CHRISTINE

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
CHRISTINE
Christine
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,20  54,56 
Christine
Audio
Christine
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
37 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Stephen King
Christine

Przełożył

Arkadiusz Nakoniecznik


Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Dedykacja

Dedykuję tę książkę

George’owi Romero,

Chris Forrest Romero,

a także Burgowi

Od autora

Cytowane w powieści słowa piosenek przypisuję wykonawcy (lub wykonawcom) najczęściej z nimi kojarzonym. Może to urazić purystów wyznających zasadę, że słowa piosenki należą bardziej do autora niż piosenkarza. Mógłbym od nich usłyszeć, że postąpiłem tak, jakbym uznał Hala Holbrooka za autora dzieł Marka Twaina. Nie zgadzam się z nimi. W świecie muzyki rozrywkowej jest tak, jak powiedzieli Rolling Stonesi: ważny jest nie utwór, lecz jego wykonawca. Ale dziękuję im wszystkim, zarówno autorom, jak piosenkarzom – szczególnie Chuckowi Berry’emu, Bruce’owi Springsteenowi, Brianowi Wilsonowi... a także Janowi Berry’emu z duetu Jan i Dean. On naprawdę wrócił z zakrętu śmierci.

Uzyskanie koniecznych zezwoleń na wykorzystanie tekstów piosenek to bardzo ciężka praca i dlatego chciałbym podziękować niektórym spośród osób, które pomogły mi przypomnieć sobie te utwory, a następnie zatroszczyły się o to, żebym mógł z nich skorzystać. Są wśród nich: Dave Marsh, krytyk muzyczny i historyk rocka; James Feury alias Mighty John Marshall, który ma w moim małym mieście stację radiową i nadaje głównie rocka; jego brat Pat Feury, prowadzący w Portland dyskotekę ze starymi przebojami; Debbie Geller; Patricia Dunning oraz Pete Batchelder. Dziękuję im wszystkim i życzę, aby ich stare płyty nigdy się aż tak nie powyginały, żeby nie można było ich odtwarzać.

S. K.

Prolog

Mogłoby się wydawać, że jest to opowieść o trójkącie miłosnym – Arnie Cunningham, Leigh Cabot i, oczywiście, Christine. Musicie jednak wiedzieć, że Christine była pierwsza. Ona była jego pierwszą miłością, a wydaje mi się (choć nie podjąłbym się stwierdzić tego z całą pewnością, a w każdym razie na pewno nie teraz, spoglądając na świat z wyżyn mądrości, na jakie udało mi się wspiąć podczas dwudziestu dwóch lat mojego życia), że także jedyną. Dlatego, moim zdaniem, to, co się stało, należy uważać za tragedię.

Arnie i ja wychowywaliśmy się w tej samej dzielnicy, chodziliśmy do tej samej szkoły podstawowej, a potem razem poszliśmy do szkoły średniej w Libertyville. Przypuszczam, że udało mu się tam przeżyć głównie dzięki mnie. Byłem w szkole ważnym facetem – tak, wiem, że to w sumie gówno znaczy, bo pięć lat po zdaniu matury nikt nawet nie postawi ci piwa za to, że byłeś kapitanem drużyny futbolowej i brałeś udział w międzystanowych zawodach pływackich – ale Arniego nie zabili właśnie dzięki temu. Owszem, musiał znieść mnóstwo upokorzeń, ale przynajmniej go nie zabili.

Był kozłem ofiarnym. W każdej szkole średniej musi być przynajmniej dwoje takich, to ogólnokrajowe prawo. Jeden chłopak i jedna dziewczyna. Okazja do wyżycia się dla każdego. Masz zły dzień? Zawaliłeś ważną klasówkę? Pokłóciłeś się ze starymi i uziemili cię na weekend? Nie ma sprawy. Po prostu znajdź któregoś z tych biednych, ponurych łapciuchów, którzy jak przestępcy przemykają korytarzami w oczekiwaniu na ostatni dzwonek, i odbij to sobie na nim. Czasem rzeczywiście giną pod każdym ważnym względem z wyjątkiem fizycznego, a czasem udaje im się czegoś uchwycić i przeżyć. Arnie miał mnie, a potem Christine. Leigh pojawiła się później.

Po prostu zależy mi na tym, żebyście dobrze to zrozumieli.

