Przebudzenie

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Przebudzenie
Przebudzenie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,50  55,60 
Przebudzenie
Audio
Przebudzenie
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
35,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Mógłbyś urządzić tu swoim żołnierzom niezłą bitwę, co?

– Uhm. – Pomyślałem, że mógłbym tam stoczyć całą wojnę.

Skinął głową.

– Ale nic z tego, bo nad Jeziorem Pokoju wszyscy żyją w zgodzie i wojny są zakazane. Pod tym względem jest tu jak w niebie. Zamierzam przenieść to do piwnicy kościoła, jak tylko ruszy koło młodych metodystów. Może ty i twoi bracia byście mi pomogli? Myślę, że dzieciom to się spodoba.

– Na pewno! – powiedziałem, po czym dodałem coś, co mawiał mój tata: – Jak amen w pacierzu!

Zaśmiał się i klepnął mnie w ramię.

– A teraz chcesz zobaczyć cud?

– Chyba tak – powiedziałem. Właściwie nie byłem pewien, czy tego chcę. Bałem się, że to będzie coś strasznego. Nagle uświadomiłem sobie, że jesteśmy sami w starym garażu, w którym nie ma samochodu, w zatęchłej norze. Drzwi na świat zewnętrzny wciąż były otwarte, lecz wydawało się, że są o kilometr ode mnie. Jasne, lubiłem wielebnego Jacobsa, ale w tej chwili zacząłem żałować, że nie zostałem w domu, gdzie mógłbym sobie spokojnie malować kredkami i czekać, czy mama wygra elektroluks i wreszcie przechyli na swoją stronę szalę nieustającego boju z letnim kurzem.

Wtedy wielebny Jacobs powoli przesunął dłonią nad Jeziorem Pokoju i zapomniałem o swoich obawach. Spod prowizorycznego stołu dobiegło ciche buczenie podobne do dźwięku, jaki wydawał nasz telewizor Philco, kiedy się nagrzewał, i wszystkie małe latarnie się zapaliły. Świecąc jasnym białym światłem, prawie zbyt jasnym, żeby na nie patrzeć, rozsnuły magiczną księżycową poświatę po zielonych wzgórzach i błękitnej wodzie. Nawet plastikowe krowy i owce nabrały bardziej realistycznego wyglądu, może dlatego, że teraz rzucały cienie.

– O rety, jak wielebny to zrobił?

Uśmiechnął się szeroko.

– Sprytna sztuczka, co? „Bóg rzekł: »Niechaj się stanie światłość!«. I stała się światłość. Bóg, widząc, że światłość jest dobra, oddzielił ją od ciemności”. Tylko że ja nie jestem Bogiem, więc muszę polegać na elektryczności. Elektryczność jest wspaniała, Jamie. To dar od Boga, coś, dzięki czemu sami czujemy się jak bogowie, ilekroć pstrykamy włącznikiem, nie sądzisz?

– Może i tak – powiedziałem. – Mój dziadek Amos pamięta czasy, kiedy w ogóle nie było prądu.

– On i wielu innych, lecz wkrótce to pokolenie odejdzie… a potem już nikt nie będzie sobie zaprzątał głowy tym, jak wielkim cudem jest elektryczność. I jak wielką tajemnicą. Mamy jakie takie pojęcie o tym, jak działa, ale wiedzieć, jak coś działa, a wiedzieć, co to jest, to dwie zupełnie różne sprawy.

– Jak wielebny zapalił te latarnie? – spytałem.

Wskazał półkę za stołem.

– Widzisz to małe czerwone światełko?

– Uhm.

– To ogniwo fotoelektryczne. Można takie kupić, ale akurat to zrobiłem sam. Wysyła niewidzialny promień. Kiedy go przerywam, światła wokół Jeziora Pokoju się zapalają. Jak zrobię to znowu… o tak… – Przesunął dłonią nad pejzażem. Latarnie przygasły, zapełgały słabo i nad Jeziorem Pokoju zapadła ciemność. – Widzisz?

– Fajowo – szepnąłem.

– Sam spróbuj.

Podniosłem rękę. Początkowo nic się nie działo, ale kiedy stanąłem na palcach, moja dłoń przerwała promień. Pod stołem znów zabuczało i latarnie się zapaliły.

– Udało się!

– Jak amen w pacierzu – powiedział wielebny Jacobs i zwichrzył mi włosy.

– Co tak buczy? Zupełnie jak nasz telewizor.

– Zajrzyj pod stół. Czekaj, zapalę światła, żebyś lepiej widział. – Pstryknął włącznikiem na ścianie i rozbłysły dwie zakurzone żarówki pod sufitem. Nie przegnały zatęchłego smrodu (w tej chwili poczułem jeszcze inny zapach – czegoś gorącego i oleistego), ale trochę rozproszyły mrok.

