Martwa strefa

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Martwa strefa
Martwa strefa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,30  55,44 
Martwa strefa
Audio
Martwa strefa
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

VIII

Na początku 1974 roku Walter Hazlett zdał egzamin adwokacki. Sara wydała przyjęcie dla wszystkich jego przyjaciół, wszystkich swoich przyjaciółek i wszystkich wspólnych przyjaciół – zgromadziło się na nim ponad czterdzieści osób. Piwo płynęło strumieniem i kiedy zabawa wreszcie się skończyła, Walter orzekł, że mieli cholerne szczęście, unikając eksmisji. Gdy (o trzeciej nad ranem) odprowadził na podjazd ostatnich gości i wrócił do domu, zastał Sarę w sypialni, ubraną wyłącznie w szpilki i kolczyki z brylantami – prezent urodzinowy, za który wisiał jeszcze paru przyjaciołom. Kochali się nie raz, lecz dwa razy, a potem padli jak nieprzytomni i obudzili się około południa z potwornym kacem. Mniej więcej sześć tygodni później Sara odkryła, że jest w ciąży. Nigdy nie wątpili, że poczęcie odbyło się w noc wielkiej zabawy.

W Waszyngtonie z wolna przypierano do muru Nixona, oplątanego zwojami taśmy magnetofonowej. W Georgii właściciel farmy orzeszków ziemnych, urzędujący gubernator i były żołnierz marynarki James Earl Carter rozpoczął w gronie zaufanych przyjaciół rozmowy na temat kandydowania do posady, z której wkrótce miał być wylany pan Nixon.

W sali 619 Centrum Medycznego Wschodniego Maine Johnny Smith nadal spał. I zaczął powoli przybierać pozycję płodu.

Doktor Strawns, który dzień po wypadku rozmawiał z Herbem, Verą i Sarą w sali konferencyjnej, zmarł od poparzeń w ostatnich dniach 1973 roku. Jego dom zapalił się w drugi dzień świąt. Straż pożarna w Bangor stwierdziła, że przyczyną pożaru były wadliwe światełka na choinkę. Przypadkiem Johnny’ego zainteresowali się dwaj nowi lekarze: Weizak i Brown.

Cztery dni przed rezygnacją Nixona Herb Smith wpadł w dół pod fundamenty domu, który budował w Gray, wylądował na taczkach i złamał nogę. Złamanie zrastało się powoli i pozostawiło po sobie ślady. Herb kulał, a w deszczowe dni chodził o lasce. Vera modliła się za niego i nalegała, żeby co noc przed pójściem do łóżka owijał nogę w ręcznik pobłogosławiony osobiście przez wielebnego Freddy’ego Coltsmore’a z Bessemer w stanie Alabama. Cena Błogosławionego Ręczniczka Coltsmore’a (jak go nazywał Herb) wynosiła trzydzieści pięć dolarów. Być może coś mu to pomogło, ale jeśli tak, to wcale tego nie zauważył.

W połowie listopada, niedługo po tym, jak Gerald Ford objął urząd prezydenta, Vera znów nabrała pewności, że koniec świata jest bliski. Herb w ostatniej chwili zorientował się, co zamierza; Vera zdecydowała się oddać całą gotówkę i te odrobinę oszczędności, które zdołali odłożyć od wypadku Johnny’ego, Amerykańskiemu Stowarzyszeniu Dnia Ostatecznego. Próbowała sprzedać dom i umówiła się z Goodwillem, że za dwa dni przyślą ciężarówkę po meble. Herb dowiedział się o wszystkim od pośrednika handlu nieruchomościami, który zadzwonił i zapytał, czy po południu mógłby przyjść z kupcem; chce obejrzeć dom.

Po raz pierwszy w rozmowie z Verą stracił panowanie nad sobą.

– Jezu Chryste, o czym ty wtedy myślałaś? – wrzasnął, kiedy już wyciągnął z niej resztę tej nieprawdopodobnej historii. Właśnie skończył rozmowę z Goodwillem; odwołał zamówienie na ciężarówkę i kazał o wszystkim zapomnieć. Siedzieli w dużym pokoju. Za oknem padał drobny, monotonny deszczyk.