Arnie był urodzonym nieudacznikiem. Miał przechlapane u szkolnych osiłków ze względu na warunki fizyczne – ledwie metr siedemdziesiąt wzrostu i siedemdziesiąt kilogramów spoconego ciała w ubraniu i turystycznych buciorach. Miał przechlapane u szkolnych intelektualistów (którzy w takim miasteczku jak Libertyville sami nie mieli zbyt łatwego życia), ponieważ w niczym się nie wyróżniał. Arnie był bystry, ale nie wykazywał naturalnych zdolności w żadnym kierunku... z wyjątkiem mechaniki samochodowej. Chłopak miał nieprawdopodobną smykałkę do wozów. Jednak jego rodzice, oboje pracujący jako wykładowcy na Uniwersytecie Horlicks, z pewnością nie zgodziliby się, żeby ich syn, który w teście Stanforda-Bineta zmieścił się w górnych pięciu procentach wyników, kształcił się w tym kierunku. Miał szczęście, że pozwolili mu w ogóle chodzić na zajęcia warsztatowe podczas pierwszych trzech lat nauki. Musiał to sobie wywalczyć. Miał przechlapane u ćpunów, bo niczego nie brał, i u wszystkich tankujących ile wlezie supersamców, bo nie pił, a jak dostał mocniej w zęby, to płakał.

A w dodatku miał totalnie przechlapane u dziewczyn, bo jego maszyneria hormonalna była kompletnie rozregulowana. Arnie miał pryszcze. Mył twarz co najmniej pięć razy dziennie, brał dwadzieścia pryszniców tygodniowo i wypróbowywał wszystkie kremy i mleczka znane współczesnej nauce, ale nic mu nie pomagało. Jego twarz wyglądała jak przyprawiona pizza i taka miała już na zawsze pozostać.

Mimo to bardzo go lubiłem. Odznaczał się inteligentnym poczuciem humoru i wygimnastykowanym, bystrym umysłem; bez przerwy zadawał pytania. Kiedy miałem siedem lat, to właśnie Arnie pokazał mi, jak założyć hodowlę mrówek, i spędziliśmy prawie całe lato, obserwując te małe dranie, zafascynowani ich organizacją i śmiertelną powagą, z jaką wszystko robiły. To on, kiedy mieliśmy dziesięć lat, wpadł na pomysł, żeby pewnej nocy wymknąć się z domu, zakraść do stajni przy szosie numer siedemnaście, zabrać stamtąd stertę wyschniętego końskiego nawozu i ułożyć ją pod ogonem plastikowego konia stojącego na trawniku przed motelem w Monroeville. On pierwszy odkrył szachy. On pierwszy odkrył pokera. Nauczył mnie, jak najłatwiej wygrywać w scrabble. We wszystkie deszczowe dni, aż do chwili, kiedy się zakochałem (to znaczy, w pewnym sensie; była jedną z czirliderek naszej drużyny i miała fantastyczne ciało, w którym rzeczywiście zakochałem się bez reszty, ale kiedy Arnie zwrócił mi uwagę, że jej umysł swą głębią i stopniem skomplikowania przypomina piosenki Shauna Cassidy’ego, nie mogłem powiedzieć mu, że jest zafajdanym kłamcą, bo nim nie był), on pierwszy przychodził mi na myśl, gdyż wiedział, jak te dni najlepiej wykorzystać, podobnie jak wiedział, co zrobić, żeby wygrać w scrabble. Chyba właśnie po tym można poznać ludzi naprawdę samotnych... Zawsze wiedzą, co robić w deszczowe dni. Zawsze można do nich zadzwonić. Zawsze są w domu. Pieprzone „zawsze”.

Z kolei ja nauczyłem Arniego pływać. Przekonałem go, żeby jadł warzywa, to może uda mu się trochę rozbudować mizerne ciało. W przedostatniej klasie załatwiłem mu pracę przy budowie drogi, ale musieliśmy przy okazji stoczyć cholerną bitwę z jego rodzicami, którzy uważali się za wielkich przyjaciół kalifornijskich robotników rolnych i hutników z Pittsburgha, ale nie mieściło im się w głowach, żeby ich nadzwyczajnie utalentowany syn (pamiętajcie: górne pięć procent w teście Stanforda-Bineta) mógł pobrudzić sobie ręce i trochę popracować fizycznie.

A potem, pod koniec wakacji, Arnie zobaczył po raz pierwszy Christine i od razu się w niej zakochał. Byłem z nim tego dnia – wracaliśmy po pracy do domu – i mógłbym zeznawać w tej sprawie nawet przed tronem Boga Wszechmogącego, gdyby zaszła taka potrzeba. Zakochał się na amen. Mogłoby to być nawet zabawne, gdyby nie było takie smutne i gdyby tak szybko nie stało się okropne. Byłoby śmiesznie, gdyby nie było tak źle.

A jak źle było?

Od samego początku bardzo źle. A zaraz potem zrobiło się jeszcze gorzej.

CZĘŚĆ PIERWSZA Dennis - piosenki o samochodach

1
Pierwsze spotkanie

Hej, spójrz no tam!

