Jest krew…Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Jest krew…
Tekst
Jest krew…
E-book
34,40  25,46 
Szczegóły
Jest krew…
Jest krew…
Audiobook
Czyta Filip Kosior
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Powiedz mi choć jedno. Twoja matka wściekłaby się, że w ogóle o to pytam, ale skoro jej tu nie ma… oddałeś mu?

– Tak. Tylko raz, ale porządnie.

Uśmiechnął się szeroko.

– Dobrze. Uprzedzam jednak, że jeśli znowu cię zaczepi, sprawą zajmie się policja. Jasne?

Przytaknąłem.

– Twoja nauczycielka… polubiłem ją… powiedziała, że mam pilnować, żebyś przez co najmniej godzinę nie zasnął i nie dostał zawrotów głowy. Chcesz kawałek placka?

– Pewnie.

– Do tego herbatę?

– Koniecznie.

Jedliśmy więc placek, piliśmy herbatę z dużych kubków i tata opowiadał mi różne historie, tym razem nie o telefonach towarzyskich, jednoizbowej szkole ogrzewanej tylko piecykiem na drewno ani telewizorze, na którym łapało się jedynie trzy stacje (albo i żadnej, kiedy wiatr zerwał antenę z dachu). Opowiedział o tym, jak kiedyś z Royem DeWittem znaleźli fajerwerki u Roya w piwnicy, wystrzelili je i jeden wylądował w skrzynce z opałem Franka Driscolla, podpalając ją, i jak Driscoll potem zagroził, że jeśli nie porąbią mu sąga drewna, naskarży ich rodzicom. Opowiedział, jak jego matka raz przypadkiem usłyszała, że nazwał starego Philly’ego Loubirda z kościoła sziloitów Wielkim Wodzem Wampumem, i wyszorowała mu usta mydłem, głucha na jego zapewnienia, że to się więcej nie powtórzy. Opowiedział o bójkach w Rollodrome w Auburn – zadymach, tak je nazwał – wybuchających prawie w każdy piątkowy wieczór między ekipą z jego liceum, imienia Edwarda Little’a, a uczniami liceum w Lisbon. Opowiedział o tym, jak dwa starsze chłopaki zerwały mu kąpielówki na White’s Beach („wróciłem do domu owinięty ręcznikiem”) i jak jeden gnojek ganiał go po Carbine Street w Castle Rock z kijem baseballowym („twierdził, że zrobiłem malinkę jego siostrze, a to była nieprawda”).

Rzeczywiście był kiedyś młody.

Idąc na górę, do mojego pokoju, czułem się dobrze, jednak aleve, które podała mi pani Hargensen, powoli przestawało działać i kiedy się rozbierałem, dobre samopoczucie już mnie opuszczało. Sądziłem, że Kenny Yanko da mi spokój, ale całkowitej pewności mieć nie mogłem. A jeśli jego kumple (nawet taki leszcz jak on musiał mieć paru) zainteresują się, kto mu podbił limo? Zaczną się z niego nabijać? Może nawet go wyśmieją? Co będzie, jeśli się wkurzy i uzna, że trzeba stoczyć drugą rundę? Gdyby tak się stało, pewnie nie zdołałbym zadać ani jednego solidnego ciosu; tego wieczoru przecież trafiłem go w oko poniekąd z zaskoczenia. Mógłby mnie posłać do szpitala. Co najmniej.

Obmyłem twarz (bardzo delikatnie), wyszorowałem zęby, poszedłem do łóżka, zgasiłem światło, a potem tylko leżałem, od nowa przeżywając to, co się stało. Ten szok w chwili, kiedy ktoś złapał mnie od tyłu i pociągnął w głąb korytarza. Cios w pierś. Cios w zęby. Prośbę do moich nóg, by utrzymały mnie w pozycji stojącej, i ich odpowiedź: „Może potem”.

Otoczony ciemnością, nabierałem coraz większego przekonania, że Kenny jeszcze ze mną nie skończył. Uznałem, że to wręcz logiczne, na tej samej zasadzie, na jakiej nawet dużo bardziej zwariowane obawy wydają się racjonalne, kiedy jesteś sam pośród mroku.

Dlatego włączyłem światło i zadzwoniłem do pana Harrigana.

Nie spodziewałem się usłyszeć jego głosu, chciałem tylko udawać, że z nim rozmawiam. Przypuszczałem, że odpowie cisza albo nagrany komunikat, że wybrany numer jest nieaktywny. Minęły trzy miesiące od czasu, kiedy wsunąłem jego telefon do kieszeni marynarki trumiennej, a baterie pierwszych iPhone’ów działały bez ładowania najwyżej dwieście pięćdziesiąt godzin, nawet w trybie uśpienia. Co znaczyło, że ten telefon musiał być tak martwy jak on sam.