– Nie używaj imienia Pana Boga naszego nadaremno, Herbercie. Nie…

– Zamknij się! Zamknij się! Zmęczyło mnie słuchanie tego cholernego gówna!

Vera aż westchnęła ze zdumienia.

Herb podszedł do niej, kulejąc; jego krokom towarzyszyło stukanie laski o podłogę. Siedząca na krześle Vera drgnęła, a później podniosła głowę i spojrzała na niego ze słodką miną męczennicy, tak że – niech mu Bóg wybaczy – miał ochotę walnąć ją w łeb tą cholerną laską.

– Nie jest jeszcze z tobą tak źle, żebyś nie wiedziała, co robisz – powiedział. – Nie możesz się tym tłumaczyć, Vero, zrobiłaś mi świństwo. Nic mi nie powiedziałaś i…

– To nieprawda! Kłamiesz! Nie zrobiłam ci…

– Zrobiłaś! – krzyknął Herb. – A teraz posłuchaj, Vero. Stawiam warunki. Możesz się modlić, ile tylko chcesz. Modlitwa jest za darmo. Możesz pisać, ile tylko chcesz, znaczek ciągle kosztuje tylko trzynaście centów. Jeśli chcesz kąpać się w gównie, w tych tanich łgarstwach, które sprzedają ci w imię twojego ukochanego Jezusa, jeśli chcesz żyć wymysłami i złudzeniami, to proszę bardzo. Ale mnie w to nie mieszaj. Pamiętaj, mnie masz w to nie mieszać! Rozumiesz?

– Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje…

– Rozumiesz?

– Myślisz, że zwariowałam! – krzyknęła Vera i jej twarz skurczyła się straszliwie. Wybuchła obrzydliwym szlochem całkowitej porażki i rozczarowania.

– Nie. – Głos Herba był spokojny. – Jeszcze nie. Ale może to najwyższy czas, żeby spokojnie porozmawiać, i muszę ci powiedzieć, Vero, że pewnie zwariujesz, jeśli się z tego nie wydobędziesz i nie zaakceptujesz rzeczywistości.

– Jeszcze zobaczysz – wyszeptała przez łzy. – Jeszcze zobaczysz. Bóg zna prawdę, lecz czeka.

– Żeby tylko zrozumiał, że nie doczeka się moich mebli – rzekł ponuro Herb. – To musi być jasne.

– Nadchodzi godzina sądu! – oznajmiła Vera. – Zbliża się apokalipsa.

– Doprawdy? Za to i jeszcze piętnaście centów możesz sobie kupić kawę.

Za oknem niezmiennie padał deszcz. Tego roku Herb skończył pięćdziesiąt dwa lata, Vera pięćdziesiąt jeden, a Sara Hazlett dwadzieścia siedem.

Johnny pogrążony był w śpiączce od czterech lat.

IX

Dziecko przyszło na świat w noc Halloween. Sara rodziła dziewięć godzin. Od czasu do czasu, kiedy to było potrzebne, lekarze podawali jej tlen, a w którymś momencie, szarpana bólami, uświadomiła sobie, że leży w tym samym szpitalu co Johnny, i zaczęła raz za razem wykrzykiwać jego imię. Później prawie o tym zapomniała i – oczywiście – nie pisnęła Walterowi ani słówka. Miała wrażenie, że to mógł być sen.

Urodziła chłopczyka. Nazwali go Dennis Edward. Obydwoje wyszli ze szpitala trzy dni później i zaraz po Dniu Dziękczynienia Sara wróciła do szkoły. Walter znalazł niezłą pracę w biurze adwokackim w Bangor i – gdyby wszystko poszło dobrze – Sara miała rzucić szkołę od lipca 1975 roku. Wcale nie była pewna, czy tego chce. Polubiła swą pracę.

