Jest krew…Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Jest krew…
Tekst
Jest krew…
E-book
34,40  25,46 
Szczegóły
Jest krew…
Jest krew…
Audiobook
Czyta Filip Kosior
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ŻYCIE CHUCKA

Akt III: Dzięki, Chuck!

1

Marty Anderson zobaczył ten billboard niedługo przed tym, jak internet padł na dobre. Szwankować zaczął osiem miesięcy wcześniej, kiedy to wystąpiły pierwsze krótkie przerwy w dostępie. Wszyscy zgodnie twierdzili, że teraz to już tylko kwestia czasu, ale jakoś sobie poradzą, gdy cyberświat pogrąży się w ostatecznym mroku – przecież dawniej żyli bez niego, prawda? Poza tym, były inne zmartwienia, jak wymieranie całych gatunków ptaków i ryb, a teraz do tego doszła jeszcze Kalifornia: ubywało jej i ubywało, niebawem pewnie zupełnie zniknie.

Marty wyszedł ze szkoły później niż zwykle, bo dziś wypadła ta najbardziej znienawidzona data w kalendarzu każdego nauczyciela liceum: dzień wywiadówek. Jak się okazało, niewielu rodziców miało ochotę rozmawiać o postępach małego Johnny’ego i małej Janey w nauce (bądź ich braku). Naczelnym tematem był prawdopodobny koniec internetu, który pociągnąłby za sobą utratę kont na Facebooku i Instagramie. Nikt nie wspomniał o Pornhubie, ale Marty podejrzewał, że wielu rodziców, którzy się zjawili – płci obojga – w duchu opłakiwało nieuchronnie zbliżającą się zagładę także i tego serwisu.

Normalnie pojechałby do domu obwodnicą, rach-ciach i byłby na miejscu, ale ten wariant odpadał, bo zawalił się most nad Otter Creek. Stało się to przed czterema miesiącami, a na rychłą odbudowę się nie zanosiło; poprzestano na zastawieniu dojazdu drewnianymi barierkami w pomarańczowe pasy, które już były brudne i wymazane tagami grafficiarzy.

Od zamknięcia obwodnicy Marty, jak wszyscy mieszkańcy wschodnich dzielnic, musiał wracać do swojego domu na Cedar Court przez śródmieście. Dziś z powodu wywiadówek wyruszył nie, jak zwykle, o trzeciej, lecz o piątej, w godzinie szczytu, i podróż, która dawniej zajęłaby mu dwadzieścia minut, miała potrwać co najmniej godzinę, pewnie dłużej, bo na wielu skrzyżowaniach nie działały światła. Przez całą drogę tkwił w korku, pośród trąbiących klaksonów, piszczących hamulców, zderzaków stukających w zderzaki, wymachujących środkowych palców. Na skrzyżowaniu Main i Market stał całe dziesięć minut, miał więc pod dostatkiem czasu na to, by zauważyć billboard na dachu budynku Midwest Trust.

Do dziś widniała na nim reklama jednej z linii lotniczych, Delty albo Southwest, nie pamiętał. Tego popołudnia radosną ekipę stewardes trzymających się pod ramiona zastąpiło zdjęcie mężczyzny o twarzy jak księżyc w pełni, noszącego okulary w czarnych oprawkach, pasujących do jego czarnych, starannie uczesanych włosów. Siedział za biurkiem z długopisem w ręku, bez marynarki, ale w krawacie schludnie zawiązanym pod kołnierzem białej koszuli. Na dłoni trzymającej długopis widać było bliznę w kształcie półksiężyca, której z jakiegoś powodu nie wyretuszowano. Zdaniem Marty’ego wyglądał jak księgowy. Ze swojego punktu obserwacyjnego na szczycie budynku banku mężczyzna uśmiechał się promiennie do kierowców tkwiących w przedwieczornym korku. Niebieskie litery nad jego głową głosiły CHARLES KRANTZ. Niżej, pod biurkiem, widniał czerwony napis 39 WSPANIAŁYCH LAT! DZIĘKI, CHUCK!

Marty w życiu nie słyszał o Charlesie „Chucku” Krantzu, ale gość widocznie był grubym rybskiem w Midwest Trust, skoro jego przejście na emeryturę uczczono zdjęciem na podświetlonym reflektorami billboardzie, który miał chyba z pięć metrów wysokości i piętnaście metrów szerokości. Swoją drogą, fotografia musiała być stara, bo jeśli facet przepracował prawie czterdzieści lat, to przez ten czas powinien był osiwieć.

– Albo wyłysieć – mruknął Marty i przegarnął własną rzedniejącą czuprynę. Pięć minut później, na głównym skrzyżowaniu w centrum, w gąszczu samochodów na chwilę powstała luka. Prześliznął się przez nią swoim priusem, psychicznie przygotowany na zderzenie, ignorując wygrażającą pięść kierowcy, który wyhamował centymetry od jego bocznych drzwi.

