Misery

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Misery
Misery
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,70  49,36 
Misery
Audio
Misery
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Stephen King
Misery

Przełożył

Robert P. Lipski


Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Dla Stephanie i Jima Leonardów,

którzy wiedzą dlaczego.

O, tak – oni wiedzą na pewno

Bogini Afryki

Chciałbym w tym miejscu złożyć wyrazy wdzięczności trzem pracownikom służby zdrowia, którzy służyli mi fachową poradą przy pisaniu niniejszej książki. Są to:

Russ Dorr – agent prasowy,

Florence Dorr – dyplomowana pielęgniarka,

Janet Ordway – lekarz medycyny i doktor psychiatrii.

Jak zawsze pomagali mi przy szczegółach, na które zapewne nie zwróciliście uwagi. Jeżeli dostrzeżecie jakiś poważny błąd, jest to tylko i wyłącznie moja wina.

Rzecz jasna narkotyk zwany novrilem nie istnieje, ale jest kilka medykamentów bazujących na kodeinie, zbliżonych do niego pod wieloma względami, a – na nieszczęście – niektóre apteki szpitalne i pracownie farmaceutyczne nie przywiązują dostatecznej wagi do tego, aby podobne środki trzymać pod kluczem i wydawać pod ścisłą kontrolą.

Miejsca i postacie wymienione w tej książce są fikcyjne.

S.K.

Część pierwsza
ANNIE

Kiedy wejrzysz w otchłań,

otchłań wejrzy również w głąb ciebie.

Friedrich Nietzsche

1

umbra brooooom

wrooom umbra broooom

fayunnn

Te dźwięki słychać nawet we mgle.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

2

Ale czasami te dźwięki – jak ból – słabły i pozostawała jedynie mgiełka. Pamiętał ciemność: nieprzenikniony mrok, który trwał przed nadejściem mgiełki. Czy to oznaczało, że robił postępy? Niech stanie się światłość (nawet zamglona), bo światło było dobre. Itp., itd. Czy te dźwięki istniały w ciemności? Nie znał odpowiedzi na żadne z tych pytań. Czy rozsądnie było w ogóle je zadawać? Na to pytanie również nie potrafił odpowiedzieć.

Ból znajdował się gdzieś poniżej poziomu dźwięków. Ból był wschodem słońca i południem jego uszu. To wszystko, co wiedział.

Przez jakiś czas – miał wrażenie, że bardzo długo (jak się okazało, słusznie – odkąd ból i burzliwa mgiełka były jedynymi istniejącymi dla niego rzeczami) – te dźwięki były jedynymi odgłosami zewnętrznej rzeczywistości. Nie miał pojęcia, kim był, gdzie się znajdował, ale w gruncie rzeczy w ogóle go to nie obchodziło. Chciał umrzeć, ale przez skąpaną w bólu mgiełkę, która wypełniała jego umysł jak letnia burzowa chmura, nie wiedział, że tego pragnął.

Po pewnym czasie zdał sobie sprawę, że były też okresy, kiedy nie odczuwał bólu, i powtarzały się one cyklicznie. I po raz pierwszy, odkąd wynurzył się z najgłębszej czerni, która poprzedziła mgiełkę, w jego mózgu pojawiła się myśl, obecna niezależnie od sytuacji, w jakiej się znajdował. Myślał o starym, zarwanym pomoście, z którego został jedynie nagi pal, wystający z piasku na plaży Revere. Jego matka i ojciec zabierali go często na Revere Beach, gdy był dzieckiem, a on zawsze nalegał, żeby rozłożyli koc tak, aby mógł patrzeć na pal, który przypominał mu pojedynczy kieł pogrzebanego potwora. Lubił siedzieć i patrzeć, jak poziom wody podnosi się i przykrywa pal. Potem, wiele godzin później, po zjedzeniu kanapek i sałatki ziemniaczanej, po wypiciu ostatniej kropelki Kool-Aid z olbrzymiego termosu ojca, tuż przed tym, jak matka mówiła, że już czas się zbierać i iść do domu, czubek przegniłego pala ponownie wynurzał się spośród fal – z początku sam czubek, a potem, stopniowo, coraz więcej i więcej. Zanim ich śmieci zostały zebrane i wrzucone do olbrzymiego pojemnika z napisem: ZACHOWAJ CZYSTOŚĆ NA PLAŻY – Paulie zdążył pozbierać swoje zabawki