Po drugiej stronie!

To wóz dla mnie w sam raz,

Taki wóz to luksus...

Nieźle wygląda, nie ma co,

Ale to nie jest zwykły samochód.

Eddie Cochran

– O, mój Boże! – wykrzyknął nagle mój przyjaciel Arnie Cunningham.

– Co się stało? – zapytałem.

Oczy skryte za okularami w drucianej oprawie wyszły mu z orbit, przycisnął dłoń do twarzy tak, że częściowo zasłaniała mu usta, i odwrócił głowę w taki sposób, jakby zamiast karku miał łożyska kulkowe.

– Zatrzymaj się, Dennis! Wróć!

– O czym ty...

– Wróć. Chcę jeszcze raz na nią spojrzeć.

Nagle zrozumiałem.

– Człowieku, daj sobie spokój – powiedziałem. – Jeśli myślisz o tym... o tym czymś, co właśnie minęliśmy...

– Wróć! – prawie krzyknął.

Cofnąłem wóz, myśląc, że to może jeden z jego żartów, ale nie miałem racji. Arnie wpadł po uszy. Zakochał się.

Wyglądała paskudnie i nigdy nie zrozumiem, co on wtedy w niej zobaczył. Lewą stronę przedniej szyby pokrywała siatka pęknięć. Prawy tylny błotnik został kiedyś wgnieciony, a w obdartej z lakieru wnęce zagnieździły się ogniska rdzy. Tylny zderzak był przekrzywiony, klapa bagażnika otwarta, przez długie rozdarcia w obiciach przednich i tylnych foteli wyłaziły kłaki jakiegoś materiału, jakby ktoś pociął całą tapicerkę nożem. Z jednej z opon uszło powietrze, pozostałe zaś były tak zdarte, że wyłaził kord. Co najgorsze, pod blokiem silnika widniała czarna kałuża oleju.

 

Arnie pokochał plymoutha fury z 1958 roku, jednego z tych długich, z wielkimi tylnymi płetwami. Po prawej stronie przedniej szyby – tam, gdzie nie sięgały pęknięcia – była przyklejona stara kartka z wyblakłym od słońca napisem DO SPRZEDANIA.

– Spójrz na jej linię, Dennis! – wyszeptał Arnie. Od początku o tej gablocie mówił „ona”. Biegał dookoła samochodu jak opętany. Mokre od potu włosy podskakiwały mu nad czołem. Pociągnął za klamkę prawych tylnych drzwi; otworzyły się z przeraźliwym piskiem.

– Nabierasz mnie, prawda? – zapytałem. – Dostałeś udaru słonecznego, zgadza się? Arnie, powiedz mi, że to udar. Zawiozę cię do domu, posadzę przy klimatyzatorze i zapomnimy o tym, zgoda?

Jednak powiedziałem to bez większej nadziei. Arnie potrafił żartować, ale tym razem na jego twarzy nie było uśmiechu, tylko jakieś bezmyślne szaleństwo, które zupełnie mi się nie podobało.

Nawet nie pofatygował się, żeby mi odpowiedzieć. Z wnętrza samochodu buchnęło gorące, stęchłe powietrze, przesycone wonią starości, oleju i zaawansowanego rozkładu. Arnie nie zwrócił na to najmniejszej uwagi, tylko wsiadł do samochodu i rozparł się na pociętej, wypłowiałej tylnej kanapie. Kiedyś, dwadzieścia lat temu, była czerwona; teraz miała sprany, różowy kolor.

Wyciągnąłem rękę, wyszarpnąłem strzęp sterczącego włosia, spojrzałem na nie i zdmuchnąłem je z dłoni.

– Ten wóz wygląda tak, jakby w drodze do Berlina przeszła przez niego cała Armia Czerwona – mruknąłem.

Wreszcie zauważył, że wciąż jestem obok.

– Tak... Tak. Ale można ją naprawić. Może jeszcze być... może być niezła. Ona może jeździć, Dennis. Prawdziwa...

– Hej! Czego tam chcecie, dzieciaki?

Był to stary facet, który wyglądał tak, jakby rozkoszował się właśnie siedemdziesiątym latem w swoim życiu. Może sześćdziesiątym którymś. Szczerze mówiąc, od razu zrobił na mnie wrażenie kogoś, komu nieczęsto w życiu zdarzało się rozkoszować czymkolwiek. Miał długie, nierówno obcięte włosy, w dodatku mocno przerzedzone. Łysą część jego czaszki opanowała łuszczyca.

Był w zielonych spodniach, butach z krótką cholewką i bez koszuli; jego tułów opinało coś, co przypominało kobiecy gorset. Kiedy podszedł bliżej, przekonałem się, że to pas ortopedyczny. Sądząc po jego wyglądzie, ostatni raz prał go mniej więcej wtedy, kiedy zmarł Lyndon B. Johnson.