Zadzwonił jednak. Nie miał prawa dzwonić, to było sprzeczne z regułami świata rzeczywistego, a mimo to w ziemi cmentarza Pod Wiązami, pięć kilometrów od mojego domu, Tammy Wynette śpiewała Stand By Your Man.

W połowie piątego sygnału usłyszałem jego lekko schrypnięty, starczy głos. Jak zawsze, od razu przechodzący do sedna, nawet bez prośby, by zostawić swój numer i wiadomość. „Aktualnie nie odbieram telefonów. Oddzwonię, jeśli uznam to za stosowne”.

Rozległo się piknięcie i bezwiednie zacząłem mówić. Nie przypominam sobie, żebym myślał o wypowiadanych przez siebie słowach; moje usta zdawały się działać niezależnie ode mnie.

– Dostałem dzisiaj wycisk, panie Harrigan. Od głupiego drągala nazwiskiem Kenny Yanko. Chciał, żebym mu wyczyścił buty, ale odmówiłem. Nie nakablowałem na niego, bo myślałem, że to zakończy sprawę i że tak właśnie postąpiłby pan, ale mimo wszystko się niepokoję. Chciałbym móc z panem porozmawiać.

Zawiesiłem głos.

– Cieszę się, że pański telefon jeszcze działa, choć nie wiem, jak to możliwe.

Kolejna pauza.

– Brakuje mi pana. Do widzenia.

Rozłączyłem się. Otworzyłem listę ostatnich rozmów, by się upewnić, że naprawdę do niego zadzwoniłem. Widniał na niej jego numer i godzina – 23.02. Wyłączyłem telefon i położyłem go na stoliku nocnym. Zgasiłem lampkę i prawie od razu zasnąłem. To było w piątek wieczorem. Następnej nocy – a może wcześnie rano w niedzielę – Kenny Yanko umarł. Powiesił się, choć wtedy jeszcze tego nie wiedziałem. Szczegóły poznałem rok później.

Nekrolog Kennetha Jamesa Yanko ukazał się w „Lewiston Sun” dopiero we wtorek i informował tylko, że Kenny „odszedł nagle, w wyniku tragicznego wypadku”, ale już w poniedziałek cała szkoła wiedziała, co się stało, i na korytarzach huczało od plotek.

Wąchał klej i dostał udaru.

Czyścił jedną ze strzelb tatuśka (Yanko senior podobno trzymał w domu cały arsenał) i nagle wypaliła.

Grał w rosyjską ruletkę jednym z rewolwerów tatuśka i rozwalił sobie łeb.

Spadł po pijaku ze schodów i złamał kark.

Żadna z tych wersji nie była prawdziwa.

To Billy Bogan przekazał mi tę nowinę, kiedy tylko wsiadł do busika. Mało nie pękł, tak mocno pragnął się nią podzielić. Do jego mamy zadzwoniła koleżanka z Gates Falls i wszystko jej opowiedziała. Mieszkała naprzeciwko i widziała, jak wynosili ciało na noszach otoczonych przez gromadę zapłakanych i rozpaczających Yanków. Okazuje się, że nawet wydalone ze szkoły łobuzy mają ludzi, którzy ich kochają. Jako czytelnik Biblii mogłem sobie nawet wyobrazić, że rozdzierali szaty.

Od razu pomyślałem – przejęty poczuciem winy – o moim piątkowym telefonie do pana Harrigana. Powiedziałem sobie, że on nie żyje, więc nie mógł mieć z tym nic wspólnego. Stwierdziłem też, że gdyby nawet coś takiego mogło się wydarzyć naprawdę, nie tylko na kartach komiksowego horroru, to przecież nie życzyłem Kenny’emu śmierci, chciałem tylko, żeby zostawił mnie w spokoju, ten argument jednak trochę za bardzo przypominał prawnicze dzielenie włosa na czworo. I ciągle wracałem pamięcią do czegoś, co pani Grogan powiedziała nazajutrz po pogrzebie, kiedy nazwałem pana Harrigana dobrym człowiekiem, bo uwzględnił nas w swoim testamencie.

„Nie jestem tego taka pewna. Postępował uczciwie, to prawda, ale lepiej było nie trafić na jego czarną listę”.

Dusty Bilodeau trafił na czarną listę pana Harrigana, Kenny Yanko też na pewno by się na niej znalazł za to, że mnie pobił, kiedy nie chciałem wypucować jego pieprzonych glanów. Tyle tylko, że pan Harrigan nie prowadził już żadnej czarnej listy. Powtarzałem to sobie raz po raz. Martwym nie można się narazić. Oczywiście, telefony nieładowane przez trzy miesiące nie mogą dzwonić i odtwarzać wiadomości (ani ich nagrywać)… a telefon pana Harrigana zadzwonił i usłyszałem jego chrapliwy starczy głos. Miałem więc wyrzuty sumienia, ale czułem też ulgę. Kenny Yanko więcej nie będzie mnie prześladował. Zszedł mi z drogi.

