Martwa strefa

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Martwa strefa
Martwa strefa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,30  55,44 
Martwa strefa
Audio
Martwa strefa
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału:

THE DEAD ZONE

Copyright © 1979 by Stephen King

All Rights Reserved including the right of reproduction

in whole or in part in any form

This edition published by arrangement with NAL Signet,

a member of Penguin Putnam, Inc.

Projekt okładki: Ewa Wójcik

Ilustracja na okładce: Vincent Chong

Redaktor prowadzący: Katarzyna Rudzka

Redakcja: Jacek Ring

Korekta: Mariola Będkowska

ISBN 978-83-8234-826-2

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Owena

Kocham cię, stary byku

OD AUTORA

Książka ta jest dziełem wyobraźni. Wszystkie główne postaci zostały wymyślone. Ponieważ akcja dzieje się na tle prawdziwych wydarzeń ostatniej dekady, czytelnik może rozpoznać pewne rzeczywiste osoby, mające udział w tworzeniu historii lat siedemdziesiątych. Mam nadzieję, że ich działania przedstawiłem we właściwy sposób.

PROLOG

I

John Smith jeszcze przed maturą zdążył zapomnieć o ciężkim upadku, którego doznał na lodzie tego styczniowego dnia 1953 roku. W gruncie rzeczy już w ostatniej klasie podstawówki miałby wielkie kłopoty, gdyby chciał odgrzebać to zdarzenie w pamięci. Ojciec i matka o niczym się nie dowiedzieli.

Jeździli na łyżwach na oczyszczonym ze śniegu skrawku Runaround Pond w Durham. Starsi chłopcy grali w hokeja starymi, posklejanymi taśmą kijami, zamiast bramek używając dwóch koszy na ziemniaki. Maluchy niepewnie kręciły się w kółko, jak to maluchy od niepamiętnych czasów; nogi komicznie wygięte w kostkach, z ust wypływają na kilkustopniowy mróz obłoczki pary. W rogu, na oczyszczonym lodzie płonęły dwie opony, buchające czarnym dymem; wokół ognia siedziało kilkoro rodziców przyglądających się swym pociechom. Czasy pojazdów śnieżnych jeszcze nie nadeszły i sporty zimowe ciągle polegały na ćwiczeniach ciała, a nie silnika spalinowego.

Johnny wyszedł ze swego domu, który stał na skraju miasteczka Pownal. Przez ramię miał przewieszone łyżwy. Jak na sześciolatka jeździł całkiem nieźle. Nie aż tak, by przyłączyć się do starszych i grać z nimi w hokeja, ale wystarczająco, by kręcić ósemki wokół innych pierwszoklasistów, którzy albo rozpaczliwie wywijali rękami, próbując ustać, albo padali na tyłki.

Właśnie sunął powolutku wzdłuż granicy oczyszczonego lodu i marzył o tym, by umieć jeździć do tyłu tak jak Timmy Benedix. Słuchał lodu jęczącego i trzaskającego tajemniczo pod warstwą śniegu, a także krzyków graczy, ryku silnika ciężarówki jadącej przez most do cementowni w Lisbon Falls, pomruku rozmów dorosłych. W ten chłodny, jasny zimowy dzień Johnny był szczęśliwy. Nie miał żadnych problemów, o niczym nie myślał i nie pragnął niczego… chyba tylko żeby jeździć do tyłu jak Timmy Benedix.

Przejechał koło ogniska i dostrzegł, jak kilku dorosłych przekazuje sobie butelkę whisky.

– Zostaw trochę dla mnie! – krzyknął do Chucka Spiera.

Chuck, który miał na sobie wielką kurtkę drwala i zielone flanelowe spodnie, uśmiechnął się.

– Spadaj, mały. Chyba matka cię woła.

Sześcioletni John Smith odpowiedział mu uśmiechem i odjechał. A przy lodowisku, od strony drogi zauważył schodzącego w dół samego Timmy’ego Benediksa, a za nim jego ojca.

– Timmy! – krzyknął. – Patrz!

Obrócił się i pojechał niezgrabnie do tyłu. Nie zdając sobie z tego sprawy, zbliżał się do hokeistów.

– Hej, mały! – krzyknął ktoś. – Z drogi!