– Czego chcecie? – Głos miał piskliwy i ostry.

– Czy to pana samochód? – zapytał Arnie. Trudno było mieć co do tego jakieś wątpliwości. Plymouth stał na trawniku przed wzniesionym krótko po wojnie domem, z którego wyszedł mężczyzna. Trawnik był okropny, choć w porównaniu z plymouthem i tak robił znakomite wrażenie.

– A jeśli tak, to co z tego?

– Ja... – Arnie przełknął ślinę. – Chcę go kupić.

Oczy starego eleganta zabłysły, a gniewny grymas twarzy ustąpił miejsca przebiegłemu spojrzeniu i chciwemu uśmieszkowi, który następnie zamienił się w szeroki, przebiegły uśmiech. Zdaje się, że właśnie wtedy – dokładnie wtedy – przeniknęło mnie jakieś zimne i ponure przeczucie. W tej samej chwili przemknęło mi przez myśl, żeby walnąć Arniego w głowę i odciągnąć go stamtąd. Coś pojawiło się w oczach starego mężczyzny. Nie błysk, tylko coś, co kryło się za tym błyskiem.

– Trzeba było od razu tak gadać – powiedział, wyciągając rękę. Arnie podał mu swoją. – Jestem LeBay. Roland D. LeBay, Armia Stanów Zjednoczonych, obecnie na emeryturze.

– Arnie Cunningham.

Stary cwaniak uścisnął mu dłoń, a w moim kierunku wykonał jakiś nieokreślony gest. Ja się nie liczyłem; miał już swojego frajera. Równie dobrze Arnie mógłby mu dać swój portfel.

– Ile? – zapytał Arnie, po czym dodał: – Bez względu na to, ile pan powie, to i tak to będzie za mało.

Chciałem westchnąć, ale aż jęknąłem. Oprócz portfela facet miał też książeczkę czekową Arniego.

Uśmiech LeBaya na moment przygasł, a jego oczy zwęziły się podejrzliwie. Na pewno zastanawiał się, czy to nie jakiś kawał. Przez chwilę szukał na szczerej, spragnionej twarzy Arniego oznak przebiegłości, a następnie zadał zabójczo trafne pytanie:

– Synu, miałeś już kiedyś wóz?

– Ma mustanga mach II – wtrąciłem się szybko. – Dostał go od starych. Ze skrzynią biegów Hursta, turbodoładowaniem i takim przyśpieszeniem, że asfalt marszczy się pod kołami. Oprócz tego...

– Nie – powiedział spokojnie Arnie. – Niedawno zrobiłem prawo jazdy.

LeBay rzucił mi krótkie, ale mocne spojrzenie, po czym skoncentrował uwagę na podstawowym celu. Położył obie dłonie w okolicach krzyża i wyprostował się. Poczułem kwaśny odór potu.

– W wojsku dorobiłem się kłopotów z kręgosłupem – wyjaśnił. – Całkowita niezdolność do służby. Lekarze nic nie mogli poradzić. Jak was ktoś kiedyś zapyta, chłopcy, co jest złego na świecie, powiedzcie mu, że trzy rzeczy: lekarze, komuchy i czarni radykałowie. Komuchy są najgorsze, a zaraz za nimi lekarze. A jeśli zapyta, skąd o tym wiecie, to powiedzcie mu, że od Rolanda D. LeBaya, tak jest... – Delikatnie musnął ręką starą, obdrapaną maskę plymoutha. – To najlepszy wóz, jaki miałem w życiu. Kupiłem ją we wrześniu 1957. Wtedy właśnie we wrześniu wypuszczali na rynek nowe modele. Przez całe lato pokazywali zdjęcia samochodów pod plandekami, aż wreszcie nie mogłeś wytrzymać z ciekawości, jak one naprawdę wyglądają. Nie tak jak teraz. – Jego głos był przesycony pogardą dla podłych czasów, jakich dożył. – Była prosto z taśmy i pachniała właśnie jak wóz prosto z taśmy, a to jest najwspanialszy zapach na świecie. – On też mówił o samochodzie „ona”.

Zastanowił się przez chwilę.

– Może z wyjątkiem cipki – dodał.

Spojrzałem na Arniego, zagryzając z całej siły wargi, żeby nie parsknąć śmiechem. Odpowiedział mi zdumionym spojrzeniem. Stary człowiek w ogóle nie zwracał na nas uwagi; przebywał na swojej własnej planecie.