(Paulie – nazywam się Paulie i dziś mama będzie nacierać mi poparzoną skórę olejkiem Johnson’s Baby – rozmyślał wewnątrz Czaszkogromu, w którym obecnie zamieszkiwał)

i złożyć koc, pal wyłonił się spośród fal na nowo, a jego poczerniałe, śliskie od szlamu boki otaczały płaty gęstej piany. To był przypływ – próbował wyjaśnić mu ojciec – ale on zawsze wiedział, że to był pal. Przypływ pojawiał się i znikał, a pal pozostawał. To było to, czego czasami nie potraficie pojąć. Bez pala nie było przypływu. To wspomnienie krążyło i krążyło jak oszalałe, niczym natrętna mucha. Zastanawiał się, co to mogło oznaczać, ale jego rozmyślania na dłuższy czas przerwały mu odgłosy;

fayuunn

wszystko czerrrrwooone

umbraaaa broooom

Czasami odgłosy milkły. Czasami on sprawiał, że milkły. Jego pierwsze prawdziwe czyste wspomnienie tego teraz, teraz spoza burzliwej mgiełki, dotyczyło zatrzymania akcji płuc – przekonania, że nie może zrobić kolejnego oddechu – i to było w porządku; to było dobre – aczkolwiek niezbyt przyjemne – czuł jeszcze ból, ale nie w takim stopniu jak dotychczas, i cieszył się, że udało mu się wypaść z gry.

Potem poczuł czyjeś usta – usta kobiety, to nie ulegało wątpliwości, mimo iż były zimne i pozbawione uczucia. Jej oddech przez gardło wypełnił jego płuca. Kiedy wargi odsunęły się, po raz pierwszy poczuł zapach swojego strażnika; poczuł ten zapach, kiedy wdychała powietrze do jego płuc, wdzierając się w niego siłą, tak jak mężczyzna mógłby wsunąć część samego siebie do wnętrza niepokornej kobiety – przeraźliwą mieszankę ciasteczek waniliowych, lodów czekoladowych, pieczonego kurczaka i masła orzechowego.

Usłyszał kobiecy głos:

– Oddychaj! Do diabła, oddychaj, Paul!

Usta znów przywarły do jego ust. Strumień powietrza znów wdarł się do jego gardła. Wdarł się do środka niczym podmuch wiatru, który zrywa się po przejeździe mknącego z zawrotną prędkością wagonu metra, wzbijając w powietrze strzępy gazet i opakowania po cukierkach; usta odsunęły się, a on pomyślał: na litość boską, tylko nie próbuj czasem oddychać przez nos – ale nic nie mógł na to poradzić i – och, co za smród – co za smród, o kurwa, CO ZA SMRÓD!

– Oddychaj, do cholery! – wrzasnął niewidzialny głos, a on pomyślał: zrobię, co zechcesz, tylko proszę, nie rób tego więcej, nie zakażaj mnie już więcej, i spróbował, ale zanim zdążył naprawdę zacząć, usta znów przykleiły się do jego warg, usta tak suche i martwe, jak kawałki nasolonej skóry, i ponownie zgwałciły go swym nieświeżym oddechem.

Kiedy tym razem oderwała się od niego, nie pozwolił jej odetchnąć, tylko sam zrobił wydech i wypuścił powietrze z płuc. Wydusił to z siebie.

Czekał, aż jego niewidzialna pierś znów z własnej woli zacznie się wznosić i opadać równomiernie, tak jak to robiła przez całe życie bez jakiejkolwiek pomocy z jego strony. Kiedy tak się nie stało, łapczywie i gwałtownie wciągnął powietrze do płuc i w chwilę później już oddychał normalnie – starając się jak najszybciej pozbyć jej smaku i zapachu, przepełniających jego wnętrze.