Na końcu Main Street utworzył się kolejny zator i Marty znów o włos uniknął kolizji. Kiedy dotarł do domu, zupełnie zapomniał o billboardzie. Wjechał do garażu, wcisnął guzik opuszczający drzwi, a potem przez całą minutę tylko siedział, oddychając głęboko i usiłując nie myśleć o tym, że jutro rano czeka go ta sama ścieżka zdrowia. Odkąd zamknęli obwodnicę, innego wyjścia po prostu nie było. Przynajmniej jeśli chciał się dostać do pracy, choć w tej chwili wzięcie dnia wolnego (miał sporo niewykorzystanych) wydawało się bardziej nęcącą perspektywą.

– Nie mnie jednemu – powiedział do pustego garażu. Taka była prawda. Według „New York Timesa” (co rano czytał go na tablecie, kiedy internet działał), liczba absencji w pracy osiągnęła rekordowy poziom.

Jedną ręką chwycił stertę książek, drugą – swoją sfatygowaną starą teczkę. Była ciężka od prac do sprawdzenia. Obarczony tym brzemieniem, wygramolił się z auta i zamknął drzwi tyłkiem. Zaśmiał się, widząc swój cień na ścianie, wyginający się niby w jakimś fikuśnym tańcu. Ten dźwięk go zaskoczył; w tych trudnych czasach wesołość była towarem deficytowym. Potem połowa książek wypadła mu na podłogę garażu i zalążki dobrego humoru ulotniły się bez śladu.

Podniósł Wstęp do literatury amerykańskiej i Cztery krótkie powieści (obecnie przerabiał Szkarłatne godło odwagi z dziesiątymi klasami), i wszedł do domu. Ledwie zdołał wszystko położyć na blacie kuchennym, a już zadzwonił telefon. Stacjonarny, oczywiście; sieci komórkowe ostatnio praktycznie nie działały. Marty czasem gratulował sobie tego, że w odróżnieniu od wielu znajomych zachował ten telefon. Oni mieli autentycznie przerąbane, bo od mniej więcej roku załatwienie stacjonarnego graniczyło z cudem. Prędzej otworzą obwodnicę, niż trafisz na czoło listy oczekujących. Inna sprawa, że linie naziemne też ulegały częstym awariom.

System identyfikacji rozmówcy już nie działał, ale Marty był na tyle pewien, kto jest na drugim końcu linii, że bez namysłu podniósł słuchawkę.

– Cześć, Felicia – rzucił.

– Gdzieś ty był? – zapytała jego była żona. – Wydzwaniam od godziny!

Marty powiedział o wywiadówkach i długim powrocie do domu.

– Wszystko u ciebie w porządku?

– Muszę tylko coś przekąsić, a będzie dobrze. Jak się masz, Fel?

– Jako tako, ale dziś mieliśmy sześciu następnych.

Marty nie musiał pytać, o kogo chodzi. Felicia była pielęgniarką w szpitalu miejskim, nazywanym ostatnio przez jego personel Przechowalnią Samobójców.

– Przykro mi to słyszeć.

– Znak czasów. – Po tonie jej głosu poznał, że mówiąc to, wzruszyła ramionami, i pomyślał, że dwa lata temu, kiedy jeszcze byli małżeństwem, po śmierci sześciu samobójców w ciągu jednego dnia byłaby wstrząśnięta, zrozpaczona i nie mogłaby zasnąć. Jak widać, do wszystkiego można się przyzwyczaić.

– Pamiętasz, żeby brać leki na wrzody, Marty? – Zanim zdążył odpowiedzieć, pospiesznie dodała: – Nie jestem namolna, tylko troskliwa. To, że jesteśmy po rozwodzie, nie znaczy, że mi na tobie nie zależy, wiesz?

– Wiem, i tak, biorę leki. – Niby mówił prawdę, a jednak nie do końca; przepisane przez lekarza carafate w tych czasach było nie do zdobycia i musiał zdać się na prilosec. Zataił to, bo jemu też na niej zależało. O dziwo, dziś dogadywali się lepiej, niż kiedy byli małżeństwem. Nawet ze sobą sypiali i choć nie zdarzało się to często, za każdym razem było całkiem nieźle. – Miło, że pytasz.

– Poważnie?

– Tak jest, psze pani. – Otworzył lodówkę. Świeciła pustkami, ale przynajmniej były parówki, kilka jajek i jogurt borówkowy, który zachowa na później, gdyby miał ochotę coś przekąsić przed snem. No i trzy puszki hamm’s.

– To dobrze. Ilu rodziców przyszło?

