Jest krew…Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Jest krew…
Tekst
Jest krew…
E-book
34,40  25,46 
Szczegóły
Jest krew…
Jest krew…
Audiobook
Czyta Filip Kosior
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tym właśnie się zajmowałem pewnego wieczoru, z talerzem ciastek oreo po mojej lewej ręce i kubkiem herbaty po prawej, kiedy zabrzęczał mój telefon. To był tata. Powiedział, że ma złą wiadomość: umarła pani Hargensen.

Długo nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Sterta niezamówionych wierszy i opowiadań nagle stała się zupełnie nieistotna.

– Craig? – zapytał tata. – Jesteś tam jeszcze?

– Tak. Co się stało?

Powiedział mi, co wiedział, a dalsze szczegóły poznałem parę dni później, z zamieszczonego w sieci artykułu z „Weekly Enter­prise”, gazety wychodzącej w Gates Falls. LUBIANI NAUCZYCIELE ZABICI W VERMONCIE, głosił nagłówek. Victoria Hargensen Corliss nadal uczyła biologii w liceum w Gates Falls; jej mąż był nauczycielem matematyki w sąsiednim Castle Rock. Postanowili wybrać się w ferie wiosenne na wycieczkę motocyklem po Nowej Anglii, każdą noc spędzali w innym pensjonacie. Wracali przez Vermont i byli już przy granicy z New Hampshire, kiedy Dean Whitmore, lat trzydzieści jeden, z Waltham w stanie Massachusetts, zjechał na przeciwległy pas drogi numer dwa i uderzył w nich czołowo. Ted Corliss zginął na miejscu. Victoria Corliss – kobieta, która zabrała mnie do pokoju nauczycielskiego po tym, jak dostałem wycisk od Kenny’ego Yanko, i dała mi swoje aleve, choć to było zabronione – zmarła w drodze do szpitala.

Poprzedniego lata byłem na stażu w „Enterprise”, głównie opróżniałem kosze na śmieci, ale napisałem też kilka relacji sportowych i recenzji filmów. Kiedy teraz zadzwoniłem do naczelnego, Dave’a Gardenera, po znajomości przedstawił mi fakty pominięte w artykule, ukazujące szersze tło sytuacji. Deana Whitmore’a już cztery razy aresztowano za jazdę po pijaku, ale jego ojciec był szychą w funduszu hedgingowym (jakże pan Harrigan nienawidził tych nuworyszów) i przy pierwszych trzech okazjach wysoko opłacani adwokaci zadbali o to, by synalkowi włos nie spadł z głowy. Za czwartym razem, po tym, jak wjechał w boczną ścianę sklepu Zoney’s Go-Mart w Hingham, Whitmore uniknął więzienia, ale stracił prawo jazdy. Prowadził bez niego i był pod wpływem alkoholu, gdy uderzył w motocykl Corlissów. „Nawalony jak stodoła”, tak to ujął Dave.

– Pogrożą mu palcem i na tym się skończy – powiedział. – Tatunio już się o to postara. Poczekaj, a zobaczysz.

– Nie ma mowy. – Na samą myśl zrobiło mi się niedobrze. – Jeśli twoje informacje są wiarygodne, to oczywiste, że jest winny spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym.

– Poczekaj, a zobaczysz – powtórzył.

Msza żałobna odbyła się w kościele Świętej Anny, do którego pani Hargensen – nie potrafiłem myśleć o niej jako o Victorii – i jej mąż chodzili prawie całe życie i w którym wzięli ślub. Pan Harrigan był bogaty, przez lata trząsł amerykańskim światem biznesu, ale na pogrzeb Teda i Victorii Corlissów przyszło znacznie więcej ludzi. Choć kościół Świętej Anny jest duży, tego dnia zabrakło miejsc siedzących i gdyby ojciec Ingersoll nie miał mikrofonu, zagłuszyłoby go szlochanie zebranych. Oboje byli lubianymi nauczycielami, szczęśliwą, kochającą się parą, no i, oczywiście, byli młodzi.

Podobnie jak większość żałobników. Byłem ja; były Regina i Margie; był Billy Bogan; był też U-Boot, który specjalnie przyjechał z Florydy, gdzie grał w jednej z niższych lig baseballowych. U-Boot i ja siedzieliśmy razem. Mój rosły przyjaciel właściwie nie płakał, ale miał czerwone oczy i pociągał nosem.