– Byłem w wojsku trzydzieści cztery lata – ciągnął LeBay, wciąż dotykając maski samochodu. – Zaciągnąłem się w dwudziestym trzecim. Żarłem kurz w Teksasie i widziałem w burdelach w Nogales skorpiony wielkości homarów. Widziałem też podczas drugiej światowej, jak bebechy wyłaziły ludziom uszami. To było we Francji. Flaki wyłaziły im uszami. Uwierzyłbyś w to, synu?

– Tak, proszę pana – odparł Arnie. Nie wydaje mi się, żeby dotarło do niego choćby słowo z tego, co mówił LeBay. Cały czas przestępował z nogi na nogę, jakby koniecznie musiał pójść do łazienki. – Jednak wracając do samochodu...

– Chodzisz na uniwersytet? – szczeknął nagle LeBay. – Tam, w Horlicks?

– Nie, proszę pana. Do szkoły średniej w Libertyville.

– To dobrze – mruknął ponuro LeBay. – Trzymaj się z dala od college’ów. Pełno w nich wielbicieli czarnuchów, którzy chcą oddać Kanał Panamski. Mówią o nich „giganci rozumu”, a ja o nich mówię „gigantyczne sukinsyny”. – Obrzucił pełnym uczucia spojrzeniem swój samochód stojący na trzech napompowanych oponach, z lakierem połyskującym rdzawo w promieniach popołudniowego słońca. – Kręgosłup nawalił mi na wiosnę pięćdziesiątego siódmego. Armia już wtedy szła w rozsypkę, więc zwolniłem się w samą porę. Wróciłem tutaj, do Libertyville, i zacząłem się rozglądać za jakąś gablotą. Nie śpieszyłem się. W końcu poszedłem do salonu plymoutha przy Main Street – prowadził go Norman Cobb, a teraz jest tam kręgielnia – i zamówiłem ten wóz. Chciałem, żeby sprowadzili mi przyszłoroczny model, czerwono-biały. Czerwony jak wóz strażacki od środka. I sprowadzili. Kiedy do niego wsiadłem, miał wszystkiego sześć mil na liczniku, tak jest...

Splunął na ziemię.

Zerknąłem nad ramieniem Arniego na licznik. Szybka była porysowana, ale mimo to udało mi się dostrzec wstrząsającą prawdę: 97 432. I sześć dziesiątych. Słodki Jezu.

– Jeżeli pan tak lubi ten samochód, to dlaczego go pan sprzedaje? – zapytałem.

LeBay skierował na mnie zamglone, niepokojące spojrzenie swoich oczu.

– Starasz się rżnąć mądralę, synu?

Nie odpowiedziałem, ale też nie odwróciłem wzroku.

Po trwającym kilka chwil pojedynku na spojrzenia (który Arnie całkowicie zignorował, głaszcząc z zachwytem jedną z tylnych płetw), LeBay powiedział:

– Nie mogę prowadzić. Grzbiet mam już do niczego. Oczy zresztą też.

Nagle zrozumiałem – a przynajmniej wydawało mi się, że zrozumiałem. Jeśli podał nam prawdziwe daty, miał teraz siedemdziesiąt jeden lat, a w naszym stanie po przekroczeniu siedemdziesiątki trzeba co roku przechodzić badanie wzroku, żeby przedłużyć ważność prawa jazdy. LeBay albo był już po badaniu, które go zdyskwalifikowało, albo bał się na nie zgłosić, co w istocie sprowadzało się do tego samego. Nie chcąc doświadczyć upokorzenia, przestał jeździć swoim plymouthem i samochód szybko się zestarzał.

– Ile pan za niego chce? – zapytał jeszcze raz Arnie. Nie mógł się doczekać egzekucji.

LeBay podniósł twarz ku niebu, jakby zastanawiając się, kiedy spadnie deszcz, a następnie spojrzał ponownie na Arniego z tym samym co przedtem szerokim, przebiegłym uśmiechem.

– Wołałem trzysta – powiedział – ale ty mi wyglądasz na porządnego faceta. Opuszczę na dwieście pięćdziesiąt.

– O mój Boże... – jęknąłem.

Ale on doskonale wiedział, z kim powinien rozmawiać, i natychmiast znalazł sposób, żeby wbić między nas ostrze niezgody. Na pewno nie spadł z wozu z sianem wczoraj, żeby użyć określenia mojego dziadka.

– Dobra – warknął. – Skoro tego chcecie. O czwartej trzydzieści mam serial w telewizji. „Krawędź nocy”. Zawsze go oglądam, jak tylko mogę. Miło się z wami gadało, chłopcy. No to na razie.