– Więcej, niż się spodziewałem, ale kompletu nie było. Głównie chcieli rozmawiać o internecie. Według nich powinienem wiedzieć, dlaczego ciągle wysiada. Musiałem do znudzenia przypominać, że uczę angielskiego, a nie informatyki.

– Słyszałeś o Kalifornii, prawda? – zniżyła głos, jakby wyjawiała wielką tajemnicę.

– Tak. – Tego ranka gigantyczne trzęsienie ziemi, trzecie w ostatnim miesiącu i zdecydowanie najgorsze, posłało kolejny kawałek Złotego Stanu na dno Pacyfiku. Dobra wiadomość była taka, że tę część Kalifornii wcześniej udało się niemal w całości ewakuować. Zła, że setki tysięcy uchodźców powędrowały na wschód, zmieniając Nevadę w jeden z najludniejszych stanów. Paliwo w Nevadzie obecnie kosztowało dwie dychy za galon. Płatność tylko gotówką, a i tak nie na wszystkich stacjach można je było dostać.

Marty chwycił opróżnioną do połowy butelkę mleka, powąchał i napił się z gwinta pomimo lekko podejrzanego zapachu. Potrzeba mu było czegoś mocniejszego, ale przykre doświadczenia (i nieprzespane noce) nauczyły go, że najpierw musi przygotować na to żołądek.

– To ciekawe, że rodzice, którzy przyszli, bardziej przejmowali się internetem niż trzęsieniami ziemi w Kalifornii – powiedział. – Pewnie dlatego, że tereny rolnicze przetrwały, więc żywności wystarczy.

– Na jak długo? Jeden naukowiec mówił na NPR, że Kalifornia rozłazi się jak stara tapeta. A dziś po południu zalało następny japoński reaktor. Twierdzą, że w porę go wyłączyli, wszystko gra, ale nie bardzo w to wierzę.

– Cyniczka.

– Żyjemy w cynicznych czasach, Marty. – Zawahała się. – Według niektórych nastały Dni Ostateczne. Nie tylko nawiedzeni tak mówią. Już nie. Słyszałam to od cenionego pracownika Przechowalni Samobójców. Dzisiaj straciliśmy sześciu pacjentów, ale osiemnastu udało się odratować. Większość dzięki naloksonowi. Ale… – znów zniżyła głos – …jego zapasy się kurczą. Słyszałam, jak główny farmaceuta mówił, że pod koniec miesiąca może go zabraknąć.

– To kiepsko – powiedział Marty, wpatrzony w swoją teczkę. Tyle prac do sprawdzenia. Tyle błędów ortograficznych do poprawienia. Tyle źle skonstruowanych zdań podrzędnych i niejasnych wniosków do podkreślenia na czerwono. Na samą myśl ogarniało go zmęczenie. – Słuchaj, Fel, będę kończył. Muszę sprawdzić klasówki i wypracowania o „Naprawianiu muru”. – Poczuł się staro, myśląc o nagromadzeniu banałów w tych wszystkich oczekujących wypocinach.

 

– W porządku – powiedziała Felicia. – Chciałam tylko… wiesz, pogadać.

– Zrozumiano. – Marty otworzył szafkę i wyjął burbona. Naleje sobie, dopiero kiedy Felicia się rozłączy, inaczej usłyszałaby bulgot i domyśliłaby się, co robi. Żony mają intuicję; byłe żony wykształcają w sobie radar o wysokiej czułości.

– Mogę powiedzieć, że cię kocham? – zapytała.

– Tylko jeśli wolno mi będzie odpowiedzieć tym samym – odparł, przesuwając palcem po etykiecie na butelce: Early Times. Doskonała marka na te schyłkowe czasy.

– Kocham cię, Marty.

– Ja ciebie też.

Na tym wypadałoby zakończyć rozmowę, ale Felicia jeszcze się nie rozłączyła.

– Marty?

– Co, kotku?

– Świat stacza się na dno, a my potrafimy tylko powiedzieć „To kiepsko”. Może więc też staczamy się na dno.

– Może i tak – przyznał. – Ale Chuck Krantz przechodzi na emeryturę, czyli jest jakieś światełko w tunelu.

– Trzydzieści dziewięć wspaniałych lat – powiedziała i teraz to ona parsknęła śmiechem.

Odstawił mleko.

– Widziałaś ten billboard?

– Nie, słyszałam ogłoszenie w radiu. W czasie audycji na NPR, o której ci mówiłam.

– Jeśli NPR puszcza takie ogłoszenia, to rzeczywiście koniec świata – powiedział Marty. Znów się zaśmiała. Ależ miło było słuchać tego dźwięku. – Powiedz, czym ten Krantz zasłużył sobie na taki rozgłos? Wygląda na księgowego i nigdy wcześniej o nim nie słyszałem.