Normalne powietrze nigdy nie smakowało mu tak jak teraz. Znów zaczął zapadać się w mgiełkę, ale zanim świat wokół niego zdołał rozpłynąć się w bezkształtną szarość, usłyszał głos kobiety, która mruknęła:

– Ho, ho, to dopiero było zbliżenie.

Nie dość bliskie, pomyślał i usnął.

Śnił o palu i był to sen tak realistyczny, że czuł, iż gdyby tylko wyciągnął rękę, mógłby dotknąć zielonoczarnego, spękanego drewna.

Kiedy powrócił do swego poprzedniego stanu półświadomości, bez trudu zdołał odnaleźć związek między palem a swoją aktualną sytuacją. Ból nie przychodził falami. To była lekcja ze snu, który tak naprawdę stanowił wspomnienie. Tylko wyglądało, że ból pojawiał się i znikał. Był jak pal – czasami ukryty, a czasami widoczny, ale był zawsze. Przez cały czas. Kiedy ból nie dawał mu się we znaki, nie mogąc przedrzeć się poprzez gęstą kurtynę szarych chmur, był za to w głębi duszy wdzięczny i dawał się oszukiwać, ale teraz kiedy już wiedział – nie da się więcej omamić. Ból był tam stale, czekał tylko na dogodną chwilę, aby powrócić. I pal wcale nie był jeden. Były dwa pale. Ból był dwoma palami i właściwie czuł to, zanim większa część jego umysłu zdołała pojąć, iż te połamane pale to jego strzaskane nogi. Ale sporo jeszcze czasu upłynęło, nim w końcu przełamał zaschłą warstewkę śliny, która skleiła jego wargi jak cement, i wychrypiał: – Gdzie ja jestem? – do kobiety, która siedziała przy jego łóżku z książką w ręku. Człowiek, który napisał tę książkę, nazywał się Paul Sheldon, i kiedy zdał sobie sprawę, że to nie kto inny, tylko właśnie on, wcale go to nie zaskoczyło.

– W Sidewinder w Kolorado – odparła, kiedy w końcu zdołał zadać jej pytanie. – Nazywam się Annie Wilkes i jestem...

– Wiem – powiedział. – Jesteś moją najzagorzalszą wielbicielką.

– Tak – przytaknęła z uśmiechem. – Właśnie tym jestem.

3

Ciemność. Potem ból i mgiełka. Następnie świadomość, że choć ból trwał stale, czasami się cofał, i to sprawiało mu ulgę.

 

Pierwsze prawdziwe wspomnienie: zatrzymanie akcji płuc i przywrócenie go siłą do życia przez cuchnący, nieświeży oddech kobiety. Następne prawdziwe wspomnienie: jej palce wsadzające mu coś do ust w regularnych odstępach czasu. Coś jak kapsułki contaca, tylko że nie dostawał wody do popicia, i kiedy rozpuszczały mu się w ustach, czuł przeraźliwą gorycz, przypominającą nieco smak aspiryny. Byłoby nieźle, gdyby mógł wypluć z ust tę gorycz, ale wiedział, że lepiej tego nie robić. Bo gorzki smak powodował przypływ i zakrycie sterczących i potrzaskanych pali

(PALE – to są PALE – są DWA, dobra, dobrze, są dwa, tylko już ciii... cicho sza...)

i ból na chwilę odchodził.

