CHRISTINE

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
CHRISTINE
Christine
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,20  54,56 
Christine
Audio
Christine
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
37 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

„Najlepiej trzymać się stamtąd z daleka, Dennis” – powiedział mi ojciec rok temu, wkrótce po tym, jak kupiłem swojego pierwszego grata i zainwestowałem dwadzieścia dolarów w wynajęcie jednego ze stanowisk w Garażu Darnella, by samodzielnie wymienić gaźnik, co ostatecznie zakończyło się całkowitym niepowodzeniem.

„Najlepiej trzymać się stamtąd z daleka”... A mimo to jechałem tam o zmroku za moim przyjacielem Arniem, widząc na niebie wspomnienie minionego dnia w postaci ciemnokrwistego zabarwienia horyzontu na zachodzie. W blasku reflektorów dostrzegłem wystarczająco dużo porozrzucanych części, wraków i przeróżnych śmieci, żeby poczuć się jeszcze bardziej przygnębionym i zmęczonym niż do tej pory. Uświadomiłem sobie, że nie zadzwoniłem do domu i że rodzice pewnie zachodzą w głowę, gdzie, do diabła, mogłem się podziać.

Arnie podjechał do wielkich drzwi z tabliczką „Proszę zatrąbić”. Przez znajdujące się obok, zarośnięte brudem okienko sączyło się przyćmione światło – ktoś jednak był w domu; z najwyższym trudem powstrzymałem się, żeby się nie wychylić przez okno i nie powiedzieć Arniemu, by na tę noc zostawił samochód przed moim domem. Wyobraziłem sobie, jak wchodzimy do środka i zastajemy Willa Darnella i jego kompanów dokonujących przeglądu skradzionych telewizorów lub przemalowujących transport ukradzionych cadillaców. Twardzi Chłopcy przybyli do Libertyville.

Arnie siedział za kierownicą, nie trąbiąc ani nie wykonując żadnego ruchu; miałem już pójść i zapytać go, o co chodzi, kiedy nagle wysiadł z samochodu i podszedł do mnie. Nawet w gęstniejącej ciemności bez trudu dostrzegłem, jak bardzo jest zażenowany.

– Czy mógłbyś zatrąbić za mnie, Dennis? – zapytał pokornie. – Zdaje się, że klakson Christine nie działa.

– Jasne.

– Dzięki.

Zatrąbiłem dwa razy i po chwili wielkie drzwi powędrowały z klekotem w górę. Ujrzeliśmy Willa Darnella we własnej osobie, z brzuszyskiem przelewającym się nad paskiem spodni. Machnął niecierpliwie na Arniego, żeby wjechał do środka.

Wykręciłem, zaparkowałem samochód przodem do wyjazdu i również wszedłem do garażu.

Wnętrze było obszerne, przypominające ogromną kryptę, i niesamowicie ciche u schyłku dnia. Wzdłuż obu ścian ciągnęło się sześćdziesiąt stanowisk naprawczych, każde wyposażone w przynitowaną do podłogi skrzynię z narzędziami dla majsterkowiczów, którzy mieli rozpadające się samochody, nie mieli natomiast narzędzi. Pod wysokim sufitem krzyżowały się nagie, kojarzące się z rusztowaniem pręty.

Wszędzie było mnóstwo napisów: SKOŃCZENIU PRACY ZGŁOŚ NARZĘDZIA DO PRZEGLĄDU; PODNOŚNIK TRZEBA ZAMAWIAĆ Z WYPRZEDZENIEM; SCHEMATY I PORADNIKI WYŁĄCZNIE DO WGLĄDU; ZABRANIA SIĘ KLĄĆ I BLUŹNIĆ. Wisiało ich tam jeszcze znacznie więcej; gdziekolwiek spojrzałeś, jeden z nich zawsze musiał ci się rzucić w oczy. Will Darnell uwielbiał napisy.

– Boks dwudziesty! – ryknął Darnell do Arniego swoim zirytowanym, astmatycznym głosem. – Zaprowadź go tam i wyłącz, zanim wszyscy się tu podusimy!

To „wszyscy” odnosiło się do grupy mężczyzn siedzących w odległym kącie przy potężnych rozmiarów stole do gry w karty, zaśmieconym chipsami, kartami i butelkami z piwem. Wszyscy przyglądali się nowemu nabytkowi Arniego z różnym natężeniem odrazy lub rozbawienia.

Arnie podjechał do stanowiska numer dwadzieścia, wprowadził tam Christine i wyłączył silnik. W obszernym, kojarzącym się z jaskinią wnętrzu unosiły się obłoki niebieskich spalin.

Darnell odwrócił się do mnie. Miał na sobie przypominającą żagiel białą koszulę i spodnie w kolorze khaki. Fałdy tłuszczu okalały jego kark i wisiały mu pod brodą.