Johnny nie usłyszał. Udało mu się! Jechał do tyłu. Złapał rytm – za pierwszym razem! Trzeba było tak jakoś wyginać nogi…

Zafascynowany spojrzał w dół. Co też wyczyniają te jego nogi?

Krążek hokejowy, stary, poryty i wyżłobiony po brzegach, przemknął obok niezauważony. Jeden ze starszych chłopaków, niezbyt dobry łyżwiarz, rzucił się w pościg głową w przód, ślepy na wszystko.

Chuck Spier dostrzegł niebezpieczeństwo. Zerwał się na równe nogi i wrzasnął:

– Johnny! Uwaga…!

Chłopiec podniósł głowę, a w następnej chwili kiepski łyżwiarz rąbnął w niego z rozpędu całą masą swych osiemdziesięciu kilogramów.

Johnny pofrunął z rozrzuconymi ramionami. Chwilę później jego głowa zetknęła się z lodem i zrobiło mu się czarno przed oczami.

Czarno… czarny lód… czarno… czarny lód… czarny. Czarny.

Powiedzieli mu, że zemdlał. Natomiast on był pewny tylko tej dziwnej, powtarzającej się myśli i że w którymś momencie dostrzegł nad sobą krąg twarzy – przerażeni hokeiści, zaniepokojeni dorośli, małe, ciekawskie dzieciaki, głupio uśmiechnięty Timmy Benedix. Chuck Spier trzymał go w ramionach.

Czarny lód. Czerń.

– Co?! – zapytał Chuck. – Johnny… dobrze się czujesz? Strasznie się walnąłeś.

– Czarny – mówił ochryple Johnny. – Czarny lód. Nie ładuj go więcej, Chuck.

Mężczyzna rozejrzał się wokół trochę przestraszony, a potem znów spojrzał na Johnny’ego. Dotknął wielkiego guza wyrastającego na czole chłopca.

– Przepraszam – tłumaczył się niezdarny hokeista. – Nawet go nie widziałem. Małe dzieci powinny trzymać się z dala od boiska. Takie są zasady. – Rozglądał się niepewnie dookoła, czekając, żeby ktoś go poparł.

– Johnny? – Chuckowi nie podobały się oczy chłopca. Były ciemne, dalekie; dalekie i chłodne. – Dobrze się czujesz?

– Nie ładuj go więcej – powtarzał Johnny, nie zdając sobie sprawy z tego, co mówi, myśląc tylko o lodzie, o czarnym lodzie. – Wybuch. Kwas.

– To co, może jednak zabrać go do lekarza? – zapytał Chuck Billa Gendrona. – Bredzi.

– Poczekajmy trochę – doradził Bill.

Po chwili Johnny’emu rozjaśniło się w głowie.

– W porządku – szepnął. – Posadźcie mnie. – Timmy Benedix ciągle głupawo się uśmiechał, niech go wszyscy diabli! Johnny zdecydował, że pokaże mu to i owo. Pod koniec tygodnia będzie kosił wokół niego ósemki… do tyłu i do przodu.

– Chodź tu i usiądź na chwilę przy ognisku – powiedział Chuck. – Strasznie się walnąłeś.

Johnny nie opierał się, kiedy wzięli go pod ręce i podprowadzili do ogniska. Zapach topiącej się gumy, silny i ostry, lekko go zemdlił. Bolała go głowa. Ciekawie pomacał guza rosnącego mu nad lewym okiem. Miał wrażenie, że sterczy na kilometr.

– Pamiętasz, kim jesteś, i w ogóle? – spytał go Bill.

– Jasne. Pewnie, że pamiętam. Wszystko w porządku.

– Jak nazywają się rodzice?

– Herb i Vera. Herb i Vera Smith.

Bill i Chuck spojrzeli po sobie i wzruszyli ramionami.

– Chyba w porządku – rzekł Chuck, a później powtórzył po raz trzeci: – Ale cholernie się walnął, nie? Rany!

– Dzieciaki. – Bill popatrzył rozkochanym wzrokiem na swoje ośmioletnie bliźniaczki, jeżdżące ręka w rękę, po czym podniósł spojrzenie na Johnny’ego. – Mogło zabić dorosłego.