Schyliłem się – w tym wieku nie musiałem się bardzo schylać – i zajrzałem pod stół. Zobaczyłem przyczepione od spodu dwie, może trzy skrzynki. To one buczały. I wydzielały oleisty zapach.

– Baterie – powiedział wielebny Jacobs. – Też mojej roboty. Elektryczność to moje hobby. I urządzenia elektryczne. – Wyszczerzył się radośnie jak dziecko. – Uwielbiam je. Żonę to do szału doprowadza.

– Moje hobby to walka ze szkopami – stwierdziłem. Po czym, przypominając sobie, że uznał to określenie za trochę obraźliwe, dodałem: – To znaczy z Niemcami.

– Każdy musi mieć jakieś hobby – rzekł wielebny Jacobs. – I każdy musi doświadczyć jednego czy dwóch cudów, choćby po to, by uzyskać dowód, że życie to coś więcej niż tylko długa, mozolna wędrówka od kołyski po grób. Chciałbyś zobaczyć jeszcze jeden, Jamie?

– Pewnie!

W kącie stał drugi stół, zawalony narzędziami, kawałkami drutu, trzema–czterema rozbebeszonymi radiami tranzystorowymi jak te, które mieli Claire i Andy, i normalnymi, kupionymi w sklepie bateriami typu C i D. Była tam też mała drewniana skrzynka. Jacobs wziął ją, przykląkł na jedno kolano, żeby móc spojrzeć mi prosto w oczy, po czym otworzył wieko i wyjął figurkę w białej szacie.

– Wiesz, kto to jest?

Wiedziałem, bo figurka wyglądała prawie tak samo jak moja fluorescencyjna lampka nocna.

– Jezus. Jezus z plecakiem na plecach.

– To nie plecak; to komora na baterie. Zobacz. – Podniósł klapkę komory na zawiasie nie większym od igły. Wewnątrz zobaczyłem coś, co wyglądało jak dwie lśniące dziesięciocentówki pokryte kropelkami lutowia. – Te też sam zrobiłem, bo czegoś tak małego i mocnego nie dostanie się w sklepie. Pewnie mógłbym je opatentować i może kiedyś to zrobię, ale… – Pokręcił głową. – Nieważne.

Zamknął komorę na baterie i podszedł z Jezusem do Jeziora Pokoju.

– Mam nadzieję, że zauważyłeś, jak błękitna jest woda – powiedział.

– Tak! Nie widziałem bardziej błękitnego jeziora!

Skinął głową.

– To cud sam w sobie, można rzec… przynajmniej dopóki nie przyjrzeć się z bliska.

– Hę?

– Tak naprawdę to tylko farba. Czasem skłania mnie to do zadumy, Jamie. Kiedy nie mogę zasnąć. Że wystarczy odrobina farby, by nadać płyciźnie pozory głębi.

Wydawało mi się, że głupio jest myśleć o takich sprawach, ale nic nie powiedziałem. Po chwili jakby oprzytomniał i postawił Jezusa na brzegu jeziora.

– Zamierzam korzystać z tego na spotkaniach młodych metodystów… to taka, jak to nazywamy, pomoc naukowa… ale dam ci mały pokaz przedpremierowy, dobrze?

– Dobrze.

– Oto co czytamy w czternastym rozdziale Ewangelii według świętego Mateusza. Gotów jesteś przyjąć do serca naukę płynącą ze świętego Słowa Bożego, Jamie?

– No… chyba tak – powiedziałem, znowu lekko zaniepokojony.

– Wiem, że tak – stwierdził – bo to, czego się nauczymy w dzieciństwie, zostaje z nami najdłużej. No dobra, zaczynamy, więc słuchaj uważnie. „Zaraz też przynaglił uczniów”… to znaczy, Jezus kazał swoim uczniom… „żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić”… A ty się modlisz, Jamie?

– Tak, co wieczór.

– Grzeczny chłopiec. No dobrze, wracajmy do naszej historii. „Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. Łódź zaś była już sporo stadiów”… to taka miara długości… „sporo stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się, myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. Jezus zaraz przemówił do nich: »Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!«”. To cała opowieść, niech Słowo Boże będzie błogosławione. Dobre, co?

– Chyba tak. A sporo stadiów to jak daleko?

– Jakieś parę kilometrów. Chciałbyś zobaczyć Jezusa kroczącego po Jeziorze Pokoju?

– No jasne!