X

Pierwszego dnia 1975 roku dwaj mali chłopcy, Charlie Norton i Norm Lawson, obaj z Otisfield w stanie Maine, rozpoczęli bitwę na śnieżki na podwórku Nortonów. Charlie miał osiem lat, a Norm dziewięć. Dzień był chmurny i wilgotny.

Czując, że zaraz trzeba będzie przerwać walkę – zbliżała się pora obiadu – Norm zaatakował Charliego, obrzucając go gradem śnieżnych kulek. Uchylając się ze śmiechem, Charlie najpierw cofnął się trochę, a potem obrócił i zwiał. Przeskoczył niskie kamienne ogrodzenie dzielące podwórko Nortonów od lasu i pobiegł ścieżką schodzącą do potoku Strimmera. Kiedy uciekał, Norm trafił go celnie w naciągnięty na głowę kaptur.

A później Charlie znikł.

Norm także przeskoczył ogrodzenie i zatrzymał się na chwilę, patrząc na pokryty śniegiem las i słuchając, jak krople wody z topiącego się śniegu spadają z brzóz, sosen i świerków.

– Wracaj, tchórzu! – krzyknął i wydał z siebie kilka cienkich, bulgoczących dźwięków.

Charlie nie połknął przynęty. Nie pozostał po nim nawet ślad, lecz ścieżka w tym miejscu opadała stromo w stronę strumienia. Norm znów zabulgotał jak indor, a później przestąpił z nogi na nogę, niezdecydowany. To był las Charliego; on sam nie znał go za dobrze. To był teren Charliego. Norm uwielbiał bitwę na śnieżki, kiedy wygrywał, ale wcale nie miał ochoty pójść ścieżką, wpaść w zastawioną pułapkę i zarobić parę razów dobrymi, twardymi pigułami.

Mimo wszystko zrobił kilka kroków przed siebie, a wtedy z dołu dobiegł go rozpaczliwy krzyk.

Norm Lawson zrobił się zimny jak śnieg, w którym ugrzęzły jego zielone kalosze. Dwie kulki, które trzymał w rękach, wypadły i potoczyły się po ziemi. Krzyk rozległ się jeszcze raz, tak cienki, że niemal niesłyszalny.

O rany! Biegł i wpadł do potoku, pomyślał Norm i to wyrwało go z paraliżu. Pobiegł ścieżką. Potykał się, ślizgał, raz upadł. Serce biło mu jak oszalałe. Ale miał czas, by wyobrazić sobie, jak wyciąga Charliego z wody, zanim ten zanurza się w nią po raz trzeci i tonie, i jak w gazecie robią z niego, Norma, bohatera.

Ścieżka przed nim zakręcała o sto osiemdziesiąt stopni. Wybiegając zza zakrętu, Norm dostrzegł, że Charlie Norton wcale nie wpadł do potoku. Stał i patrzył na coś, co wystawało spod topniejącego śniegu. Kaptur zsunął mu się z głowy, a twarz miał niemal tak białą jak śnieg. Gdy Norm podchodził do niego, Charlie jeszcze raz zakrztusił się krzykiem.

– Co się stało? – zapytał zdyszany Norm. – Charlie, co się stało?

Charlie odwrócił się; oczy niemal wyszły mu z orbit, usta miał otwarte. Próbował odpowiedzieć, ale z ust wydostały mu się tylko dwa niewyraźne chrząknięcia i srebrna nić śliny. Wskazał coś palcem.

Norm podszedł bliżej i spojrzał. Nagle nogi ugięły się pod nim i usiadł ciężko na śniegu. Świat zatańczył mu przed oczami.

Spod śniegu wystawały dwie nogi w dżinsach. Na jednej tkwił but, druga była bosa, biała i bezbronna. Spod śniegu wystawała także jedna ręka. Wyciągnięta w górę dłoń wydawała się błagać o ratunek, który nigdy nie nadszedł. Reszta ciała była jeszcze, dzięki Bogu, skryta pod śniegiem.

Charlie i Norm odkryli ciało siedemnastoletniej Carol Dunbarger, czwartej ofiary Dusiciela z Castle Rock.