– Ale nie Polaka – odpowiedział mu Chuck i obaj wybuchnęli śmiechem. Butelka bushmillsa ruszyła w drogę.

Dziesięć minut później Johnny znów był na lodzie. Ból głowy prawie ustał. Guz sterczał mu z czoła jak jakaś dziwna huba. Kiedy wrócił do domu na obiad, nie pamiętał już o upadku, o tym, że stracił przytomność i miał czarno przed oczami; zapomniał z radości, że odkrył, jak jeździć do tyłu.

– Na litość boską! – krzyknęła Vera Smith na jego widok. – Co ci się stało?

– Upadłem – odparł Johnny, siorbiąc zupę pomidorową Campbella.

– Dobrze się czujesz, synku? – Matka delikatnie dotknęła guza.

– Jasne, mamo!

I rzeczywiście nic mu nie dolegało… z wyjątkiem koszmarów, które pojawiały się potem przez jakiś miesiąc… Koszmarów i tego, że w ciągu dnia bywał czasami bardzo senny, co mu się nigdy przedtem nie zdarzało. I minęło mniej więcej wtedy, kiedy ustąpiły koszmary.

Czuł się wspaniale.

Pewnego ranka w połowie lutego Chuck Spier stwierdził, że w jego starym de soto z czterdziestego ósmego roku kompletnie siadł akumulator. Próbował doładować go z akumulatora furgonetki. Właśnie podłączył drugi przewód, kiedy akumulator wybuchł mu w twarz, szpikując ją odłamkami i opryskując kwasem. Chuck stracił oko. Vera orzekła, że tylko opatrzności boskiej zawdzięcza, iż nie stracił obu. Dla Johnny’ego była to straszna tragedia; tydzień po wypadku pojechał z tatą do Szpitala Ogólnego w Lewinston. Widok wielkiego Chucka, leżącego w szpitalnym łóżku, wynędzniałego i jakby skurczonego, potężnie nim wstrząsnął; tej nocy Johnny śnił, że to on leży w szpitalu.

W następnych latach od czasu do czasu miewał przeczucia… wiedział, jaką piosenkę nadadzą w radiu, jeszcze zanim ją zapowiedziano, tego rodzaju rzeczy… ale nigdy nie wiązał ich z wypadkiem na lodzie.

A przeczucia te nigdy nie były ważne ani częste. Aż do maski i nocy na jarmarku nie zdarzyło się nic zdumiewającego. Aż do drugiego wypadku.

Później często o tym myślał.

Sprawa z kołem fortuny zdarzyła się przed drugim wypadkiem.

Jak ostrzeżenie z dzieciństwa.

II

Było lato 1955 roku i domokrążca w palącym słońcu niezmordowanie przemierzał Nebraskę i Iowa. Siedział za kierownicą mercury’ego kombi z 1953 roku. Auto przejechało dobre sto dwadzieścia tysięcy kilometrów i silnik nie chodził już tak cicho jak niegdyś. Domokrążca był potężnie zbudowany; ciągle jeszcze wyglądał na wykarmionego kukurydzą wiejskiego chłopaka ze Środkowego Zachodu. W lecie 1955 roku, zaledwie cztery miesiące po tym, jak zbankrutował jego biznes z malowaniem domów, Greg Stillson nie miał jeszcze dwudziestu trzech lat.

 

Bagażnik i tylne siedzenie mercury’ego zawalone były kartonami pełnymi książek. Większość to były Biblie. We wszystkich kształtach i kolorach. Oto wersja podstawowa: Amerykańska Jedyna Prawdziwa Biblia z szesnastoma kolorowymi ilustracjami, sklejona klejem samolotowym, za dolara sześćdziesiąt pięć, z gwarancją, że nie rozleci się co najmniej przez dziesięć miesięcy; dalej, Amerykański Jedyny Prawdziwy Nowy Testament w tanim wydaniu kieszonkowym, za sześćdziesiąt pięć centów, bez ilustracji, lecz ze słowami Pana Naszego Jezusa Chrystusa, wydrukowanymi na czerwono; wreszcie – dla bogaczy – Amerykańskie Jedyne Prawdziwe Słowo Boże Deluxe za dziewiętnaście dolarów i dziewięćdziesiąt pięć centów, oprawione w imitację białej skóry (nazwisko właściciela można wypisać na złotym liściu na okładce), zawierające dwadzieścia cztery kolorowe ilustracje i w środku wolne kartki na wpisywanie dat urodzin, ślubów i pogrzebów. Słowo Boże Deluxe mogło przetrwać w jednym kawałku nawet całe dwa lata. Leżał tam też karton broszurek zatytułowanych: „Jedyna Prawdziwa Ameryka: komunistyczno-żydowski spisek przeciw naszym Stanom Zjednoczonym”.