– Uczyła cię? – szepnąłem.

– Biologii – odszepnął. – W ostatniej klasie. Bez jej zaliczenia nie skończyłbym szkoły. Dała mi tróję za piękne oczy. I należałem do kółka ornitologicznego, które prowadziła. Napisała mi list polecający na uczelnię.

Mnie też.

– To takie niesprawiedliwe – powiedział U-Boot. – Przecież tylko wybrali się na przejażdżkę – zrobił pauzę. – I byli w kaskach.

Billy prawie się nie zmienił, ale Margie i Regina wydawały się starsze, prawie dorosłe w makijażu i eleganckich sukniach. Po mszy uściskały mnie przed kościołem.

– Pamiętasz, jak się tobą zajęła tamtego wieczoru, kiedy Yanko cię pobił? – zapytała Regina.

– Tak – przyznałem.

– Pozwoliła mi użyć swojego kremu do rąk – powiedziała Regina i znów się rozpłakała.

– Mam nadzieję, że zamkną typa do końca życia – wycedziła Margie z wściekłością.

– Oby – powiedział U-Boot. – I niech wyrzucą klucz.

– Tak będzie – zapewniłem, ale oczywiście się myliłem, a Dave miał rację.

Dean Whitmore stanął przed sądem w lipcu tego samego roku. Dostał cztery lata, ale karę zawieszono pod warunkiem, że pójdzie na odwyk i przez te cztery lata będzie się poddawał niezapowiedzianym badaniom moczu na obecność używek. Ja znów pracowałem w „Enterprise”, teraz już jako opłacany członek redakcji (na pół etatu, ale dobre i to). Dostałem awans do działu spraw lokalnych, czasem nawet pisałem bardziej obszerne teksty. Dzień po ogłoszeniu kary dla Whitmore’a – o ile ten wyrok w ogóle można nazwać karą – podzieliłem się swoim oburzeniem z Dave’em Gardenerem.

– Wiem, to do dupy – przyznał. – Ale musisz wydorośleć, Crai­gy. Żyjemy w świecie rzeczywistym, gdzie forsa może wszystko. Na którymś etapie sprawy Whitmore’a pieniądze przeszły z ręki do ręki. Możesz być tego pewien. Zmieniając temat, zdaje się, że miałeś mi oddać tekst na czterysta słów o jarmarku rzemiosła?

Ośrodek odwykowy – zapewne z kortem tenisowym i polem golfowym – to za mało. Cztery lata badań szczyn to za mało, zwłaszcza gdy zawczasu wiesz, kiedy się ich spodziewać, i możesz komuś zapłacić, by dostarczył czyste próbki. Whitmore załatwiłby to bez trudu.

W ciągu tamtego upalnego sierpnia czasem myślałem o afrykańskim przysłowiu, które poznałem na studiach: Gdy umiera starzec, płonie cała biblioteka. Victoria i Ted starzy nie byli, ale to jeszcze gorzej, bo ich potencjał na zawsze pozostanie niespełniony. Ci wszyscy młodzi ludzie na pogrzebie, obecni uczniowie i niedawni absolwenci jak ja i moi przyjaciele, byli żywym dowodem na to, że z chwilą ich śmierci coś jednak spłonęło, coś, czego już nigdy nie da się odbudować.

Wspominałem piękne rysunki liści i gałęzi drzew, skreślone jej ręką na tablicy. Wspominałem to, jak w piątkowe popołudnia wspólnie sprzątaliśmy laboratorium biologiczne, a potem na dokładkę także część, gdzie przeprowadzano doświadczenia chemiczne, jak razem się śmialiśmy z panującego tam smrodu i jak ona zastanawiała się na głos, co to będzie, jeśli jakiś doktor Jekyll kiedyś zmieni się na chemii w pana Hyde’a i zdemoluje szkołę. Wspominałem, jak stwierdziła „Nie dziwię ci się”, kiedy po laniu od Kenny’ego powiedziałem, że nie chcę wrócić do sali gimnastycznej. Wspominałem to wszystko, a także zapach jej perfum, po czym myślałem o tym, że skurwiel, który ją zabił, wyjdzie z odwyku i dalej będzie żył swoim życiem, cały radosny jak niedziela w Paryżu.

Nie, to niewystarczająca kara.