Arnie zmiażdżył mnie spojrzeniem przepełnionym takim bólem i wściekłością, że aż cofnąłem się o krok. Ruszył za starym mężczyzną i złapał go za łokieć, po czym pogrążyli się w rozmowie. Niewiele z niej słyszałem, ale widziałem więcej, niż było trzeba. Staruszek poczuł się urażony, więc Arnie zaczął go przepraszać. Staruszek miał nadzieję, że Arnie rozumie, iż on, LeBay, nie może spokojnie słuchać, jak obraża się samochód, który służył mu wiernie przez tyle lat. Arnie całkowicie się z nim zgodził. Staruszek łaskawie pozwolił się zawrócić, a ja ponownie wyczułem w nim coś przerażającego... zupełnie jakby był zimnym listopadowym wiatrem. Nie potrafię tego lepiej wyrazić.

– Jeśli on powie jeszcze jedno słowo, umywam ręce od tej sprawy – ostrzegł LeBay, wskazując mnie zrogowaciałym kciukiem.

– Nie powie, nie powie! – zapewnił go pośpiesznie Arnie. – Mówił pan trzysta?...

– Tak, chyba tak...

– Opuścił pan do dwustu pięćdziesięciu – odezwałem się głośno.

Arnie zbladł jak ściana, bojąc się, że właściciel plymoutha znowu się obrazi, ale LeBay postanowił nie kusić losu. I tak miał już rybę prawie na brzegu.

– Może być dwieście pięćdziesiąt – zgodził się łaskawie. Zerknął jeszcze raz w moją stronę, ja zaś zrozumiałem, że doszliśmy do porozumienia: on nie lubił mnie, a ja jego.

Ku mojemu wzrastającemu z każdą minutą przerażeniu Arnie wyjął portfel i zaczął w nim grzebać. Zapadło milczenie. LeBay patrzył przed siebie, a ja gapiłem się na jakiegoś dzieciaka, który właśnie postanowił popełnić samobójstwo na deskorolce. Gdzieś w oddali zaszczekał pies. Ulicą przeszły dwie dziewczyny wyglądające na ósmo- lub dziewiątoklasistki, chichocząc i przyciskając do rozkwitających piersi naręcza książek. Pozostała mi tylko jedna nadzieja na uratowanie Arniego: byliśmy dzień przed wypłatą. Może w ciągu dwudziestu czterech godzin ta dzika gorączka minie. Arnie coraz bardziej przypominał mi Ropucha z „O czym szumią wierzby”.

Kiedy odwróciłem się z powrotem, Arnie i LeBay wpatrywali się w dwie pięcio- i sześć jednodolarówek. Najwidoczniej było to wszystko, co udało mu się znaleźć w portfelu.

– Przyjmie pan czek? – zapytał Arnie.

LeBay uśmiechnął się sucho i nic nie odpowiedział.

– Ma pokrycie – zapewnił Arnie.

Mówił prawdę. Przez całe lato pracowaliśmy w firmie Bracia Carson przy budowie odgałęzienia I-376, o którym wszyscy mieszkańcy okolic Pittsburgha myślą, że na pewno nigdy nie zostanie ukończone. Arnie twierdził nawet, że bukmacherzy zaczęli przyjmować zakłady w tej sprawie wkrótce po zakończeniu wojny secesyjnej. Nie oznacza to wcale, że mieliśmy powody do narzekań; tego lata mnóstwo chłopaków pracowało za głodowe stawki albo w ogóle nie miało pracy, my natomiast zarabialiśmy całkiem nieźle, czasem nawet zostając po godzinach. Brad Jeffries, kierownik budowy, miał poważne wątpliwości, czy przyjąć takiego cherlaka jak Arnie, ale wreszcie doszedł do wniosku, że potrzebuje kogoś do oznaczania chorągiewkami terenu niebezpiecznych prac. Dziewczyna, którą chciał zatrudnić, zaszła w ciążę i czym prędzej postanowiła wyjść za mąż. Tak więc Arnie zaczął w czerwcu od biegania z chorągiewkami, lecz stopniowo brał się do coraz cięższych robót, radząc sobie głównie dzięki odwadze i determinacji. Była to jego pierwsza prawdziwa praca w życiu i nie chciał jej spieprzyć. Wywarł dzięki temu na Bradzie jak najlepsze wrażenie, a letnie słońce pomogło nieco jego cerze. Być może chodziło o promienie ultrafioletowe.

 

– Wierzę ci, synu, ale to ma być transakcja za gotówkę – powiedział LeBay. – Sam rozumiesz.

Nie wiedziałem, czy Arnie to zrozumiał, ale ja tak. Wystawiwszy czek, mógłby wstrzymać wypłatę, gdyby w drodze do domu w tym przerdzewiałym wraku pękła oś albo rozsadziło któryś z cylindrów.

– Może pan zadzwonić do banku – zaproponował Arnie z desperacją w głosie.

