Jest krew…Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Jest krew…
Tekst
Jest krew…
E-book
34,40  25,46 
Szczegóły
Jest krew…
Jest krew…
Audiobook
Czyta Filip Kosior
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tak zrobiłem, z jakiegoś powodu przekonany, że wątpliwości taty zmienią to, co zobaczyłem; że co najmniej jedna z odsłoniętych liczb stanie się inną. Wszystkie trzy wyglądały jednak tak samo jak poprzednio.

Powiedziałem mu to, zaśmiał się.

– Cóż, w takim razie gratuluję. Wieczorem idziemy do Marcel’s i dzisiaj ty stawiasz.

Teraz to ja się roześmiałem. Chyba nigdy nie czułem tak czystej radości, jak wtedy. Pragnąłem podzielić się nią z kimś jeszcze, zadzwoniłem więc do pana Harrigana. Odebrał swój luddycki telefon stacjonarny.

– Panie Harrigan, dziękuję za kartkę! I za kupon! Właśnie…

– Dzwonisz z tego swojego gadżetu? – zapytał. – Domyślam się, że tak, bo ledwo cię słyszę. Jakbyś był po drugiej stronie Księżyca.

– Panie Harrigan, wygrałem główną nagrodę! Trzy tysiące dolarów! Z całego serca panu dziękuję!

Nastąpiła pauza, ale nie tak długa, jak podczas rozmowy z ojcem, i kiedy pan Harrigan wreszcie przerwał milczenie, nie zapytał, czy jestem pewien. Wyświadczył mi tę uprzejmość.

– Dopisało ci szczęście – powiedział. – Gratuluję.

– Dziękuję!

– Proszę bardzo, ale podziękowania naprawdę są zbędne. Kupuję całe rolki tych losów. Rozsyłam je znajomym i partnerom biznesowym jako swoisty… hmmm… bilet wizytowy, można powiedzieć. Od lat. Na jeden prędzej czy później musiała paść większa wygrana.

– Tata na pewno każe mi większość wpłacić do banku. I chyba słusznie. Będę miał więcej pieniędzy na studia.

– Chcesz, to powierz tę wygraną mnie – powiedział pan Harrigan. – Zainwestuję ją w twoim imieniu. Sądzę, że mogę zagwarantować wyższą stopę zwrotu niż bank. – Potem dodał bardziej do siebie niż do mnie: – Trzeba wybrać coś bardzo bezpiecznego. To nie będzie dobry rok dla giełdy. Ciemne chmury gromadzą się na horyzoncie.

– Jasne! – Zreflektowałem się. – To znaczy, chyba. Najpierw muszę porozmawiać z tatą.

– Oczywiście. Słusznie. Powiedz mu, że jestem też gotów zagwarantować kwotę bazową. Czy mimo wszystko dziś przyjdziesz mi poczytać? A może dasz sobie z tym spokój, skoro teraz już jesteś człowiekiem zamożnym?

– Pewnie, że panu poczytam, tylko będę musiał wrócić do domu, zanim tata przyjdzie z pracy. Idziemy na kolację. – Zawiesiłem głos. – Może zje pan z nami?

– Nie dzisiaj – odparł bez wahania. – Wiesz, mogłeś mi to wszystko powiedzieć osobiście, nie przez telefon, skoro i tak u mnie będziesz. No, ale lubisz ten swój gadżet, co? – Nie czekał na moją odpowiedź; nie musiał. – Co ty na to, żebym zainwestował twoją małą, niespodziewaną fortunę w akcje Apple? Sądzę, że ta firma świetnie rokuje na przyszłość. Z tego, co słyszałem, iPhone dokopie BlackBerry w cztery litery. Przepraszam za rym. W każdym razie, nie musisz odpowiadać już teraz; najpierw omów to z ojcem.

– Tak zrobię – powiedziałem. – I zaraz przyjdę. Biegiem.