Włożył rękę pod białą szatę Jezusa i figurka ruszyła. Kiedy weszła na Jezioro Pokoju, nie utonęła, tylko spokojnie sunęła dalej po tafli wody. Po jakichś dwudziestu sekundach dotarła na drugi brzeg. Było tam wzgórze, na które próbowała się wspiąć, ale widziałem, że nic z tego, zaraz fiknie. Wielebny Jacobs złapał ją, zanim się przewróciła. Znów włożył rękę pod szatę Jezusa i go wyłączył.

– Udało się! – powiedziałem. – Kroczył po wodzie!

– Cóż… – Pastor uśmiechał się, ale jego uśmiech nie był wesoły. Usta opadały mu w jednym kąciku. – Tak i nie.

– To znaczy?

– Widzisz miejsce, w którym wszedł do wody?

– Uhm…

– Włóż tam rękę. Sam zobaczysz. Tylko uważaj, żeby nie dotknąć linii wysokiego napięcia, bo płynie nią prawdziwy prąd. Słaby, ale kopnąć kopnie. Zwłaszcza gdybyś miał mokrą rękę.

Ostrożnie zanurzyłem dłoń w miniaturowym jeziorze. Nie sądziłem, by pastor miał mi spłatać psikusa, jak to czasem robili Terry i Con, byłem jednak w obcym miejscu z obcym człowiekiem i całkowitej pewności nie miałem. Woda wydawała się głęboka, ale to było złudzenie wywołane niebieską farbą w zbiorniku i odbiciem świateł w jego powierzchni. Mój palec wszedł tylko do pierwszego stawu.

– Nie, nie tam – powiedział wielebny Jacobs. – Trochę bardziej w prawo. Odróżniasz prawą stronę od lewej?

Odróżniałem. Mama mnie nauczyła: „Prawa ręka to ta, którą piszesz”. Oczywiście Claire i Conowi ta wskazówka by nie pomogła, bo oboje byli, jak mówił mój tata, szmajami.

Poruszyłem ręką i wymacałem coś w wodzie. Coś metalowego, z rowkiem pośrodku.

– Chyba znalazłem – powiedziałem.

– Też mi się tak wydaje. Dotykasz szyny, po której chodzi Jezus.

– To magiczna sztuczka! – powiedziałem. Widziałem iluzjonistów w Ed Sullivan Show, a Con miał zestaw małego magika, który kiedyś dostał na urodziny, chociaż do tej pory zachowały się z niego tylko Fruwające Kule i Znikające Jajo.

– Otóż to.

– Tak samo Jezus poszedł po wodzie do tej łodzi!

 

– Czasem tego właśnie się obawiam – powiedział wielebny Jacobs.

Wydawał się taki smutny i nieobecny duchem, że znów trochę się wystraszyłem, ale jednocześnie było mi go żal. Nie żebym rozumiał, jak w ogóle można się czymkolwiek smucić, kiedy człowiek ma w garażu taki fajowy sztuczny świat z jeziorem.

– To naprawdę dobra sztuczka – powiedziałem i poklepałem go po dłoni.

Wrócił do rzeczywistości i uśmiechnął się do mnie szeroko.

– Masz rację. Chyba po prostu tęsknię za żoną i synkiem. Pewnie dlatego pożyczyłem cię od twojej mamy, Jamie. Ale pora, żebym cię jej oddał.

Na skraju drogi numer 9 znowu wziął mnie za rękę, mimo że nic nie jechało, i nie puścił, dopóki nie weszliśmy na Methodist Hill. Nie miałem nic przeciw temu. Miło było trzymać jego dłoń. Wiedziałem, że pastor się o mnie troszczy.

Pani Jacobs i Morris przyjechali kilka dni później. On był tylko małym szkrabem z pieluchą w majtkach, za to ona była ładna. W sobotę, dzień przed tym, jak wielebny Jacobs po raz pierwszy wszedł na ambonę naszego kościoła, Terry, Con i ja pomogliśmy mu przenieść Jezioro Pokoju do kościelnej piwnicy, w której koło młodych metodystów miało się spotykać w czwartkowe wieczory. Po spuszczeniu wody wyraźnie widać było płytką nieckę jeziora i przecinającą dno szynę z rowkiem.

Wielebny Jacobs kazał Terry’emu i Conowi przysiąc, że nikomu nic nie powiedzą – bo, jak wyjaśnił, nie chciał psuć maluchom wrażeń (wtedy poczułem się duży, co było bardzo przyjemne). Zgodzili się i o ile wiem, żaden się nigdy nie wygadał. Tyle że lampy w piwnicy kościoła świeciły dużo jaśniej od żarówek w garażu plebanii i z bliska każdy mógł zobaczyć, że Jezioro Pokoju to tak naprawdę tylko szeroka kałuża. Szynę też było widać. W Boże Narodzenie wiedzieli już wszyscy.