Później tego dnia, kiedy miałem okienko, pani Hargensen zjawiła się w sali gimnastycznej, gdzie rzucałem piłką do kosza, i zabrała mnie do holu.

– Byłeś dziś jakiś markotny na lekcji – powiedziała.

– Wcale nie.

– Właśnie że tak i wiem dlaczego, ale coś ci powiem. Dzieci w twoim wieku mają ptolemejski obraz wszechświata. Jestem jeszcze na tyle młoda, że to pamiętam.

– Nie wiem, o czym pani…

– Ptolemeusz był rzymskim matematykiem i astrologiem, który uważał, że Ziemia jest centrum wszechświata, nieruchomym punktem, wokół którego wszystko się obraca. Tak samo dzieci uważają, że cały świat obraca się wokół nich. To poczucie, że jesteś w centrum wszechrzeczy, zwykle słabnie, kiedy masz, powiedzmy, dwadzieścia lat, ale tobie jeszcze sporo do tego brakuje.

Nachylała się ku mnie ze śmiertelnie poważną miną. Miała przepiękne zielone oczy. Od zapachu jej perfum trochę kręciło mi się w głowie.

– Widzę, że nie bardzo rozumiesz, więc zostawmy metafory. Co chcę powiedzieć: jeśli myślisz, że miałeś coś wspólnego ze śmiercią tego Yanko, wybij to sobie z głowy. Nie było w tym twojej winy. Przeglądałam jego kartotekę i wierz mi, chłopak miał poważne problemy. W domu, w szkole, z własną psychiką. Nie wiem, co się stało, i nie chcę wiedzieć, ale dostrzegam pewien plus tej sytuacji.

– Jaki? – spytałem. – To, że więcej mnie nie zleje?

Zaśmiała się, odsłaniając zęby równie ładne jak cała reszta jej postaci.

– I znów ten ptolemejski obraz świata. Nie, Craig, plusem jest to, że był za młody, by wyrobić sobie prawo jazdy. Gdyby mógł prowadzić samochód, może zabrałby ze sobą kilkoro innych dzieci. A teraz wracaj do sali gimnastycznej i pograj jeszcze w kosza.

Już miałem odejść, ale złapała mnie za nadgarstek. Dziś, po jedenastu latach, wciąż pamiętam ten elektryczny wstrząs, jaki mnie wtedy przeszył.

– Craig, nigdy nie mogłabym się cieszyć ze śmierci dziecka, nawet takiego łobuza jak Kenneth Yanko. Ale mogę się cieszyć, że nie spotkało to ciebie.

Nagle zapragnąłem powiedzieć jej wszystko i może nawet bym to zrobił. Wtedy jednak zabrzęczał dzwonek, drzwi klas się pootwierały i roztrajkotana dzieciarnia wypełniła hol. Pani Hargensen poszła w swoją stronę, ja w swoją.

 

Wieczorem włączyłem telefon i przez chwilę tylko na niego patrzyłem, zbierając się na odwagę. To, co rano powiedziała pani Hargensen, miało sens, ale pani Hargensen nie wiedziała, że iPhone pana Harrigana wciąż działa, choć to niemożliwe. Nie zdążyłem jej tego powiedzieć i byłem przekonany – niesłusznie, jak się okazało – że nigdy więcej nie nadarzy się ku temu okazja.

Tym razem nic z tego nie będzie, powiedziałem sobie. To był ostatni zryw baterii i tyle. Tak jak żarówka jasno rozbłyskuje, zanim się przepali.

Wybrałem pana Harrigana na liście kontaktów, spodziewając się – a właściwie żywiąc nadzieję – że odpowie cisza albo komunikat, że numer jest nieaktywny. Telefon jednak zadzwonił i po kilku sygnałach znów usłyszałem ten znajomy głos. „Aktualnie nie odbieram telefonów. Oddzwonię, jeśli uznam to za stosowne”.

– To ja, Craig, panie Harrigan.

Głupio się czułem, przemawiając do martwego człowieka – którego policzki teraz niechybnie obrastały pleśnią (trochę na ten temat poczytałem, rozumiecie). A z drugiej strony wcale nie czułem się głupio. Ogarniał mnie lęk, jakbym stąpał po nieuświęconej ziemi.

– Proszę posłuchać… – Oblizałem wargi. – Nie miał pan nic wspólnego ze śmiercią Kenny’ego Yanko, prawda? Jeśli tak, niech pan… hm… zastuka w ścianę.

Rozłączyłem się.

Czekałem na stukanie.

I nic.

Nazajutrz rano dostałem esemesa. Nadawcą był krolpiratow1. Wiadomość składała się z sześciu liter:

a a a. C C x.

Nic mi to nie mówiło.

I przeraziło mnie na śmierć.