Od jego ostatniego morderstwa upłynęły dwa lata i ludzie z Castle Rock (potok Strimmera był południową granicą między miastami Castle Rock i Otisfield) zaczynali odżywać, pełni nadziei, że koszmar już się skończył.

Rozdział 6

I

Jedenaście dni po odkryciu ciała małej Dunbarger w północnej Nowej Anglii rozpętała się zamieć i w rezultacie na szóstym piętrze Centrum Medycznego Wschodniego Maine praca rozpoczęła się z niewielkim opóźnieniem. Wielu pracowników miało problemy z dojazdem do pracy.

 

Było po dziewiątej rano, kiedy jedna z salowych, Allison Conover, przyniosła panu Starretowi lekkie śniadanie. Pan Starret przychodził do siebie po ataku serca i „odrabiał szesnastkę” na oddziale intensywnej opieki medycznej – szesnastodniowy okres spędzany tam po zawale należał do standardowej procedury medycznej. Pan Starret czuł się doskonale. Leżał w sali 619 i powiedział w sekrecie żonie, że ozdrowienie zawdzięcza przede wszystkim chęci jak najszybszego oddalenia się od żywego trupa, który zajmuje sąsiednie łóżko. Mówił, że ciągły szum respiratora tego biednego gościa nie pozwala mu spać. Po pewnym czasie sam już nie wiesz, czy chcesz, żeby dalej działał, czy marzysz o tym, żeby przestał działać. Na zawsze, że tak powiem.

Kiedy Allison weszła, grał telewizor. Pan Starret siedział na łóżku, trzymając w ręku pilota. Skończyły się poranne wiadomości i nie potrafił podjąć decyzji, czy ma wyłączyć kreskówki, które wyświetlano po dzienniku. Jeśli wyłączy telewizor, pozostanie sam na sam z respiratorem.

– Niemal już straciłem nadzieję, że panią zobaczę – powiedział, przypatrując się smętnie śniadaniu: sokowi owocowemu, chudemu jogurtowi i płatkom owsianym. Prawdę mówiąc, marzył o dwóch pełnych cholesterolu jajkach, usmażonych na tłustym masełku z pięcioma kawałkami niezbyt wysmażonego boczku. To tego rodzaju gusty kulinarne go tutaj zaprowadziły – tak przynajmniej twierdził jego lekarz, cholerny ptasi móżdżek.

– Na dworze jest coraz gorzej – rzekła krótko Allison. Wcześniej już sześciu pacjentów zdążyło jej powiedzieć, że niemal straciło nadzieję, iż ją zobaczą, i ten żart stracił już sporo ze swej świeżości. Allison była miłą dziewczyną, ale tego ranka pacjenci ją drażnili.

– Och, przepraszam. – Pan Starret spokorniał. – Drogi są bardzo śliskie, prawda?

– Tak, rzeczywiście. – Allison zrobiła się trochę bardziej przyjazna. – Gdyby nie samochód męża z napędem na cztery koła, nigdy bym tu nie dotarła.

Pan Starret nacisnął przycisk podnoszący oparcie łóżka, co umożliwiało mu wygodne zjedzenie śniadania. Napędzający je silniczek elektryczny był mały, ale dość głośny. Telewizor także hałasował – pan Starret był głuchawy, ale (jak powiedział żonie) facet z drugiego łóżka nigdy nie skarżył się na hałas. I nigdy nie chciał sprawdzić, co puszczają na innym kanale. Takie żarty pewnie nie były w najlepszym guście, ale kiedy miało się atak serca i trafiło na OIOM do jednej sali z warzywem, człowiek uczy się cenić czarny humor albo dostaje świra.

Allison podniosła lekko głos, przekrzykując telewizor i silnik poruszający oparciem łóżka. Stawiała tacę przed panem Starretem.

– Po obu stronach wzgórza na State Street kilkanaście samochodów wypadło z szosy.

Na sąsiednim łóżku Johnny Smith powiedział cicho:

– Wszystko na dziewiętnastkę. Tak albo nie. Moja dziewczyna źle się czuje.