– Młodość to cudowna rzecz – westchnął pan Harrigan. – Jaka szkoda, że marnuje się ją na bycie dzieckiem.

– Hę?

– Wielu tak mówiło, ale Shaw ujął to najlepiej. Nieważne. Biegnij więc, proszę cię bardzo. Pędź jak wicher, bo Dickens czeka.

Przebiegłem kilkaset metrów dzielących mnie od domu pana Harrigana, ale z powrotem szedłem spacerkiem i w drodze wpadłem na pomysł. Już wiedziałem, jak mu podziękuję, choć sam zapewnił, że podziękowania nie są konieczne. Wieczorem, na uroczystej kolacji w Marcel’s, powiedziałem tacie o propozycji pana Harrigana, że zainwestuje moją wygraną, przedstawiłem też swój pomysł na prezent, jakim mu się za to odwdzięczę. Przewidywałem, że tata nie wykaże entuzjazmu, i miałem rację.

– Niech zainwestuje te pieniądze, proszę bardzo. Co do twojego pomysłu… sam wiesz, jak on się zapatruje na takie rzeczy. Jest nie tylko najbogatszym człowiekiem w Harlow, a nawet w całym stanie Maine, ale i jedynym, który nie ma telewizora.

– Ma windę – zauważyłem. – I z niej korzysta.

– Bo musi. – Tata obdarzył mnie szerokim uśmiechem. – Ale to twoje pieniądze i jeśli tak chcesz spożytkować dwadzieścia procent wygranej, nie będę ci bronił. Kiedy odmówi, będziesz mógł ten prezent dać mnie.

– Naprawdę myślisz, że go nie przyjmie?

– Tak.

– Tato, po co on tu w ogóle przyjechał? Przecież to mała miejscowość. Wiocha.

– Dobre pytanie. Zadaj mu je kiedyś. A teraz może zamówisz deser, rozrzutniku?

Jakiś miesiąc później podarowałem panu Harriganowi nowiutkiego iPhone’a. Nie zapakowałem go ani nic, po części dlatego, że nie wypadało akurat żadne święto, a po części dlatego, że wiedziałem, że pan Harrigan nie lubił zbędnych ceregieli.

Ze zdumioną miną raz czy dwa obrócił prezent w swoich powykrzywianych artretyzmem dłoniach. Potem wyciągnął go do mnie.

– Dziękuję, Craig, doceniam dobre intencje, ale nie. Proponuję, żebyś dał to swojemu ojcu.

Wziąłem pudełko.

– Uprzedzał, że pan tak powie. – Byłem zawiedziony, ale nie zaskoczony. I niegotowy dać za wygraną.

– Twój ojciec to mądry człowiek. – Wychylił się z fotela i splótł dłonie między rozstawionymi kolanami. – Craig, rzadko daję ludziom rady, bo to zwykle gadanie po próżnicy, ale dziś paru ci udzielę. Henry Thoreau zauważył, że nie my mamy rzeczy; to rzeczy mają nas. Każda nowa własność, czy to dom, samochód, telewizor czy wymyślny telefon taki jak ten, jest kolejnym ciężarem, który musimy dźwigać na grzbiecie. Jak Jakub Marley powiedział do Scrooge’a: „Noszę łańcuch, który sobie ukułem za życia”. Nie mam telewizji, bo gdybym miał, tobym ją oglądał, choć nadają tam głównie same bzdury. Nie mam w domu radia, bobym go słuchał, chociaż odrobina muzyki country dla przerwania monotonii długiej podróży to wszystko, czego mi do szczęścia potrzeba. Gdybym miał to…

Wskazał na pudełko z telefonem.

– …bez wątpienia bym z tego korzystał. Prenumeruję dwanaście różnych periodyków i w nich znajduję wszystkie informacje potrzebne do tego, by być na bieżąco z wydarzeniami w świecie biznesu i smutnymi poczynaniami ludzkości. – Odchylił się na oparcie i westchnął. – Proszę bardzo. Nie tylko udzieliłem ci rady, ale i wygłosiłem całą przemowę. Starość jest zdradliwa.