Tej jesieni dużo myślałem o Kennym Yanko (najnowsza plotka głosiła, że spadł z piętra swojego domu, próbując się wymknąć w środku nocy), a jeszcze więcej o panu Harriganie i jego telefonie. Z jednej strony żałowałem, że nie wyrzuciłem tego iPhone’a do jeziora Castle, z drugiej, przyznam, trochę mnie cała ta sytuacja fascynowała. Tak jak wszystkich nas fascynuje to, co dziwne. Co zakazane. Kilka razy omal nie wybrałem numeru pana Harrigana, ale ostatecznie tego nie zrobiłem, przynajmniej nie wtedy. Jego głos kiedyś dodawał mi otuchy, był głosem doświadczenia i sukcesu, głosem, można rzec, dziadka, którego nigdy nie miałem. Teraz nie mogłem sobie przypomnieć, jak ten głos brzmiał w owe wspólnie spędzane, słoneczne popołudnia, kiedy mówił o Charlesie Dickensie, Franku Norrisie, D.H. Lawrensie czy o tym, że internet jest jak pęknięta magistrala wodociągowa. Myśląc o nim, słyszałem tylko starcze chrypienie, niby szuranie mocno zużytego papieru ściernego, informujące mnie, że oddzwoni, jeśli uzna to za stosowne. I wyobrażałem go sobie leżącego w trumnie. Pracownik zakładu pogrzebowego Hay & Peabody bez wątpienia skleił mu powieki, ale jak długo ten klej będzie trzymał? Czy jego oczy były otwarte tam, pod ziemią? Czy patrzyły w górę, w ciemność, gnijąc w swoich oczodołach?

Te myśli nie dawały mi spokoju.

Tydzień przed Bożym Narodzeniem wielebny Mooney zaprosił mnie do zakrystii na „pogawędkę”. Gawędził głównie on. Powiedział, że ojciec się o mnie martwi. Schudłem, opuściłem się w nauce. Czy chciałbym mu coś powiedzieć? Przemyślałem to i stwierdziłem, że w sumie tak. Może nie całą, ale chociaż część prawdy.

– Jeśli coś wielebnemu wyznam, czy to zostanie między nami?

– Pod warunkiem, że nie chodzi o samookaleczenie lub jakieś przestępstwo, i to poważne, odpowiedź brzmi „tak”. Nie jestem księdzem, nie siedzimy w katolickim konfesjonale, ale duchowni na ogół mają wprawę w dochowywaniu tajemnic.

Powiedziałem mu więc, że zadarłem ze starszym i większym od siebie chłopakiem ze szkoły nazwiskiem Kenny Yanko, który dość mocno mnie sprał. Wyjaśniłem, że nie życzyłem Kenny’emu śmierci, a już na pewno się o nią nie modliłem, ale on umarł, prawie od razu po naszej bójce, i teraz nie mogę przestać o tym myśleć. Powtórzyłem to, co usłyszałem od pani Hargensen – że w przekonaniu dzieci wszystko obraca się wokół nich, chociaż to nieprawda. Powiedziałem, że to trochę pomogło, a jednak wciąż mam wrażenie, jakbym przyłożył rękę do śmierci Kenny’ego.

Wielebny się uśmiechnął.

– Twoja nauczycielka ma rację, Craig. Ja do ósmego roku życia unikałem stąpania po pęknięciach chodnika, bo bałem się, że jeśli na któreś nadepnę, to moja mama złamie sobie kręgosłup.

– Serio?

– Serio. – Pochylił się do przodu. Uśmiech zniknął z jego twarzy. – Zachowam to, co powiedziałeś, dla siebie, jeśli obiecasz, że nikomu nie powtórzysz tego, co ja teraz powiem tobie. Zgoda?

– Jasne.

– Przyjaźnię się z ojcem Ingersollem z kościoła Świętej Anny w Gates Falls. Yankowie są jego parafianami. Powiedział mi, że młody Yanko popełnił samobójstwo.

Zdaje się, że wydałem zduszony okrzyk. Samobójstwo było jedną z wersji, o których plotkowało się w pierwszym tygodniu po śmierci Kenny’ego, ale sam nigdy w nią nie wierzyłem. Sądziłem, że takiemu terroryzującemu słabszych sukinsynowi do głowy by nie przyszło się zabić.

Wielebny Mooney wciąż siedział pochylony do przodu. Chwycił moją rękę obiema dłońmi.

– Craig, czy naprawdę myślisz, że ten chłopak poszedł do domu, pomyślał sobie: „O rety, pobiłem młodszego i mniejszego od siebie, teraz nic, tylko ze sobą skończyć?”.

– Raczej nie – przyznałem i wypuściłem oddech, który, miałem wrażenie, wstrzymywałem od dwóch miesięcy. – Gdyby tak to ująć. Jak to zrobił?