Wszystkie te rzeczy pojawiały się w miarę regularnie, ale już wkrótce, tak jak sam ból, który wcale nie ustawał, tylko był w jakiś sposób erodowany (czy, jak pal z Revere Beach, ulegał erozji – pomyślał – bo nic nie trwa wiecznie, choć dziecko uznałoby tego typu wypowiedzi za czystą herezję), rzeczy z zewnątrz zaczęły uderzać weń coraz bardziej gwałtownie, dopóki świat obiektywny wraz z całą masą wspomnień, doświadczeń i przyzwyczajeń nie ukonstytuował się na nowo. Nazywał się Paul Sheldon i pisał dwojakiego rodzaju powieści – dobre i bestsellery. Był dwukrotnie żonaty i dwa razy się rozwodził. Palił za dużo (być może była to już kwestia przeszłości – niezależnie od tego, jak miałaby się owa przeszłość przedstawiać).

Przydarzyło mu się coś bardzo złego, ale nadal żył. Ciemnoszara chmura zaczęła rozpraszać się coraz szybciej. Minie jeszcze trochę czasu, nim jego najzagorzalsza wielbicielka przyniesie mu starego, rozklekotanego royala z uśmiechniętą, przepastną jamą ust i głosem przypominającym Ducky’ego Daddlesa. Ale Paul już znacznie wcześniej zdał sobie sprawę, że wpakował się w cholerne tarapaty.

4

Ta bardziej przewidująca część jego umysłu zobaczyła ją, zanim zdał sobie sprawę, że ją dostrzegł, i z całą pewnością zrozumiała ją, zanim zdał sobie sprawę, że ją rozumie. No bo niby dlaczego kojarzył sobie z jej osobą wszystko, co najgorsze i najbardziej przerażające? W każdym razie, kiedy weszła do pokoju, przyszły mu na myśl wyryte w kamieniu wizerunki bożków czczonych przez przesądne szczepy afrykańskie w powieściach H. Ridera Haggarda – kamienny monolit i nieuchronność losu.

Wyobrażenie Annie Wilkes jako afrykańskiego bożka, jakby żywcem wyjętego z powieści „Ona” albo „Kopalnie króla Salomona”, było tyleż absurdalne, co dziwnie trafne. Była potężną kobietą, która oprócz tego, iż nieprzyjazne nabrzmienie piersi ukrywała pod stale noszonym, szarym, wełnianym swetrem, zdawała się nie mieć żadnych typowo kobiecych zaokrągleń – krągłych bioder czy piersi; nawet jej łydki, starannie zakrywane długą wełnianą spódnicą, nie były krągłe (wróciła do swojej niewidocznej sypialni, aby włożyć dżinsy, zanim zaczęła się przy nim krzątać). Ciało miała potężne, ale niezbyt hojnie obdarowane przez naturę.

Zbita, zwarta, bardziej kojarzyła się z korkiem ulicznym niż z otwartą, pustą przestrzenią – miejscem upstrzonym lukami i otworami.

Przede wszystkim odniósł niepokojące wrażenie jej twardości – solidarności – jakby nie miała w sobie żył, w których przepływa krew (w ogóle jakichkolwiek narządów wewnętrznych), i jakby twarda, niewzruszona Annie Wilkes została wyciosana od stóp do głów z jakiegoś litego materiału. Z każdą chwilą ogarniało go coraz większe przekonanie, że jej oczy, które zdawały się poruszać, były tylko i wyłącznie namalowane, i nie bardziej ruchliwe niż oczy na portretach w pokoju, śledzące każdy twój ruch. Miał wrażenie, że gdyby ułożył dwa palce w literę V i spróbował włożyć jej do nosa, zagłębiłyby się w nim nie więcej niż na jedną ósmą cala, aż natrafiłyby na twardą (a może lekko uginającą się pod naciskiem) zaporę. Że nawet jej szary sweter i bezkształtne spódnice, jakie nosiła, i wytarte poprzecierane robocze dżinsy, były częścią tego twardego, włóknistego, pozbawionego wnętrza ciała. Dlatego też jego odczucie, że przypominała posąg wyjęty z kart jakiejś egzotycznej powieści przygodowej, wcale nie było tak bardzo zaskakujące. Tak jak posąg emanowała tylko jedno: wrażenie niepewności, zmieniające się z wolna i nieubłaganie w przygnębiający strach. Tak jak posąg pochłaniała wszystko inne.