– Mogę panu coś pokazać? Tylko jedną rzecz. Nie, dwie.

Posłał mi jedno z tych spojrzeń, które w mojej obecności rzucał swojemu ogrodnikowi i gosposi, ale których nigdy nie kierował na mnie, przynajmniej do tego popołudnia: świdrujące, sceptyczne i dość nieprzyjemne. Dziś, po latach, wiem, że takim wzrokiem patrzy przenikliwy cynik, który uważa, że potrafi wejrzeć w głąb duszy prawie każdego człowieka, i nie spodziewa się tam znaleźć niczego dobrego.

– To tylko dowodzi słuszności starego powiedzenia, że żaden dobry uczynek nie uchodzi bezkarnie. Zaczynam żałować, że ten kupon okazał się wygrany. – Znów westchnął. – Cóż, proszę bardzo, pokaż, co masz do pokazania. Ale nie licz, że zmienię zdanie.

Po tym, jak posłał mi to spojrzenie, tak surowe i zimne, sądziłem, że rzeczywiście, sprawa jest przegrana. A jednak koniec końców dam ten telefon ojcu. Skoro jednak już zaszedłem tak daleko, postanowiłem spróbować. Bateria była naładowana na maksa, dopilnowałem tego, telefon działał jak marzenie. Włączyłem go i pokazałem panu Harriganowi ikonę w drugim rzędzie. Przedstawiała poszarpany wykres, trochę jak na wydruku EKG.

– Widzi to pan?

– Tak – potwierdził. – I widzę, co tam jest napisane. Ale ja naprawdę nie potrzebuję raportu z giełdy, Craig. Prenumeruję „Wall Street Journal”, jak wiesz.

– Jasne – przytaknąłem – ale „Wall Street Journal” nie zrobi tego.

Postukałem palcem w ikonę, otwierając aplikację. Ukazał się indeks Dow Jones. Nie miałem pojęcia, co te liczby oznaczały, ale widziałem, że się zmieniały. 14 720 urosło do 14 728, potem spadło do 14 704, by zaraz podskoczyć do 14 716. Pan Harrigan zrobił wielkie oczy. Rozdziawił usta. Jakby ktoś go trącił czarodziejską różdżką. Wziął telefon i przysunął go sobie do twarzy. Potem spojrzał na mnie.

– Podaje dane w czasie rzeczywistym?

– Tak – powiedziałem. – No, może z jedno–dwuminutowym poślizgiem, nie wiem na pewno. Ściąga je z tej nowej wieży telefonicznej w Motton. Szczęście, że postawili ją tak blisko.

Wychylił się do przodu. Niechętny uśmiech zadrgał w kącikach jego ust.

– A niech mnie. To jak dalekopisy wypluwające taśmę z notowaniami, które magnaci przemysłowi mieli w swoich domach.

– Och, to jest dużo lepsze – zapewniłem. – Dalekopisy czasem się spóźniały o całe godziny. Wiem od taty, powiedział mi wczoraj wieczorem. Fascynuje się giełdą, ciągle sprawdza notowania na moim telefonie. Mówił, że jedną z przyczyn wielkiego krachu w tysiąc dziewięćset dwudziestym dziewiątym roku było to, że im więcej transakcji ludzie zawierali, tym trudniej dalekopisom było nadążyć.

– Ma rację – stwierdził pan Harrigan. – Sprawy zaszły za daleko, zanim ktokolwiek zdążył wcisnąć hamulec. Oczywiście, takie urządzenie jak to może wręcz przyspieszyć masową wyprzedaż akcji. Trudno przewidzieć, bo to wciąż zupełnie nowa technologia.

