Billy Summers

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Billy Summers
Billy Summers
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 78,90  63,12 
Billy Summers
Billy Summers
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
42,90  30,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

BILLY SUMMERS

Copyright © 2021 by Stephen King

All rights reserved

Projekt okładki

Will Staehle / Unusual Corporation

Zdjęcie na okładce

© autsawin uttisin/Shutterstock.com;

Bogdan Sinaysky/Shutterstock.com

Redaktor inicjująca

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8234-797-5

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Raymonda i Sarah Jane Spruce

Myślę o Was

Zagubiony byłem, lecz oto odnalazłem się.

Amazing Grace

Rozdział 1

1

Jest piątek, samo południe. Billy Summers siedzi w hotelowym holu i czeka na podwózkę. Choć czyta komiks pod tytułem Archie’s Pals ’n’ Gals, to myśli o Emilu Zoli i jego trzeciej, przełomowej powieści, Teresie Raquin. Myśli, że to książka w oczywisty sposób napisana przez młodego mężczyznę. Myśli, że kiedy powstawała, Zola dopiero zaczynał czerpać z – jak się miało okazać – głębokich i przebogatych pokładów talentu. Myśli, że Zola był – jest – Karolem Dickensem koszmarów. Myśli, że to dobry temat na esej. Nie żeby w życiu choć jeden napisał.

Dwie minuty po dwunastej drzwi hotelu się otwierają i wchodzą dwaj mężczyźni. Jeden wysoki, o czarnych włosach zaczesanych do góry w stylu modnym w latach pięćdziesiątych, drugi niski, w okularach. Obaj w garniturach. Wszyscy ludzie Nicka noszą garnitury. Billy poznał tego wysokiego na zachodzie. Trzyma z Nickiem od dawna. Nazywa się Frank Macintosh. Z powodu jego fryzury niektórzy ludzie Nicka nazywają go Frankie Elvis lub – ponieważ ostatnio ma z tyłu głowy maleńki łysy placek – Elvis Solarny. Nigdy jednak przy nim. Tego drugiego Billy nie zna. Pewnie miejscowy.

Macintosh wyciąga rękę. Billy wstaje i ściska jego dłoń.

– Cześć, Billy, kopę lat. Cieszę się, że cię widzę.

– Nawzajem, Frank.

– To Paulie Logan.

– Cześć, Paulie. – Billy wymienia uścisk dłoni z tym niskim.

– Miło cię poznać, Billy.

Macintosh wyjmuje Archiego z jego dłoni.

– Widzę, że nadal czytasz komiksy.

– Mhm – mówi Billy. – Tak. Bardzo je lubię. Te śmieszne. Czasem też te z superbohaterami, ale mniej.

Macintosh wertuje strony i pokazuje coś Pauliemu Loganowi.

– Obczaj te laski. Stary, byłoby się pod co brandzlować.

– Betty i Veronica – mówi Billy, odbierając mu komiks. – Veronica jest dziewczyną Archiego, a Betty chciałaby być.

– Książki też czytasz? – pyta Logan.

– Czasem, w podróży. I czasopisma. Ale głównie komiksy.

– To dobrze, bardzo dobrze – mówi Logan i porozumiewawczo mruga do Macintosha. Mało to subtelne i Macintosh marszczy brwi, ale Billy nie czuje się urażony.

– Przejedziemy się? – pyta Frank.

– Jasne. – Billy chowa komiks do tylnej kieszeni spodni. Archie i jego piersiaste koleżanki. Z tego też mógłby być niezły esej. O znajdowaniu otuchy w niezmiennych fryzurach i postawach życiowych. O Riverdale, gdzie czas stoi w miejscu.

– No to chodźmy – mówi Macintosh. – Nick czeka.

2

Macintosh prowadzi. Logan oświadcza, że usiądzie z tyłu, bo jest niski. Billy przewiduje, że pojadą na zachód, ponieważ tam znajduje się bardziej elegancka część miasta, a Nick Majarian lubi żyć jak król, czy jest u siebie, czy na wyjeździe. Hoteli nie uznaje. Jadą jednak na północny wschód.

