Jest krew…Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Jest krew…
Tekst
Jest krew…
E-book
34,40  25,46 
Szczegóły
Jest krew…
Jest krew…
Audiobook
Czyta Filip Kosior
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Cóż – powiedziałem – w takim razie dobrze pan trafił.

Zaśmiał się i wziął następne ciastko.

– Wiesz, myślałem o Dakotach… i Nebrasce… ale ostatecznie uznałem, że to już byłaby przesada. Poleciłem asystentce, żeby przyniosła mi zdjęcia wielu wsi w Maine, New Hampshire i Vermoncie, i wybór mój padł na tę miejscowość. Z powodu tego wzgórza. Roztaczają się stąd widoki na wszystkie strony świata, ale nie są to widoki spektakularne. Widoki spektakularne mogłyby przyciągnąć turystów, a właśnie tego chciałem uniknąć. Podoba mi się tutaj. Lubię ten spokój, lubię sąsiadów i lubię ciebie, Craig.

To mnie ucieszyło.

– Jest coś jeszcze. Nie wiem, co czytałeś o moim życiu zawodowym i czy w ogóle cokolwiek, ale jeśli tak… albo jeśli poczytasz o mnie w przyszłości… przekonasz się, że zdaniem wielu byłem bezwzględny, kiedy piąłem się po tym, co zawistni i intelektualnie ograniczeni nazywają „drabiną sukcesu”. Ta opinia nie jest całkowicie bezzasadna. Narobiłem sobie wrogów, przyznaję bez bicia. Biznes jest jak futbol amerykański, Craig. Jeśli musisz kogoś staranować, by zdobyć punkty, lepiej to w cholerę zrób, inaczej nie masz po co wkładać stroju i wychodzić na boisko. Kiedy jednak mecz się kończy… a mój się skończył, choć nadal trzymam rękę na pulsie… przebierasz się w szatni i idziesz do domu. A mój dom teraz jest tutaj. W tym niepozornym zakątku Ameryki z jednym sklepem i szkołą, która, jak przypuszczam, wkrótce zostanie zamknięta. Ludzie nie wpadają już do mnie „na drinka”. Nie muszę chodzić na służbowy lunch z osobnikami, którzy zawsze, ale to zawsze, czegoś chcą. Nie jestem zapraszany na posiedzenia zarządów. Nie muszę uczestniczyć w imprezach charytatywnych, na których chce mi się wyć z nudów, nie budzą mnie o piątej rano śmieciarki hałasujące na Osiemdziesiątej Pierwszej Ulicy. Po śmierci spocznę tutaj, na cmentarzu Pod Wiązami, wśród weteranów wojny secesyjnej, i nie będę musiał powołać się na swoje wpływy ani przekupić jakiegoś decydenta odpowiedzialnego za przydział grobów, żeby dostać ładną kwaterę. Czy to ci coś wyjaśnia?

Wyjaśniało i zarazem nie wyjaśniało. Był dla mnie zagadką, do samego końca, a nawet dłużej. Może jednak tak to jest zawsze. Sądzę, że przeważnie żyjemy samotnie. Z wyboru, jak on, albo po prostu dlatego, że tak ten świat jest urządzony.

– Trochę tak – powiedziałem. – Dobrze chociaż, że nie przeniósł się pan do Dakoty Północnej. Naprawdę się cieszę.

Uśmiechnął się.

– Ja też. Weź jeszcze jedno ciastko na drogę i pozdrów ojca ode mnie.

Ponieważ malejące wpływy z podatków przestały wystarczać na jej utrzymanie, naszą małą, sześcioizbową szkołę w Harlow rzeczywiście zamknięto w czerwcu dwa tysiące dziewiątego roku i musiałem pogodzić się z faktem, że ósmą klasę spędzę w gimnazjum w Gates Falls, na drugim brzegu rzeki Androscoggin, wraz z rocznikiem złożonym nie z dwunastu, lecz przeszło siedemdziesięciu uczniów. Tamtego lata pierwszy raz całowałem się z dziewczyną, nie Margie, tylko jej najlepszą kumpelą Reginą. Tamtego lata zmarł też pan Harrigan. To ja go znalazłem.

Wiedziałem, że miał coraz większe trudności z poruszaniem, wiedziałem także, że coraz częściej dostawał zadyszki i czasem musiał wdychać tlen z butli, którą trzymał przy swoim ulubionym fotelu, ale poza tymi objawami, z którymi zwyczajnie się oswoiłem, nie było żadnego ostrzeżenia. Poprzedni dzień niczym nie różnił się od innych. Przeczytałem parę rozdziałów z McTeague’a (spytałem, czy moglibyśmy sięgnąć po jeszcze jedną książkę Franka Norrisa, i pan Harrigan się zgodził), a potem podlałem jego rośliny, podczas gdy on przeglądał maile.

Podniósł na mnie wzrok.