– Nie da rady – odparł LeBay, drapiąc się pod pachą nad swoim wyświechtanym pasem ortopedycznym. – Dochodzi wpół do szóstej. Już dawno zamknęli.

– W takim razie proszę przyjąć zadatek – powiedział Arnie, podając mu szesnaście dolarów. Wyglądał jak ogarnięty szałem. Może nie uwierzycie, że chłopak prawie wystarczająco dorosły, żeby głosować, mógł w ciągu piętnastu minut do tego stopnia zadurzyć się w jakimś anonimowym starym rupieciu. Ja sam nie bardzo mogłem w to uwierzyć. Tylko Roland D. LeBay zdawał się nie mieć z tym żadnych kłopotów – miało to chyba związek z jego wiekiem oraz faktem, że widział w życiu już niejedno. Dopiero później przyszło mi do głowy, iż jego dziwna pewność siebie brała się z zupełnie innych źródeł. Tak czy inaczej, nawet jeżeli w jego żyłach płynęło kiedykolwiek mleko zwykłej ludzkiej dobroci, to już dawno zdążyło się zamienić w kwaśną śmietanę.

– Musiałbym wziąć co najmniej dziesięć procent – oświadczył. Ryba była już wyciągnięta z wody; jeszcze chwila i trafi do worka. – Gdybym dostał dziesięć procent, mógłbym zatrzymać wóz przez dwadzieścia cztery godziny.

– Dennis, możesz pożyczyć mi do jutra dziewięć baksów? – zapytał mnie Arnie.

Miałem w portfelu dwanaście dolarów i żadnych planów na wieczór. Kolejne dni wypełnione rozsypywaniem piasku i kopaniem rowów czyniły cuda, jeśli chodzi o przygotowania kondycyjne do sezonu futbolowego, lecz jednocześnie sprawiły, że w ogóle nie miałem życia towarzyskiego. Ostatnio nawet przestałem atakować fortecę ciała mojej dziewczyny od kibicowania w taki sposób, do jakiego zdążyłem ją już przyzwyczaić. Byłem bogaty, ale samotny.

– Chodź, to zobaczymy – powiedziałem.

LeBay zmarszczył brwi, ale zrozumiał, że nic nie może poradzić, czy mu się to podoba, czy nie. Jego postrzępione siwe włosy powiewały w łagodnym wietrze. Cały czas dotykał dłonią maski plymoutha, podkreślając swoje prawo własności.

Skierowaliśmy się w stronę mojego stojącego przy krawężniku samochodu, dustera z 1975 roku. Objąłem Arniego ramieniem. Nie wiedzieć czemu przypomniałem sobie, jak pewnego deszczowego jesiennego dnia, kiedy obaj mieliśmy po siedem lat, siedzieliśmy w jego pokoju; w starym czarno-białym telewizorze migały kreskówki, a my malowaliśmy coś kredkami trzymanymi w powyginanej puszce po kawie. To wspomnienie napełniło mnie melancholią i niepokojem. Czasem wydaje mi się, że sześć lat to najlepszy wiek, i być może właśnie dlatego w rzeczywistości trwa to nie dłużej niż 7,2 sekundy.

– Masz dziewięć baksów, Dennis? Oddam ci jutro po południu.

– Mam – odparłem. – Ale na litość boską, co ty robisz, Arnie? Przecież ten stary pierdziel ma rentę za całkowitą utratę zdrowia. Nie potrzebuje tych pieniędzy, a ty nie jesteś instytucją charytatywną.

– Nie rozumiem, o czym mówisz.

– On cię nabiera. Nabiera cię dla samej przyjemności nabierania. Gdyby zaprowadził ten wóz do Darnella, nie dostałby za niego nawet pięćdziesięciu dolarów. To kupa gówna.

– Wcale nie.

Gdyby nie ta nieszczęsna cera, mój przyjaciel Arnie wyglądałby zupełnie zwyczajnie. Jednak Bóg daje każdemu przynajmniej jedną rzecz dobrej jakości, a w wypadku Arniego to były oczy – szare i inteligentne, koloru chmur na jesiennym niebie, tyle tylko, że zawsze skryte za okularami. Kiedy coś go zainteresowało, ich spojrzenie mogło być nieprawdopodobnie ostre i przenikliwe, ale teraz było rozmarzone i nieobecne.

– To nie jest kupa gówna.

Właśnie wtedy zacząłem podejrzewać, iż chodzi o coś więcej niż tylko o prosty fakt, że Arnie nagle postanowił mieć samochód. Do tej pory nigdy nie przejawiał takiego pragnienia; w zupełności wystarczało mu, że jeździł ze mną, składając się na benzynę, albo wsiadał na swój rower z trzystopniową przerzutką. Nie potrzebował też samochodu w celach reprezentacyjnych – według posiadanych przeze mnie wiadomości, Arnie jeszcze nigdy w życiu nie umówił się z dziewczyną. Tutaj chodziło o coś innego: na przykład o miłość, albo o coś w tym rodzaju.