Trzy kilometry za centrum wjeżdżają do dzielnicy, która w oczach Billy’ego wygląda na zamieszkaną przez niezamożną klasę średnią. Trzy, cztery szczeble wyżej od osiedla przyczep mieszkalnych, na którym dorastał, ale daleko do elegancji. Żadnych wielkich, ogrodzonych posiadłości. Tylko zwykłe domy, przed którymi zraszacze obracają się na spłachetkach trawy. Większość parterowa. Ogólnie dobrze utrzymane, chociaż kilka przydałoby się odmalować, no i część trawników porosła chwastami. Billy zauważa jeden dom z wybitym oknem zasłoniętym tekturą. Przed innym gruby facet w bermudach i podkoszulku siedzi na krześle ogrodowym kupionym w Costco czy Sam’s Club i popijając piwo, patrzy, jak przejeżdżają. Od dłuższego czasu dobrze się w Ameryce żyło, ale może sytuacja się zmienia. Billy zna takie dzielnice jak ta. Są barometrem i tutaj słupek na tej skali zaczyna opadać. Mieszkańcy muszą dzień w dzień zasuwać do roboty, żeby odfajkować swoje osiem godzin.

Macintosh skręca na podjazd piętrowego domu z łysawym trawnikiem, pomalowanego na przygaszony żółty kolor. Wygląda nieźle, ale Nick Majarian raczej nie wprowadziłby się tutaj nawet na kilka dni. Gdyby Billy miał zgadywać, powiedziałby raczej, że to dom operatora maszyn lub szeregowego pracownika lotniska, który mieszka z żoną kolekcjonerką kuponów rabatowych oraz dwójką dzieci, co miesiąc spłaca raty kredytu hipotecznego, a w czwartkowe wieczory gra w amatorskiej lidze kręglarskiej.

Logan otwiera Billy’emu drzwi. Billy zostawia Archiego na desce rozdzielczej i wysiada.

Macintosh pierwszy wchodzi po schodach na ganek. Na zewnątrz jest gorąco, w środku za to pracuje klimatyzacja. Nick Majarian stoi w krótkim korytarzu prowadzącym do kuchni. Jest w garniturze, który pewnie kosztował tyle, ile wynosi miesięczna rata za ten dom. Jego przerzedzone włosy są płasko przyczesane, fantazyjne fryzury są nie dla niego. Ma okrągłą twarz, opaloną w Vegas. Jest tęgi, ale kiedy porywa Billy’ego w ramiona, jego sterczące brzuszysko okazuje się twarde jak kamień.

– Billy! – wykrzykuje Nick i całuje go w oba policzki. Mocno, serdecznie. Na twarzy ma uśmiech za milion dolarów. – Billy, Billy, chłopie, jak ja się cieszę, że cię widzę!

– Też się cieszę, Nick. – Rozgląda się. – Zwykle zatrzymujesz się w bardziej eleganckich lokalach. – Robi pauzę. – Że pozwolę sobie zauważyć.

Nick się śmieje. Ma piękny, zaraźliwy śmiech do kompletu z tym szerokim uśmiechem. Macintosh mu wtóruje, Logan się uśmiecha.

– Mam dom na West Side. Krótkoterminowy wynajem. Opiekuję się nim, można powiedzieć. Na podwórzu jest fontanna. Z gołym dzieciakiem pośrodku, tym takim, jak to się nazywa…

Cherubinkiem, myśli Billy, ale nie mówi tego głośno. Tylko dalej się uśmiecha.

– W każdym razie, dzieciak sika wodą. Sam zobaczysz. Ten dom, który tu widzisz, nie jest mój, Billy. Jest twój. Oczywiście, jeśli weźmiesz tę robotę.

3

Nick oprowadza go.

– W pełni umeblowany – mówi, jakby próbował ten dom sprzedać. I może w pewnym sensie tak jest.

Na piętrze są trzy sypialnie i dwie łazienki, druga, mniejsza, pewnie dla dzieci. Parter zajmują kuchnia, salon i jadalnia tak mała, że należałoby ją raczej nazwać kącikiem jadalnianym. Większą część piwnicy przerobiono na długi, wyłożony wykładziną pokój z dużym telewizorem na jednym końcu, stołem do ping-ponga na drugim i oświetleniem szynowym pod sufitem. Nick nazywa to pomieszczenie pokojem rekreacyjnym i to tutaj siadają.