– Nie pytałem i nie zdradziłbym tego, nawet gdyby Pat Ingersoll mi powiedział. Musisz o tym zapomnieć, Craig. Chłopak miał problemy. To, że poczuł potrzebę, by cię pobić, było tylko objawem tych problemów. Nie miałeś z tym nic wspólnego.

– A jeśli mi ulżyło, proszę wielebnego? Że nie muszę się nim więcej przejmować?

– Powiedziałbym, że to ludzkie.

– Dzięki.

– Już ci lepiej?

– Tak.

I taka była prawda.

Niedługo przed końcem roku szkolnego pani Hargensen wyszła na środek klasy z szerokim uśmiechem na twarzy.

– Pewnie myśleliście, że za dwa tygodnie będziecie mnie mieli z głowy, ale mam złą wiadomość. Pan de Lesseps, biolog z liceum, przechodzi na emeryturę i zostałam zatrudniona na jego miejsce. Można powiedzieć, że dostałam promocję do szkoły średniej.

Kilku uczniów jęknęło teatralnie, ale większość biła brawo i nikt nie klaskał głośniej ode mnie. Nie będę musiał się rozstać z ukochaną. Mój nastoletni umysł uznał, że to przeznaczenie. I w pewnym sensie tak było.

Ja także zostawiłem gimnazjum za sobą i rozpocząłem naukę w liceum w Gates Falls. Tam poznałem Mike’a Ueberrotha, zwanego wtedy – jak i dzisiaj, kiedy jest rezerwowym łapaczem Baltimore Orioles – U-Bootem.

Sportowcy raczej nie zadawali się z mózgowcami (tak zapewne jest w większości szkół, bo sportowcy na ogół tworzą zamkniętą klikę) i gdyby nie Arszenik i stare koronki, pewnie nigdy byśmy się nie zaprzyjaźnili. W dodatku U-Boot był w jedenastej klasie, a ja zaledwie w dziewiątej, co w zasadzie gwarantowało, że nie mamy szans zostać kolegami. Tak się jednak stało i kumplujemy się do dziś, choć teraz widuję go znacznie rzadziej.

Większość liceów organizuje przedstawienia z udziałem uczniów ostatnich klas, ale w Gates Falls było inaczej. Szkoła wystawiała dwie sztuki rocznie i choć za ich realizację odpowiadało kółko teatralne, na przesłuchania mógł przyjść każdy. Na to półrocze przewidziano komedię, którą znałem, bo pewnego deszczowego sobotniego popołudnia obejrzałem w telewizji jej wersję filmową. Podobała mi się, więc przyszedłem na casting. Dziewczyna Mike’a, należąca do kółka teatralnego, namówiła go, żeby też wziął udział w przesłuchaniu, i ostatecznie dostał rolę pałającego żądzą mordu Jonathana Brewstera. Mnie obsadzono jako jego podstępnego pomagiera, doktora Einsteina. W filmie grał go Peter Lorre i usilnie starałem się mówić tak jak on, każdą swoją kwestię poprzedzałem szyderczym „Tjaak! Tjaak!”. Wyszła z tego dość marna imitacja, ale szczerze powiem, że publiczność była zachwycona. Małomiasteczkowe gusta, rozumiecie.

W tych oto okolicznościach U-Boot i ja zostaliśmy przyjaciółmi, a dzięki temu dowiedziałem się, co naprawdę spotkało Kenny’ego Yanko. Jak się okazało, wielebny się mylił, a gazetowy nekrolog zawierał prawdę. To rzeczywiście był wypadek.

Na próbie generalnej, w przerwie między pierwszym a drugim aktem, stałem przy automacie z colą, który pożarł moje siedemdziesiąt pięć centów i nie dał mi nic w zamian. U-Boot oderwał się od swojej dziewczyny, podszedł do mnie i rąbnął dłonią w prawy górny róg maszyny. Natychmiast wypadła puszka coli.

– Dzięki – powiedziałem.

– Nie ma sprawy. Na przyszłość pamiętaj, żeby walnąć tutaj, w tym rogu.

Zapewniłem, że następnym razem tak zrobię, choć wątpiłem, czy zdołałbym uderzyć z taką siłą jak on.

– Słuchaj no, słyszałem, że miałeś jakieś tarcia z Yanko. Prawda to?

Nie było sensu zaprzeczać – Billy i obie dziewczyny się wygadali – a i nie miałem powodu, skoro tyle czasu upłynęło. Dlatego przyznałem, że tak, to prawda, i opowiedziałem o tym, jak odmówiłem wypucowania jego butów i co stało się potem.

– Chcesz wiedzieć, jak umarł?

– Słyszałem ze sto różnych wersji. Ty znasz inną?

– Ja znam prawdę, koleżko. Chyba wiesz, kim jest mój tata?

– Jasne. – Policja w Gates Falls składała się z dwudziestu paru mundurowych, komendanta i jednego detektywa. Tym detektywem był ojciec Mike’a, George Ueberroth.