– Ludzie coraz lepiej się w tym orientują – zauważył.

– W czym?

Pokazał mi swój telefon.

– W tym. Co to naprawdę oznacza. Jakie ma możliwości. Archimedes powiedział: „Dajcie mi dostatecznie długą dźwignię, a poruszę Ziemię”. To jest właśnie ta dźwignia.

– Fajnie – odparłem.

– Właśnie skasowałem trzy reklamy produktów i prawie tuzin próśb polityków o poparcie. Nie wątpię, że mój adres mailowy udostępniany jest na prawo i lewo i, na tej samej zasadzie, na jakiej czasopisma handlują adresami prenumeratorów.

– Dobrze, że nadawcy nie wiedzą, kim pan jest – powiedziałem. Swojego maila pan Harrigan założył pod pseudonimem (strasznie mu się podobało, że ma pseudonim) krolpiratow1.

– Jeśli ktoś śledzi moje wyszukiwania, nie musi tego wiedzieć. Widzi, co mnie najbardziej interesuje, i dzięki temu może mi podsuwać stosowne sugestie. Moje nazwisko nic dla tych ludzi nie znaczy. Moje zainteresowania owszem.

– Tak, spam jest denerwujący – przytaknąłem i wyszedłem do kuchni, by opróżnić konewkę, a potem odstawić ją do sieni.

Kiedy wróciłem, pan Harrigan miał maskę tlenową na ustach i nosie. Oddychał głęboko.

– Dostał pan to od lekarza? – spytałem. – To znaczy, przepisał ją panu?

Opuścił maskę.

– Nie mam lekarza – powiedział. – Ludzie po osiemdziesiątce mogą jeść tyle peklowanej wołowiny, ile im się podoba, i nie potrzebują lekarzy, chyba że dostaną raka. Wtedy dobrze mieć pod ręką kogoś do przepisywania prochów przeciwbólowych. – Myślami był gdzie indziej. – Zastanawiałeś się kiedyś, jak to jest z Amazonem, Craig? Mówię o tej firmie.

Tata czasem kupował to i owo na Amazonie, ale nie, nigdy nie miałem na ten temat żadnych przemyśleń. Tak też panu Harriganowi powiedziałem.

Wskazał na McTeague’a, wydanego przez Modern Library.

– To przyszło z Amazona. Zamówione przy użyciu telefonu i karty kredytowej. Kiedyś ta firma sprzedawała same książki. Była właściwie małym rodzinnym sklepem, ale wkrótce może zostać jedną z największych i najpotężniejszych korporacji amerykańskich. Jej logo będzie tak wszechobecne jak znaczek Chevroleta czy ten symbol na naszych telefonach. – Pokazał nadgryzione jabłko na swoim. – Czy spam jest irytujący? Tak. Czy staje się karaluchem handlu amerykańskiego, mnożącym się bez opamiętania, wyłażącym z każdego zakamarka? Tak. Dlatego, że spam jest skuteczny, Craig. Spełnia swój cel. W nieodległej przyszłości może przesądzać o wynikach wyborów. Gdybym był młodszy, chwyciłbym ten nowy strumień dochodów za jaja… – Zwinął dłoń w kułak. Wskutek artretyzmu nie mógł domknąć pięści, ale przesłanie zrozumiałem. – I ścisnąłbym. – Oczy pana Harrigana nabrały znajomego wyrazu, tego, na którego widok zawsze byłem zadowolony, że nie zdążyłem mu niczym podpaść.

– Przed panem jeszcze wiele lat życia – odparłem w błogiej nieświadomości, że to nasza ostatnia rozmowa.

– Może tak, może nie, ale jak już ci nieraz mówiłem, dobrze się stało, że przekonałeś mnie, bym zatrzymał ten telefon. Dzięki niemu mam materiał do przemyśleń. A kiedy nie mogę w nocy zasnąć, dotrzymuje mi towarzystwa.

– Cieszę się – powiedziałem, najzupełniej szczerze. – Muszę lecieć. Do zobaczenia jutro, panie Harrigan.

Ja go zobaczyłem, on mnie nie.

Wszedłem jak zawsze przez sień.

– Dzień dobry, panie Harrigan, już jestem! – zawołałem.

Nie było odpowiedzi. Stwierdziłem, że pewnie poszedł do łazienki. Oby się tam nie przewrócił, pomyślałem, bo pani Grogan tego dnia miała wolne. Kiedy przestąpiłem próg salonu i zobaczyłem go siedzącego w fotelu – butla tlenowa stała na podłodze, iPhone i McTeague leżały obok niego na stoliku – odetchnąłem z ulgą. Tyle że brodę miał opuszczoną na pierś i był lekko przechylony na bok. Wyglądał, jakby spał. Jeśli tak, pierwszy raz mu się to zdarzyło tak późnym popołudniem. Zwykle ucinał sobie godzinną drzemkę po lunchu i kiedy przychodziłem, był już rześki jak skowronek.