Macintosh pyta, czy się czegoś napiją. Jest woda sodowa, piwo, lemoniada i mrożona herbata, mówi.

– Dla mnie Arnold Palmer – oznajmia Nick. – Pół na pół. Dużo lodu.

Billy zamawia to samo. Czekając na napoje, prowadzą niezobowiązującą pogawędkę. O pogodzie, o tym, jak gorąco jest tu, na pograniczu Południa. Nick chce wiedzieć, jak Billy’emu upłynęła podróż. Billy odpowiada, że dobrze, ale nie mówi, skąd przyleciał, a Nick nie wnika. Pyta, i co powiesz o tym pierdolonym Trumpie, a Billy odpowiada, że nie ma o czym mówić. Na tym tematy im się wyczerpują, ale to nic, bo Macintosh wraca z dwiema wysokimi szklankami na tacy i jak tylko znów zostawia ich samych, Nick przechodzi do rzeczy.

– Kiedy zadzwoniłem do twojego człowieka, Bucky’ego, powiedział, że chcesz przejść na emeryturę.

– Myślę o tym. Długo robię w tej branży. Za długo.

– Święta prawda. Ile właściwie masz lat?

– Czterdzieści cztery.

– Robisz to od czasu, kiedy zrzuciłeś mundur?

– Mniej więcej. – Jest prawie pewien, że Nick to wszystko wie.

– Ilu ich w sumie było?

Billy wzrusza ramionami.

– Słabo pamiętam. – Było ich siedemnastu. Osiemnastu, licząc pierwszego, tamtego z ręką w gipsie.

– Bucky mówił, że za porządne pieniądze być może dasz się namówić na jeszcze jednego.

Czeka, aż Billy zapyta o szczegóły. Billy milczy, więc Nick mówi dalej.

– Pieniądze za tego są naprawdę porządne. Załatwisz to i resztę życia będziesz mógł spędzić w ciepłych krajach. Popijać piña coladę w hamaku. – Znów prezentuje ten swój szeroki uśmiech. – Dwa miliony. Pół bańki z góry, reszta po wykonaniu zadania.

Billy reaguje gwizdnięciem, które nie jest elementem odgrywanej przez niego roli czy raczej, jak sam to w duchu nazywa, jego „głupawego ja”, maski, którą zakłada na użytek typów pokroju Nicka, Franka i Pauliego. To jak pas bezpieczeństwa. Używasz go nie dlatego, że spodziewasz się kraksy, lecz dlatego, że nigdy nie wiesz, kto lub co nagle wyskoczy zza wzniesienia prosto na ciebie. Tak samo jest na drodze życia, którą ludzie jeżdżą, jak im się żywnie podoba, czasem pędzą pod prąd na autostradzie.

– Dlaczego aż tyle? – Do tej pory nigdy nie dostał za robotę więcej niż siedemdziesiąt patoli. – Nie chodzi o polityka, co? Takich zleceń nie biorę.

 

– A gdzie tam.

– To zły człowiek?

Nick śmieje się, kręci głową i patrzy na Billy’ego z autentyczną sympatią.

– Zawsze o to pytasz.

Billy potakuje.

Głupawe ja to może i ściema, ale prawdą jest, że Billy przyjmuje zlecenia tylko na złych ludzi. Dzięki temu dobrze sypia. Zarabia na życie pracą dla złych ludzi, jasne, że tak, ale nie widzi w tym dylematu natury moralnej. Jeśli chcą mu płacić za zabijanie innych złych ludzi, proszę bardzo. W gruncie rzeczy uważa się za śmieciarza z bronią w ręku.

– To bardzo zły człowiek.