– Nie mam pojęcia. Świat jest pełen tajemnic. Nic mocniejszego, Marty. Wiem, że o tym myślisz. Zamiast tego wypij piwo.

Nie zaśmiał się, kończąc rozmowę, ale się uśmiechnął. Radar eksżony. O wysokiej czułości. Schował early timesa z powrotem do szafki i wziął piwo. Wrzucił do wody dwie parówki i czekając, aż się ugotują, poszedł do swojego małego gabinetu, żeby zobaczyć, czy internet działa.

Działał, i to nie tak opornie jak zwykle. Marty wszedł więc na stronę Netflixa z myślą, że jedząc parówki, obejrzy odcinek Break­ing Bad albo Prawa ulicy. Pojawiła się strona powitalna z zestawem seriali i filmów, który nie zmienił się od zeszłego wieczoru (a jeszcze nie tak dawno zmieniał się prawie codziennie), ale zanim zdążył zdecydować, który szwarccharakter ma większą ochotę oglądać, Waltera White’a czy Stringera Bella, strona zniknęła. Wyskoczył komunikat SZUKAM i to koszmarne kręcące się kółko.

– Kurwa – zaklął Marty. – No to dzisiaj nic z tego nie…

Wtedy kółko zniknęło, ale zamiast strony powitalnej Netflixa pojawił się uśmiechnięty Charles Krantz, siedzący za swoim zasłanym papierami biurkiem z długopisem w naznaczonej blizną dłoni. U góry widniało CHARLES KRANTZ; u dołu 39 WSPANIAŁYCH LAT! DZIĘKI, CHUCK!

– Coś ty, kurde, za jeden, Chuckie? – spytał Marty. – Czym sobie na to zasłużyłeś? – Po czym, jakby swoim oddechem zdmuchnął internet niby świeczkę na torcie urodzinowym, obraz zniknął i wyskoczył komunikat POŁĄCZENIE ZERWANE.

Już nie powróciło. Ani tego wieczoru, ani w ogóle nigdy. Jak pół Kalifornii (a wkrótce trzy czwarte), internet przepadł.

Pierwszym, na co Marty nazajutrz zwrócił uwagę, wyjeżdżając tyłem z garażu, było niebo. Kiedy ostatnio widział taki czysty, nieskazitelny błękit? Miesiąc temu? Półtora? Chmury i deszcz (czasem kapuśniaczek, czasem rzęsista ulewa) stały się praktycznie codziennością, nawet w te dni, gdy się przejaśniało, niebo zazwyczaj zasnuwał dym z pożarów trawiących Środkowy Zachód. Ogień pochłonął już większość stanów Iowa i Nebraska, teraz, niesiony wichurami, ogarniał Kansas.

Potem zauważył Gusa Wilfonga. Wlókł się ulicą, z pokaźnym sporym pojemnikiem na drugie śniadanie obijającym się o udo. Miał na sobie spodnie khaki, ale i krawat. Gus pracował jako kierownik w miejskim przedsiębiorstwie robót publicznych. Już kwadrans po siódmej wydawał się zmęczony i ogólnie nie w sosie, jakby wracał po ciężkim dniu, a nie właśnie go zaczynał. No i skoro powinien teraz iść do pracy, dlaczego szedł w stronę swojego domu, sąsiadującego z domem Marty’ego? Poza tym…

Marty opuścił szybę.

– Gdzie twój samochód?

Gus parsknął niewesołym śmiechem.

– Na chodniku w połowie Main Street Hill, razem z setką innych. – Wypuścił powietrze. – Kurczę, nie pamiętam, kiedy ostatnio przeszedłem pięć kilometrów. Co pewnie mówi o mnie więcej, niż chciałbyś wiedzieć. Jeśli się wybierasz do szkoły, przyjacielu, będziesz musiał pojechać jedenastką, a potem odbić na dziewiętnastkę. Co najmniej trzydzieści kilometrów, a tam też na pewno będzie duży ruch. Może zdążysz na długą przerwę, chociaż nie robiłbym sobie nadziei.

– Co się stało?

– Na skrzyżowaniu Main i Market powstało zapadlisko. Wielkie. Może dlatego, że tyle ostatnio padało, chociaż pewnie raczej przez brak remontów. Na dnie jest ze dwadzieścia samochodów, może nawet trzydzieści, i niektórzy w tych autach… – Pokręcił głową. – Nie wrócą do domów.

– Jezu – powiedział Marty. – Byłem tam wczoraj wieczorem. W korku.

– Dziękuj losowi, że nie jechałeś tamtędy dzisiaj. Pozwolisz, że wsiądę? Chwilę z tobą posiedzę? Jestem wykończony, a Jenny na pewno znowu zasnęła. Nie chcę jej obudzić, zwłaszcza złymi wiadomościami.

– Jasne.