– Jeśli to ty sprzedałeś mu tę kupę gówna, to powinieneś się cholernie wstydzić – powiedział tym samym astmatycznym głosem.

– Nie sprzedałem mu tego. – Z jakiejś absurdalnej przyczyny zacząłem się usprawiedliwiać przed tym połciem tłuszczu tak, jakby był moim ojcem. – Próbowałem nawet wybić mu to z głowy.

– Jakoś za słabo się starałeś.

Ruszył w kierunku boksu numer dwadzieścia, gdzie Arnie właśnie wysiadał ze swego samochodu. Kiedy trzasnął drzwiami, na posadzkę posypał się deszcz rdzy.

Pomimo astmy Darnell poruszał się niemal jak kobieta, z wdziękiem kogoś, kto jest gruby już od bardzo dawna i widzi przed sobą jeszcze wiele lat otyłości. Zaczął się drzeć na Arniego, zanim jeszcze tamten zdążył na niego choćby spojrzeć. Przypuszczam, że Willa Darnella można było określić jako człowieka, który nie pozwolił się pokonać własnym słabościom.

Tak samo jak dzieciaki w szkolnej palarni, jak Ralph na Basin Drive, jak Buddy Repperton (obawiam się, że wkrótce dojdziemy także do niego), poczuł do Arniego natychmiastową niechęć, a raczej wręcz nienawiść.

– Słuchaj no, ostatni raz pozwoliłem ci wjechać tutaj tym zasranym gratem bez węża na rurze wydechowej! – ryknął. – Jak cię jeszcze raz na tym przyłapię, natychmiast stąd wylecisz, rozumiesz?

– Tak – Arnie wyglądał na małego, zmęczonego i pokonanego. Resztki tajemniczej energii, która towarzyszyła mu do tej chwili, zniknęły bez śladu. Bolało mnie serce, kiedy widziałem go w takim stanie. – Ja...

Było to wszystko, co pozwolił mu powiedzieć Darnell.

– Jak chcesz go wypożyczyć, płacisz dwa pięćdziesiąt za godzinę, ale musisz wcześniej to zgłosić. Powiem ci coś jeszcze, młody przyjacielu, i mam nadzieję, że weźmiesz to sobie głęboko do serca: nie daję się nabierać takim szczeniakom jak wy. Ta buda jest dla ludzi, którzy muszą mieć wozy na chodzie, żeby zarobić na chleb dla rodziny, nie dla bogatych gówniarzy szpanujących przed dziewczynami. Poza tym tu się nie pali. Jak chcesz się sztachnąć, możesz wyjść na dwór.

– Ja nie pa...

– Nie przerywaj mi, synu. Nie przerywaj mi i nie staraj się być cwany.

Darnell stał teraz dokładnie naprzeciwko Arniego. Będąc zarówno wyższy, jak i szerszy od mojego przyjaciela, przesłaniał go całkowicie.

Znowu ogarnęła mnie złość. Niemal słyszałem, jak moje ciało jęczy żałośnie, rozkołysane na huśtawce emocji, które zaczęły się wtedy, kiedy zajechaliśmy pod dom LeBaya i zobaczyliśmy na trawniku puste miejsce po tym przeklętym samochodzie.

Dzieci i młodzież należą do klas uciskanych; po kilku latach każdy z nas potrafi wobec takich typów jak Will Darnell zastosować metodę polecaną w „Chacie Wuja Toma”: „Tak, proszę pana, nie, proszę pana, ma pan rację, proszę pana”. Boże, ale tym razem ten typek trochę przesadzał.

Nagle chwyciłem go za ramię.

– Proszę pana...

Odwrócił się do mnie gwałtownie. Przekonałem się po raz kolejny, że im bardziej nie lubię jakiegoś dorosłego, tym łatwiej mi przychodzi zwracać się do niego „proszę pana”.

– Czego?

– Tamci ludzie palą. Może powie im pan, żeby przestali?

Wskazałem siedzących w kącie mężczyzn. Przed chwilą skończyło się nowe rozdanie i nad stołem wisiała chmura papierosowego dymu.

Darnell spojrzał na nich, a potem znowu na mnie. Miał bardzo poważną twarz.

– Chcesz pomóc swojemu kolesiowi, żeby stąd szybciej wyleciał?

– Nie, proszę pana.

– W takim razie zamknij jadaczkę.

Darnell położył mięsiste dłonie na szerokich, dobrze wypchanych biodrach i odwrócił się z powrotem do Arniego.

– Potrafię poznać pętaka, jak tylko go zobaczę, i wydaje mi się, że właśnie teraz na takiego patrzę – powiedział. – Jesteś tu na próbę, chłoptysiu. Podpadnij mi choć raz, to natychmiast wywalę cię na zbity łeb, bez względu na to, za jaki czas zapłaciłeś mi z góry.