– Okej…

– I nie moje dwie bańki. Ja jestem tylko pośrednikiem, pracuję, można powiedzieć, za prowizję. Nie będzie potrącona z twojego wynagrodzenia, dostanę ją oddzielnie. – Nick wychyla się do przodu, z dłońmi ściśniętymi między udami. Ma śmiertelnie poważną minę. Wpatruje się Billy’emu w oczy. – Cel jest zawodowcem jak ty. Tyle że on nigdy nie pyta, czy chodzi o dobrego, czy złego człowieka. Nie robi takich rozróżnień. Za odpowiednią cenę wykona każde zlecenie. Powiedzmy, że na imię mu Joe. Sześć lat temu, może siedem, mniejsza o to, tenże Joe sprzątnął piętnastolatka idącego do szkoły. Czy małolat był złym człowiekiem? Nie. Przeciwnie, był wzorowym uczniem. Ale ktoś chciał dać jego ojcu coś do zrozumienia. Śmierć chłopaka była ostrzeżeniem. Joe tym, kto je przekazał.

Billy jest ciekaw, czy to prawdziwa historia. Możliwe, że nie, ma w sobie jakiś pierwiastek baśniowy, a jednak brzmi wiarygodnie.

– Chcesz, żebym odstrzelił cyngla. – Jakby próbował to sobie poukładać w głowie.

– Trafiony, zatopiony. Joe aktualnie siedzi w areszcie w Los Angeles. Centralnym. Pod zarzutem napaści i próby gwałtu. Z tą próbą gwałtu to, powiem ci, zabawna historia, no chyba że jesteś laską od akcji #MeToo. Wziął jedną pisarkę, która była w Los Angeles na konferencji, w dodatku feministkę, za prostytutkę. Zaproponował jej seks, pewnie niezbyt subtelnie, a ta spryskała go gazem pieprzowym. No to walnął ją w zęby i zwichnął jej szczękę. Pewnie dzięki temu sprzedała sto tysięcy książek więcej. Powinna mu podziękować, zamiast go oskarżać, nie sądzisz?

Billy nie odpowiada.

– No weź, Billy, pomyśl tylko. Facet kropnął Bóg raczy wiedzieć ilu ludzi, w tym kilku zakapiorów, a jakaś feministyczna lesba pryska mu gazem w gębę? Przecież to zabawne.

Billy uśmiecha się zdawkowo.

– Los Angeles jest na drugim końcu kraju.

– Zgadza się, ale zanim pojechał tam, był tutaj. Pojęcia nie mam, po co, i nic mnie to nie obchodzi, wiem tylko, że szukał chętnych do pokera i ktoś mu powiedział, gdzie ich znajdzie. Bo, proszę ciebie, nasz koleżka Joe ma się za ostrego gracza. W telegraficznym skrócie, przerżnął kupę kasy. Kiedy szczęśliwy zwycięzca o piątej rano chciał wyjść, Joe strzelił mu w brzuch i zabrał nie tylko jego pieniądze, ale i całą pulę. Ktoś próbował go powstrzymać, pewnie inny frajer, który z nimi grał, i Joe jego też rąbnął.

– Zabił obu?

– Zwycięzca umarł w szpitalu, ale zdążył obwinić Joego. Facet, który próbował interweniować, przeżył. Też powiedział, kto go postrzelił. I wiesz, co jeszcze do tego doszło?

Billy kręci głową.

– Nagranie z monitoringu. Rozumiesz, do czego zmierzam?

Billy rozumie, oczywiście, że tak.

– Nie bardzo.

– W Kalifornii zgarnęli go za napaść. Od tego się nie wywinie. Próba gwałtu pewnie się nie utrzyma, to nie tak, że zaciągnął kobitę w ciemny zaułek czy coś, przeciwnie, chciał jej, kurde, zapłacić, więc to tylko nakłanianie do nierządu, prokurator okręgowy nawet nie będzie sobie zawracał tym dupy. Gdyby zaliczyli mu w poczet kary czas spędzony w areszcie, odsiedziałby może z dziewięćdziesiąt dni. I dług wobec społeczeństwa spłacony. Tutaj jednak mogą go oskarżyć o morderstwo, a po tej stronie Missisipi do takich spraw podchodzi się bardzo poważnie.

Billy to wie. W stanach rządzonych przez republikanów nie cackają się z bezwzględnymi mordercami. Wcale go to nie razi.

– A jak przysięgli zobaczą nagranie z monitoringu, prawie na pewno skażą starego Joeya na igłę. Rozumiesz to, prawda?

– Jasne.