Czekałem. Chciałem powiedzieć mu więcej, zarazić go moim entuzjazmem – bądź co bądź byłem jeszcze dzieckiem – ale coś kazało mi poczekać. Dalej obserwował nikłe wahania Dow Jonesa. Na moich oczach otrzymywał lekcję poglądową.

– Ale – powiedział, nie odrywając wzroku od ekranu.

– Ale co, panie Harrigan?

– W rękach kogoś, kto rzeczywiście sporo wie o rynkach, coś takiego mogłoby… i pewnie już się tak dzieje… – urwał, zamyślony, a po chwili dodał: – Powinienem był o tym wiedzieć. Emerytura to żadna wymówka.

– A teraz ta druga rzecz – powiedziałem, zbyt niecierpliwy, by czekać choćby chwilę dłużej. – Weźmy te wszystkie czasopisma, które dostaje pan pocztą. „Newsweek”, „Financial Times” i „Fords”?

 

– „Forbes” – poprawił mnie, wciąż wpatrzony w ekran. Przypominał mi mnie samego w wieku czterech lat, wgapionego w magiczną kulę, którą dostałem na urodziny.

– Właśnie. Da mi pan ten telefon na chwilę?

Oddał go z wyraźnym ociąganiem i wtedy nabrałem pewności, że jednak pana Harrigana usidliłem. Byłem zadowolony, ale i trochę się za siebie wstydziłem. Jakbym trzepnął w głowę oswojoną wiewiórkę, która przyszła zjeść mi orzeszka z ręki.

Otworzyłem Safari. Przeglądarka była wtedy znacznie bardziej prymitywna niż dzisiaj, ale działała bez zarzutu, dzięki tej nowej wieży – do dziś ciekaw jestem, co mogłoby się zmienić, gdyby nigdy jej nie postawiono. Wpisałem „Wall Street Journal” w okienko Google i po kilku sekundach pojawiła się pierwsza strona. Jeden z nagłówków głosił COFFEE COW ZAPOWIADA ZAMKNIĘCIA LOKALI. Pokazałem go panu Harriganowi.

Wybałuszył oczy, po czym wychylił się z fotela i wziął gazetę ze stolika, na którym po przyjściu położyłem jego pocztę. Spojrzał na stronę tytułową.

– Tutaj o tym nie piszą – powiedział.

– Bo to wczorajszy numer – wyjaśniłem. Przychodząc, wyjmowałem pocztę z jego skrzynki; wszystkie przesyłki zawsze były zawinięte w „Journal”, obwiązany gumką recepturką. – Dostaje pan tę gazetę z jednodniowym poślizgiem. Jak wszyscy. – A w okresie przedświątecznym opóźnienie przedłużało się do dwóch, czasem trzech dni. Nie musiałem mu o tym mówić; w listopadzie i grudniu bez przerwy na to psioczył.

– To dzisiejsze wiadomości? – zapytał, patrząc na ekran. Sprawdził datę u góry. – Tak, dzisiejsze!

– No pewnie – powiedziałem. – Świeże, nie odgrzewane, zgadza się?

– Piszą, że gdzieś tu jest mapa zamykanych lokali. Możesz mi pokazać, jak ją otworzyć? – W jego głosie brzmiała dzika pazerność. Trochę się przestraszyłem. Wspomniał o Scrooge’u i Marleyu; ja czułem się jak Myszka Miki w Fantazji, gdy ożywiła miotły niezrozumiałym dla siebie zaklęciem.

– Może pan to zrobić samodzielnie. Wystarczy przesunąć palcem po ekranie, o tak.

Pokazałem mu. Najpierw wykonał zbyt gwałtowny ruch i przejechał o kilka stron za daleko, ale zaraz się połapał, na czym to polega. Szybciej niż mój tata, szczerze mówiąc. Znalazł właściwą stronę.