Nie, chwileczkę, to nie wszystko. Ona dawała coś jeszcze. Dawała mu pigułki, które sprowadzały fale zatapiające pale bólu. Pigułki były przypływem. Annie Wilkes była księżycową obecnością, która wkładała mu je do ust jak towar wyrzucany za burtę dla odciążenia statku i połykany przez fale. Przynosiła mu po dwie pigułki co sześć godzin. Z początku odbierał jej obecność tylko jako parę palców wkładających mu coś do ust (wkrótce nauczył się ssać te palce pomimo ich gorzkiego smaku), potem dostrzegł jej postać w wełnianym swetrze i jednej z pół tuzina spódnic – zwykle z którąś z jego powieści pod pachą. Nocą przychodziła do niego w śmiesznej różowej koszuli nocnej, a jej twarz błyszczała od jakiegoś kremu (bez trudu go rozpoznawał, nawet gdy nie widział tubki, z której go wyciskała – woń lanoliny była dusząca i wyraźna), i budziła go bezceremonialnie z mrocznego, głębokiego snu, z pigułkami trzymanymi w dłoni i ospowatą tarczą księżyca, który zagnieździł się w oknie ponad jednym z jej potężnych ramion. Po jakimś czasie, gdy niepokój stał się zbyt silny, aby mógł go zignorować – zdołał domyślić się, czym go karmiła. To był środek przeciwbólowy z dużą zawartością kodeiny – novril. Powodem, dla którego podawała mu go tak rzadko, nie było jedynie to, iż znajdował się obecnie na diecie złożonej głównie z płynów i galaretek (wcześniej, kiedy był w chmurze, karmiła go dożylnie), ale również to, że novril należał do środków mogących doprowadzić pacjenta do uzależnienia. Innym efektem uzależnienia, chyba poważniejszym, były kłopoty z oddychaniem, jakie mogły wystąpić u wrażliwszych osób. Paul nie zaliczał się do nich, choć był od osiemnastu lat zatwardziałym palaczem, a mimo to przynajmniej raz (być może zdarzyło się to częściej, ale we wszechogarniającej go mgle tego nie pamiętał) płuca odmówiły mu posłuszeństwa.

To właśnie wtedy zrobiła mu sztuczne oddychanie metodą usta-usta. Mógł to, rzecz jasna, być jeden z tych wypadków, które czasami się zdarzają, ale później doszedł do wniosku, że o mało nie umarł, ponieważ omyłkowo zaaplikowała mu zbyt dużą dawkę narkotyku.

Nie znała się na tym, co robiła, tak bardzo, jak w to wierzyła. Była to jedna z tych cech Annie, która naprawdę go przerażała. Odkrył trzy rzeczy niemal jednocześnie – stało się to w dziesięć dni po wynurzeniu się z mrocznej chmury. Po pierwsze, Annie Wilkes dysponowała sporym zapasem novrilu (w rzeczywistości miała również całą masę innych narkotyków). Po drugie, on był uzależniony od novrilu. Po trzecie wreszcie, Annie Wilkes była niebezpieczną wariatką.

5

Ciemność była prologiem bólu i burzowej chmury. Kiedy powiedziała mu, co się z nim stało, zaczął sobie przypominać zdarzenia sprzed ciemności. Było to krótko po tym, jak zadał jej typowe pytanie człowieka, który dopiero co się obudził, i usłyszał w odpowiedzi, że się znajduje w Sidewinder, małym miasteczku w Kolorado. Na dodatek dorzuciła, że przeczytała wszystkie jego osiem powieści przynajmniej dwukrotnie, a jej ulubione – z cyklu „Misery” – po cztery, pięć, a może nawet sześć razy. Chciała tylko, aby mógł pisać je szybciej. Powiedziała, że początkowo nie dowierzała, iż jej pacjent był naprawdę tym Paulem Sheldonem, nawet gdy zajrzała mu do portfela i przejrzała jego dokumenty.