Greg zarabiał na tej książeczce, wydrukowanej na tanim, kiepskim papierze, więcej niż na wszystkich Bibliach razem wziętych. Książeczka wyjaśniała, jak to Rothschildowie, Rooseveltowie i Greenblattowie opanowują gospodarkę Ameryki i rząd Ameryki. Udowadniała na wykresach, że Żydzi są najbliżej spokrewnieni z komunistami-marksistami-leninistami-trockistami, a przez nich z samym antychrystem.

Maccartyzm upadł w Waszyngtonie dopiero niedawno; na Środkowym Zachodzie gwiazda McCarthy’ego świeciła całkiem jasno, a Margaret Chase Smith za jej słynną „Deklarację Sumienia” ochrzczono tu „suką”. Poza opowieściami o komunizmie wiejskich klientów Grega Stillsona niezdrowo fascynowała idea, że to Żydzi rządzą światem.

Greg skręcał właśnie na podjazd na farmę, jakieś trzydzieści kilometrów na zachód od Ames w stanie Iowa. Farma wyglądała na opuszczoną – zasłony w oknach i zamknięta stodoła – ale przecież nie wiesz, póki nie spróbujesz. To motto oddało Gregowi Stillsonowi spore usługi w ciągu tych dwóch lat, od kiedy przeniósł się z matką z Oklahomy do Omaha. Interes z malowaniem domów nie był niczym wielkim, ale Greg musiał pozbyć się z ust smaku Jezusa (proszę wybaczyć to drobne bluźnierstwo). Lecz teraz wrócił do domu – choć nie na kazalnicę – głosić konieczność odrodzenia i ulżyło mu, gdy skończył już z tym interesem z cudami.

Otworzył drzwiczki samochodu i kiedy wysiadał, zza stodoły wyłonił się wielki, groźny pies. Najeżył się, zaszczekał głośno.

– Cześć, dobry piesek – powiedział Greg. Głos miał niski, przyjemny i donośny; w wieku dwudziestu trzech lat wyćwiczył sobie głos czarodzieja.

Dobry piesek nie zareagował na ten przyjazny ton. Podchodził bliżej, wielki i zły, i miał zamiar urządzić sobie wczesny obiad z domokrążcy. Greg wsiadł więc do auta, zamknął drzwi i dwukrotnie przycisnął klakson. Z twarzy spływał mu pot; na białym lnianym garniturze, pod pachami, pojawiły się szare plamy. Zatrąbił jeszcze raz. Żadnej reakcji. Chłopstwo załadowało się do swojego international harvestera czy innego studebakera i pojechało do miasta.

Greg się uśmiechnął.

Zamiast wrzucić wsteczny bieg i opuścić podjazd, sięgnął za siebie i wyciągnął pompkę… pełną amoniaku.

Odciągnął tłok i wysiadł z samochodu uśmiechnięty. Siedzący na podjeździe pies poderwał się i natychmiast ruszył na niego, warcząc.

Greg nadal się uśmiechał.

– W porządku, piesku – powiedział tym swoim przyjemnym, mocnym głosem. – No, chodź. Podejdź do mnie. – Nie znosił tych wstrętnych kundli, biegających po niewielkich obejściach niby aroganccy mali cezarowie; sporo mówi to o ich właścicielach, nie? – Cholerne chłopstwo – mruknął pod nosem, nie przestając się uśmiechać. – No, chodź, piesku.

Pies się zbliżył. Przysiadł na łapach, gotowy do skoku. W oborze zaryczała krowa, wiatr szeleścił cicho w kłosach zbóż. Pies skoczył, a uśmiech Grega zmienił się w twardy, gorzki grymas. Przycisnął tłok pompki i strzelił wprost w oczy i nos zwierzęcia gryzącą mgiełką amoniaku.