Tego popołudnia wróciłem do domu i przeszperałem szuflady komody w moim pokoju, nie do końca gotów przyznać sam przed sobą, czego szukam… i po co. Gdy tego nie znalazłem, byłem zawiedziony, ale mi ulżyło. Już miałem wyjść, zawróciłem jednak i stanąłem na palcach, by zajrzeć na górną półkę szafy, zawaloną gratami, które nie wiedzieć kiedy się tam nagromadziły. Znalazłem stary budzik, iPoda, który się zepsuł, gdy upuściłem go, jeżdżąc na deskorolce po podjeździe, splątane słuchawki nauszne i douszne. Było też pudełko pełne kart baseballowych i sterta komiksów Spider-Man. W głębi leżała bluza Red Sox, zdecydowanie za mała na ciało, w którym aktualnie żyłem. Uniosłem ją i spod niej wyłonił się iPhone, który dostałem od ojca na Boże Narodzenie. W czasach, kiedy jeszcze byłem szczawikiem. Była tam też ładowarka. Podłączyłem do niej starego iPhone’a, wciąż nieskory przyznać, co knuję, ale kiedy dziś myślę o tamtym dniu – nie tak wiele lat temu – sądzę, że powodującym mną impulsem było coś, co pani Hargensen powiedziała do mnie, kiedy szorowaliśmy zlewy w laboratorium chemicznym: „Nie wołaj, jeśli nie chcesz odzewu”. A ja tamtego dnia go chciałem.

Pewnie nawet się nie naładuje, powiedziałem sobie. Tyle lat tam przeleżał, zbierając kurz. A jednak się myliłem. Wieczorem, kiedy tata poszedł spać, wziąłem starego iPhone’a do ręki i w prawym górnym rogu ekranu zobaczyłem znaczek pokazujący, że bateria jest pełna.

Kurczę, to dopiero był powrót do przeszłości. Znalazłem maile z zamierzchłych czasów, zdjęcia taty zrobione, zanim zaczął siwieć, i esemesy, które słaliśmy do siebie z Billym Boganem. W tych ostatnich właściwie nie było żadnych sensacji, tylko żarciki, pouczające informacje typu „Puściłem bąka” i wnikliwe pytania, na przykład „Odrobiłeś algebrę?”. Byliśmy jak dwoje dzieciaków z puszkami połączonymi woskowanym sznurkiem. Bowiem kiedy się nad tym zastanowić, większość naszych współczesnych środków łączności tym właśnie w gruncie rzeczy jest – czymś, co służy do gadania po to, żeby gadać.

Wziąłem telefon do łóżka, jak w czasach, kiedy jeszcze nie musiałem się golić i pocałunki z Reginą były wielką sprawą. Tylko że teraz łóżko, które dawniej wydawało się duże, dziwnie się skurczyło. Spojrzałem na zdobiący przeciwległą ścianę plakat Katy Perry, w której jako gimnazjalista widziałem uosobienie seksu i luzu. Byłem starszy od tamtego smyka, a zarazem dokładnie taki sam. Tak to się zabawnie układa.

Jeśli duchy istnieją, powiedziała pani Hargensen, założę się, że nie wszystkie są święte.

Na to wspomnienie prawie porzuciłem swój zamiar. Potem znów pomyślałem o tym nieodpowiedzialnym skurwielu, wyobraziłem sobie, jak gra w tenisa w ośrodku odwykowym, i wybrałem numer pana Harrigana. Spokojnie, powiedziałem sobie. Nic się nie wydarzy. Nic się nie może wydarzyć. Robisz to tylko po to, żeby wyrzucić z głowy niepotrzebne myśli, dać upust złości i smutkowi, przez które nie możesz się skupić na niczym innym.

 

Tyle że w głębi ducha wiedziałem, że coś się jednak wydarzy, nie byłem więc zaskoczony, kiedy odpowiedział mi sygnał zamiast ciszy. Ani gdy usłyszałem chropawy głos płynący z telefonu, który prawie siedem lat wcześniej włożyłem do kieszeni martwego człowieka. „Aktualnie nie odbieram telefonów. Oddzwonię, jeśli uznam to za stosowne”.

– Dzień dobry, panie Harrigan, mówi Craig. – Zachowywałem zadziwiający spokój, biorąc pod uwagę, że przemawiałem do nieboszczyka, a nieboszczyk ten być może mnie słuchał. – Człowiek nazwiskiem Dean Whitmore zabił moją ulubioną nauczycielkę z liceum i jej męża. Facet był pijany i wjechał w nich samochodem. Byli dobrymi ludźmi, ona mi pomogła, kiedy tego potrzebowałem, a sprawca nie poniósł zasłużonej kary. To chyba wszystko.