– Powiem ci, jak skończył Yanko, jeśli dasz łyka.

– Dobra, tylko nie obśliń puszki.

– Wyglądam jak zwierzę? Dawaj, ciapciaku cholerny.

– Tjaak, tjaak – mruknąłem, naśladując Petera Lorre’a. Mike parsknął śmiechem, wziął puszkę, wyżłopał pół i beknął. Jego dziewczyna włożyła sobie palec do ust i udała, że wymiotuje. Miłość w liceum jest wielce wysublimowana.

– Mój tata prowadził śledztwo w tej sprawie – powiedział U-Boot, oddając mi colę. – Parę dni po tym, kiedy to się stało, słyszałem, jak rozmawiał z sierżantem Polkiem. Co tam ciekawego w robocie i tak dalej, rozumiesz. Siedzieli na ganku, walili browary i sierżant w pewnym momencie wspomniał, że Yanko zrobił sobie podduszane trzepanko. Tata się zaśmiał i rzucił, że z tego, co słyszał, mówi się na to krawat z Beverly Hills. Sierżant stwierdził, że biedny gnojek pewnie tylko tak mógł sobie wygodzić, bo miał gębę jak pizza. Mój tata na to, że owszem, smutne, ale prawdziwe. A potem dodał, że jedno go zaniepokoiło. Lekarza sądowego też. Włosy Yanko.

– Co było nie tak z jego włosami? – spytałem. – I co to jest krawat z Beverly Hills?

– Sprawdziłem na telefonie. To slangowe określenie asfiksji autoerotycznej – wyartykułował te słowa starannie. Wręcz z dumą. – Wieszasz się i tracąc przytomność, trzepiesz gruchę. – Na widok mojej miny wzruszył ramionami. – Nie kreuję wiadomości, doktorze Einsteinie, tylko je przekazuję. Podobno doznania są niesamowite, ale sam raczej nie będę tego sprawdzał.

Uznałem, że ja też nie.

– A o co chodziło z jego włosami?

– Zapytałem ojca. Nie chciał powiedzieć, ale skoro już usłyszałem resztę, w końcu uległ. Okazuje się, że Yanko częściowo osiwiał.

Dużo o tym myślałem. Z jednej strony, jeśli nawet wcześniej rzeczywiście brałem pod uwagę możliwość, że pan Harrigan powstał z martwych, by dokonać zemsty w moim imieniu (a w niektóre bezsenne noce wizja ta, jakkolwiek absurdalna, uparcie stawała mi przed oczami), opowieść U-Boota kładła kres wszelkim tego rodzaju rojeniom. Kiedy wyobrażałem sobie Kenny’ego Yanko w szafie, walącego konia z gaciami spuszczonymi do kostek, sznurem na szyi i siniejącą twarzą, robiło mi się go wręcz żal. Jakże głupia, niegodna śmierć. „W wyniku tragicznego wypadku”, napisano w nekrologu w „Sun” i było to znacznie bliższe prawdy, niż wszyscy sądziliśmy.

Z drugiej jednak strony, było jeszcze to, co tata U-Boota powiedział o włosach Kenny’ego. Mimowolnie zastanawiałem się, co mogło spowodować takie zjawisko. Co takiego Kenny zobaczył w szafie, gdy pogrążał się w nieświadomości, zapamiętale męcząc swojego nieszczęsnego kapucyna.

Wreszcie zwróciłem się do mojego najlepszego doradcy, internetu. Tam zdania były podzielone. Niektórzy naukowcy twierdzili, że nie ma żadnych, ale to żadnych dowodów na to, że człowiek może osiwieć pod wpływem szoku. Inni przekonywali, że tjaak, tjaak, jest to jak najbardziej możliwe. Że nagły wstrząs naprawdę może zniszczyć komórki macierzyste melanocytów, które decydują o kolorze włosów. W jednym artykule wyczytałem, że przytrafiło się to Thomasowi More’owi i Marii Antoninie, zanim zostali ścięci. Inny autor drwił z tego, nazywając to zwykłą legendą. Koniec końców, całą dyskusję podsumować można było zdaniem, które pan Harrigan czasem wygłaszał na temat kupowania akcji: decydujesz się na to czy tamto i musisz ze swoim wyborem żyć.

 

Te wszystkie pytania i obawy z czasem pomału zeszły na dalszy plan, ale skłamałbym, gdybym powiedział, że Kenny Yanko na dobre przestał nawiedzać moje myśli. Kenny Yanko w szafie ze sznurem na szyi. Może jednak nie stracił przytomności, zanim zdążył poluźnić stryczek. Może – tylko może – zobaczył coś, co tak go przeraziło, że zemdlał. I w rzeczywistości umarł ze strachu. W biały dzień takie myśli wydawały się głupie. Nocą, zwłaszcza gdy silny wiatr cicho zawodził pod okapem, już niekoniecznie.