Gus wsiadł.

– Źle się dzieje, przyjacielu.

– Fakt, kiepsko to wszystko wygląda – potwierdził Marty. Tak samo określił sytuację we wczorajszej rozmowie z Felicią. – Chyba pozostaje nam robić dobrą minę do złej gry.

– Nie zamierzam robić dobrej miny – żachnął się Gus.

– Planujesz wziąć dziś wolne?

Gus uniósł dłonie i opuścił je na pojemnik z drugim śniadaniem, który trzymał na kolanach.

– Nie wiem. Może obdzwonię znajomych, popytam, czy ktoś by mnie podwiózł, ale nie jestem optymistą.

– Jeśli weźmiesz wolne, nie licz, że pooglądasz Netflixa czy filmiki na YouTubie. Internet znowu padł i coś czuję, że teraz to już na amen.

– Domyślam się, że słyszałeś o Kalifornii – powiedział Gus.

– Nie oglądałem dziś telewizji. Trochę dłużej pospałem. – Marty zawiesił głos. – Szczerze mówiąc, nawet nie chciałem jej oglądać. Coś nowego?

– Mhm. Cała reszta poszła na dno. – Zreflektował się i dodał: – To znaczy, podobno trzyma się jeszcze dwadzieścia procent północnej Kalifornii, czyli w rzeczywistości pewnie dziesięć, ale tereny rolnicze szlag trafił.

– To straszne. – I oczywiście takie było, ale zamiast przerażenia, trwogi i rozpaczy Marty czuł tylko coś w rodzaju przytępionej zgrozy.

– Można tak powiedzieć – przytaknął Gus. – Zwłaszcza że Środkowy Zachód sfajczył się na węgiel, a południowa Floryda to dziś same mokradła zdatne jedynie dla aligatorów. Obyś miał dobrze zaopatrzoną spiżarkę i zamrażalnik, bo wszystkie najważniejsze tereny rolnicze w kraju są zniszczone. To samo w Europie. W Azji już panuje głód. Umarły miliony. Z tego, co słyszałem, na dżumę.

Siedzieli przed domem Marty’ego i patrzyli na ludzi wracających ze śródmieścia, wielu w garniturach i krawatach. Kobieta w ładnym różowym kostiumie szła noga za nogą w tenisówkach, niosąc w dłoni buty na wysokim obcasie. Marty kojarzył, że nazywa się Andrea jakaś tam i mieszka przy sąsiedniej, a może jeszcze następnej ulicy. Chyba pracuje w Midwest Trust? Zdaje się, że tak mówiła Felicia.

– No i pszczoły – ciągnął Gus. – Już dziesięć lat temu było z nimi krucho, ale teraz doszczętnie wyginęły, pomijając kilka rojów w Ameryce Południowej. Koniec z miodem. I skoro nie będzie miał kto zapylać tych roślin uprawnych, które ocaleją…

– Przepraszam na chwilę – powiedział Marty. Wysiadł z samochodu i potruchtał do kobiety w różowym kostiumie. – Andrea? Pani Andrea, prawda?

Odwróciła się nieufnie, wznosząc szpilki, jakby chciała go odstraszyć ich ostrymi obcasami. Zrozumiała reakcja; ostatnio namnożyło się w mieście pomyleńców. Marty zatrzymał się półtora metra od niej.

– Jestem mężem Felicii Anderson. – Ściśle, byłym, ale samo „mąż” brzmiało mniej groźnie. – Chyba się znacie.

– To prawda. Byłyśmy razem w straży sąsiedzkiej. Co mogę dla pana zrobić, panie Anderson? Przeszłam kawał drogi, mój samochód utknął w niekończącym się korku w centrum. A bank… się przechylił.

– Przechylił – powtórzył Marty. Oczami wyobraźni zobaczył Krzywą Wieżę w Pizie. Ze zdjęciem Chucka Krantza na szczycie.

– Stoi na krawędzi zapadliska i choć nie wpadł do środka, wygląda raczej niepewnie. Ani chybi pójdzie do rozbiórki. Pewnie to koniec mojej pracy, przynajmniej w tym oddziale, ale szczerze mówiąc, mam to w nosie. Chcę tylko wrócić do domu i odpocząć.

– Zaciekawił mnie billboard na budynku banku. Widziała go pani?

– Jak mogłabym przeoczyć? – zdziwiła się. – Przecież tam pracuję. Widziałam też graffiti, wszędzie go pełno… kochamy cię, Chuck, Chuck żyje, Chuck nigdy nie zginie… i ogłoszenia w telewizji.

– Naprawdę? W telewizji?

– No, przynajmniej lokalnej. Może na kablówce jest inaczej, ale już jej nie mamy. Od lipca.