Na tym jednak nie skończyłem. Miałem co najmniej pół minuty na to, by zostawić wiadomość, i jeszcze w pełni nie wykorzystałem tego czasu. Powiedziałem więc całą resztę, całą prawdę, głosem zniżonym jeszcze bardziej, tak że prawie przeszedł w pomruk:

– Chcę, żeby umarł.

Ostatnimi czasy pracuję w „Times Union”, gazecie wychodzącej w Albany i okolicach. Pensja to grosze, zapewne zarabiałbym więcej, pisząc dla BuzzFeed albo TMZ, ale mam finansową poduszkę bezpieczeństwa w postaci funduszu powierniczego, a poza tym lubię pracować w prawdziwej gazecie, mimo że dziś największy ruch jest w sieci. Taki już jestem staroświecki.

Zaprzyjaźniłem się z Frankiem Jeffersonem, redakcyjnym specem od informatyki, i pewnego wieczoru przy piwie w Madison Pour House powiedziałem mu, że kiedyś mogłem się łączyć z pocztą głosową zmarłego człowieka… ale tylko wtedy, gdy dzwoniłem ze starego telefonu, którego używałem jeszcze za jego życia. Zapytałem Franka, czy słyszał kiedyś o podobnym zjawisku.

– Nie – odparł. – Chociaż to się może zdarzyć.

– Jak?

– Nie mam pojęcia, ale we wczesnych komputerach i komórkach były różne dziwaczne usterki. O niektórych do dziś krążą legendy.

– W iPhone’ach też?

– Zwłaszcza w nich – powiedział, sącząc piwo. – Przez pośpiech, z jakim wprowadzono je do produkcji. Steve Jobs nigdy by tego nie przyznał, ale ludzie z Apple śmiertelnie się bali, że za parę lat, może nawet rok, BlackBerry całkowicie zdominują rynek. Niektóre z tych pierwszych iPhone’ów zawieszały się, kiedy wpisywałeś literę „l”. Mogłeś wysłać maila i potem surfować po sieci, ale jeśli próbowałeś najpierw surfować po sieci, a później wysłać maila, telefon czasem padał.

– Zdarzyło mi się tak raz czy dwa razy – przyznałem. – Musiałem go resetować.

– No właśnie. Sporo było takich niespodzianek. A co do tego twojego nieboszczyka? Domyślam się, że nagrana przez niego wiadomość utknęła gdzieś w oprogramowaniu, tak jak kawałek chrząstki może utknąć między zębami. To taki duch w maszynie, można powiedzieć.

– Tak – stwierdziłem. – Ale nie święty.

– Hę?

– Nie, nic – uciąłem.

Dean Whitmore umarł drugiego dnia pobytu w ośrodku terapeutycznym Raven Mountain, luksusowej odwykówce w New Hampshire (rzeczywiście były tam korty tenisowe, jak również pole do gry w shuffleboard i basen). Dowiedziałem się o tym prawie od razu, bo ustawiłem sobie alert Google na jego nazwisko, zarówno na moim laptopie, jak i na komputerze redakcyjnym. Nie podano przyczyny śmierci – forsa może wszystko, rozumiecie – więc wybrałem się na krótką wycieczkę do mieściny Maidstone po drugiej stronie granicy z New Hampshire. Tam wcieliłem się w rolę reportera śledczego, zadałem kilka pytań i rozstałem się z częścią pieniędzy po panu Harriganie.

Ustalenie faktów nie zajęło dużo czasu, bo samobójstwo Whitmore’a było, delikatnie mówiąc, niezwykłe. Tak jak niezwykłe jest uduszenie się podczas walenia konia, można powiedzieć. W Raven Mountain pacjentów nazywano gośćmi, nie ćpunami czy moczymordami, każdy pokój był z prysznicem. Dean Whitmore poszedł przed śniadaniem do swojej kabiny natryskowej i napił się szamponu. Nie po to, żeby się otruć, tylko aby przygotować podkład pod ciąg dalszy. Potem przełamał kostkę mydła na pół, jeden kawałek upuścił na podłogę, a drugi wcisnął sobie do gardła.