Podszedłem o krok bliżej i zauważyłem, że jego oczy nie były całkiem zamknięte. Widziałem dolne łuki jego tęczówek, ale ich błękit wydawał się nieostry, jakoś zmętniał i przyblakł. Zacząłem się bać.

– Panie Harrigan?

Nic. Jego sękate dłonie spoczywały luźno splecione na kolanach. Jedna z lasek wciąż stała oparta o ścianę, ale druga leżała na podłodze, jakby sięgając, ją przewrócił. Uświadomiłem sobie, że słyszę miarowy syk dobywający się z maski tlenowej, ale nie cichy, chrapliwy oddech pana Harrigana, dźwięk, do którego tak przywykłem, że przestałem zwracać na niego uwagę.

– Panie Harrigan, nic panu nie jest?

Zrobiłem jeszcze dwa kroki i wyciągnąłem rękę, by nim potrząs­nąć, zaraz jednak cofnąłem dłoń. Naszła mnie myśl, że być może pierwszy raz w życiu widzę martwego człowieka. Znów wyciągnąłem dłoń i tym razem nie stchórzyłem. Złapałem go za ramię (przez koszulę wyczułem, że było okropnie kościste) i potrząsnąłem.

– Panie Harrigan, niech się pan obudzi!

Jedna dłoń zsunęła mu się z kolana i zwisła między nogami. Opadł nieco bardziej na bok. Między jego wargami dostrzegłem pożółkłe pieńki zębów. Mimo to uznałem, że muszę mieć całkowitą pewność, że nie jest tylko nieprzytomny, zanim po kogoś zadzwonię. Przez głowę przemknęło mi krótkie, ale bardzo wyraziste wspomnienie bajki, którą czytała mi mama – o pastuszku, który najpierw dla żartu wzywał pomocy przed wilkiem, a potem, gdy potrzebował jej naprawdę, nikt mu nie uwierzył.

Poszedłem na odrętwiałych nogach do łazienki w przedpokoju, tej, którą pani Grogan nazywała przybytkiem dla gości, i zdjąłem z półki ręczne lusterko pana Harrigana. Przyłożyłem je do jego ust i nosa. Nie zaszło mgiełką. Wtedy zrozumiałem (choć, patrząc wstecz, jestem prawie pewien, że wiedziałem to od chwili, kiedy dłoń zsunęła mu się z kolana i zwisła między nogami). Byłem w salonie sam z nieboszczykiem. A jeśli nagle wyciągnie ręce i mnie złapie? Oczywiście, że nie zrobiłby tego, lubił mnie, ale pamiętałem wyraz jego oczu w chwili, kiedy powiedział – raptem wczoraj! gdy jeszcze żył! – że gdyby był młodszy, chwyciłby ten nowy strumień dochodów za jaja i ścisnął. I to, jak na podkreślenie tych słów zwinął dłoń w pięść.

 

Przekonasz się, że zdaniem wielu byłem bezwzględny, powiedział.

Martwi rzucają się na ciebie tylko w horrorach, wiedziałem o tym, martwi nie są bezwzględni, martwi są niczym, mimo to jednak cofnąłem się o krok, zanim wyciągnąłem komórkę z kieszeni spodni, i nie spuszczałem go z oka, kiedy zadzwoniłem do ojca.

Tata powiedział, że pewnie mam rację, ale na wszelki wypadek przyśle karetkę. Czy wiem, kto był lekarzem pana Harrigana? Powiedziałem, że nie miał lekarza (i wystarczyło spojrzeć na jego zęby, by stwierdzić, że dentysty również nie). Zapewniłem, że poczekam, i tak uczyniłem. Wyszedłem jednak na zewnątrz. Przedtem pomyślałem, żeby położyć jego zwisającą dłoń z powrotem na kolanie. Prawie to zrobiłem, ostatecznie jednak nie zdobyłem się na to, by jej dotknąć. Na pewno okazałaby się zimna.

Wziąłem tylko jego iPhone’a. To nie była kradzież. Myślę, że postąpiłem tak z rozpaczy, bo zaczynało do mnie docierać, że straciłem go na zawsze. Chciałem czegoś, co do niego należało. Czegoś, co miało znaczenie.