– Jeden wielki pic – powiedział do mnie Billy Paquette pewnego czwartkowego popołudnia. On i jego brat Ronnie nie znosili czwartkowej szkółki wieczorowej, ale przychodzili, bo matka im kazała. – Jak jeszcze raz to pokaże i opowie tę bajkę o chodzeniu po wodzie, porzygam się.

Chciałem dać mu za to w zęby, ale był ode mnie większy. No i się kumplowaliśmy. Poza tym miał rację.

II

Trzy lata – Głos Conrada – Cud

Wielebny Jacobs został zwolniony z powodu kazania, które wygłosił z ambony dwudziestego pierwszego listopada 1965 roku. Łatwo znalazłem dokładną datę w internecie, bo miałem dobry punkt orientacyjny: pamiętałem, że to była ostatnia niedziela przed Świętem Dziękczynienia. Tydzień później Jacobs zniknął z naszego życia. Wyjechał sam. Patsy i Morrisa – zwanego Morriem Przylepą przez dzieciaki z koła młodych metodystów – już wtedy nie było. Ani plymoutha belvedere, w którym biegi zmieniało się guzikami.

Moje wspomnienia z trzech lat między dniem, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Jezioro Pokoju, a niedzielą Strasznego Kazania są zaskakująco wyraziste, choć zanim zasiadłem do spisywania tej opowieści, powiedziałbym wam, że z tamtych czasów pamiętam niewiele. Kto szczegółowo pamięta, co robił między szóstym a dziewiątym rokiem życia? Pisanie jednak to czynność wspaniała i straszliwa zarazem. Otwiera dostęp do pokładów pamięci, które dotąd pozostawały głęboko ukryte.

Czuję, że mógłbym odłożyć na bok historię, którą postanowiłem opowiedzieć, a zamiast tego zapełnić karty książki – i to niemałej – opisem tamtych lat i tamtego świata, tak różnego od tego, w którym żyję dziś. Pamiętam matkę stojącą w halce przy desce do prasowania, niewiarygodnie piękną w promieniach porannego słońca. Pamiętam mój obwisły na tyłku kostium kąpielowy w brzydkim burozielonym odcieniu i pływanie z braćmi w Stawie Harry’ego. Mówiliśmy sobie nawzajem, że muł na dnie to krowie placki, ale to było tylko błoto (chyba). Pamiętam senne popołudnia w jednoizbowej szkole w West Harlow, to, jak siedzieliśmy na zimowych kurtkach w Kąciku Ortograficznym i tłumaczyliśmy biednemu, głupkowatemu Dicky’emu Osgoodowi, jak się pisze „żyrafa”. Pamiętam nawet, że powiedział: „P-po co mi wie-wiedzieć, j-j-jak to się pi-pisze, skoro nigdy ży-żyrafy nie zo-zo-zobaczę?”.

Pamiętam pajęczynę dróg gruntowych, które przecinały okolicę, pamiętam, jak w przenikliwe kwietniowe chłody na przerwach graliśmy w kulki na szkolnym podwórku, pamiętam szum wiatru w sosnach, kiedy po zmówieniu paciorka leżałem w łóżku i czekałem, aż przyjdzie sen. Pamiętam, jak mój ojciec, w opuszczonej nisko na czoło czapce z napisem OLEJ OPAŁOWY MORTONA nad daszkiem, wychodził z garażu z kluczem francuskim w ręku i krwią ściekającą po umorusanych smarem knykciach. Pamiętam Kena Mackenziego zapowiadającego kreskówki z Popeye’em w programie The Mighty 90 i to, że miałem szlaban na telewizję w popołudnia, kiedy Claire przyprowadzała koleżanki, bo chciały oglądać American Bandstand, żeby zobaczyć, co noszą dziewczyny. Pamiętam zachody słońca czerwone jak krew na knykciach taty, do dziś na ich wspomnienie dostaję dreszczy.

Mam tysiące innych wspomnień, w większości dobrych, ale nie po to usiadłem przy komputerze, żeby założyć różowe okulary i popaść w nostalgię. Wybiórcza pamięć to jeden z głównych grzechów starości i nie mam na nią czasu. Są i złe wspomnienia. Mieszkaliśmy na wsi, a w tamtych czasach życie na wsi było trudne. Pewnie dziś też nie jest łatwe.

Sortownik do ziemniaków wciągnął lewą rękę mojego kolegi Ala Knowlesa i urwał mu trzy palce, zanim pan Knowles zdołał wyłączyć tę oporną, niebezpieczną machinę. Byłem przy tym i pamiętam, jak pasy nagle zalały się czerwienią. Pamiętam krzyk Ala.