Tępa wściekłość wypełzła mi z żołądka i dotarła do głowy, powodując pulsujący ból. W duchu błagałem Arniego, żeby powiedział temu grubemu fiutowi, co może sobie zrobić z tymi groźbami. Oczywiście zaraz potem do sporu włączyliby się kolesie Darnella i najprawdopodobniej obaj zakończylibyśmy ten uroczy wieczór w izbie przyjęć szpitala miejskiego, gdzie założono by nam niezbędną liczbę szwów... Mimo to uważałem, że gra byłaby warta świeczki.

Arnie, powiedz mu, żeby wsadził to sobie w dupę, i zmywajmy się stąd. Postaw mu się, Arnie. Nie pozwalaj mieszać się z błotem. Nie bądź ofiarą, Arnie, skoro potrafiłeś postawić się matce, potrafisz postawić się temu głupiemu durniowi – przemawiałem w duchu do przyjaciela. Tylko ten jeden raz.

Arnie przez długą chwilę stał w milczeniu z opuszczoną głową, po czym powiedział:

– Dobrze, proszę pana.

Słowa były tak ciche, że prawie niesłyszalne, on zaś robił wrażenie, jakby o mało się nimi nie zakrztusił.

– Co powiedziałeś?

Arnie podniósł głowę. Jego twarz była śmiertelnie blada, a oczy pełne łez. Nie mogłem na to patrzeć. Ten widok sprawiał mi zbyt wielki ból, więc się odwróciłem. Pokerzyści przerwali grę, by obserwować rozwój wydarzeń przy stanowisku numer dwadzieścia.

– Powiedziałem: „Dobrze, proszę pana” – powtórzył Arnie drżącym głosem. Wyglądało to tak, jakby właśnie podpisał jakieś okropne wyznanie. Spojrzałem jeszcze raz na plymoutha rocznik 58 stojącego tu, w garażu, choć jego właściwe miejsce było na złomowisku wraz z resztą przerdzewiałych wraków Darnella, i znienawidziłem faceta do reszty za to, co robił Arniemu.

– Dobra, zjeżdżajcie stąd – warknął Darnell. – Już zamknięte.

Arnie ruszył na oślep przed siebie i bez wątpienia wpadłby na stos starych opon, gdybym w ostatniej chwili nie złapał go za ramię. Darnell odszedł w drugą stronę, w kierunku stołu do gry w karty. Kiedy tam dotarł, powiedział coś do kumpli swoim astmatycznym głosem, a oni odpowiedzieli rykiem śmiechu.

– Nic mi nie jest, Dennis – powiedział Arnie, jakbym go o to pytał. Miał zaciśnięte zęby i łapał powietrze gwałtownymi, płytkimi łykami. – Nic mi nie jest, jedźmy już stąd. Nic mi nie jest.

Cofnąłem rękę. Kiedy już byliśmy przy drzwiach, Darnell wrzasnął za nami:

 

– Tylko nie przyprowadzaj tu swoich kumpli, bo wywalę cię na zbity pysk!

– I zostaw prochy w domu! – dodał jeden z karciarzy.

Arnie skurczył się jeszcze bardziej. Był moim przyjacielem, ale w takich chwilach po prostu go nienawidziłem.

Wyszliśmy w chłodną ciemność. Drzwi opadły za nami z klekotem. W taki właśnie sposób odstawiliśmy Christine do Garażu Darnella. Świetna zabawa, no nie?

6
Na zewnątrz

Kupiłem sobie wóz,

Wlałem paliwo super,

I powiedziałem wszystkim,

Niech mnie całują w dupę...

Glenn Frey

Wsiedliśmy do mojego samochodu i wyjechaliśmy na ulicę. Zrobiło się już po dziewiątej. Jak ten czas leci, kiedy człowiek dobrze się bawi! Na niebie wisiał księżyc w drugiej kwadrze, do spółki z pomarańczowymi latarniami na ogromnym parkingu przy Monroeville Mall przyćmiewając blask każdej gwiazdy, jaką można by zobaczyć tej nocy.

Minęliśmy w milczeniu pierwsze dwie lub trzy przecznice, a potem Arnie nagle wybuchnął płaczem. Przypuszczałem, że może do tego dojść, lecz przeraziła mnie gwałtowność, z jaką to nastąpiło. Natychmiast zatrzymałem wóz przy krawężniku.

– Arnie...