– Wie pani, ten jogurt wcale nie jest taki zły – ocenił pan Starret. Nienawidził jogurtu, ale nie chciał zostać sam ani minutę wcześniej, niż będzie to absolutnie konieczne. Kiedy był sam, ciągle tylko mierzył sobie puls. – Smakuje trochę jak nektar z dzikiej hikory i…

– Słyszał pan coś? – zapytała Allison i rozejrzała się dookoła z powątpiewaniem.

Pan Starret puścił przycisk i wycie silniczka elektrycznego zamilkło. Na ekranie telewizora Elmer Fudd strzelił do królika Bugsa. To był łatwy strzał, ale Elmer Fudd chybił.

– Tylko telewizor. Straciłem coś?

– Chyba nic. To musiał być wiatr za oknem. – Allison czuła, jak z napięcia zaczyna ją boleć głowa, miała zbyt wiele roboty i nie było nikogo, kto by jej pomógł. Pomasowała skronie, jakby chciała odpędzić ból, nim się zakorzeni.

Wychodząc z sali, zatrzymała się na chwilę i przyjrzała mężczyźnie z drugiego łóżka. Czy nie wygląda jakoś inaczej? Jakby zmienił pozycję? Z pewnością nie.

Allison powędrowała korytarzem, pchając przed sobą wózek z jedzeniem. Ranek okazał się tak straszny, jak przypuszczała, wszystko się plątało, a w południe głowa pękała jej z bólu. Zupełnie zrozumiałe, że zapomniała wspomnieć komukolwiek o tym, co jej się zdawało w sali 619.

Lecz przez następne dni coraz częściej przyglądała się Smithowi i w marcu była już prawie pewna, że się trochę wyprostował – przybieranie pozycji płodu jakby ustało. Zmiana niewielka, ale jednak. Zastanowiła się, czy ma komuś o tym powiedzieć, i zrezygnowała. W końcu była przecież tylko salową, stanowisko niewiele lepsze od pomocy kuchennej.

To nie jej sprawa.

II

Przypuszczał, że to sen.

Był w jakimś mrocznym, ciemnym miejscu – chyba korytarzu. Nie widział wysokiego sufitu. Zagubił się w cieniach. Ściany były z ciemnej chromowanej stali. Odchylały się od pionu. Był sam, ale do miejsca, w którym stał, docierał głos jakby z bardzo daleka. Znał ten głos: ten głos mówił do niego w innym miejscu, w innym czasie. Ten głos go przerażał. Jęczący, zagubiony, odbijał się od chromowanych ścian niczym uwięziony ptak, którego pamiętał z dzieciństwa. Ptak wleciał do szopy, w której ojciec trzymał narzędzia, i nie miał na tyle rozumu, żeby się wydostać. Przestraszył się i latał tam i z powrotem, ćwierkając z przerażenia, obijając się o ściany, aż w końcu zdechł. Ten głos brzmiał tak potępieńczo, jak przed wielu laty ćwierkanie ptaka. Nigdy nie miał się wydostać z tego miejsca.

„Planujesz całe życie i robisz, co możesz – jęczał ten upiorny głos. – Chciałeś dać mu wszystko, co najlepsze, a dzieciak przychodzi do domu z włosami po tyłek i mówi, że prezydent Stanów Zjednoczonych to świnia. Świnia! Cholera, nie…”.

Chciał powiedzieć temu głosowi: „Uwaga!”. Chciał przestrzec ten głos, ale był niemy. Uwaga na co? Nie wiedział. Nie wiedział nawet, kim jest, chociaż podejrzewał, że kiedyś był nauczycielem, a może czyścicielem.

„Jeeezu!” – krzyknął ten daleki głos. Zagubiony, przeklęty, niknący. „Jeee…”.

I cisza. Milknące echa. Później, po krótkiej chwili, wszystko zaczynało się od nowa.

Więc po jakimś czasie – nie wiedział jakim, czas nie miał żadnego znaczenia i nie liczył się w tym miejscu – zaczął po omacku iść korytarzem, wołając (może tylko w myśli), pewnie w nadziei, że spotka właściciela głosu i razem stąd wyjdą, a może tylko liczył na to, że będzie go mógł pocieszyć i sam dozna pocieszenia.