Mój tata (wraz z Terrym, jego wiernym, choć mało rozgarniętym akolitą) doprowadził Rakietę Szos do stanu używalności – Boże, jak pięknie, donośnie terkotała, kiedy dodawał gazu! – i świeżo pomalowaną, ozdobioną numerem 19 na bocznych drzwiach, oddał w ręce Duane’a Robichauda, który miał się nią ścigać na torze w Castle Rock. Na pierwszym okrążeniu pierwszego wyścigu bałwan dachował. Samochód był do kasacji. Duane wyszedł z kraksy bez szwanku.

– Pedał gazu musiał się zaciąć – powiedział z tym swoim durnym, szerokim uśmiechem, na co tata stwierdził, że zawinił nie pedał gazu, tylko osioł, który go wciskał.

– Masz nauczkę, żeby nie powierzać Robichaudom niczego cennego – skwitowała mama, a tata schował dłonie tak głęboko do kieszeni, że góra majtek wyszła na wierzch. Może chciał mieć pewność, że ręce nie wymkną mu się spod kontroli i nie powędrują gdzieś, gdzie nie powinny.

Lenny Macintosh, syn listonosza, stracił oko, kiedy schylił się, żeby sprawdzić, dlaczego nie wybuchła petarda, którą wsadził do puszki po ananasach.

Mój brat Conrad stracił głos.

Dlatego owszem – mam też i złe wspomnienia.

W pierwszą niedzielę, kiedy wielebny Jacobs wszedł na ambonę, kościół zapełnił się jak nigdy przez wszystkie lata posługi grubego, siwowłosego, dobrodusznego pana Latoure’a, wygłaszającego z głębi serca płynące, ale mętne kazania i wzruszającego się do łez w każdy Dzień Matki, zwany przez niego Niedzielą Matki (te szczegóły lata później przedstawiła mi mama – sam ledwo pamiętałem pana Latoure’a). Zamiast dwudziestu wiernych było co najmniej cztery razy tyle ludzi i pamiętam, jak ich głosy narastały w czasie Doksologii: „Niech Boga wielbi każdy twór, niech Mu aniołów śpiewa chór”*. Aż dostałem gęsiej skórki. Poza tym pani Jacobs nieźle grała na organach, a jej blond włosy związane prostą czarną wstążką mieniły się barwami w świetle wpadającym przez nasz jedyny witraż.

Kiedy wracaliśmy z kościoła en famille, wzbijając porządnymi niedzielnymi butami małe kłęby kurzu, trzymałem się tuż za rodzicami, więc usłyszałem, jak mama wyraziła swoją aprobatę. I ulgę.

– Bałam się, że skoro jest taki młody i w ogóle, będzie się mądrzył o prawach obywatelskich albo konieczności wstrzymania poboru czy coś – stwierdziła. – A tu proszę, wygłosił porządną naukę opartą na Biblii. Myślę, że ludzie od tej pory będą przychodzić regularnie, nie sądzisz?

– Przez jakiś czas – odparł tata.

– Powiedział magnat branży opałowej. Wielki cynik. – Żartobliwie trzepnęła go w ramię.

Jak się okazało, oboje mieli trochę racji. Frekwencja na nabożeństwach nigdy nie spadła do przeciętnej z czasów pana Latoure’a – co w zimie mogło oznaczać ledwie dwunastu parafian, zbitych w ciasną grupkę, żeby było im cieplej w przewiewnym, ogrzewanym piecykiem na drewno kościele – ale powoli się zmniejszyła do sześćdziesięciu, potem pięćdziesięciu i wreszcie jakichś czterdziestu ludzi. Od tej pory oscylowała wokół tego poziomu niczym igła barometru w zmienny letni dzień. Nikt nie winił za ten exodus kazań pana Jacobsa, które zawsze były zrozumiałe, miłe dla ucha i oparte na Biblii (żadnych kontrowersyjnych komentarzy o rakietach międzykontynentalnych czy Marszach Wolności); wierni się wykruszali i tyle.

– Bóg nie jest tak ważny dla ludzi jak kiedyś – stwierdziła mama któregoś dnia, zawiedziona wyjątkowo niską frekwencją. – Przyjdzie czas, że tego pożałują.

Przez te trzy lata nasze koło młodych metodystów także przeżywało skromny renesans. W czasach pastora Latoure’a w czwartkowe wieczory rzadko przychodziło nas więcej niż kilkunastu, z czego czwórka nosiła nazwisko Morton: Claire, Andy, Con i Terry. Ja, zdaniem rodziców, byłem wtedy za mały, żeby w tych spotkaniach uczestniczyć; Andy niekiedy czochrał mnie pięścią, mówiąc, jaki to ze mnie szczęściarz. Gdy raz zapytałem Terry’ego, jak koło młodych metodystów wyglądało w tamtych czasach, wzruszył ramionami ze znudzeniem.