Złowrogi warkot zmienił się w krótkie rozpaczliwe skomlenie, a później, gdy zaczął się prawdziwy ból, w przeciągłe wycie. Pies podwinął ogon; nie był już stróżem podwórka, lecz przegranym kundlem.

Twarz Grega Stillsona pociemniała, oczy zwęziły się w szparki. Zrobił szybki krok do przodu i nogą obutą w trzewik z metalowym czubkiem wściekle kopnął psa w podbrzusze. Pies zawył piskliwie; obolały i przerażony przypieczętował swój los: zamiast uciekać do stodoły wypowiedział wojnę prześladowcy.

Warknął, odwrócił się, zaatakował na oślep, złapał prawą nogawkę spodni Grega i ją rozdarł.

– Ty sukinsynu! – krzyknął zaskoczony i wściekły mężczyzna, po czym ponownie kopnął psa, tym razem tak silnie, że zwierzę potoczyło się po ziemi. Greg podszedł do niego i ciągle wrzeszcząc, wymierzył mu kolejnego kopniaka. Pies, któremu łzawiły oczy, a nos płonął z bólu, zorientował się wreszcie, jak niebezpieczny jest ten szaleniec, ale było już za późno.

Greg Stillson ścigał go po podwórku, dysząc i wrzeszcząc, po twarzy spływał mu pot. Kopał psa, aż zwierzę mogło już tylko ze skowytem czołgać się po ziemi. Kundel krwawił z kilkunastu ran; zdychał.

– Nie trzeba było mnie gryźć – szepnął Greg. – Słyszysz? Czy ty mnie słyszysz? Nie trzeba było mnie gryźć, ty durny kundlu. Nikt nie śmie wchodzić mi w drogę. Słyszysz? Nikt.

Zakrwawionym butem wymierzył kolejnego kopniaka, lecz pies już nic nie czuł. Żadnej satysfakcji. Greg poczuł ból głowy. Wszystko przez to słońce. Wszystko przez to, że ścigał tego psa w słońcu. Będzie miał szczęście, jeśli nie zasłabnie.

Zamknął na chwilę oczy, oddychał gwałtownie. Pot spływał mu po policzkach jak łzy, lśnił jak klejnoty w ostrzyżonych na jeża włosach. U jego stóp leżał zdychający pies. Kolorowe plamy światła tańczyły w rytm bicia serca na tle czerni zamkniętych powiek.

Bolała go głowa.

Czasami Greg zastanawiał się, czy przypadkiem nie wariuje. Jak teraz. Chciał tylko prysnąć na psa amoniakiem i odpędzić go do stodoły, a potem zostawić w drzwiach wizytówkę, żeby któregoś dnia wrócić i pohandlować. A teraz? Co za burdel! Nie może teraz zostawić wizytówki, no nie?

Otworzył oczy. Pies leżał u jego stóp, ciężko dysząc; z pyska ciekła mu krew.

– Nie trzeba było drzeć mi spodni – powiedział Greg psu. – Te spodnie kosztowały mnie pięć dolców, ty cholerny kundlu.

Musi się stąd wynieść. Wcale mu nie zależy, żeby wysiadający ze swego studebakera Clem Dupek, jego żona i sześcioro dzieciaków zobaczyli, jak ich burek zdycha u stóp Wielkiego Brzydkiego Domokrążcy. Straciłby pracę. Towarzystwo Jedynej Prawdziwej Ameryki nie zatrudniało domokrążców, którzy zabijali psy chrześcijan.

Chichocząc nerwowo, Greg wrócił do mercury’ego, wsiadł i szybko zjechał z podjazdu. Skręcił na wschód w polną drogę, biegnącą prosto jak strzelił wśród pól kukurydzy, i wkrótce jechał równo sto dziesięć, zostawiając za sobą trzykilometrową chmurę dymu.

Z pewnością nie chciał teraz stracić pracy. Jeszcze nie. Zarabiał niewiele – na dodatek do towaru, o którym Towarzystwo Prawdziwej Ameryki wiedziało, Greg dokładał trochę rzeczy, o których nie miało pojęcia. Jakoś wiązał koniec z końcem. A poza tym w podróży spotykał wielu ludzi… wiele dziewczyn. Fajne życie, ale…

Ale nie był zadowolony.