– My też nie. – Skoro zaczął od wciśnięcia jej bajeczki, że nadal mieszka z żoną, uznał, że najlepiej będzie przy tej wersji pozostać. – Tylko kanały ósmy i dziesiąty.

Andrea kiwnęła głową.

– Koniec z reklamami samochodów, eliquisu i sklepu z tanimi meblami U Boba. Nic, tylko Charles Krantz, trzydzieści dziewięć wspaniałych lat, dzięki, Chuck. I tak przez całą minutę, a potem powtórki starych programów. Bardzo to dziwaczne, ale cóż takie nie jest w tych czasach. A teraz już naprawdę chcę wrócić do domu.

– Ten Charles Krantz nie ma nic wspólnego z pani bankiem? To nie wy posłaliście go na emeryturę?

Przystanęła na chwilę, po czym podjęła swój mozolny marsz, niosąc w ręku szpilki, które tego dnia jej się nie przydadzą. A być może już nigdy.

– Nie mam bladego pojęcia, co to za jeden. Pewnie ktoś z centrali w Omaha. Chociaż z tego, co słyszałam, Omaha to dziś jedna wielka popielniczka.

Gus Wilfong dołączył do Marty’ego i razem odprowadzili ją wzrokiem. Gus wskazał ruchem głowy smętny orszak ludzi, którzy nie zdołali dotrzeć do swoich miejsc pracy – sprzedawców, handlarzy, bankowców, kelnerów, kurierów.

– Wyglądają jak uchodźcy – zauważył.

– Mhm – przyznał Marty. – Trochę tak. Zdaje się, że wspominałeś o zapasach żywności.

Gus kiwnął głową.

– Mam sporo zup w puszkach. Trochę ryżu i makaronu. I chyba płatki cheerios. W zamrażalniku zostało może z sześć gotowych dań i ćwierć litra lodów Ben and Jerry’s.

– Jakoś niespecjalnie się przejmujesz.

Marty wzruszył ramionami.

– Co by to dało?

– Widzisz, to właśnie jest ciekawe – stwierdził Gus. – Na początku wszyscy byliśmy przejęci. Żądaliśmy odpowiedzi. Ludzie jeździli do Waszyngtonu i protestowali. Pamiętasz, jak obalili ogrodzenie Białego Domu i ochrona zastrzeliła tych studenciaków?

– Mhm.

– Potem był przewrót w Rosji i wojna czterodniowa między Indiami a Pakistanem. W Niemczech powstał wulkan, na litość boską… w Niemczech! Mówiliśmy sobie, że to prędzej czy później przeminie, ale raczej się na to nie zanosi, co?

– Fakt – przytaknął Marty. Niedawno wstał z łóżka, a już czuł się zmęczony. Bardzo. – Pogarsza się, zamiast przeminąć.

– No i są jeszcze samobójstwa.

Marty kiwnął głową.

– Felicia ogląda skutki na co dzień.

– Myślę, że z czasem będzie ich mniej – stwierdził Gus. – Ludzie po prostu zaczną czekać.

– Na co?

– Na koniec, kolego. Koniec wszystkiego. Przechodzimy pięć etapów żałoby, nie rozumiesz? Teraz doszliśmy do ostatniego. Akceptacji.

Marty milczał. Nie wiedział, co odpowiedzieć.

– Tak mało jest w ludziach ciekawości. A to wszystko… – Gus machnął ręką. – Wzięło się znikąd. Owszem, wiedzieliśmy, że środowisko naturalne schodzi na psy, chyba nawet prawicowe oszołomy w to skrycie wierzyły, ale to, co się teraz dzieje… sześćdziesiąt pieprzonych plag, wszystkie naraz. – Spojrzał na Marty’ego niemal błagalnie. – W ile czasu? Rok? Czternaście miesięcy?

– Tak – przyznał Marty. – Kiepska sprawa. – Jakoś tylko to określenie pasowało.

Z góry dobiegł jednostajny warkot i obaj podnieśli głowy. Ostatnimi czasy niewiele dużych odrzutowców docierało na lokalne lotnisko, to jednak był mały samolot, który pętał się po niespotykanie czystym niebie, wyrzucając z ogona białą smugę. Maszyna zakręcała, przechylała się, wznosiła i opadała, a za nią dym (czy raczej jakiś środek chemiczny) tworzył litery.

 

– Hm – powiedział Gus, wyciągając szyję. – Samolot piszący na niebie. Nie widziałem takiego od dzieciństwa.

CHARLES, napisał samolot. Potem KRANTZ. A następnie – jakżeby inaczej – 39 WSPANIAŁYCH LAT. Nazwisko już zaczynało się rozmywać, kiedy samolot wykreślił na niebie DZIĘKI, CHUCK!

– Co jest, kurwa – mruknął Gus.

– Z ust mi to wyjąłeś – odparł Marty.