– Śpiewaliśmy piosenki, robiliśmy różne ćwiczenia zapoznające z Biblią i przysięgaliśmy, że nie tkniemy napojów wyskokowych ani papierosów. Potem Latoure mówił, że mamy kochać nasze matki, że katolicy pójdą do piekła, bo czczą fałszywych bogów, i że Żydzi kochają pieniądze. Aha, i że jak kolega opowie nam świński dowcip, musimy sobie wyobrażać, że Jezus słucha.

Pod nowym kierownictwem frekwencja wzrosła do trzydziestu kilku dzieciaków w wieku od sześciu do siedemnastu lat, co wymusiło zakup dodatkowych składanych krzeseł do kościelnej piwnicy. Głównym magnesem nie był Elektryczny Jezus przechadzający się po Jeziorze Pokoju; on szybko przestał być atrakcją nawet dla mnie. Zdjęcia Ziemi Świętej, które wielebny Jacobs rozwiesił na ścianach, też raczej nie miały z tym wiele wspólnego.

Dużo ważniejsza była młodość i entuzjazm pastora. Nie tylko prawił kazania, ale i organizował rozmaite gry i zajęcia, bo, jak regularnie nam przypominał, Jezus najczęściej nauczał pod gołym niebem, co pokazuje, że chrześcijaństwo to więcej niż tylko kościół. Nadal mieliśmy też ćwiczenia zapoznające z Biblią, tyle że połączone z zabawą w gorące krzesła i bardzo często się zdarzało, że ktoś lądował na podłodze, szukając dziewiątego wersetu czternastego rozdziału Księgi Powtórzonego Prawa czy dwunastego wersetu drugiego rozdziału Pierwszego Listu do Tymoteusza. Śmiechu było co niemiara. Dodatkową atrakcję stanowiło boisko do baseballu, które wielebny wytyczył za kościołem z pomocą Cona i Andy’ego. W niektóre czwartki chłopcy grali w baseball, a dziewczyny nas dopingowały; w inne dziewczyny grały w softball, a chłopcy (zawsze z nadzieją, że część dziewczyn zapomni, że tego dnia ich kolej, i przyjdzie w spódniczkach) kibicowali.

Wielebny Jacobs często wykorzystywał swoje zainteresowanie elektrycznością w czwartkowych „rozmowach z młodzieżą”. Pewnego popołudnia zadzwonił do nas i poprosił Andy’ego, żeby w czwartek przyszedł w swetrze. Kiedy grupa zebrała się w komplecie, wywołał mojego brata na środek sali i powiedział, że chce zademonstrować, jakim ciężarem jest grzech.

– Choć jestem pewien, że ty, Andy, dużo nie nagrzeszyłeś – dodał.

Mój brat uśmiechnął się nerwowo i nie odpowiedział.

– Nie chcę was nastraszyć – zastrzegł wielebny. – Niektórzy pastorzy wierzą w takie metody, ale ja nie. Chodzi tylko o to, żebyście zrozumieli. – Dziś, nauczony doświadczeniem, wiem, że tak zwykle mówi ktoś, kto zaraz wystraszy cię na śmierć.

Nadmuchał kilka baloników i kazał nam sobie wyobrazić, że każdy waży dziesięć kilo. Podniósł pierwszy.

– Ten to kłamstwa – rzekł. Potarł nim energicznie o koszulę i przyłożył go do swetra Andy’ego.

Balonik przylgnął jak przyklejony.

– Ten to kradzież. – Pastor przyczepił drugi balonik do swetra Andy’ego. – Ten to gniew…

Dokładnie nie pamiętam, ale zdaje się, że ostatecznie przyczepił do ręcznie dzierganego swetra w renifery siedem baloników, po jednym na każdy grzech główny.

– W sumie to ponad pięćdziesiąt kilo grzechów – powiedział. – Nie byle jaki ciężar! Kto jednak zmazuje grzechy tego świata?

– Jezus! – posłusznie odpowiedzieliśmy chórem.

 

– Właśnie. Kiedy prosicie Go o przebaczenie, oto co się dzieje. – Wyjął szpilkę i przebił baloniki jeden po drugim, w tym także ten, który się oderwał od swetra i trzeba go było ponownie przyczepić. Zdaje się, że morał z przekłuwaniem baloników zaciekawił nas wszystkich dużo bardziej od pokazu uświęconej elektryczności statycznej.

