmy na naszych oknach indyki i rogi obfitości – farbą w sprayu, od szablonów – odezwał się telefon. Jeden długi, jeden krótki dzwonek: znak, że to do nas. Mama odebrała, chwilę mówiła, po czym odłożyła słuchawkę i uśmiechnęła się do mnie i Terry’ego.

– To był wielebny Jacobs. W tę niedzielę wygłosi kazanie z okazji Święta Dziękczynienia. To miło, prawda?

Lata później – byłem wtedy w szkole średniej, a Claire przyjechała na wakacje z Uniwersytetu Stanu Massachusetts – spytałem siostrę, czemu nikt go nie powstrzymał. Byliśmy za domem i bujaliśmy starą huśtawką z opony. Nie musiała pytać, kogo mam na myśli; tamto kazanie zostawiło bliznę w nas wszystkich.

– Chyba dlatego, że wydawał się taki rozsądny. Taki… normalny. Zanim do ludzi dotarło, co tak naprawdę mówi, było za późno.

Może i tak, ale pamiętam, że Reggie Kelton i Roy Easterbrook przerwali mu pod koniec, i że wiedziałem, że coś jest nie tak, jeszcze zanim zaczął, bo po czytaniu z Pisma Świętego nie powiedział zwyczajowego „niech Słowo Boże będzie błogosławione”. Nigdy o tym nie zapominał, nawet tego dnia, kiedy go poznałem i pokazał mi małego Elektrycznego Jezusa kroczącego po Jeziorze Pokoju.

Czytanie w dniu Strasznego Kazania było z trzynastego rozdziału Pierwszego Listu do Koryntian, tego samego, po który pastor Givens sięgnął nad dwoma grobami – jednym dużym, jednym małym – na cmentarzu Willow Grove: „Po części bowiem tylko poznajemy i po części prorokujemy. Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe. Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecięce. Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś zobaczymy twarzą w twarz. Teraz poznaję po części, wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany”.

Zamknął dużą Biblię na pulpicie – nie mocno, ale wszyscy usłyszeliśmy głuchy huk. Kościół metodystyczny w West Harlow zapełnił się tej niedzieli, wszystkie ławy były zajęte, ale panowała martwa cisza, nikt nawet nie kasłał. Pamiętam, że modliłem się o to, by jakoś przez to przebrnął; żeby nie zalał się łzami.

Myra Harrington – Babunia – siedziała w pierwszej ławie i choć odwrócona była do mnie plecami, mogłem sobie wyobrazić jej oczy, na poły schowane w żółtawych fałdach tłuszczu, skrzące się żarliwym blaskiem. Moja rodzina była w trzecim rzędzie, jak zawsze. Mama siedziała spokojnie, ale widziałem, że dłońmi w białych rękawiczkach ściskała dużą Biblię w miękkiej oprawie dość mocno, by wygiąć ją w kształt litery U. Claire zeskubała zębami szminkę z ust. Cisza między końcem czytania z Pisma Świętego a początkiem mowy znanej od tej pory w Harlow jako Straszne Kazanie nie mogła trwać dłużej niż pięć, góra dziesięć sekund, ale w moim odczuciu ciągnęła się w nieskończoność. Jacobs pochylał głowę nad wielką Biblią z błyszczącymi złotymi brzegami. Kiedy wreszcie podniósł wzrok, ukazując spokojną, opanowaną twarz, po kościele przeszło zbiorowe westchnienie ulgi.

– To był dla mnie ciężki, burzliwy okres – powiedział. – Właściwie nie muszę wam tego mówić; tworzymy zżytą społeczność, wszyscy się znamy. Służyliście mi pomocą na wszelkie możliwe sposoby i zawsze będę wam za to wdzięczny. Szczególnie pragnę podziękować Laurze Morton, która przekazała mi wiadomość o mojej stracie tak delikatnie, z taką życzliwością i troską.

Kiwnął jej głową. Ona odpowiedziała tym samym, uśmiechnęła się i otarła łzę dłonią w białej rękawiczce.

– Przez czas między tym tragicznym dniem a dzisiejszym porankiem oddawałem się rozmyślaniom i studiom. Chciałbym dodać „i modlitwie”, ale choć raz za razem padałem na kolana, nie czułem obecności Boga, więc rozmyślania i studia musiały wystarczyć.

Cisza w kościele. Wszystkie oczy zwrócone na niego.