Przed domem pana Harrigana pojawiła się tabliczka NA SPRZEDAŻ i kilku ludzi przyjechało go obejrzeć. Głównie tacy, co to przylatują z Bostonu i Nowego Jorku (niektórzy pewnie samolotami czarterowymi) i podobnie jak biznesmeni na pogrzebie pana Harrigana zawsze muszą wynająć jak najlepszy samochód, nieważne, ile za to wybulą. W tym gronie było pierwsze gejowskie małżeństwo, jakie poznałem, młodzi, ale wyraźnie zamożni i równie wyraźnie w sobie zakochani. Przyjechali wypasioną beemką i8, przez cały czas trzymali się za ręce i obejrzeli posesję, co chwila wydając okrzyki zachwytu. Potem ruszyli w drogę powrotną i więcej się nie pokazali.

Widziałem wielu tych potencjalnych kupców, bo pani Grogan i Pete Bostwick zachowali swoje posady (decyzją – oczywiście – pana Rafferty’ego, który zarządzał majątkiem spadkowym), i Pete zatrudnił mnie do pomocy. Wiedział, że znam się na roślinach i nie boję się ciężkiej pracy. Pracowałem dziesięć godzin tygodniowo, zarabiałem dwanaście dolców za godzinę i ponieważ fundusz powierniczy był dla mnie niedostępny, dopóki nie pójdę na studia, te pieniądze bardzo się przydawały.

Pete nazywał tych niedoszłych nabywców Richie Milionerami. Podobnie jak małżeństwo, które przyjechało wynajętą beemką, wznosili ochy i achy, ale na zakup się nie decydowali. Zważywszy, że dom stał przy drodze gruntowej, a widoki były tylko ładne, nie wspaniałe (żadnych jezior, gór ani skalistego wybrzeża z latarnią morską), wcale mnie to nie dziwiło. Pete’a i pani Grogan też nie. Przezwali posiadłość Niechcianym Dworzyszczem.

* * *

Wczesną zimą dwa tysiące jedenastego roku przeznaczyłem część zarobionych pieniędzy na kupno nowego iPhone’a 4. Jeszcze tego samego wieczoru skopiowałem listę kontaktów z poprzedniego telefonu i przeglądając ją, zobaczyłem numer pana Harrigana. Niewiele myśląc, wybrałem go. „Dzwonię do pana Harrigana”, przeczytałem na ekranie. Przyłożyłem telefon do ucha, przerażony i zaciekawiony zarazem.

Nie było nagranego komunikatu. Nie było automatycznego głosu informującego, że wybrany numer jest nieaktywny. Nie było sygnału. Tylko niezmącona cisza. Można rzec, że mój nowy telefon, he-he, milczał jak grób.

Ulżyło mi.

W dziesiątej klasie miałem biologię i znów uczyła mnie pani Hargensen, choć jednak była śliczna jak zawsze, już się w niej nie kochałem. Swoje uczucia przeniosłem na bardziej przystępną (i zbliżoną do mnie wiekiem) młodą damę. Wendy Gerard była drobną blondynką z Motton, która dopiero co przestała nosić aparat korekcyjny na zębach. Niebawem już się razem uczyliśmy i chodziliśmy (a właściwie byliśmy zawożeni przez mojego tatę albo jej rodziców) do kina, gdzie obściskiwaliśmy się w ostatnim rzędzie. Takie tam gówniarskie, niezdarne macanki, w których nie ma absolutnie nic złego.

Moje zadurzenie w pani Hargensen umarło śmiercią naturalną, a to dobrze, bo dzięki temu mogliśmy się ze sobą zaprzyjaźnić. Czasem przynosiłem rośliny na lekcje, a w piątkowe popołudnia, po szkole, pomagałem sprzątać laboratorium, które dzieliliśmy z uczniami chodzącymi na chemię.

W jedno z tych popołudni zapytałem ją, czy wierzy w duchy.

– Pewnie nie, skoro jest pani naukowcem i w ogóle – powiedziałem.

Zaśmiała się.

– Jestem nauczycielką, nie naukowcem.

– Wie pani, co mam na myśli.

– Chyba tak, ale mimo wszystko jestem dobrą katoliczką. To znaczy, że wierzę w Boga, anioły i świat ducha. Co do egzorcyzmów i opętania przez demony mam pewne wątpliwości, to raczej wytwór bujnej wyobraźni, ale duchy? Poprzestańmy na tym, że jeszcze nie przesądziłam w jedną ani drugą stronę. Na pewno nigdy nie wzięłabym udziału w seansie spirytystycznym ani nie bawiłabym się planszą ouija.

– Dlaczego?

Szorowaliśmy zlewy, bo ci, co chodzili na chemię, oczywiście nie raczyli się tym zająć, choć teoretycznie mieli to robić przed każdym weekendem. Pani Hargensen znieruchomiała i się uśmiechnęła. Może z lekkim zawstydzeniem.