Na tym skończyłem. Zrozumiałem, że będzie płakał dopóty, dopóki sam nie przestanie. Łzy i szloch płynęły wartkim, gorzkim strumieniem, nie napotykając żadnego oporu, gdyż Arnie zużył tego wieczoru wszystkie zapasy opanowania i powściągliwości. Początkowo wydawało mi się, że to zwykła reakcja – sam czułem się podobnie, z tą tylko różnicą, że moje doznania skoncentrowały się w głowie, w wyniku czego bolała mnie jak przegniły ząb, oraz w żołądku, który miałem ściśnięty niczym pięść.

Tak, w pierwszej chwili odniosłem wrażenie, że to zwyczajne odreagowanie stresu, spontaniczne danie upustu uczuciom – i być może początkowo w istocie tak było. Jednak po minucie lub dwóch uświadomiłem sobie, że w grę wchodzi coś znacznie głębszego. Poza tym wśród dźwięków, jakie z siebie wydawał, zacząłem wychwytywać słowa – najpierw pojedyncze i oderwane, potem połączone groźnym sensem.

– Dorwę ich! – wykrzyknął przez łzy. – Dorwę ich, tych cholernych sukinsynów, dorwę ich, Dennis! Pożałują tego, gorzko pożałują, zeżrą wszystko do końca, zeżrą to, ZEŻRĄ!...

– Przestań! – wykrztusiłem, coraz bardziej przerażony. – Arnie, przestań!

Ale on nie chciał przestać. Zaczął uderzać pięścią w wyściółkę tablicy rozdzielczej, pozostawiając tam wyraźne ślady.

– Dorwę ich, Dennis! Zobaczysz, że to zrobię!

W przyćmionym blasku księżyca i pobliskiej latarni jego twarz sprawiała wrażenie wyniszczonej i jędzowatej. Wydał mi się wtedy zupełnie obcy. Przebywał w tych lodowatych miejscach wszechświata, które lubiący się dobrze zabawić Bóg rezerwuje dla takich jak on. Nie znałem go. Nie chciałem go znać. Mogłem tylko siedzieć bezsilnie i mieć nadzieję, że ten Arnie, którego dobrze znałem, jednak wróci. Po pewnym czasie tak się istotnie stało.

Histeryczne słowa zamieniły się w łkania. Nienawiść zniknęła, pozostawiając po sobie jedynie płacz – głęboki, donośny i nieopanowany.

Siedziałem za kierownicą mojego samochodu, nie bardzo wiedząc, co mam począć, żałując, że nie jestem gdzie indziej, gdziekolwiek indziej – na przykład u Toma McAna, że przymierzam nowe buty albo wypełniam czek w supermarkecie, albo stoję z biegunką przed płatną toaletą bez choćby centa w kieszeni. Boże, gdziekolwiek. Wcale nie musiałoby to być Monte Carlo. A przede wszystkim żałowałem, że nie jestem starszy. Że obaj nie jesteśmy starsi.

Ale takie myślenie nie miało żadnego sensu. Wiedziałem, co muszę zrobić. Niechętnie, z oporami, przesunąłem się na siedzeniu, objąłem Arniego ramieniem i przyciągnąłem do siebie. Czułem na piersi jego gorącą twarz. Siedzieliśmy tak chyba przez pięć minut, po czym odwiozłem go do domu i sam także wróciłem do siebie. Później żaden z nas nie wspomniał o tym epizodzie. Nikt nie szedł wtedy ulicą i nie zobaczył nas siedzących w zaparkowanym przy krawężniku wozie. Przypuszczam, że wyglądaliśmy jak para pedałów. Siedziałem bez ruchu, przyciskałem go do piersi, kochając najmocniej, jak potrafiłem, i zastanawiając się, w jaki sposób doszło do tego, że jestem jedynym przyjacielem Arniego Cunninghama. Możecie mi wierzyć, że akurat wtedy wcale nie chciałem być jego przyjacielem.

Jednak wtedy właśnie uświadomiłem sobie także – choć na pewno nie do końca – że od tej pory będzie miał jeszcze jednego przyjaciela, a raczej przyjaciółkę – Christine. Nie mogę powiedzieć, żeby wzbudziło to mój zachwyt, choć przez cały ten długi dzień babraliśmy się razem w gównie właśnie z jej powodu.

– Nic ci nie jest, staruszku? – zapytałem, zatrzymując dustera przed domem Arniego.

Udało mu się uśmiechnąć.

– Wszystko w porządku. – Spojrzał na mnie ze smutkiem. – Wiesz, chyba powinieneś zająć się jakąś inną działalnością charytatywną. Fundusz Serca. Towarzystwo Przeciwrakowe. Cokolwiek.

– Daj spokój.

– Wiesz, co chcę przez to powiedzieć.

– Jeżeli chcesz przez to powiedzieć, że jesteś mazgaj, to nie mówisz mi nic nowego.