– À propos, gdzie jest teraz mój portfel? – zapytał.

– Schowałam go u siebie – powiedziała. Jej uśmiech zmienił się nagle w grymas czujności, którego nie lubił – to było jak odkrywanie głębokiej szczeliny skrytej w cieniu letnich kwiatów pośrodku radosnej, pogodnej łąki. – Czy myślisz, że mogłabym ci coś ukraść?

– Nie. Oczywiście, że nie. Tylko że...

Tylko że znajduje się w nim cała reszta mojego życia, pomyślał. Moje życie poza murami tego pokoju. Poza bólem. Poza wstęgą czasu, ciągnącą się jak długa, różowa struna gumy do żucia, którą jakiś znudzony dzieciak zaczyna wyciągać z ust. To było, zanim zaczęło się przyjmowanie pigułek.

– Tylko że co, mój drogi panie? – naciskała i z przerażeniem zauważył, że jej spojrzenie staje się coraz groźniejsze. Szczelina rozszerzała się, jakby pod jej brwiami przybierało na sile trzęsienie ziemi. Słyszał niezmienny, jękliwy szum wiatru na zewnątrz i nagle przed jego oczyma pojawiła się wizja tej kobiety, unoszącej go w powietrze i przerzucającej go sobie przez ramię jak worek cementu, a potem wynoszącej go na dwór i rzucającej bezceremonialnie w zaspę. Zamarzłby na śmierć, ale zanimby to nastąpiło, jego nogi dałyby o sobie znać bólem i przeraźliwym krzykiem.

– Chodzi o to, że ojciec zawsze mi powtarzał, bym miał swój portfel na oku – powiedział, dziwiąc się sobie, że to kłamstwo tak gładko przeszło mu przez gardło. Jego ojciec zajmował się wyłącznie własną karierą i nie zwracał uwagi na Paula bardziej, niż musiał, i jeśli Paul dobrze zapamiętał, dał mu w życiu tylko jeden prezent. Na czternaste urodziny dostał od ojca prezerwatywę marki Red Devil, w foliowym opakowaniu. ,,Włóż do portfela – powiedział Roger Sheldon – i w razie czego, jak podczas jakiegoś numerku w kinie dla zmotoryzowanych będziesz zbytnio podniecony, nie omieszkaj tego nałożyć. Na świecie jest już zbyt wielu sukinsynów, a ja nie chcę, aby wzięto cię do wojska w wieku szesnastu lat”.

– Chyba powtarzał mi to tyle razy, że utkwiło mi w głowie na dobre. Jeżeli cię uraziłem, to przepraszam – kontynuował Paul.

Rozluźniła się. Uśmiechnęła. Szczelina się zamknęła. Letnie kwiaty skinęły radośnie raz jeszcze. Pomyślał, że gdyby wyciągnął rękę w kierunku tego uśmiechu, nie natrafiłby na nic prócz jednolitego, nieprzeniknionego mroku.

– Nic się nie stało. Jest w bezpiecznym miejscu. Chwileczkę. Mam coś dla ciebie.

Wyszła i wróciła z parującą miską zupy. Po jej powierzchni pływały jakieś warzywa. Nawet nie przypuszczał, że zje jej tak dużo. Wyglądała na zadowoloną. To właśnie wtedy, kiedy jadł zupę, opowiedziała mu, co się stało, i wszystko sobie przypomniał. W gruncie rzeczy uznał, że dobrze byłoby wiedzieć, dlaczego skończył z połamanymi nogami, ale sposób, w jaki poznał prawdę, był wielce niepokojący – jakby dotyczyło to postaci z jakiejś książki czy sztuki, postaci, której przeszłość w gruncie rzeczy nie jest przeszłością, a jedynie zwykłą fikcją literacką.

Pojechała do Sidewinder samochodem, żeby kupić trochę karmy dla zwierząt, które ma w gospodarstwie, i nieco artykułów spożywczych... oraz aby wpaść do Wilson’s Drug Center i zapytać o nową dostawę książek. Chodziło jej o wydania w miękkiej oprawie. Była środa – prawie dwa tygodnie temu. Dostawy książek są zawsze we wtorki.