– Kazał swojemu adwokatowi robić wszystko, żeby nie dopuścić do ekstradycji, i trudno mu się dziwić. Wiesz, co to jest ekstradycja, nie?

– No pewnie.

– To dobrze. Adwokat dwoi się więc i troi, żeby obronić Joego przed ekstradycją, a facet to nie byle papuga. Wywalczył już odroczenie rozprawy wstępnej o miesiąc i w tym czasie wymyśli jeszcze inne sztuczki, żeby wszystko przeciągnąć, ale koniec końców przegra. A Joe siedzi sobie w izolatce, bo ktoś już próbował ożenić mu kosę. Stary Joey rozbroił napastnika i złamał mu rękę w nadgarstku, ale skoro jeden spróbował, pewnie znalazłoby się kilkunastu innych chętnych.

– Jakiś gang? – pyta Billy. – Może Crips? Podpadł im?

Nick wzrusza ramionami.

– Kto wie? Na razie Joe wypoczywa w prywatnej kwaterze, nie musi pchać ryja do koryta razem z resztą chlewu, na pół godziny ma cały spacerniak dla siebie. A jego adwokat w tym czasie kontaktuje się z pewnymi ludźmi. Uprzedza ich, że jego klient może mieć sporo ciekawych rzeczy do powiedzenia, jeśli zarzut zabójstwa nie zostanie oddalony.

– Może tak się stać? – Billy’emu ta myśl się nie podoba, nawet jeśli zabity przez Joego pokerzysta był złym człowiekiem. – Prokuratura może obiecać, że nie zażąda kary śmierci, zmieni zarzut na zabójstwo drugiego stopnia czy coś?

– Ciepło, Billy. Przynajmniej jesteś na właściwym tropie. Ale z tego, co słyszę, Joe chce całkowitego uniewinnienia. Musi mieć mocne karty.

– Myśli, że w zamian za to, co wie, zabójstwo ujdzie mu bezkarnie.

– Powiedział facet, któremu bezkarnie uszło Bóg wie ile – mówi Nick i parska śmiechem.

Billy’emu nie jest do śmiechu.

– Nigdy nikogo nie zastrzeliłem z powodu przegranej w pokera. Nie gram w pokera. I nie kradnę.

Nick energicznie kiwa głową.

– Wiem, Billy. To byli sami źli ludzie. Tylko się z tobą drażnię. Pij.

Billy pije. Myśli: Dwa miliony. Za jedną robotę. I teraz nachodzi go nowa myśl: Gdzie tkwi haczyk?

– Komuś musi bardzo zależeć na tym, żeby facet nie powiedział, co wie.

Nick mierzy w niego z palca jak z pistoletu, jakby pełen uznania dla jego zdolności dedukcji.

– Otóż to. W każdym razie, dostałem wiadomość od jednego gościa stąd, poznasz go, jeśli przyjmiesz zlecenie. Treść była taka, że szukamy zawodowca, który jest najlepszym z najlepszych. Ja uznałem, że Billy Summers spełnia wymagania, i, kurde, sprawa zamknięta.

– Chcesz, żebym załatwił kolesia, ale nie w Los Angeles. Tutaj.

– Nie ja. Jestem tylko pośrednikiem, pamiętaj. Ktoś inny. Ktoś, kto ma bardzo głębokie kieszenie.

– Gdzie tkwi haczyk?

Nick znów odpala ten swój szeroki uśmiech. I znów mierzy w Billy’ego z palca.

– Od razu przechodzisz do konkretów, co? Od razu, kurde, do konkretów. Tyle że to wcale nie haczyk. A może i tak, zależy, jak na to spojrzysz. Widzisz, chodzi o przedział czasowy. Będziesz tutaj…

Ukazuje szerokim gestem mały żółty dom. A może i dzielnicę, w której stoi – o nazwie Midwood, jak Billy wkrótce się dowie. Może nawet całe miasto, które leży na wschód od rzeki Missisipi, tuż pod Linią Masona-Dixona.

– …dość długo.