– Wybrałem się do biblioteki w Gates Falls w poszukiwaniu „New York Timesa”, ale w zbiorach mają tylko „Weekly Enterprise”, odesłali mnie więc do Castle Rock, gdzie „Times” dostępny jest na mikrofilmach… „szukajcie, a znajdziecie”, powiada nam święty Mateusz i kurczę, miał człowiek rację.

Na te słowa kilku ludzi zaśmiało się cicho, ale szybko umilkli. Nikt nie wiedział, czy to był żart, czy nie.

– Chodziłem tam dzień w dzień, przeglądałem mikrofilmy, aż mnie głowa rozbolała, i pragnę przedstawić wam choć część faktów, które znalazłem.

Z kieszeni czarnej marynarki wyjął kilka fiszek.

– W czerwcu zeszłego roku trzy małe tornada przeszły przez miasteczko May w stanie Oklahoma. Były straty materialne, ale obyło się bez ofiar w ludziach. Mieszkańcy zebrali się w kościele baptystycznym, żeby odśpiewać hymny pochwalne i zmówić modlitwy dziękczynne. Kiedy tam byli, nad May nadciągnęło czwarte tornado, istne monstrum kategorii F5, i zniszczyło kościół. Zginęło czterdzieści jeden osób. Trzydzieści innych było poważnie rannych, w tym dzieci, które straciły ręce i nogi.

Przełożył fiszkę na spód stosiku i spojrzał na następną.

– To być może pamiętacie. W sierpniu zeszłego roku pewien człowiek wypłynął z dwoma synami łódką na jezioro Winnipesaukee. Zabrali swojego psa. Pies wypadł za burtę i obaj chłopcy skoczyli mu na ratunek. Kiedy ojciec zobaczył, że synowie toną, rzucił im się na pomoc, niechcący przewracając łódź. Wszyscy trzej zginęli. Pies dopłynął do brzegu. – Podniósł głowę i, o dziwo, przelotnie się uśmiechnął; jakby słońce nieśmiało wyjrzało przez całun chmur w zimny styczniowy dzień. – Próbowałem ustalić dalsze losy tego psa… czy kobieta, która straciła męża i synów, zatrzymała go, czy uśpiła… ale ta informacja była niedostępna.

Zerknąłem ukradkiem na braci i siostrę. Terry i Con wydawali się tylko zdumieni. Andy pobladł z przerażenia, gniewu albo jednego i drugiego. Trzymał mocno zaciśnięte pięści na kolanach. Claire płakała bezgłośnie.

Następna fiszka.

– Październik ubiegłego roku. Huragan wdarł się na ląd niedaleko Wilmington w Karolinie Północnej i zabił siedemnaście osób. Wśród ofiar było sześcioro dzieci z przykościelnego żłobka. Siódme zaginęło. Jego ciało znaleziono tydzień później na drzewie.

Następna.

– Teraz parę słów o rodzinie misjonarzy, którzy nieśli żywność, leki i Dobrą Nowinę ubogim w dawnym Kongu Belgijskim, dziś znanym jako, zdaje się, Zair. Było ich pięcioro. Zostali zamordowani. Choć autor artykułu nie napisał tego wprost… jak wiecie, „New York Times” zamieszcza tylko wiadomości, które nadają się do druku… to sugerował, że zabójcy mogli wykazywać skłonności ludożercze.

Rozległ się szmer dezaprobaty, ogniskujący się wokół Reggiego Keltona. Słysząc to, Jacobs uniósł dłoń w geście błogosławieństwa.

– Nie muszę wchodzić w dalsze szczegóły, wyliczać pożarów, powodzi, trzęsień ziemi, zamieszek, morderstw, choć mógłbym. Na świecie takich zdarzeń jest bez liku. A mimo to lektura tych wszystkich artykułów przyniosła mi pewną pociechę, dowodzą one bowiem, że nie jestem osamotniony w moim cierpieniu. Pociecha to jednak dość marna, bo gdy ludzie giną w takich okolicznościach… jak moja żona i syn… ich śmierć wydaje się okrutna i niezrozumiała. Chrystus wstąpił do nieba w swoim ciele, powiada Pismo Święte, ale my, nieszczęśni śmiertelnicy, tu, na tym padole, aż za często zostajemy sami z ohydnymi kupami zmasakrowanego mięsa i tym nieustannie huczącym w głowie pytaniem: Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?