Zapaliło się światło na ganku i z domu wybiegli Michael i Regina, prawdopodobnie po to, by przekonać się, czy to my, czy też policja, która przyjechała zawiadomić ich o tym, że ich jedyne dziecko zostało przejechane na autostradzie.

– Arnold? – zawołała Regina piskliwym głosem.

– Zmywaj się stąd, Dennis – mruknął Arnie, ponownie się uśmiechając, tym razem nieco szczerzej. – Nic ci po tym gównie. Wysiadł z samochodu. – Cześć, mamo. Cześć, tato – powiedział z należnym szacunkiem.

– Gdzie byłeś? – zapytał Michael. – Wystraszyłeś matkę, młody człowieku!

Arnie miał rację: mogłem się doskonale obejść bez sceny pojednania. Zerknąłem tylko raz we wsteczne lusterko i zobaczyłem go stojącego na podjeździe, samotnego i wystawionego na wszelkie ciosy, a potem tamci dwoje wzięli go między siebie i poprowadzili do rodzinnego gniazda wartości sześćdziesięciu tysięcy dolarów, bez wątpienia starając się ze wszystkich sił wykorzystać umiejętności nabyte podczas kursu efektywnego rodzicielstwa lub czegoś w tym rodzaju. Najgorsza w tym wszystkim była ta ich przeklęta racjonalność. To, kim był, zawdzięczał w znacznej mierze właśnie im, lecz oni z kolei byli zbyt skurwysyńsko racjonalni, żeby to zrozumieć.

Włączyłem radio na UKF-104, gdzie trwał Weekendowy Blok Muzyczny, i złapałem Boba Segera i Silver Bullet Band śpiewających „Still the Same”*. Stanowiło to całkowite zaprzeczenie istniejącej sytuacji, co okazało się ponad moje siły, więc przełączyłem się na transmisję z meczu Kingsów.

Filadelfijczycy przegrywali. To było w porządku. Mieściło się w głównym nurcie wydarzeń.

7
Złe sny

Prawdziwy ze mnie pędziwiatr, skarbie,

Nie dogonisz mnie za nic w świecie.

Tak, niezły ze mnie pędziwiatr, bracie,

Nie złapiesz mnie nigdy w życiu.

Chodź tu, pościgaj się ze mną,

A przekonasz się, co to znaczy.

Przygotuj się, skarbie! Cofnij się o krok!

Zaraz strzelę ci w oczy fontanną piachu.

Bo Diddley

Kiedy dotarłem do domu, tata i siostra siedzieli w kuchni, zajadając kanapki z syropem cukrowym. Natychmiast poczułem głód i uświadomiłem sobie, że nie jadłem kolacji.

– Gdzie byłeś, szefie? – zapytała Elaine, nie odrywając wzroku od któregoś ze swoich pisemek. Zaczęła nazywać mnie szefem w ubiegłym roku, kiedy odkryłem Bruce’a Springsteena i stałem się jego fanatykiem. Chciała w ten sposób zaleźć mi za skórę.

W wieku lat czternastu Elaine zaczęła pozostawiać za sobą dzieciństwo, przeistaczając się stopniowo w dojrzałą amerykańską piękność, którą w końcu się stała – wysoką, ciemnowłosą i niebieskooką. Jednak wtedy, późnym latem 1978 roku, stanowiła typowy przykład nastoletniego stadnego zwierzątka. Zaczęła w wieku dziewięciu lat od Donny i Marie, dwa lata później zadurzyła się bez reszty w Johnie Travolcie (pewnego dnia popełniłem błąd, nazywając go Johnem Revoltą, a ona podrapała mnie tak dotkliwie, że o mało nie miałem zszywanego policzka – myślę, że w pewnym sensie zasłużyłem sobie na to). Jako dwunastolatka przerzuciła się na Shauna. Potem był jeszcze Andy Gibb, a dopiero ostatnio zaczęła przejawiać groźniejsze gusta, uwielbiając heavymetalowców w rodzaju Deep Purple i nową grupę Styx.

– Pomagałem Arniemu pozałatwiać wszystko z jego samochodem – powiedziałem nie tyle do Ellie, co raczej do ojca.

– Temu wypierdkowi! – parsknęła, przewracając stronę.

Poczułem nagłe, niesamowicie silne pragnienie, żeby wyrwać pismo z rąk siostry, rozedrzeć na pół i cisnąć jej w twarz. Oto kolejny dowód na to, jak nieprawdopodobnie stresujący był dla mnie miniony dzień. Elaine wcale nie uważa Arniego za wypierdka, tylko stara się wykorzystać każdą okazję, żeby wbić mi szpilę. Jednak zdaje się, że w ciągu ostatnich kilku godzin musiałem wysłuchać zbyt wielu obelg pod jego adresem. Na litość boską, przecież jego łzy jeszcze nie wyschły mi na koszuli, a poza tym chyba sam czułem się trochę jak wypierdek.