Marty nie jadł śniadania, więc po powrocie do domu odgrzał w mikrofali jedno z mrożonych dań – zapiekankę z kurczakiem Marie Callender, całkiem smaczną – i przeszedł z nim do salonu, żeby pooglądać telewizję. Obie stacje, które łapał, pokazywały jednak tylko zdjęcie Charlesa „Chucka” Krantza siedzącego za biurkiem z długopisem w stanie wiecznej gotowości. Marty patrzył na ten obraz, jedząc zapiekankę, po czym wyłączył idiowizję i położył się do łóżka. Uznał, że tak będzie najrozsądniej.

Przespał prawie cały dzień i chociaż o niej nie śnił (przynajmniej tego nie pamiętał), od razu po przebudzeniu pomyślał o Felicii. Chciał się z nią zobaczyć, a kiedy już się spotkają, zapyta, czy mógłby spędzić u niej noc. Może nawet zamieszkać na stałe. Sześćdziesiąt pieprzonych plag, powiedział Gus, wszystkie naraz. Jeśli to naprawdę koniec, nie chciał stawić mu czoła samotnie.

Harvest Acres, małe, schludne osiedle, na którym Felicia teraz mieszkała, było oddalone o pięć kilometrów i Marty nie miał zamiaru ryzykować jazdy samochodem, włożył więc spodnie od dresu i tenisówki. Było piękne późne popołudnie, na niebie wciąż ani jednej chmurki, pogoda w sam raz na spacer, i wielu ludzi powychodziło z domów. Kilku wyglądało, jakby cieszyli się słońcem, większość jednak miała wzrok wbity w ziemię. Nawet ci, którzy szli w parach i trójkami, prawie się do siebie nie odzywali.

Na Park Drive, jednej z głównych arterii wschodniej części miasta, wszystkie cztery pasy były zapchane w większości pustymi samochodami. Marty przeszedł slalomem wśród nich i po drugiej stronie zobaczył starszego pana w tweedowej marynarce i pasującym do niej filcowym kapeluszu. Siedział na krawężniku i wytrząsał fajkę do rynsztoka. Uśmiechnął się, napotykając spojrzenie Marty’ego.

– Odpoczywam – powiedział. – Poszedłem do centrum obejrzeć zapadlisko i zrobić kilka zdjęć telefonem. Myślałem, że mogłoby to zainteresować jedną z lokalnych stacji telewizyjnych, ale wygląda na to, że niczego już nie nadają. Oprócz zdjęć tego Krantza.

– Tak – powiedział Marty. – Nic, tylko Chuck i Chuck. Wie pan może, kim…

– Nie. Pytałem dwudziestu paru ludzi, co najmniej. Nikt go nie zna. Wygląda na to, że nasz Krantz jest Wielkim Ozem Apokalipsy.

Marty się zaśmiał.

– Dokąd się pan wybiera?

– Do Harvest Acres. Zaciszna enklawa. Położona na uboczu. – Sięgnął za połę marynarki, wyjął kapciuch i zaczął nabijać fajkę.

– Też tam idę. Do byłej żony. Może pójdziemy razem.

Staruszek wstał z grymasem bólu na twarzy.

– Byleby pan nie gnał jak szalony. – Zapalił fajkę, zaciągnął się. – Artretyzm. Biorę na to prochy, ale im bardziej choroba postępuje, tym słabiej działają.

– To kiepsko – powiedział Marty. – Niech pan wyznacza tempo, a ja się dostosuję.

Szli wolno. Staruszek nazywał się Samuel Yarbrough. Był właścicielem i dyrektorem Domu Pogrzebowego Yarbrough.

– Ale tak naprawdę najbardziej interesuję się meteorologią – wyznał. – W szczenięcych latach marzyłem o tym, żeby zostać prezenterem prognozy pogody, może nawet w jednej z ogólnokrajowych sieci, cóż, kiedy wolą zatrudniać młode kobiety z… – Przyłożył skulone dłonie do piersi. – Jestem na bieżąco, czytam prasę fachową i mogę panu powiedzieć rzecz nadzwyczaj ciekawą. Jeśli zechce mnie pan wysłuchać.

– Jasne.

Podeszli do ławki na przystanku autobusowym. Na oparciu widniał wymalowany od szablonu napis CHARLES „CHUCK” KRANTZ 39 WSPANIAŁYCH LAT! DZIĘKI, CHUCK! Sam Yarbrough usiadł i poklepał sąsiednie miejsce. Marty przyjął zaproszenie. Wiatr zwiewał dym z fajki staruszka w jego stronę, ale to mu nie przeszkadzało. Zapach był całkiem przyjemny.

– Pewnie pan wie, że w powszechnym przekonaniu doba ma dwadzieścia cztery godziny? – spytał Yarbrough.