Chyba był to największy pogrzeb, jaki urządzono w naszym kościele. I najdłuższy za ludzkiej pamięci kondukt pogrzebowy, prawie cały z wynajętych samochodów. Przyszli, rzecz jasna, miejscowi, w tym ogrodnik Pete Bostwick, Ronnie Smits, który wykonał znaczną część robót przy budowie domu pana Harrigana (i z pewnością nieźle się na tym obłowił), oraz pani Grogan, gosposia. Także sporo innych mieszkańców Harlow, bo zmarły był we wsi lubiany, jednak większość żałobników (o ile rzeczywiście byli w żałobie, a nie przyjechali tylko po to, żeby się upewnić, że on naprawdę nie żyje) stanowili wyglądający na biznesmenów przybysze z Nowego Jorku. Nie zjawił się nikt z rodziny. Dosłownie nikt. Ani siostrzenica, ani nawet daleki kuzyn. Nigdy się nie ożenił, nie miał dzieci – pewnie między innymi dlatego tata początkowo niechętnie mnie do niego puszczał – i przeżył wszystkich swoich krewnych. Dlatego znaleźć go musiał małolat mieszkający przy jego ulicy, ten, któremu płacił za to, by przychodził i mu czytał.

Pan Harrigan musiał wiedzieć, że zostało mu mało czasu, bo na biurku w swoim gabinecie zostawił kartkę z ręcznie spisanymi instrukcjami, jak ma wyglądać jego ceremonia pogrzebowa. Wszystko było względnie proste. Dom pogrzebowy Hay & Peabody od dwa tysiące czwartego roku miał w depozycie kwotę, która wystarczyła, by pokryć koszty, a jeszcze trochę zostało. Pan Harrigan nie życzył sobie czuwania ani wystawiania zwłok na widok publiczny, chciał jednak być „przyzwoicie oporządzony, w miarę możliwości”, żeby trumna na pogrzebie mogła być otwarta.

Nabożeństwo miał poprowadzić wielebny Mooney, a do mnie należało odczytanie fragmentu czwartego rozdziału Listu do Efezjan: „Bądźcie dla siebie nawzajem dobrzy i miłosierni! Przebaczajcie sobie, tak jak i Bóg wam przebaczył w Chrystusie”. Zauważyłem, że niektórzy biznesmeni na te słowa wymienili porozumiewawcze spojrzenia, jakby dla nich osobiście pan Harrigan był nie za dobry i niezbyt miłosierny.

Zażyczył sobie trzech hymnów: Bądź przy mnie, Panie, Stary, szorstki krzyż i Gdy byłem w ogrodzie raz sam. Chciał, by homilia wielebnego Mooneya trwała nie dłużej niż dziesięć minut, i pastor wyrobił się w osiem, przed czasem, co, jak sądzę, było jego osobistym rekordem. Właściwie ograniczył się do wyliczenia zasług zmarłego dla Harlow, w tym sfinansowania renowacji Eureka Grange i remontu krytego mostu na rzece Royal. Przypomniał też, że pan Harrigan hojnie dołożył się do budowy nowego basenu – dzięki niemu zbiórka funduszy zakończyła się sukcesem – a mimo to nie chciał, by został nazwany jego nazwiskiem.

Pastor nie wyjaśnił, z czego wynikała odmowa, ale ja wiedziałem. Pan Harrigan twierdził, że nie należy pozwolić, by ludzie nazywali obiekty na twoją cześć, bo nie dość, że to absurdalne, to jeszcze niegodne i ulotne. Po pięćdziesięciu latach, przekonywał, a nawet dwudziestu, jesteś tylko nazwiskiem na tabliczce, na którą nikt nie patrzy.

Kiedy spełniłem swoją liturgiczną powinność, usiadłem w pierwszym rzędzie obok taty, patrząc na trumnę, u której wezgłowia i w nogach stały wazony lilii. Nos pana Harrigana sterczał jak dziób statku. Mówiłem sobie, żeby tam nie patrzeć, nie myśleć, że to zabawnie albo okropnie wygląda (bądź jedno i drugie), tylko pamiętać go takim, jaki był za życia. Dobra rada, ale ten nos uparcie przyciągał mój wzrok.

Wygłosiwszy swoją krótką mowę, wielebny uniósł dłoń i udzielił błogosławieństwa zebranym żałobnikom.

– Ci z was, którzy pragną po raz ostatni pożegnać się ze zmarłym, mogą teraz podejść do trumny – powiedział na koniec.

Zaszeleściły ubrania, zaszemrały głosy i ludzie wstali. Virginia Hatlen cichuteńko zagrała na organach i zorientowałem się – z dziwnym uczuciem, którego wtedy nie potrafiłem nazwać, ale w którym lata później rozpoznałem wrażenie surrealizmu sytuacji – że była to wiązanka piosenek country, w tym Wings of a Dove Ferlina Husky’ego, I Sang Dixie Dwighta Yoakama i, oczywiście, Stand By Your Man. A zatem pan Harrigan zostawił nawet instrukcje dotyczące muzyki, przy której zejdzie ze sceny, i bardzo dobrze, pomyślałem. Tworzyła się kolejka, miejscowi w marynarkach sportowych i spodniach khaki z Walmartu mieszali się z nowojorczykami w garniturach od Brioniego i butach od Gucciego.