Jechał przed siebie. Głowa go bolała. Nie, nie czuł satysfakcji. Uważał, że jest stworzony do celów większych niż podróżowanie w kółko po Środkowym Zachodzie, sprzedawanie Biblii i fałszowanie formularzy, co przynosiło dodatkowe dwa dolce dziennie. Czuł, że jest stworzony… jest stworzony…

Do wielkości.

Tak, to było to. To było na pewno to.

Kilka tygodni temu zabrał dziewczynę na siano (jej rodzina wyjechała do Davenport sprzedawać kurczęta); dziewczyna sama zaczęła, pytając, czy chce szklankę lemoniady, i od łyczka do rzemyczka, a jak ją już miał, powiedziała, że to prawie jak pójść z kaznodzieją, i uderzył ją, właściwie nie wiadomo czemu. Uderzył ją i odjechał.

No… nie.

Tak naprawdę to uderzył ją trzy albo cztery razy. Aż się popłakała i krzyczała, żeby ktoś przyszedł i ją uratował; wtedy przestał i jakoś – potrzebował na to całego wdzięku, którym obdarzył go Bóg – jakoś się z nią dogadał. Wtedy głowa też go bolała, jasne plamki światła tańczyły mu przed oczami. Próbował sobie wytłumaczyć, że to tylko upał i ten straszny zaduch stodoły, ale to nie z gorąca rozbolała go wtedy głowa. Czuł wtedy to samo, to samo, co przed chwilą, kiedy pies rozdarł mu spodnie – coś mrocznego i szalonego.

– Nie jestem wariatem – powiedział głośno w pustkę samochodu. Szybko otworzył okno, do środka wionął upał lata, zapach kurzu, zboża, nawozu. Włączył radio i złapał piosenkę Patti Page. Ból głowy nieco ustąpił.

Chodzi o to, by nie stracić panowania nad sobą i nie dać się przyłapać. Jeśli ci się uda, nikt cię nie ruszy. A w obu sprawach stawał się coraz lepszy. Coraz rzadziej już śnił mu się ojciec, stojący nad nim z odsuniętym z czoła kaskiem i ryczący: „Do niczego się nie nadajesz, kurduplu! Do niczego się, kurwa, nie nadajesz!”.

Nie śniło mu się to tak często, bo już dawno nie była to prawda. Nie był już kurduplem. Zgoda, jako dziecko często chorował, był mały, ale urósł duży i troszczy się o matkę…

A ojciec tego nie dożył. Nie może go zobaczyć. Nie zdoła zmusić ojca, żeby to odszczekał, bo ojciec zginął podczas wybuchu na platformie. Tak bardzo chciałby go wykopać i raz, jedyny raz wrzasnąć mu w twarz: „Myliłeś się, tato, myliłeś się co do mnie!”, a później dać mu zdrowego kopniaka…

Jak temu psu.

Ból głowy wrócił, słabszy.

– Nie jestem wariatem – powtórzył Greg Stillson ciszej, niż grała muzyka. Jego matka często mu powtarzała, że będzie kimś ważnym, kimś wielkim, takie jest jego przeznaczenie, i Greg jej wierzył. Chodzi o to, żeby nie stracić panowania nad sobą – nie bić dziewczyny, nie kopać psa – i nie dać się przyłapać.

A kiedy nadejdzie jego czas, pokaże wszystkim, na co go stać. Tego był zupełnie pewien.

Znów pomyślał o psie. Tym razem na myśl o nim uśmiechnął się z satysfakcją.

Jego wielka chwila się zbliża. Odległa być może o lata; był młody, jasne, ale w młodości nie ma nic złego, jeśli tylko potrafisz zrozumieć, że nie możesz dostać wszystkiego naraz. Jak długo wierzysz, że los wreszcie się do ciebie uśmiechnie. A on w to wierzył.

Niech Bóg i jego synek Jezus mają w opiece tych, którzy wejdą mu w drogę.

Greg Stillson wystawił opalony łokieć za okno i zaczął pogwizdywać, wtórując radiu. Przydusił gaz, rozpędził mercury’ego do stu trzydziestu i pojechał prostą drogą w stanie Iowa ku czekającej nań przyszłości.