– No proszę – zdziwił się. – Sześćset kawiarni! Teraz widzisz, co miałem na myśli, mówiąc o kruchości tego… – Zawiesił głos, wpatrzony w małą mapę. – Południe. Większość zamykanych lokali znajduje się na południu. Południe jest zwiastunem przyszłych trendów, Craig, prawie zawsze… chyba trzeba zadzwonić do Nowego Jorku. Niedługo zamknięcie giełdy. – Podniósł się z fotela. Telefon, którego używał na co dzień, był na drugim końcu pokoju.

– Może pan zadzwonić z iPhone’a – powiedziałem. – Do tego głównie służy. – Przynajmniej tak było wtedy. Nacisnąłem ikonę z telefonem i pojawiła się klawiatura. – Wystarczy wybrać numer. Tu ma pan klawisze, dotyka się ich palcem.

Spojrzał na mnie. Jego niebieskie oczy błyszczały pod krzaczastymi siwymi brwiami.

– Mogę to zrobić tutaj, na tym wygwizdowie?

– Mhm – powiedziałem. – Sygnał jest mocny, dzięki nowej wieży. Cztery kreski.

– Kreski?

– Nieważne, proszę po prostu zadzwonić. Zostawię pana samego, proszę pomachać przez okno, kiedy pan…

– Nie ma takiej potrzeby. To nie potrwa długo i nie muszę tego robić na osobności.

Niepewnie dotykał cyfr na ekranie, jakby obawiając się, że spowoduje wybuch. Potem, równie nieśmiało, podniósł iPhone’a do ucha i spojrzał na mnie, szukając potwierdzenia. Kiwnąłem głową zachęcająco. Chwilę posłuchał, przemówił do kogoś (z początku za głośno), a potem, po krótkiej przerwie, do kogoś innego. Tak oto zostałem świadkiem tego, jak pan Harrigan sprzedał wszystkie swoje akcje Coffee Cow, dokonując transakcji o wartości kto wie ilu tysięcy dolarów.

Kiedy skończył, sam wykombinował, jak wrócić na pulpit iPhone’a. Wtedy znów otworzył Safari.

– Jest tu „Forbes”?

Sprawdziłem. Nie było.

– Ale jeśli szuka pan konkretnego artykułu z „Forbesa”, pewnie da się znaleźć, ktoś na pewno wrzucił go do sieci.

– Wrzucił…?

– Tak, i jeśli potrzebuje pan informacji na jakiś temat, Safari może je wyszukać. Wystarczy skorzystać z Google. Proszę zobaczyć. – Podszedłem do jego fotela i wpisałem „Coffee Cow” w okienku wyszukiwarki. Telefon pomyślał, po czym wyrzucił listę wyników, w tym artykuł z „Wall Street Journal”, w którego sprawie pan Harrigan zadzwonił do brokera.

– A to dopiero – zadziwił się. – Internet.

– No, tak – powiedziałem, myśląc: „Też mi odkrycie”.

– Ogólnoświatowa sieć.

– Mhm.

– Która istnieje od kiedy?

Powinien pan wiedzieć takie rzeczy, pomyślałem. Jest pan ważnym biznesmenem, powinien pan się znać na takich sprawach nawet po przejściu na emeryturę, bo to wciąż może się panu przydać.

– Dokładnie nie wiem, ale ludzie na okrągło z niej korzystają. Mój tata, nauczyciele, policja… właściwie wszyscy. – Z większym naciskiem: – Włącznie z pańskimi spółkami, panie Harrigan.

– Ach, nie są już moje. Co nieco na ten temat wiem, Craig, tak jak wiem co nieco o rozmaitych programach telewizyjnych, mimo że nie oglądam telewizji. Mam jednak skłonność do pomijania artykułów prasowych o nowych technologiach, bo nie jestem nimi osobiście zainteresowany. Gdybyś chciał pomówić ze mną o kręgielniach albo sieciach dystrybucji filmów, to co innego. W tych sprawach staram się trzymać rękę na pulsie, że tak powiem.