– A ty, Craig? – szepnął tata. – Chcesz jeszcze raz na niego spojrzeć czy już ci wystarczy?

Chciałem czegoś więcej, ale nie mogłem mu tego powiedzieć. Ani nie potrafiłem wyznać, jak fatalnie się czułem. Bo dopiero w tamtym momencie dotarło to do mnie z pełną mocą. Nie wtedy, kiedy czytałem Pismo Święte, tak jak czytałem panu Harriganowi tyle innych książek, lecz w chwili, gdy siedziałem i patrzyłem na jego sterczący nos. Uświadomiłem sobie, że trumna jest statkiem, który zabierze go w ostatni rejs. Wiodący w głąb ciemności. Chciało mi się płakać i płakałem, ale dopiero później, na osobności. Za nic w świecie nie zamierzałem pozwolić sobie na to przy obcych.

– Chcę, ale stanę na samym końcu. Żebym był ostatni.

Tata, kochany tata, nie zapytał dlaczego. Tylko ścisnął moje ramię i ustawił się w kolejce. Ja wyszedłem do przedsionka, czując się trochę niekomfortowo w marynarce sportowej, która robiła się przyciasna, bo wreszcie zacząłem rosnąć. Kiedy koniec kolejki był już w połowie nawy głównej i nabrałem pewności, że nikt więcej do niej nie dołączy, stanąłem za dwoma facetami w garniturach, którzy rozmawiali zniżonymi głosami o – jakżeby inaczej – akcjach Amazona.

Gdy podszedłem do trumny, muzyka już ucichła. Ambona była pusta. Virginia Hatlen pewnie wymknęła się na papierosa, a wielebny ani chybi udał się do zakrystii zdjąć sutannę i przyczesać resztki włosów. W przedsionku zostało jeszcze kilka osób, rozmawiających cicho, ale tutaj, w kościele, byliśmy tylko ja i pan Harrigan, jak w wiele popołudni spędzonych w jego dużym domu na wzgórzu z widokami, które były ładne, ale nie aż tak, by przyciągać turystów.

Miał na sobie ciemnografitowy garnitur, którego nigdy przedtem nie widziałem. W domu pogrzebowym nałożyli mu trochę różu na policzki, żeby wyglądał zdrowo, tyle że zdrowi ludzie nie leżą w trumnach z zamkniętymi oczami i martwymi twarzami po raz ostatni zalanymi światłem dnia, zanim na zawsze spoczną w ziemi. Dłonie miał splecione, podobnie jak raptem kilka dni wcześniej, kiedy wszedłem do jego salonu. Przypominał naturalnej wielkości kukłę i przykro było oglądać go w takim stanie. Chciałem jak najszybciej stamtąd wyjść. Odetchnąć świeżym powietrzem. Być z ojcem. Wrócić do domu. Najpierw jednak musiałem coś zrobić, i to już, teraz, bo wielebny Mooney lada chwila mógł wrócić z zakrystii.

Sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni mojej marynarki sportowej i wyjąłem komórkę pana Harrigana. Kiedy widziałem go ostatnim razem – to znaczy żywego, a nie siedzącego bezwładnie w fotelu ani wyglądającego jak kukła w drogiej skrzyni – wyraził radość z tego, że go przekonałem, żeby ten telefon zatrzymał. Był zabezpieczony hasłem – jak już wspomniałem, pan Harrigan szybko się uczył, kiedy coś go naprawdę zainteresowało – ja to hasło jednak znałem: pirat1. Poprzedniego wieczoru dostałem się do jego iPhone’a i otworzyłem aplikację do robienia notatek. Chciałem zostawić mu wiadomość.

Pomyślałem, żeby napisać „Kocham Pana”, to jednak nie byłoby zgodne z prawdą. Lubiłem go, oczywiście, ale i nie do końca mu ufałem. On też raczej mnie nie kochał. Sądzę, że pan Harrigan nigdy nie darzył miłością nikogo, może oprócz matki, która, jak wyczytałem, wychowywała go samotnie po tym, kiedy porzucił ją mąż. Ostatecznie napisałem, co następuje: „Praca u Pana była zaszczytem. Dziękuję za kartki i zdrapki. Będzie mi Pana brakowało”.

Uniosłem klapę marynarki pana Harrigana, starając się nie dotknąć jego nieoddychającej piersi skrytej pod świeżo wyprasowaną białą koszulą… ale moje knykcie delikatnie ją musnęły i czuję ten dotyk do dziś. Była twarda, jak z drewna. Wsunąłem telefon do jego wewnętrznej kieszeni i cofnąłem się o krok. W samą porę. Wielebny Mooney wszedł bocznymi drzwiami, poprawiając krawat.

– Żegnasz się z nim, Craig?

– Tak.