– Ludzie nauki nie są wolni od przesądów, Craig. Wolę nie igrać z czymś, czego nie rozumiem. Jak mawiała moja babcia, nie wołaj, jeśli nie chcesz odzewu. Zawsze uważałam, że to dobra rada. Dlaczego pytasz?

Nie zamierzałem jej wyznać, że ciągle myślę o Kennym.

– Jestem metodystą i w kościele często mówimy o Duchu Świętym. Duchu, rozumie pani? Chyba dlatego mnie to zaciekawiło.

– Cóż, jeśli duchy istnieją – powiedziała – założę się, że nie wszystkie są święte.

Nigdy tego nie zapomniałem.

Wciąż chciałem zostać pisarzem albo kimś w tym rodzaju, chociaż myśl o pracy nad scenariuszami filmowymi nie budziła już we mnie dawnego entuzjazmu. Od czasu do czasu przypominał mi się dowcip pana Harrigana o scenarzyście i gwiazdce, a to trochę studziło moje marzenia.

Tego roku na Boże Narodzenie tata podarował mi laptopa i zacząłem pisać opowiadania. Czytane linijka po linijce, były w porządku, ale linijki muszą się składać na spójną całość, a w moich tekstach tak się nie działo. Rok później szef anglistów wyznaczył mnie na naczelnego gazetki szkolnej i złapałem bakcyla dziennikarskiego, który jak dotąd mnie nie opuścił. I chyba nigdy nie opuści. Myślę, że kiedy znajdujesz swoje miejsce na świecie, słyszysz takie charakterystyczne „pyk”, nie w głowie, lecz w duszy. Jeśli chcesz, możesz je zignorować, tylko po co?

Wreszcie zacząłem rosnąć i w jedenastej klasie, po tym, jak pokazałem Wendy, że tak, mam zabezpieczenie (właściwie to U-Boot wtedy kupił prezerwatywy), rozstaliśmy się z dziewictwem. Skończyłem szkołę z trzecim wynikiem w moim roczniku (było nas tylko sto czterdzieści dwoje, ale dobre i to) i tata kupił mi toyotę corollę (używaną, ale dobre i to). Przyjęli mnie do Emerson College, jednej z najlepszych w kraju uczelni kształcących przyszłych dziennikarzy, i założę się, że dostałbym przynajmniej częściowe stypendium, ale dzięki panu Harriganowi nie było takiej potrzeby – szczęściarz ze mnie.

Między czternastym a osiemnastym rokiem życia przeszedłem kilka typowych burz towarzyszących okresowi dojrzewania, choć aż tak wiele ich nie było – zupełnie jakbym na koszmar z Kennym Yanko zużył sporą część młodzieńczych lęków. Poza tym, wiecie, kochałem tatę i mieliśmy tylko siebie. Myślę, że to zmienia sytuację.

Kiedy zacząłem studia, prawie zapomniałem o Kennym Yanko. Wciąż jednak myślałem o panu Harriganie. Nic w tym dziwnego, bądź co bądź to on utorował mi drogę na uczelnię, ale były dni, gdy myśli o nim powracały ze szczególną mocą. Jeśli w którymś z tych dni byłem w domu, zanosiłem kwiaty na jego grób. Jeśli nie, Pete Bostwick albo pani Grogan robili to w moim imieniu.

W walentynki. Święto Dziękczynienia. Boże Narodzenie. I moje urodziny.

W te dni zawsze kupowałem zdrapkę za dolara. Czasem wygrywałem parę dolców, czasem pięć, raz nawet pięćdziesiąt, ale do głównej nagrody nie zbliżyłem się nigdy. Nie dbałem o to. Nawet gdybym wygrał większą sumę, przekazałbym ją na cele charytatywne. Kupowałem kupony ze względu na pamięć o panu Harriganie. Dzięki niemu byłem już bogaty.

Ponieważ pan Rafferty hojnie wydzielał mi środki z funduszu powierniczego, na trzecim roku studiów miałem już własny kąt. Ot, dwa pokoje z łazienką, za to w Back Bay, gdzie nawet małe mieszkanka nie są tanie. Pracowałem wtedy w czasopiśmie literackim. „Ploughshares” jest jednym z najlepszych w kraju i zawsze miało wybitnych redaktorów naczelnych, ale ktoś musi czytać niezamówione rękopisy i to zadanie należało do mnie. Lubiłem tę robotę, mimo że wiele nadsyłanych tekstów nie przewyższało poziomem pamiętnego, klasycznie grafomańskiego wiersza 10 powodów, dla których nienawidzę matki. Bardzo to było pocieszające, że tylu jest na świecie ambitnych gryzipiórków, którzy piszą gorzej ode mnie. Pewnie brzmi to złośliwie. I pewnie złośliwe jest.