Jeśli chodzi o tego rodzaju praktyczne zastosowania elektryczności, największe wrażenie zrobił na nas jeden z własnych wynalazków Jacobsa, nazwany przez niego Drabiną Jakuba. Była to metalowa skrzynka mniej więcej wielkości tekturowej szafki, w której mieszkało moje zabawkowe wojsko. Sterczały z niej dwa druty przypominające antenę pokojową. Kiedy wielebny włożył wtyczkę do gniazdka (ten wynalazek działał na prąd z sieci, nie baterie) i pstryknął przełącznikiem z boku, po drutach popełzły długie iskry, tak jasne, że ledwo dało się na nie patrzeć. U szczytu wypiętrzały się i znikały. Gdy Jacobs rozsypał nad urządzeniem jakiś proszek, wspinające się iskry nabrały różnych kolorów. Dziewczyny piały z zachwytu.

Miało to też jakiś podtekst religijny – przynajmniej w zamyśle Charlesa Jacobsa – ale za cholerę nie pamiętam jaki. Może chodziło o coś w związku ze Świętą Trójcą. Kiedy nie mieliśmy przed oczami kolorowych iskier pnących się po Drabinie Jakuba, kiedy nie słyszeliśmy prądu syczącego jak rozeźlony kocur, takie egzotyczne idee przeważnie odchodziły w zapomnienie jak przejściowa gorączka.

A mimo to jeden z miniwykładów pamiętam bardzo wyraźnie. Wielebny Jacobs siedział na odwróconym krześle i patrzył na nas znad oparcia. Jego żona była za nim, na ławce przy pianinie, z rękami skromnie złożonymi na podołku i lekko spuszczoną głową. Może się modliła. Może po prostu była znudzona, podobnie jak duża część jego publiczności; w tym czasie większość młodych metodystów z Harlow zaczynała mieć po uszy elektryczności i wszelkich związanych z nią cudów.

– Dzieci, nauka mówi nam, że elektryczność to ruch naładowanych cząstek zwanych elektronami. Przepływ elektronów powoduje wytwarzanie prądu i im szybszy ich ruch, tym wyższe powstaje napięcie. Tyle nauka. Sęk w tym, że nauka, choć sama w sobie pożyteczna, jest ograniczona. Zawsze dochodzimy do punktu, w którym wiedza się kończy. Czym właściwie są elektrony? Posiadającymi ładunek cząstkami, powiadają naukowcy. No dobrze, niech będzie, ale czym są te cząstki?

Wychylił się do przodu nad oparciem krzesła i utkwił w nas swoje niebieskie oczy (same w tej chwili wydawały się elektryczne).

– Tak naprawdę nikt nie wie! I tu właśnie otwiera się pole dla religii. Elektryczność to jedne z Bożych wrót do nieskończoności.

– Fajniej by było, jakby przyniósł krzesło elektryczne i usmażył kilka białych myszek – prychnął Billy Paquette pewnego wieczoru po błogosławieństwie. – O, to by było ciekawe.

Pomimo częstych (i coraz nudniejszych) wykładów o świętym napięciu elektrycznym, większość z nas chętnie chodziła na czwartkową szkółkę wieczorową. Kiedy wielebny Jacobs nie wsiadał na swojego konika, potrafił wygłaszać żywe, czasem nawet zabawne pogadanki ilustrujące nauki płynące z Pisma Świętego. Mówił o codziennych problemach, z jakimi wszyscy się stykaliśmy, od kłopotów ze szkolnymi łobuzami po pokusę, by zrzynać od innych na klasówkach. Lubiliśmy organizowane przez niego zabawy, lubiliśmy większość zajęć i lubiliśmy też śpiewać, bo pani Jacobs była dobrą pianistką, która nigdy nie przeciągała hymnów.

Zresztą nie tylko hymny znała. Pewnego niezapomnianego wieczoru zagrała trzy piosenki Beatlesów i razem z nią zaśpiewaliśmy From Me to You, She Loves You i I Want to Hold Your Hand. Moja mama twierdziła, że Patsy Jacobs była siedemdziesiąt razy lepszą pianistką od pana Latoure’a, i kiedy młoda pani pastorowa spytała, czy może wydać część środków z tacy na stroiciela fortepianów z Portland, diakoni jednogłośnie przystali na jej prośbę.

– Ale może z Beatlesami skończmy – powiedział pan Kelton, najdłuższy stażem diakon kościoła metodystycznego w Harlow. – Tego dzieci mogą słuchać w radiu. Wolelibyśmy, żebyś pozostała przy bardziej… hm… chrześcijańskich melodiach.

Pani Jacobs przytaknęła cicho, ze skromnie spuszczonymi oczami.