– Dobrze. Tak trzeba. – Objął mnie ramieniem i odciągnął od trumny. – Połączyła cię z nim więź, której wielu na pewno ci zazdrościło. Może pójdziesz na zewnątrz, do ojca? I jeśli chcesz coś dla mnie zrobić, powiedz panu Rafferty’emu i pozostałym osobom wyznaczonym do niesienia trumny, że za kilka minut wszystko będzie gotowe.

W drzwiach zakrystii pojawił się mężczyzna z dłońmi splecionymi przed sobą. Wystarczył rzut oka na jego czarny garnitur i biały goździk w klapie, by wiedzieć, że jest z zakładu pogrzebowego. Domyśliłem się, że przyszedł po to, by zamknąć wieko trumny i dopilnować, by szczelnie się zatrzasnęło. Na jego widok ogarnęła mnie trwoga przed śmiercią i z ulgą wyszedłem z kościoła na słońce. Nie powiedziałem tacie, że potrzebuję, by ktoś mnie przytulił, musiał to jednak wyczytać z mojej twarzy, bo wziął mnie w ramiona.

Obyś nigdy nie umarł, pomyślałem. Tato, proszę cię, nigdy nie umieraj.

Nabożeństwo na cmentarzu Pod Wiązami było lepsze, bo trwało krócej i odbywało się na powietrzu. Menedżer biznesowy pana Harrigana, Charles „Chick” Rafferty, powiedział kilka słów o działalności filantropijnej swojego klienta, a potem przy wtórze pojedynczych śmiechów wspomniał o tym, jak to on, Rafferty, musiał cierpliwie znosić „wątpliwy gust muzyczny” zmarłego. To był właściwie jedyny akcent osobisty, na jaki sobie pozwolił. Stwierdził, że trzydzieści lat pracował „dla niego i z nim”, i nie miałem powodu w to wątpić, jednak zadziwiająco mało wiedział o panu Harriganie jako o człowieku, pomijając ów „wątpliwy gust” do piosenkarzy takich jak Jim Reeves, Patty Loveless i Henson Cargill.

Pomyślałem, żeby wystąpić naprzód i powiedzieć ludziom zgromadzonym wokół otwartego grobu, że zdaniem pana Harrigana internet jest jak pęknięta magistrala wodociągowa, z której chlustają informacje zamiast wody. Że miał na telefonie ponad sto zdjęć grzybów. Że lubił owsiane ciastka roboty pani Grogan, bo kiszki mu po nich ruszały z kopyta, i że kiedy człowiek jest po osiemdziesiątce, nie musi już brać witamin ani chodzić do lekarza. Gdy jesteś po osiemdziesiątce, możesz jeść tyle peklowanej wołowiny, ile chcesz.

Trzymałem jednak język za zębami.

Tym razem to wielebny Mooney odczytał fragment Pisma Świętego, o tym, jak wszyscy powstaniemy z martwych niby Łazarz w cudny poranek przebudzenia. Udzielił kolejnego błogosławieństwa i to był koniec. My się rozejdziemy, wrócimy do codziennego życia, a pan Harrigan zostanie złożony w grobie (z iPhone’em w kieszeni, dzięki mnie), przysypany ziemią i świat nigdy więcej go nie zobaczy.

Kiedy ruszyliśmy z tatą do wyjścia, zaczepił nas pan Rafferty. Powiedział, że wylatuje do Nowego Jorku dopiero jutro rano, i zapytał, czy mógłby wieczorem do nas wpaść. Wyjaśnił, że chce z nami o czymś porozmawiać.

Moją pierwszą myślą było, że chodzi o podwędzonego iPhone’a, ale nie miałem pojęcia, skąd pan Rafferty mógł wiedzieć, że go wziąłem, zresztą, przecież wrócił już do swojego prawowitego właściciela. Jeśli mnie zapyta, pomyślałem, powiem, że przecież to i tak był prezent ode mnie. No i po co robić aferę z powodu telefonu, który kosztował sześć stów, gdy majątek pana Harrigana musiał być wart krocie?

– Jasne – powiedział tata. – Zapraszam na kolację. Robię niezłe spaghetti bolognese. Zwykle jemy koło szóstej.

– Przyjmuję zaproszenie – odparł pan Rafferty. Wyjął białą kopertę z moim nazwiskiem wypisanym znajomym charakterem pisma. – To wyjaśni, o czym chcę z wami porozmawiać. List otrzymałem dwa miesiące temu i miałem go przechować do… hmm… takiej okazji jak ta.

 

Kiedy wsiedliśmy do samochodu, tata wybuchnął śmiechem, ryczał radośnie na całe gardło, aż oczy wezbrały mu łzami. Śmiał się i śmiał, walił dłońmi w kierownicę, bił się w udo. Otarł policzki i pośmiał się jeszcze trochę.

– No co? – spytałem, gdy się nieco opanował. – Co w tym zabawnego?

– Nie wyobrażam sobie, żeby to mogło być cokolwiek innego – powiedział. Już się nie śmiał, ale wciąż chichotał.