Większość tych szczegółów przedstawił mi jeden z psychologów, którzy w Raven Mountain pracowali nad wyciąganiem pijaków i ćpunów z nałogu. Randy Squires, bo tak się nazywał, mówił o tym, siedząc w mojej toyocie i pociągając z gwinta wild turkey kupione za część z wydębionych ode mnie pięćdziesięciu dolarów (i tak, nie umknęła mi ironia tej sytuacji). Zapytałem, czy Whitmore zostawił może list pożegnalny.

– Tak – powiedział Squires. – I to całkiem sympatyczny. Prawie jak modlitwa. „Dziel się miłością, na ile możesz”.

Moje ramiona obsypała gęsia skórka, ale rękawy to zasłoniły, i udało mi się zdobyć na uśmiech. Mogłem mu powiedzieć, że to nie modlitwa, tylko wers Stand By Your Man Tammy Wynette. Squires i tak by nie zrozumiał, co z tego wynika, zresztą, nie miałem powodu chcieć, żeby to zrozumiał. To była sprawa między panem Harriganem a mną.

Moje małe śledztwo trwało trzy dni. Kiedy wróciłem, tata zapytał, czy miło spędziłem miniwakacje. Powiedziałem, że tak. Spytał, czy za parę tygodni będę gotów wrócić na uczelnię. Przytaknąłem. Uważnie mi się przyjrzał i zapytał, czy coś jest nie tak. Zaprzeczyłem, niepewny, czy kłamię, czy nie.

Po trosze wciąż wierzyłem, że Kenny Yanko zabił się niechcący, a Dean Whitmore popełnił samobójstwo, może pod wpływem wyrzutów sumienia. Usiłowałem sobie wyobrazić, jak pan Harrigan mógłby im się ukazać i spowodować ich śmierć, ale nie potrafiłem. Jeśli tak się rzeczywiście stało, oznaczało to, że jestem współwinny morderstwa, może nie w świetle prawa, ale moralnie na pewno. Bądź co bądź życzyłem Whitmore’owi śmierci. Kenny’emu w najgłębszej głębi serca chyba też.

– Jesteś pewien? – spytał tata. Wciąż wpatrywał się we mnie tym przenikliwym wzrokiem co w latach mojego wczesnego dzieciństwa, kiedy coś nabroiłem.

– Całkowicie – zapewniłem.

– W porządku, ale gdybyś chciał porozmawiać, jestem do dyspozycji.

I dzięki Bogu, że był, ale akurat o tej jednej sprawie nie mogłem z nikim rozmawiać. Przynajmniej jeśli nie chciałem wyjść na wariata.

Poszedłem do swojego pokoju i zdjąłem starego iPhone’a z półki w szafie. Trzymał się dzielnie, bateria była jeszcze naładowana. Dlaczego właściwie to zrobiłem? Czy zamierzałem zadzwonić do człowieka leżącego w grobie, żeby mu podziękować? Zapytać, czy naprawdę tam jest? Nie pamiętam i chyba nie ma to większego znaczenia, bo ostatecznie nie zadzwoniłem. Kiedy włączyłem telefon, zobaczyłem, że dostałem esemesa. Nadawcą był krolpiratow1. Otworzyłem go drżącym palcem i przeczytałem, co następuje:

C C C dOs.

Kiedy patrzyłem na te litery, coś mi zaświtało, możliwość, która przed tym dniem późnego lata ani razu nie przyszła mi do głowy. A jeśli w pewnym sensie trzymałem pana Harrigana na uwięzi? Wikłałem go w moje doczesne troski przy użyciu telefonu, który wsunąłem do kieszeni jego marynarki, zanim wieko trumny opadło? A jeśli rzeczy, o które go prosiłem, sprawiały mu ból? Może nawet były dla niego torturą?

Wątpliwe, pomyślałem. Pamiętaj, co pani Grogan powiedziała ci o Dustym Bilodeau. Że po tym, jak okradł pana Harrigana, nie dostałby roboty nawet przy wywalaniu kurzych gówien ze stodoły starego Dorrance’a Marstellara. Pan Harrigan się o to zatroszczył.

No właśnie. I jeszcze coś. Powiedziała, że grał uczciwie, ale niech cię Bóg strzeże, jeśli nie odpłacałeś mu tą samą monetą. A czy Dean Whitmore grał uczciwie? Nie. Czy Kenny Yanko grał uczciwie? Patrz wyżej. Może więc pan Harrigan chętnie mi pomagał. Może nawet sprawiało mu to przyjemność.