Było coś jeszcze. Charles i Patsy Jacobsowie mieli sex-appeal. Wspomniałem już, że Claire i jej koleżanki szalały za pastorem; większość chłopaków zaś wkrótce zabujała się w jego żonie, bo Patsy Jacobs była piękna. Miała blond włosy, kremową cerę, pełne usta. Connie przypisywał jej czarnoksięskie moce, bo zawsze, kiedy przypadkiem kierowała na niego spojrzenie swoich zielonych, lekko skośnych oczu, z kolan robiła mu się galareta. Ludzie wzięliby ją na języki, gdyby przy takiej urodzie nosiła makijaż obfitszy od dyskretnego muśnięcia ust szminką, ale w wieku dwudziestu trzech lat niczego więcej nie potrzebowała. Młodość była jej makijażem.

W niedziele Patsy ubierała się w porządne, skromne sukienki do kolan albo łydek, mimo że w tych latach kobiety coraz śmielej odsłaniały nogi. Na czwartkowe spotkania koła młodych metodystów wkładała porządne, skromne spodnie i bluzki (z Ship ‘N Shore, według mojej matki). Jednak mamy i babcie zasiadające w kościelnych ławach i tak ją bacznie obserwowały, bo podkreślona tymi porządnymi, skromnymi ciuchami figura była z tych, na których widok koledzy mojego brata czasem przewracali oczami albo potrząsali dłonią, jakby dotknęli płyty kuchenki, którą ktoś zapomniał wyłączyć. Żona pastora grywała z dziewczynami w softball i raz usłyszałem, jak Andy – który miał wtedy prawie czternaście lat – powiedział, że patrzeć, jak biegnie od bazy do bazy, to przeżycie religijne samo w sobie.

Znajdowała czas, żeby przygrywać nam na pianinie w czwartkowe wieczory i uczestniczyć w większości innych zajęć koła młodych metodystów, bo mogła przyprowadzać z sobą synka. Był posłusznym, bezproblemowym dzieckiem. Wszyscy Morriego lubili. Z tego, co pamiętam, lubił go nawet Billy Paquette, ten młody, początkujący ateista. Morrie prawie nigdy nie płakał. Nawet jak się wywracał i obcierał sobie kolana, w najgorszym razie siąkał nosem, a i to tylko dotąd, aż któraś ze starszych dziewczyn brała go na ręce. Kiedy szliśmy na dwór w coś zagrać czy się pobawić, dreptał za chłopakami wszędzie, gdzie mógł, a jak nie nadążał, ruszał za dziewczynami, które opiekowały się nim też podczas studiów nad Biblią i kołysały go w rytm śpiewanych przez nas piosenek – stąd przydomek Morrie Przylepa.

Claire szczególnie za nim przepadała i mam w pamięci wyrazisty obraz – wiem, że na pewno powstały z wielu nakładających się na siebie wspomnień – ich dwojga w kącie, w którym leżały zabawki; Morrie siedzi na swoim krzesełku, Claire klęczy obok i pomaga mu malować kredkami albo układać węża z kamieni domina.

– Chcę mieć czterech takich jak on, kiedy wyjdę za mąż – wyznała raz mojej mamie. Zdaje się, że wtedy już dobijała do siedemnastki i to były jej ostatnie dni w kole młodych metodystów.

– Powodzenia – odparła mama. – W każdym razie mam nadzieję, że twoi będą ładniejsi niż Morrie, misiu.

To było trochę okrutne, ale w sumie prawdziwe. Choć Charles Jacobs był przystojnym mężczyzną, a Patsy Jacobs, co tu dużo mówić, piękną młodą kobietą, Morriego Przylepę los obdarzył urodą nijaką jak tłuczone ziemniaki. Miał idealnie okrągłą twarz, przez co przypominał mi Charliego Browna, i włosy w odcieniu, o którym nie potrafię powiedzieć nic poza tym, że był ciemny. Nie odziedziczył ani niebieskich oczu ojca, ani tych zniewalająco zielonych oczu matki – miał pospolite, brązowe. A mimo to wszystkie dziewczyny go uwielbiały, jakby widziały w nim wzorzec dla dzieci, które same urodzą w ciągu następnych dziesięciu lat, chłopcy zaś traktowali go jak młodszego brata. Był naszą maskotką. Morriem Przylepą.

Pewnego lutowego czwartkowego wieczoru moja czwórka rodzeństwa i ja wróciliśmy z plebanii rumiani od zjazdów na sankach za kościołem (wielebny Jacobs rozwiesił wzdłuż trasy elektryczne lampki). Idąc, śpiewaliśmy na całe gardło I’m Henry the Eighth. Pamiętam, że Andy’emu i Conowi było najweselej, bo na spotkanie przytargali nasz tobogan i wozili na nim Morriego. Usadowiony na poduszce z przodu, wyglądał jak galion na dziobie statku. Nie bał się ani trochę.