– Co porabiają chłopcy z Kiss, moja droga? – zapytałem słodkim głosem. – Pisałaś może ostatnio jakieś miłosne listy do Erika Estrady? „Och, Erik, jestem gotowa umrzeć dla Ciebie! Dostaję rozległego zawału serca za każdym razem, kiedy wyobrażę sobie twoje grube, tłuste usta, przysysające się do moich...”.

– Jesteś zwierzę – oświadczyła lodowatym tonem. – Jesteś zwierzę, nic więcej.

– Nic na to nie poradzę.

– Zgadza się.

Wzięła w jedną rękę pismo, w drugą kanapkę z syropem, i wymaszerowała do salonu.

– Tylko nie zachlap podłogi, Elaine! – ostrzegł ją tata, psując nieco efekt jej wyjścia.

Poszedłem do lodówki i wygrzebałem z niej kanapkę z kiełbasą bolońską oraz znalazłem pomidor, który nie wyglądał tak, jakby miał zamiar już dawno przejść na emeryturę. Było tam także napoczęte opakowanie topionych serków, lecz obrzydzenie, jakiego nabrałem do tego paskudztwa w szkole podstawowej, jeszcze mi nie przeszło. Zdecydowałem się ponadto na szklankę mleka i zupę w puszce.

– Kupił go? – zapytał tata.

Mój ojciec pracuje jako doradca podatkowy u H&R Blocków, a także prowadzi niewielką działalność konsultacyjną na własną rękę. W dawnych czasach był radcą prawnym jednego z największych biur architektonicznych w Pittsburghu, ale dostał zawału serca i musiał zrezygnować. Dobry z niego człowiek.

– Tak, kupił.

– Nadal uważasz, że to grat?

– Jeszcze gorzej. Gdzie mama?

– Na swoich zajęciach.

Nasze oczy spotkały się na chwilę i obaj o mało nie parsknęliśmy śmiechem. Natychmiast spojrzeliśmy w przeciwne strony, bardzo zawstydzeni, lecz nawet uczucie wstydu niewiele nam pomogło. Moja mama ma czterdzieści trzy lata i pracuje jako higienistka. Dość długo nie wykonywała zawodu, lecz po chorobie taty wróciła do pracy.

Cztery lata temu doszła do wniosku, że ma talent pisarski. Zaczęła płodzić wiersze o kwiatach i opowiadania o uroczych ludziach w jesieni życia. Od czasu do czasu przerzucała się na drapieżny realizm i wtedy powstawała opowieść o młodej dziewczynie, która postanowiła „wykorzystać okazję”, lecz w ostatniej chwili doszła do wniosku, że lepiej zachować to dla męża. Tego lata mama zapisała się na warsztaty pisarskie na Uniwersytecie Horlicks – jak pamiętacie, tam właśnie wykładali Michael i Regina Cunninghamowie – i zaczęła gromadzić wszystkie notatki i utwory w zeszycie, który zatytułowała „Szkice o miłości i pięknie”.

Powiecie może (zresztą zupełnie słusznie), że nie ma nic śmiesznego w kobiecie, która wychowała dzieci, zdobyła zawód, a następnie postanowiła robić coś, co pomoże jej nieco rozszerzyć horyzonty. Oczywiście, będziecie mieli całkowitą rację. Możecie również powiedzieć, że ojciec i ja powinniśmy się wstydzić, że jesteśmy tylko męskimi szowinistycznymi świniami, chrząkającymi w kuchni, i również będziecie mieli całkowitą rację. Nie mam najmniejszego zamiaru twierdzić inaczej, choć pozwolę sobie jedynie zauważyć, że gdybyście musieli równie często jak my – i czasem Elaine – wysłuchiwać czytanych na głos fragmentów „Szkiców o miłości i pięknie”, z pewnością zrozumielibyście przyczynę naszej wesołości.

 

Cóż, zawsze była i nadal jest wspaniałą matką, a przypuszczam, że dla mojego ojca także wspaniałą żoną – w każdym razie nigdy nie słyszałem, aby narzekał, i nigdy nie znikał na całą noc z domu, żeby pić z kolegami; na nasze usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko tyle, że ani razu nie roześmialiśmy się jej w twarz. Wiem, że to niewiele, ale na pewno więcej niż nic. Żaden z nas za nic w świecie nie sprawiłby jej takiej przykrości.

Zasłoniłem sobie usta dłonią, usiłując powstrzymać wydobywający się przez nie chichot, tata natomiast sprawiał wrażenie, jakby zakrztusił się kanapką. Nie wiem, co mu akurat przyszło na myśl, ale ja miałem jeszcze świeżo w pamięci ostatni esej, zatytułowany „Czy Jezus miał psa?”