– Przynajmniej każ mu go uruchomić – powiedziałem. – I podnieś maskę. Pod silnikiem jest kałuża oleju. Wygląda to tak, jakby pękł blok silnika. Wydaje mi się, że...

– Możesz pożyczyć mi dziewięć dolarów? – powtórzył, wpatrując się we mnie nieruchomym wzrokiem.

Poddałem się. Wyjąłem portfel i wręczyłem Arniemu dziewięć dolarów.

– Dziękuję ci, Dennnis.

– To na twój pogrzeb, chłopie.

Nie zareagował. Dołożył moje dziewięć do swoich szesnastu i wrócił do LeBaya. Podał mu pieniądze, a starzec przeliczył je uważnie, pośliniwszy uprzednio kciuk.

– Pamiętaj, że zatrzymam ją tylko na dwadzieścia cztery godziny – ostrzegł LeBay.

– Dobrze, proszę pana. To wystarczy.

– Pójdę do domu i napiszę ci pokwitowanie – oznajmił właściciel plymoutha. – Powiedz mi jeszcze raz, jak się nazywasz, żołnierzu.

Arnie uśmiechnął się lekko.

– Cunningham. Arnold Cunningham.

LeBay odchrząknął i ruszył przez niechlujny trawnik w kierunku tylnych drzwi domu. Były wykonane z aluminium i mały wypisaną ozdobnymi zawijasami dużą literę L.

Zamknęły się za nim z trzaskiem.

– Arnie, ten facet jest szurnięty. Ma cholernego pieprzonego świ...

Ale Arniego przy mnie nie było. Siedział za kierownicą samochodu, cały czas z tym samym otępiałym wyrazem twarzy.

Zaszedłem od przodu, namacałem zaczep zwalniający klapę i pociągnąłem; klapa podniosła się z przerdzewiałym piskiem, przywodzącym na myśl efekty dźwiękowe z filmów grozy. Na ziemię posypał się metalowy pył. Akumulator był przeraźliwie stary, a bieguny do tego stopnia pokryte zielonym nalotem, że nie sposób było odróżnić plusa od minusa. Wyjąłem filtr powietrza i spojrzałem ponuro w czarną niczym kopalniany szyb otchłań czterokomorowego gaźnika.

Opuściłem klapę i wróciłem do Arniego, który siedział w fotelu kierowcy, gładząc dłonią krawędź tablicy przyrządów tuż nad prędkościomierzem, wyskalowanym do całkowicie absurdalnych stu dwudziestu mil na godzinę. Czy samochody kiedykolwiek jeździły z taką prędkością?

– Arnie, wydaje mi się, że blok silnika jest pęknięty. Właściwie jestem tego pewien. Ten samochód to kupa złomu, przyjacielu. Jeśli chcesz kupić sobie wóz, za dwieście pięćdziesiąt papierów znajdziemy ci coś dużo lepszego. Bez porównania lepszego.

– Ma dwadzieścia lat – powiedział. – Czy wiesz o tym, że oficjalnie dwudziestoletni samochód to już zabytek?

– Owszem. Na złomowisku u Darnella jest pełno takich oficjalnych zabytków. Wiesz, co mam na myśli.

– Dennis...

Drzwi domu otworzyły się z trzaskiem. LeBay wracał. I dobrze, bo dalsza dyskusja i tak nie miałaby żadnego sensu. Może nie jestem najbardziej przenikliwym człowiekiem na świecie, ale nawet ja potrafię odebrać pewne sygnały, jeżeli są wystarczająco silne. To było coś, co Arnie postanowił zdobyć za wszelką cenę i nie miałem najmniejszych szans, żeby go od tego odwieść. Podejrzewam, że nikt nie miałby najmniejszej szansy.

Rozpromieniony LeBay wręczył mu pokwitowanie. Na zwykłej kartce papieru widniały następujące słowa, napisane koślawymi literami lekko drżącą ręką starego człowieka: „Kwituję 25 dolarów otrzymanych od Arnolda Cunninghama jako 24-godzinną zaliczkę za Christine, plymoutha rocznik 1958”. U dołu widniał jego podpis.

– Co za „Christine”? – zapytałem, sądząc, że źle przeczytałem albo on pomylił się przy pisaniu.

LeBay zacisnął usta i zgarbił się nieco, jakby oczekując, że zostanie wyśmiany... lub prowokując mnie do parsknięcia śmiechem.

– Zawsze ją tak nazywałem – wyjaśnił. – Christine.