– O czym ty, kurczę, mówisz?

– Myślę, że zapisał ci coś w spadku, Craig. Otwórz kopertę. Zobacz, co tam jest napisane.

W środku była pojedyncza kartka papieru, klasycznie harriganowy list: bez kwiatków ani serduszek, nawet bez „drogiego” w nagłówku, od razu konkrety. Przeczytałem go ojcu.

Craig, jeśli czytasz te słowa, to znaczy, że umarłem. Zostawiłem Ci 800 000$ w funduszu powierniczym. Zarządzać nim będą Twój ojciec i Charles Rafferty, mój menedżer biznesowy, a w przyszłości wykonawca mojego testamentu. Obliczyłem, że ta suma powinna Ci wystarczyć na cztery lata studiów, a nawet dłużej, gdybyś chciał robić doktorat. I jeszcze zostanie dosyć na postawienie pierwszych kroków w wybranym przez Ciebie zawodzie.

Wspominałeś o pisaniu scenariuszy. Jeśli naprawdę tego chcesz, zajmij się tym, jak najbardziej, wiedz jednak, że tego nie pochwalam. Jest taki dowcip o scenarzystach, którego tu nie przytoczę, ale śmiało możesz go poszukać w swoim telefonie, słowa kluczowe „scenarzysta” i „gwiazdka”. Choć wulgarny, zawiera w sobie ziarno prawdy, którą, jak sądzę, zrozumiesz nawet w swoim obecnym wieku. Filmy przemijają, książki zaś – te dobre – żyją wiecznie, a przynajmniej prawie wiecznie. Przeczytałeś mi wiele niezłych powieści, ale inne wciąż czekają na to, by ktoś je napisał. Tyle na ten temat.

Choć Twój ojciec ma prawo weta we wszystkich sprawach związanych z Twoim funduszem powierniczym, postąpiłby nierozsądnie, wnosząc sprzeciw wobec inwestycji sugerowanych przez pana Rafferty’ego. Chick zna się na rynkach jak mało kto. Nawet uwzględniając koszty edukacji, Twoje 800 000$ może urosnąć do miliona, jeszcze zanim skończysz dwadzieścia sześć lat – kiedy to fundusz wygaśnie i będziesz mógł wydać te pieniądze (lub zainwestować – zawsze najmądrzejsze posunięcie), jak zechcesz. Lubiłem nasze wspólne popołudnia.

Z serdecznym pozdrowieniem,

pan Harrigan

PS Nie musisz dziękować za kartki i ich zawartość, wysyłałem je z przyjemnością.

To postscriptum przejęło mnie lekkim chłodem. Zupełnie, jakby odpisał na notkę, którą zostawiłem w jego iPhonie, kiedy postanowiłem wsunąć go do kieszeni jego trumiennej marynarki.

Tata już się nie śmiał ani nie chichotał, ale uśmiech nie schodził mu z ust.

– Jakie to uczucie, być bogatym, Craig?

– Całkiem miłe – przyznałem najzupełniej szczerze. Dar sam w sobie był wspaniały, ale jeszcze lepsza była świadomość, że pan Harrigan tak wysoko mnie cenił. Cynik pewnie pomyśli, że robię z siebie świętego czy coś, ale to nieprawda. Te pieniądze były jak frisbee, które wrzuciłem na dużą sosnę na naszym podwórku, kiedy miałem osiem czy dziewięć lat: wiedziałem, gdzie są, ale nie mogłem po nie sięgnąć. I wcale mi to nie przeszkadzało. Na razie miałem wszystko, czego potrzebowałem. Oprócz niego, ma się rozumieć. I co ja teraz będę robił popołudniami po szkole?

– Odwołuję wszystko, co mówiłem o jego skąpstwie – powiedział tata, ruszając za błyszczącym czarnym SUV-em wynajętym przez jakiegoś biznesmena na lotnisku w Portland. – Chociaż…

– Chociaż co? – zapytałem.

– Skoro nie miał rodziny i był taki bogaty, mógł ci zostawić co najmniej cztery bańki. Albo sześć. – Widząc moją minę, znów wybuchnął śmiechem. – Żartuję, mały, żartuję. Okej?

Walnąłem go w ramię i włączyłem radio. Ominąłem rozgłośnię WBLM („Rockandrollowy Zeppelin Maine”) i nastawiłem WTHT („Numer Jeden Wśród Miłośników Country w Maine”). Zasmakowałem w country & western. Zostało mi to do dziś.