– Właśnie myślałam o tobie – powiedziała, wsuwając mu kolejną łyżkę zupy do ust, a potem z wprawą wycierając kąciki ust chusteczką. – Dziwny zbieg okoliczności, prawda? Liczyłam, że „Dziecko Misery” ukaże się koniec końców w paperbacku, ale, niestety, nie miałam szczęścia. Zbierało się na burzę, ale do południa wszystkie stacje meteorologiczne były przekonane, że przejdzie bokiem i przesunie się na południe, w kierunku Nowego Meksyku i Sangre de Cristos.

– Tak – rzekł, przypominając sobie to wszystko. – Powiedzieli, że przejdzie bokiem. Dlatego wybrałem tamtą drogę. – Próbował przesunąć nogi. W odpowiedzi poczuł falę potwornego bólu, przeszywającego całe ciało, i jęknął.

– Nie rób tego – ostrzegła. – Twoje nogi, Paul, nie wydobrzeją, jak będziesz tak nimi przebierał... a ja nie mogę dać ci kolejnej porcji pigułek wcześniej niż za dwie godziny. I tak już dałam ci za dużo.

Dlaczego nie jestem w szpitalu? Było to pytanie, które chciał jej zadać, ale nie wiedział, czy którekolwiek z nich chciało, aby ono padło. W każdym razie jeszcze nie teraz.

– Kiedy poszłam do sklepu z żywnością, Tony Roberts zaproponował mi, żebym lepiej zaczekała u niego, niż próbowała zdążyć wrócić przed burzą, a ja powiedziałam...

– Jak daleko jest stąd do miasta? – zapytał.

– Tak sobie – odparła niejasno, odrywając wzrok od okna. Nastąpiła dziwna chwila ciszy, a Paul przeraził się wyrazem twarzy swojej opiekunki – było to czarne nic, czeluść otwierająca się w poprzek górskiej łąki, czerń, w której nie rosły żadne kwiaty – gdy się w nią wpadło, można było lecieć bardzo długo. Było to oblicze kobiety, która chwilowo zatraciła wszelkie oznaki życia, kobiety, która nie tylko zapomniała o dopiero co opowiadanej historii, ale w ogóle wydawała się wyprana z wszelkich wspomnień. Pewnego razu odwiedził szpital psychiatryczny – przed wieloma laty, kiedy pracował nad „Misery”, pierwszą z czterech powieści, które stały się podstawowym źródłem jego dochodów przez kolejnych osiem lat – i widział tego typu spojrzenia albo raczej ich brak, jak w tym wypadku. Stan ten określano mianem katatonii, lecz nie owo precyzyjne słowo go przerażało – budziło w nim strach raczej nieokreślone porównanie: miał wrażenie, że jej myśli stały się takie same jak jego wyobrażenie o całej reszcie jej ciała – twarde, włókniste, pełne, bez jakichkolwiek luk czy szczelin.

 

Jej twarz z wolna pojaśniała. Zdawać by się mogło, że myśli znów zaczęły napływać do mózgu. Później zrozumiał, że określenie „napływały” nie było w tym wypadku zbyt trafne. Ona nie „napełniała się” jak staw czy przydomowy basen – ona się podładowywała. Tak, ona się podładowuje, jak jakieś niewielkie urządzenie elektryczne – toster albo grzejnik.

– Powiedziałam do Tony’ego: „Burza przejdzie na południe”. – Mówiła z początku wolno, prawie nieskładnie, aż wreszcie złapała rytm i zaczęła mówić normalnie. Mimo to jednak niepokój, jaki się w nim obudził, nie wygasł. Wszystko, co powiedziała, było odrobinę dziwne, troszkę podejrzane. Słuchając Annie, odnosiło się wrażenie, jakby słuchało się płyty puszczonej na niewłaściwych obrotach.