4

Jeszcze chwilę rozmawiają. Nick tłumaczy, że lokalizacja jest już ustalona – rozumie przez to miejsce, z którego padnie strzał. Stwierdza, że Billy nie musi podjąć ostatecznej decyzji, dopóki tego miejsca nie zobaczy i nie pozna bliższych szczegółów. Przedstawi mu je Ken Hoff. To gość stąd, o którym wspominał. Dzisiaj nie ma go w mieście.

– Wie, jakiego sprzętu używam? – Jeszcze nie potwierdza, że w to wchodzi, ale robi duży krok w tym kierunku. Dwa miliony za siedzenie na tyłku, a potem jeden strzał. Trudno odrzucić taką propozycję.

Nick potakuje skinieniem głowy.

– No dobra, to kiedy się spotkam z tym Hoffem?

– Jutro. Dziś wieczorem zadzwoni do ciebie do hotelu, poda czas i miejsce.

– Jeśli mam to zrobić, muszę mieć jakąś przykrywkę, wytłumaczenie, dlaczego tu jestem.

– Wszystko załatwione i mówię ci, to jest coś pięknego. Pomysł Giorgia. Powiemy ci, co i jak, jutro wieczorem, po twoim spotkaniu z Hoffem. – Nick wstaje. Wyciąga rękę. Billy ściska jego dłoń. Nie pierwszy raz ściska dłoń Nicka i zawsze robi to niechętnie, bo Nick jest złym człowiekiem. Trudno go jednak choć trochę nie lubić. Po pierwsze, jest także profesjonalistą, po drugie, ten szeroki uśmiech robi swoje.

5

Paulie Logan odwozi go do hotelu. Nie jest rozmowny. Pyta, czy radio nie będzie Billy’emu przeszkadzało, a kiedy Billy odpowiada, że nie, włącza stację nadającą soft rocka. W pewnej chwili stwierdza: „Loggins and Messina są najlepsi”. Nie licząc steku bluzgów pod adresem kolesia, który zajeżdża mu drogę na Cedar Street, na tym jego elokwencja się wyczerpuje.

Billy nie ma nic przeciwko temu. Wspomina filmy o rabusiach, którzy planują swój ostatni skok. Jeśli film noir to odrębny gatunek, filmy o ostatnim skoku stanowią osobny podgatunek w jego ramach. I z reguły źle się kończą. Billy nie jest rabusiem, nie należy do szajki i nie wierzy w przesądy, ale to skojarzenie z filmowymi ostatnimi skokami nie daje mu spokoju. Może dlatego, że wynagrodzenie jest tak wysokie. Może przez to, że nie wie, kto płaci i dlaczego. Może nawet z uwagi na historię Nicka o tym, jak to cel kiedyś rąbnął piętnastoletniego wzorowego ucznia.

– To co, zostajesz na dłużej? – pyta Paulie, wjeżdżając na placyk przed hotelem. – Bo ten Hoff załatwi ci niezbędny sprzęt. Mogłem sam się tym zająć, ale Nick się nie zgodził.

Czy zostanie na dłużej? Oto jest pytanie.

– Nie wiem. Może. – Wysiadając, na chwilę nieruchomieje. – Pewnie tak.

6

Po wejściu do swojego pokoju Billy włącza laptopa. Przestawia zegar na lokalną strefę czasową i sprawdza VPN, bo hakerzy uwielbiają hotele. Mógłby wygooglować sądy w Los Angeles, postępowania w sprawie ekstradycji na pewno są jawne, ale istnieją prostsze sposoby zdobycia tego, czego chce. A chce tego koniecznie. Ronald Reagan miał sporo racji, kiedy powiedział: „Ufaj, ale sprawdzaj”.

Billy wchodzi na stronę „LA Times” i opłaca półroczną prenumeratę. Posługuje się w tym celu kartą kredytową, która należy do nieistniejącego człowieka nazwiskiem Thomas Hardy – Hardy to jego ulubiony pisarz. Przynajmniej ze szkoły naturalistycznej. Kiedy ma już dostęp do całej witryny, wpisuje w okienko wyszukiwania „feministyczna pisarka” i „próba gwałtu”. Znajduje pół tuzina artykułów, co jeden, to krótszy. Jest zdjęcie tej pisarki, wygląda seksownie i ma sporo do powiedzenia. Do rzekomej napaści doszło przed Beverly Hills Hotel. Przy domniemanym sprawcy znaleziono liczne dowody tożsamości i karty kredytowe. Według „Timesa” jego prawdziwe nazwisko brzmi Joel Randolph Allen. W dwa tysiące dwunastym roku był oskarżony o gwałt w Massachusetts, ale sąd go uniewinnił.