Lecz głos bezustannie się oddalał, coraz słabszy i cichszy

(malutki i słabiutki),

aż stał się już tylko echem echa. A później zamilkł. Został sam, sam szedł mrocznym i pustym korytarzem w gabinecie cieni. I zaczęło mu się wydawać, że to nie złudzenie, miraż czy sen – a w każdym razie nie zwykły sen. Było tak, jakby znalazł się w pustce, w jakimś szalonym przejściu łączącym krainę żywych ze światem umarłych. Ale w jakim kierunku się porusza?

Dostrzegł coś, coś niepokojącego. Tak jakby przyłączyły się do niego duchy, jakby szły obok niego, przed nim, za nim, aż otoczyły go niesamowitym kołem – trzy razy otoczyły go kołem, trzy razy zaświeciły mu w oczy świętym strachem, tak to szło? Prawie je widział. Wszystkie te szepczące głosy z czyśćca. W ciemności nocy obracało się koło, koło fortuny, czerwone i czarne, życie i śmierć; i zwalniało. Na co postawił? Nie pamiętał, a powinien pamiętać, ponieważ położył na szali swoje życie. Tu czy tam? Musi być tak albo tak. Jego dziewczyna zachorowała. Musi ją odwieźć do domu.

Po jakimś czasie korytarz wydał mu się jaśniejszy. Najpierw myślał, że tylko tak mu się zdaje, coś w rodzaju snu we śnie, jeśli to w ogóle możliwe, lecz czas płynął i jasność stała się zbyt wyraźna jak na przywidzenie. Ściany się rozstąpiły, aż ich prawie nie widział, matowy czarny kolor zmienił się w smutną ciemną szarość; kolor zmierzchu w chmurny marcowy wieczór. Powoli dochodził do przekonania, że już nie znajduje się w korytarzu, lecz w pokoju – prawie w pokoju, oddzielony od niego najcieńszą z błon, cienką niby błona płodowa u dziecka, które czeka, by się narodzić. Teraz słyszał inne głosy; nie przypominały echa, były głuche, przytępione niby głosy bezimiennych bogów, mówiących w jakimś obcym języku. Głosy te stawały się coraz czystsze… aż prawie je rozumiał.

Od czasu do czasu otwierał oczy (albo wydawało mu się, że otwiera) i widział właścicieli tych głosów: jaskrawe, lśniące, bezcielesne zjawy, z początku pozbawione twarzy. Czasami poruszały się po pokoju, a czasami pochylały się nad nim. Najpierw nawet nie przyszło mu do głowy, by do nich przemówić. Za to pomyślał, że to pewnie jakiś rodzaj życia po życiu i te jaskrawe kształty to postacie aniołów.

Twarze, tak jak głosy, z biegiem czasu stawały się coraz wyraźniejsze. Raz zobaczył matkę, pojawiła mu się w polu widzenia i powoli, z siłą grzmotu, mówiła mu w twarz coś najzupełniej pozbawionego znaczenia. Kiedy indziej był to ojciec. I Dave Pelsen ze szkoły. I pielęgniarka, którą zaczynał poznawać; był przekonany, że ma na imię Mary albo może Marie. Twarze, głosy, coraz bliższe, coraz mniej przezroczyste.

Pojawiło się także coś innego: uczucie, że się zmienił.

Nie lubił tego uczucia. Nie ufał mu. Miał wrażenie, że – jakakolwiek była – nie jest to zmiana na lepsze. Miał wrażenie, że oznacza smutek i złe czasy. Odszedł w ciemność, mając wszystko, a teraz miał wrażenie, że wraca z ciemności bez niczego – i jakoś tajemniczo osobliwy.