Biorąc pod uwagę wszystko, co przydarzyło mi się w ciągu dnia, tego było już doprawdy za wiele.

Wyjąłem z szafki przy zlewozmywaku szklankę na mleko, a kiedy się odwróciłem, ojciec zdołał już nad sobą zapanować. Dzięki temu mogłem uczynić to samo.

– Marnie wyglądałeś, kiedy tu wszedłeś – powiedział. – Czy z Arniem wszystko w porządku?

– Jasne – odparłem, wlewając zupę do rondelka i stawiając go na palniku. – Kupił sobie wóz, który jest kupą złomu, ale z nim wszystko w porządku.

Oczywiście była to nieprawda, lecz są pewne sprawy, o których po prostu nie można opowiedzieć swojemu ojcu, bez względu na to, jak znakomicie wypełnia wspaniałe amerykańskie powołanie ojcostwa.

– Są tacy ludzie, którzy o wszystkim muszą się przekonać na własnej skórze – powiedział.

– Mam nadzieję, że on też szybko się przekona. Wynajął u Darnella stanowisko za dwadzieścia dolców tygodniowo, bo rodzice nie pozwolili mu trzymać wozu przed domem.

– Dwadzieścia tygodniowo? Za samo stanowisko czy i za narzędzia?

– Samo stanowisko.

– To rozbój na prostej drodze!

– Zgadza się – potwierdziłem. Nie uszło mojej uwagi, iż tata nie poparł swego stwierdzenia propozycją, by Arnie przyprowadził samochód do nas.

– Partyjkę remika?

– Może być.

– Uszy do góry, Dennis. Nie dasz rady ciągle naprawiać czyichś błędów.

– Tak... Chyba tak.

Rozegraliśmy aż cztery partie, wszystkie wygrane przez niego. Zawsze wygrywa, chyba że jest bardzo zmęczony albo wypił wcześniej parę drinków. Nie mam nic przeciwko temu, bo w ten sposób moje zwycięstwa nabierają większej wagi. Po pewnym czasie zjawiła się mama; z przyciśniętym do piersi grubym zeszytem, zaróżowionymi policzkami i błyszczącymi oczami, wyglądała zbyt młodo na to, żeby być moją mamą. Pocałowała ojca – nie tak jak zwykle, od niechcenia, ale naprawdę – a ja nagle poczułem się tak, jakbym powinien być zupełnie gdzie indziej.

Ona także zapytała o Arniego i jego samochód, co powoli stawało się najczęściej poruszanym tematem w naszym domu. Poprzednio tematem takim był Sid, brat matki, który zbankrutował i poprosił ojca o pożyczkę. Powtórzyłem swoją historię, po czym poszedłem na górę do łóżka. Ledwo powłóczyłem nogami, a poza tym miałem wrażenie, że mama i tata mają coś do załatwienia tylko we dwoje... choć, jak z pewnością rozumiecie, były to sprawy, których nigdy zbyt dokładnie nie roztrząsałem.

Elaine leżała na łóżku, słuchając najnowszej listy przebojów. Poprosiłem ją, żeby trochę ściszyła radio, bo idę spać. W odpowiedzi pokazała mi język. Nie mogłem jej tego puścić płazem, więc zacząłem ją łaskotać i robiłem to tak długo, aż zagroziła, że za chwilę się porzyga. Odparłem na to, że proszę bardzo, może sobie rzygać, w końcu to jej łóżko, i połaskotałem ją jeszcze trochę. W końcu przybrała wyraz twarzy mający oznaczać „proszę cię, Dennis, nie żartuj sobie ze mnie, bo to naprawdę bardzo ważne” i zapytała, czy to prawda, że można zapalić pierdnięcie. Jedna z jej przyjaciółek, Carolyn Shambliss, twierdzi, że można, ale Carolyn kłamie przy każdej okazji, więc...

Poradziłem jej, żeby zapytała o to Miltona Dodda, swojego zapasionego chłopaka. Wtedy wściekła się na serio, próbowała mnie uderzyć i zapytała, dlaczego zawsze muszę być taki okropny. Odpowiedziałem jej, że owszem, można zapalić pierdnięcie, ale żeby raczej tego nie próbowała, po czym uścisnąłem ją (odkąd zaczęły jej rosnąć piersi, robiłem to coraz rzadziej, gdyż czułem się wtedy trochę nieswojo – podobnie rzecz się miała z łaskotaniem, szczerze mówiąc) i poszedłem spać.