Czyli imię Joe było całkiem bliskie prawdy, myśli Billy.

Potem otwiera stronę lokalnej gazety, raz jeszcze opłaca dostęp jako Thomas Hardy i wyszukuje „ofiara zabójstwa partia pokera”.

Znajduje artykuł zilustrowany kadrem z kamery monitoringowej, który stanowi mocno obciążający dowód. Godzinę wcześniej byłoby za ciemno, by dojrzeć twarz sprawcy, znacznik czasu u dołu pokazuje jednak piątą osiemnaście rano. Słońce jeszcze nie wzeszło, ale już świta, więc faceta stojącego w zaułku widać tak wyraźnie, jak życzyłby sobie tego prokurator. Mężczyzna czeka z ręką w kieszeni pod drzwiami z napisem STREFA ZAŁADUNKOWA. NIE ZASTAWIAĆ, i gdyby Billy zasiadał w ławie przysięgłych, już za samo to skazałby typa na igłę. Dlatego że Billy Summers wie o premedytacji tyle, co nikt inny, i bez cienia wątpliwości właśnie z tym tutaj ma do czynienia.

Najnowsza informacja w gazecie z Red Bluff jest taka, że Joel Allen został aresztowany pod innymi zarzutami w Los Angeles.

Billy jest pewien, że Nick uważa go za kogoś, kto bierze wszystko za dobrą monetę. Że podobnie jak inni zleceniodawcy, dla których pracował przez lata, widzi w nim fenomenalnego snajpera, który jest jednak trochę ociężały umysłowo, może nawet lekko autystyczny. Majarian daje się nabrać na jego głupawe ja, bo Billy stara się w tej roli nie przeszarżować. Nie gapi się tępo z rozdziawioną gębą, nie okazuje jawnej głupoty. Komiks z Archiem czyni cuda. Powieść Zoli, którą ostatnio czyta, leży głęboko schowana w jego walizce. A gdyby ktoś walizkę przeszukał i znalazł tę książkę? Billy by powiedział, że była w kieszeni fotela w samolocie i wziął ją sobie, bo spodobała mu się dziewczyna na okładce.

 

Myśli, żeby poszukać tamtego piętnastoletniego wzorowego ucznia, ale ma za mało informacji. Mógłby googlować przez całe popołudnie, a i tak by go nie znalazł. Nawet gdyby się udało, nie miałby pewności, czy to właściwy piętnastolatek. Wystarczy wiedzieć, że reszta szczegółów podanych przez Nicka się zgadza.

Zamawia kanapkę i dzbanek herbaty. Kiedy przynoszą jedno i drugie, siada przy oknie i jedząc, czyta Teresę Raquin. Myśli, że ta książka jest jak połączenie Jamesa M. Caina ze starym komiksem grozy z lat pięćdziesiątych. Po późnym lunchu kładzie się z głową opartą na splecionych dłoniach, wsuniętych pod poduszkę, by poczuć skryty tam chłód. Który, jak młodość i uroda, nie trwa długo. Posłucha, co ten Ken Hoff ma do powiedzenia, i jeśli to też okaże się zgodne z prawdą, weźmie tę robotę. Niełatwo będzie czekać, nigdy nie był w tym dobry (raz próbował praktykować zen, z marnym skutkiem), ale za dwa miliony dolarów jakoś wytrzyma.

Zamyka oczy i zapada w sen.

O siódmej wieczorem zamawia kolację do pokoju i ogląda Asfaltową dżunglę na laptopie. To też film o pechowym ostatnim skoku, bez wątpienia. Dzwoni telefon. Ken Hoff. Mówi Billy’emu, gdzie spotkają się jutro po południu. Billy nie musi notować. Dla własnego bezpieczeństwa lepiej takich rzeczy nie zapisywać, zresztą, ma dobrą pamięć.