Sen dobiegał końca. Jakikolwiek był, kończył się. Pokój stał się teraz bardzo prawdziwy, bardzo bliski. Głosy, twarze…

Niedługo znajdzie się w pokoju. I nagle odniósł wrażenie, że tak naprawdę to chciałby odwrócić się i uciec – uciec na zawsze do tego czarnego korytarza. Czarny korytarz był zły, ale i tak lepszy niż to nowe uczucie smutku i nieuniknionej straty.

Odwrócił się, spojrzał za siebie i – tak – było tam, było tam to miejsce, gdzie ściany pokoju zmieniały się w czarny chrom, w kącie, za jednym z krzeseł, niewidzialne dla jaskrawych ludzi, którzy pojawiali się i znikali; miejsce, gdzie pokój stawał się przejściem w to, co – jak teraz podejrzewał – jest wiecznością. Miejsce, gdzie odszedł ten drugi głos, głos

(taksówkarza).

Tak. Teraz pamiętał. Siedzi w taksówce, kierowca biada nad długimi włosami syna, biada nad tym, że syn nazwał Nixona świnią. Długie światła na szczycie wzgórza, dwa po obu stronach białej linii. Zderzenie. Nie czuje bólu, ale wie, że udami uderzył w licznik wystarczająco mocno, by wyrwać go z obsady. Czuł chłodną wilgoć, później zobaczył ciemny korytarz, a teraz to.

„Wybierz – powiedziało coś w jego wnętrzu – wybierz albo wybiorą za ciebie, wyrwą cię z tego miejsca, czymkolwiek i gdziekolwiek jest, jak lekarze, którzy wyrywają dziecko z brzucha matki za pomocą cesarskiego cięcia”.

A później pojawiła się przed nim twarz Sary – musi być gdzieś tam, choć żadna z jaskrawych, pochylających się nad nim twarzy nie była jej twarzą. Musi być gdzieś tam, zaniepokojona, przerażona. Teraz prawie już do niego należy. Czuł to. Miał zamiar poprosić ją o rękę.

Uczucie niepokoju wróciło, silniejsze niż kiedykolwiek, tym razem związane z Sarą. Ale pragnął jej znacznie mocniej, toteż podjął decyzję. Odwrócił się tyłem do ciemnego miejsca, a kiedy później znów szukał go wzrokiem, ono znikło; za krzesłem była tylko gładka biała ściana pokoju, w którym leżał. Wkrótce zorientował się, w jakim pokoju leży; była to oczywiście sala szpitalna. Mroczny korytarz stał się tylko wspomnieniem jak ze snu, nigdy całkiem zapomnianym. Lecz znacznie ważniejsza, znacznie bliższa była świadomość, że nazywa się John Smith, że ma dziewczynę Sarę Bracknell i że przeżył straszny wypadek samochodowy. Przypuszczał, że miał sporo szczęścia, nie ginąc na miejscu, i żywił nadzieję, że cały jego przyrodzony ekwipunek jest gdzie trzeba i funkcjonuje. Mógł być w rejonowym szpitalu w Cleaves Mills, ale podejrzewał, że to raczej CMWM. Z tego, jak się czuł, wnioskował, że leży tu już od dłuższego czasu – być może stracił przytomność nawet na tydzień, dziesięć dni. Najwyższy czas wrócić do życia.

Najwyższy czas wrócić do życia. O tym myślał Johnny Smith, kiedy wreszcie wszystko ułożyło się w całość i otworzył oczy.

Był siedemnasty maja 1975 roku. Pan Starret dawno wrócił do domu z poleceniem, że ma spacerować trzy kilometry dziennie i umilać sobie życie artykułami spożywczymi pozbawionymi cholesterolu. W pokoju leżał starszy pan toczący piętnastorundową walkę z mistrzem świata wszechwag, rakiem płuc. Pogrążony był w narkotycznym śnie. Oprócz niego w pokoju nie było nikogo. Dochodziła trzecia piętnaście po południu. Ekran telewizora świecił zielonkawo.

 

– Oto jestem – wychrypiał Johnny Smith do nikogo. Przeraziła go słabość własnego głosu. W pokoju nie było kalendarza i nie miał możliwości dowiedzieć się, że spał przez cztery i pół roku.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?