– A tydzień siedem dni. Wszyscy to wiedzą, nawet małe dzieci.

– Cóż, wszyscy są w błędzie. Doba gwiazdowa miała dwadzieścia trzy godziny i pięćdziesiąt sześć minut. Plus parę sekund.

– Miała?

– Otóż to. Jak wynika z moich obliczeń, które, zapewniam, są prawidłowe, a mogę to wykazać, doba obecnie składa się z dwudziestu czterech godzin i dwóch minut. Wie pan, co to znaczy, panie Anderson?

Marty się zastanowił.

– Chce pan powiedzieć, że Ziemia wolniej się obraca?

– Właśnie. – Yarbrough wyjął fajkę z ust i wskazał gestem ludzi idących chodnikiem. Teraz, kiedy popołudnie przechodziło w zmierzch, szeregi spacerowiczów powoli topniały. – Założę się, że wiele z tych osób uważa, że liczne klęski, które nas dotknęły, mają jedną i tę samą przyczynę: to, co zrobiliśmy ze środowiskiem naturalnym Ziemi. Mylą się. Pierwszy przyznam, że traktowaliśmy naszą matkę… tak, jest matką nas wszystkich… bardzo źle, z pewnością ją molestowaliśmy, żeby nie powiedzieć gwałciliśmy, ale jesteśmy małym pyłkiem w porównaniu z wielkim zegarem wszechświata. Małym pyłkiem. Nie, to, co się dzieje, jest czymś więcej niż katastrofą ekologiczną.

– Może wszystko przez Chucka Krantza – powiedział Marty.

Yarbrough spojrzał na niego z zaskoczeniem i parsknął śmiechem.

– Znowu on, hę? Chuck Krantz przechodzi na emeryturę i cała ludność Ziemi, o samej planecie nie wspominając, przechodzi na emeryturę razem z nim? Taka jest pańska teza?

– Na coś trzeba zrzucić winę – powiedział Marty z uśmiechem. – Albo na kogoś.

Sam Yarbrough wstał, położył dłoń na swoim krzyżu, przeciąg­nął się i wykrzywił usta w grymasie.

– Niech mi pan Spock wybaczy, że go zacytuję, ale to nielogiczne. Owszem, trzydzieści dziewięć lat to w ludzkiej perspektywie szmat czasu, prawie pół życia, ale ostatnia epoka lodowcowa była znacznie wcześniej. O erze dinozaurów nie wspominając. Idziemy?

Poszli, ich cienie kładły się przed nimi. Marty karcił się w duchu za to, że przespał prawie cały piękny dzień. Ruchy Yarbrough były coraz wolniejsze. Kiedy dotarli do murowanego łuku wyznaczającego wejście do Harvest Acres, stary przedsiębiorca pogrzebowy znowu usiadł.

– Chyba popatrzę sobie na zachód słońca i poczekam, aż artretyzm trochę odpuści. Potowarzyszy mi pan?

Marty pokręcił głową.

– Raczej pójdę dalej.

– Do byłej żony – powiedział Yarbrough. – Rozumiem. Miło się z panem rozmawiało, panie Anderson.

Marty wszedł pod łuk, po czym zawrócił.

– Charles Krantz coś znaczy – oznajmił. – Jestem tego pewien.

– Może ma pan rację – odparł Sam, pykając z fajki. – Ale spowolnienie obrotu Ziemi… nic w tej chwili nie jest ważniejsze, przyjacielu.

Główna ulica osiedla Harvest Acres była urokliwą, wysadzaną drzewami parabolą, od której odchodziły węższe uliczki. Zapalone latarnie jak z ilustrowanych powieści Dickensa zalewały okolicę iście księżycowym blaskiem. Kiedy Marty był już blisko Fern Lane, gdzie mieszkała Felicia, zobaczył dziewczynkę na wrotkach, z gracją wyjeżdżającą zza zakrętu. Miała na sobie obszerne czerwone szorty i koszulkę bez rękawów z czyjąś twarzą, może gwiazdy rocka albo jakiegoś rapera. Wyglądała na dziesięć–jedenaście lat i jej widok podniósł go na duchu. Dziewczynka na wrotkach: cóż mogłoby być bardziej normalnego w tym nienormalnym dniu? Tym nienormalnym roku?

– Hej – rzucił.

– Hej – powiedziała, ale zwinnie go wyminęła, być może gotowa do ucieczki, w razie gdyby okazał się jednym ze zboków, przed którymi bez wątpienia przestrzegała ją matka.

– Idę do byłej żony – wyjaśnił Marty, nie ruszając się z miejsca. – Nazywa się Felicia Anderson. Albo Gordon, jeśli wróciła do nazwiska panieńskiego. Mieszka na Fern Lane. Pod dziewiętnastym.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?