* * *

Pan Rafferty przyszedł na kolację i spałaszował solidną porcję spaghetti taty, zwłaszcza jak na takiego chudzielca. Powiedziałem mu, że wiem o funduszu powierniczym, i podziękowałem. Odparł „Nie mnie dziękuj” i wytłumaczył, jak chciałby zainwestować te pieniądze. Tata powiedział, żeby robił, co uzna za korzystne, byle informował go na bieżąco. Po czym zasugerował, że część tej forsy można by włożyć w firmę John Deere, bo ostatnio unowocześnia się na potęgę. Pan Rafferty zapewnił, że weźmie to pod rozwagę, i później dowiedziałem się, że rzeczywiście zainwestował w Deere and Company, chociaż tylko symboliczną kwotę. Większość władował w Apple i Amazona.

Po kolacji pan Rafferty uścisnął moją dłoń i mi pogratulował.

– Harrigan miał niewielu przyjaciół, bardzo niewielu, Craig. Miałeś szczęście, że byłeś jednym z nich.

– A on miał szczęście, że miał Craiga – powiedział cicho tata i objął mnie ramieniem. Poczułem gulę w gardle i kiedy pan Rafferty poszedł, trochę sobie popłakałem w moim pokoju. Jak najciszej, żeby tata nie słyszał. Może mi się udało; a może usłyszał i zrozumiał, że chcę być sam.

Kiedy łzy przestały płynąć, włączyłem swój telefon, otworzyłem Safari i wpisałem słowa kluczowe scenarzysta i gwiazdka. Znalazłem dowcip, podobno wymyślony przez powieściopisarza nazwiskiem Peter Feibleman, o gwiazdce filmowej tak durnej, że dała dupy scenarzyście. Pewnie go znacie. Ja poznałem go dopiero wtedy, ale zrozumiałem, co pan Harrigan chciał mi przekazać za jego pośrednictwem.

Tej nocy około drugiej obudził mnie odległy grzmot pioruna i znów sobie uprzytomniłem, że pan Harrigan nie żyje. Ja byłem w swoim łóżku, on w ziemi. Miał na sobie garnitur i pozostanie w nim na zawsze. Jego dłonie były splecione i splecione będą, aż zostaną z nich same kości. Jeśli wraz z gromami przyjdzie deszcz, może wsiąknie w ziemię i zwilży jego trumnę. Nie było cementowej płyty ani obmurowania; tak zalecił w swoim, jak nazywała to pani Grogan, „liście zza grobu”. Wieko trumny z czasem przegnije. Podobnie jak jego garnitur. Plastikowy iPhone przetrwa znacznie dłużej niż ubranie i trumna, ale w końcu i on się rozpadnie. Nic nie jest wieczne, może oprócz umysłu Boga, a co do tego miałem wątpliwości nawet w wieku trzynastu lat.

Nagle zapragnąłem usłyszeć jego głos. I zrozumiałem, że to jest do zrobienia.

To było makabryczne (zwłaszcza o drugiej w nocy) i chore, wiedziałem o tym, ale wiedziałem też, że jeśli to zrobię, potem będzie mi łatwiej znów zasnąć. Wybrałem więc jego numer i dostałem gęsiej skórki, kiedy dotarła do mnie prosta prawda wynikająca ze sposobu działania technologii komórkowej: gdzieś pod ziemią cmentarza Pod Wiązami, w kieszeni nieboszczyka, Tammy Wynette śpiewała dwa wersy Stand By Your Man.

Potem do mojego ucha wsączył się jego głos, spokojny i wyraźny, trochę tylko ochrypły ze starości: „Aktualnie nie odbieram telefonów. Oddzwonię, jeśli uznam to za stosowne”.

A jeśli oddzwoni? Co wtedy?

Rozłączyłem się jeszcze przed piknięciem poczty głosowej i wróciłem do łóżka. Już się miałem przykryć, ale zmieniłem zdanie, wstałem i zadzwoniłem znowu. Nie wiem dlaczego. Tym razem zaczekałem na piknięcie.

– Brakuje mi pana, panie Harrigan – powiedziałem. – Jestem wdzięczny za pieniądze, które mi pan zostawił, ale oddałbym je, byleby pan żył. – Zrobiłem pauzę. – Może brzmi to jak bujda, ale nią nie jest. Naprawdę.

Położyłem się z powrotem i zasnąłem, ledwie moja głowa dotknęła poduszki. Nic mi się nie przyśniło.

Miałem w zwyczaju włączać telefon, jeszcze zanim się ubiorę, i otwierać aplikację Newsy News, żeby sprawdzić, czy nikt nie rozpętał trzeciej wojny światowej i czy nie było żadnych zamachów terrorystycznych. To samo zamierzałem zrobić następnego ranka po pogrzebie pana Harrigana, w oczy jednak rzuciło mi się małe czerwone kółko na ikonie SMS, oznaczające, że dostałem esemesa. Przypuszczałem, że przysłał go Billy Bogan, kumpel z klasy, który miał motorolę ming, albo Margie Washburn, która miała samsunga… choć ostatnio rzadziej do mnie pisała. Pewnie Regina się wygadała, że się całowaliśmy.