– Tony uważał, że widocznie zmieniła zdanie, ale ja powiedziałam: „Co mi tam, ruszam moim rumakiem w drogę”. Na to on znowu: „Na pani miejscu zostałbym w mieście, pani Wilkes. Mówią przez radio, że zapowiada się niezła śnieżyca i nikt nie jest na to przygotowany”. Ale ja oczywiście musiałam wrócić, oprócz mnie nie ma tu nikogo, kto mógłby nakarmić zwierzęta. Najbliższymi sąsiadami są Roydmanowie, lecz oni mieszkają parę mil stąd. Poza tym Roydmanowie niezbyt mnie lubią.

Przy ostatnich słowach rzuciła mu przenikliwe spojrzenie, a kiedy nie zareagował, stuknęła apodyktycznie łyżką o krawędź miski.

– Już?

– Tak. Najadłem się, dziękuję. Było bardzo dobre. Dużo masz tu zwierzaków?

Bo, pomyślał z rozwagą, jeżeli tak, to znaczy, że musisz mieć tu kogoś do pomocy, na przykład jakiegoś wynajętego faceta. „Pomocnik” było tu właściwym słowem. W każdym razie tak mu się zdawało, gdyż zdążył już zauważyć, że nie miała na palcu obrączki ślubnej.

– Niezbyt dużo – powiedziała. – Pół tuzina kur niosek. Dwie krowy. I Misery.

Zamrugał powiekami.

Roześmiała się.

– Pewno nie przypadnie ci do gustu fakt, że nazwałam maciorę imieniem tak wspaniałej i pięknej kobiety, którą stworzyłeś. Ale tak się właśnie nazywa i nie chciałam cię w ten sposób urazić.

Po chwili namysłu dodała:

– Jest bardzo przyjacielska.

Kobieta zmarszczyła nos i na chwilę stała się świnią, a parę jasnych włosków na jej podbródku dopełniło tego obrazu. Wydała z siebie głośnie kwiknięcie:

– Chrum – chrum, kwiiik – kwiiik!

Paul spojrzał na nią rozszerzonymi oczyma.

Nie zauważyła tego. Znowu pogrążyła się w myślach – jej spojrzenie było zamglone i zadumane. W oczach nie odbijały się świetlne refleksy, ale lampa na nocnym stoliku rozbłysła dwukrotnie i jej blask na krótką chwilę zamieszkał w źrenicach kobiety.

Wreszcie zastartowała na nowo i powiedziała:

– Przejechałam jakieś pięć mil, kiedy zaczęła się śnieżyca. Zaczęła się ostro i gwałtownie – tutaj zawsze tak się dzieje. Jechałam wolno na włączonych światłach i nagle zobaczyłam twój wóz przewrócony w rowie.

Spojrzała na niego z dezaprobatą.

– Nie miałeś włączonych świateł.

– Burza mnie zaskoczyła – odparł, przypominając sobie, jak w drodze złapała go śnieżyca. Zapomniał jednak, że miał trochę w czubie.

– Zatrzymałam się – powiedziała. – Gdyby to było na większej stromiźnie, pewnie bym nie stanęła. Wiem, to niezbyt po chrześcijańsku, ale na drodze leżały już trzy cale śniegu i nawet jak masz dobry wóz z napędem na cztery koła, nie możesz być pewny, że zdołasz ruszyć z miejsca, gdy się już zatrzymasz na dobre. Łatwiej jest sobie powiedzieć: „E, oni na pewno wysiedli i złapali jakąś okazję”. Ale to było na samym szczycie trzeciego ze sporych wzgórz, niedaleko Roydmanów, i tam jest w miarę płasko. No to zatrzymałam wóz i jak tylko wysiadłam, usłyszałam jęk. To byłeś ty, Paul.

Obdarzyła go dziwnym, matczynym uśmiechem.

Wtedy właśnie po raz pierwszy w mózgu Paula Sheldona pojawiła się myśl: wpakowałem się w niezłą kabałę. Ta kobieta ma nierówno pod sufitem.