To nie był wcale taki najgorszy dzień, pomyślałem, zdejmując ubranie. Otaczają mnie ludzie, którzy uważają mnie za istotę ludzką, podobnie jak Arniego. Zaproszę go na jutro albo na niedzielę i poleniuchujemy trochę, obejrzymy w telewizji mecz albo zagramy w jakąś idiotyczną grę planszową i w ten sposób otrząśniemy się z resztek niesamowitości. Znowu staniemy się normalni.

Tak więc, idąc do łóżka, miałem wszystko porządnie poukładane w głowie i powinienem był natychmiast zasnąć, ale tak się wcale nie stało. Dlatego, że to jednak nie było normalne i ja doskonale o tym wiedziałem. Kiedy coś się zaczyna dziać, czasem nie masz najmniejszego pojęcia, co to właściwie jest.

Silniki. To jeszcze jeden charakterystyczny element związany z nastoletniością. Jest całe mnóstwo silników, a pewnego dnia do twojej dłoni trafiają kluczyki do jednego z nich i uruchamiasz go, choć nie masz chrzanionego pojęcia, czym właściwie te silniki są ani co robią. Otrzymujesz pewne wskazówki, ale to wszystko. Tak samo jest z prochami, alkoholem i seksem, a czasem również z innymi rzeczami – pracą wakacyjną, która budzi w tobie nowe zainteresowania, wycieczką, jednym z przedmiotów w szkole. Silniki. Dostajesz kluczyki i parę wskazówek, i słyszysz: „Uruchom go i zobacz, co się będzie działo”. Czasem to, co się dzieje, wciągnie cię w dobre i interesujące życie, a czasem wypchnie na autostradę prowadzącą prosto do piekła i zostawi zmaltretowanego i zakrwawionego na poboczu drogi.

Silniki.

Duże silniki. Jak te 382, które montowano w starych samochodach. Takich jak Christine.

Leżałem w ciemności, przewracając się z boku na bok, aż wreszcie ściągnąłem i zmiętoliłem całe prześcieradło, i myślałem o LeBayu mówiącym: „Nazywa się Christine”. W jakiś sposób Arnie dał się na to złapać. Kiedy byliśmy mali, mieliśmy najpierw trójkołowce, a potem normalne rowery; ja zawsze nadawałem swoim jakieś imiona, lecz Arnie nigdy tego nie robił. Uważał, że imiona są dla psów, kotów i złotych rybek. To jednak było wtedy, a teraz było teraz. Teraz nazywał swojego plymoutha Christine, a co gorsza, nie mówił o nim „on”, tylko zawsze „ona”.

Nie podobało mi się to, choć nie wiedziałem dlaczego.

Nawet mój własny ojciec podchodził do tego w taki sposób, jakby Arnie nie kupił jakiegoś zardzewiałego wraka, tylko się ożenił. Ale tak wcale nie było. Ani trochę. Naprawdę.

„Zatrzymaj się, Dennis. Cofnij... Chcę jeszcze raz na nią spojrzeć”.

Po prostu.

Kompletnie bez zastanowienia, co było zupełnie niepodobne do Arniego, który zawsze najpierw wszystko dokładnie rozważał – życie uświadomiło mu aż nazbyt boleśnie, co się dzieje z facetami takimi jak on, jeśli biorą się do czegoś z marszu albo robią coś kierowani impulsem. Tym razem jednak zachował się jak mężczyzna, który spotyka tancerkę z kabaretu, daje się wciągnąć w wir namiętności, a w poniedziałek rano budzi się z kacem i nową żoną u boku.

To była... cóż... miłość od pierwszego wejrzenia.

Nieważne, pomyślałem. Jutro zaczniemy wszystko od początku. Spojrzymy na to z nowej perspektywy.

Wreszcie zapadłem w sen. I śniłem.

Jękliwe zawodzenie rozrusznika w ciemności.

Cisza.

Jeszcze raz.

Silnik zapalił, zgasł, znowu zapalił.

Silnik pracujący w ciemności.

Zapłonęły staromodne podwójne reflektory, przyszpilając mnie niczym żuka na szklanej powierzchni stołu blaskiem świateł drogowych.

Stałem w otwartych drzwiach garażu Rolanda D. LeBaya, a w środku czaiła się Christine – zupełnie nowa Christine, bez żadnego wgięcia ani najmniejszego śladu rdzy. Czysta, nieskalana przednia szyba miała na górze przyciemniony granatowy pas. Z radia dobiegały głośne rytmiczne dźwięki „Susie-Q” śpiewanej przez Dale’a Hawkinsa głosem z martwej epoki, lecz mimo to tryskającym zatrważającą energią.

Silnik mruczał groźnie przez dwa wypełnione włóknem szklanym tłumiki. W jakiś sposób wiedziałem, że samochód ma skrzynię biegów Hursta i świeżo wymieniony olej Quaker State, krew życia koloru czystego bursztynu.