– O ile w ogóle miał z tym coś wspólnego – szepnąłem.

Miał. To też wiedziałem w najgłębszej głębi serca. I nie tylko to. Wiedziałem również, co znaczyła ta ostatnia wiadomość: „Craig dosyć”.

Dlatego, że go krzywdziłem, czy dlatego, że krzywdziłem samego siebie?

Uznałem, że to w ostatecznym rozrachunku nieistotne.

Następnego dnia lunął deszcz, taka chłodna ulewa bez burzy, zwiastująca, że za tydzień–dwa pojawią się pierwsze kolory jesieni. Dobrze, że padało, bo to znaczyło, że letnicy – ci, którzy jeszcze nie wyjechali – siedzieli w swoich sezonowych kryjówkach i nad jeziorem Castle nie będzie żywej duszy. Zaparkowałem na placu piknikowym na północnym krańcu jeziora i poszedłem w miejsce, które my, dzieci, nazywaliśmy Nawisem, kiedy wchodziliśmy tam w kąpielówkach i zachęcaliśmy jeden drugiego do skoku do wody. Niektórzy się na to odważyli.

Stanąłem na krawędzi urwiska, gdzie sosnowe igliwie przechodziło w nagą skałę, która jest najgłębszą prawdą o Nowej Anglii. Sięgnąłem do prawej kieszeni spodni khaki i wyjąłem mojego iPhone’a 1. Przez chwilę trzymałem go w ręku, czując jego ciężar i wspominając to, jak bardzo się cieszyłem w ten bożonarodzeniowy poranek, kiedy rozpakowałem prezent i zobaczyłem logo Apple. Czy krzyknąłem wtedy z radości? Nie pamiętałem, ale prawie na pewno tak.

Bateria wciąż była naładowana, choć już tylko w połowie. Zadzwoniłem do pana Harrigana i wiem, że w ciemnej ziemi cmentarza Pod Wiązami, w kieszeni drogiej marynarki, która teraz obrastała pleśnią, zaśpiewała Tammy Wynette. Raz jeszcze posłuchałem jego ochrypłego, starczego głosu mówiącego, że oddzwoni, jeśli uzna to za stosowne.

Poczekałem na piknięcie.

– Dziękuję za wszystko, panie Harrigan. Żegnam – powiedziałem.

Rozłączyłem się, wziąłem zamach i rzuciłem telefon z całej siły. Patrzyłem, jak leciał łukiem na tle szarego nieba. Widziałem, jak z cichym pluskiem wpadł do wody.

Sięgnąłem do lewej kieszeni i wyjąłem mojego obecnego iPhone’a, 5C w kolorowym etui. Jego też zamierzałem wrzucić do jeziora. Telefon stacjonarny na pewno by mi wystarczył, a i niewątpliwie ułatwił życie. Znacznie mniej bzdurnych pogaduszek, żadnych esemesów typu „Co słychać”, żadnych kretyńskich emoji. Jeśli po studiach dostanę pracę w jakiejś gazecie i z jakiegoś powodu każą mi stale być pod telefonem, będę korzystał z pożyczonego i oddam go po wykonaniu przydzielonego zadania.

Zrobiłem zamach i trwałem w tej pozycji, zdaje się, dość długo – może minutę, może dwie. Ostatecznie schowałem komórkę z powrotem do kieszeni. Nie wiem na pewno, czy wszyscy są uzależnieni od tych nowoczesnych puszek połączonych woskowanym sznurkiem, ale ja tak, to nie ulega wątpliwości, i pan Harrigan też popadł w ten nałóg. To dlatego tamtego dnia wsunąłem mu telefon do kieszeni. Myślę, że w dwudziestym pierwszym wieku nasze telefony są tym, co wiąże nas ze światem. Iście małżeńskim węzłem. I chyba nie jest to małżeństwo udane.

A może się mylę. Po tym, co spotkało Yanko i Whitmore’a, i po tej ostatniej wiadomości, którą przysłał krolpiratow1, w wiele rzeczy zwątpiłem. Choćby w samą rzeczywistość. W dwóch sprawach jednak mam pewność, twardą jak nowoangielska skała. Kiedy wybije moja godzina, nie chcę być skremowany i pragnę, by pochowano mnie z pustymi kieszeniami.

1 Wszystkie cytaty z Pisma Świętego za Biblią Tysiąclecia. Wydawnictwo Pallotinum, Poznań–Warszawa 1988.