– Tak, ale widzi pan… te wszystkie branże korzystają z tej technologii. Jeśli nie będzie jej pan rozumiał…

Nie wiedziałem, jak dokończyć, przynajmniej bez naruszania granic grzeczności, ale on mnie wyręczył.

– Zostanę w tyle. To chcesz powiedzieć.

– W sumie to pewnie bez znaczenia – stwierdziłem. – Jest pan przecież na emeryturze.

– Ale nie chcę być uważany za głupca – odparł, i to dość zjadliwie. – Myślisz, że Chick Rafferty był zaskoczony, kiedy zadzwoniłem i kazałem mu sprzedać Coffee Cow? Ani trochę, bo wcześniej bez wątpienia odebrał telefony od kilku innych klientów, którzy wydali mu to samo zlecenie. Niektórzy na pewno mieli informacje z pierwszej ręki. Inni po prostu szczęśliwym zrządzeniem losu mieszkają w Nowym Jorku albo New Jersey i dostają „Journal” w dniu, kiedy się ukazuje, dzięki czemu na bieżąco wiedzą, co się dzieje na świecie. W odróżnieniu ode mnie, zaszytego tutaj, u Pana Boga za piecem.

Znów zacząłem się zastanawiać, po co tu w ogóle przyjechał – rodziny w Harlow nie miał, to na pewno – ale uznałem, że nie czas pytać o takie rzeczy.

– Możliwe, że byłem arogancki. – Zadumał się nad tym, po czym, o dziwo, na jego usta wypłynął uśmiech. Jakby słońce przebiło się w zimny dzień przez gęstą pokrywę chmur. – Tak, byłem arogancki. – Uniósł iPhone’a. – A jednak przyjmę prezent.

Pierwszym słowem, które cisnęło mi się na usta, było „dziękuję”, co zabrzmiałoby dziwnie.

– To dobrze. Cieszę się – powiedziałem zamiast tego.

Zerknął na zegar ścienny marki Seth Thomas (po czym, ku mojemu rozbawieniu, porównał pokazywaną przez niego godzinę z godziną na iPhonie).

– Może dziś przeczytamy tylko jeden rozdział, skoro tak dużo czasu zabrała nam rozmowa?

– Dobrze – powiedziałem, chociaż chętnie zostałbym dłużej i przeczytał dwa, a nawet trzy rozdziały. Zbliżaliśmy się do końca Ośmiornicy napisanej przez autora nazwiskiem Frank Norris i ciekaw byłem, jak potoczy się akcja. To była powieść staroświecka, a jednak pasjonująca.

Kiedy nasza skrócona sesja dobiegła końca, podlałem nieliczne rośliny pokojowe pana Harrigana. To zawsze było moim ostatnim zadaniem przed wyjściem i zajmowało tylko kilka minut. Robiąc to tego dnia, widziałem, jak pan Harrigan bawił się telefonem, włączał go i wyłączał.

– Skoro mam tego używać, może lepiej pokaż, jak się z tym obchodzić – powiedział. – Na początek, co zrobić, żeby mi nie zdechł. Widzę, że już się rozładowuje.

– Z czasem sam wszystkiego się pan nauczy – odparłem. – To dość łatwe. Co do ładowania, w pudełku jest kabel. Wystarczy go włożyć do gniazdka. Mogę panu pokazać parę innych rzeczy, jeśli…

– Nie dzisiaj – uciął. – Może jutro.

– Dobrze.

– Jeszcze tylko jedno pytanie. Dlaczego mogłem przeczytać ten artykuł o Coffee Cow i obejrzeć mapę lokali przewidywanych do zamknięcia?

Pierwszym, co mi przyszło do głowy, była odpowiedź Hillary’ego na pytanie, po co zdobywać Mount Everest, o której niedługo przedtem czytaliśmy w szkole: Bo jest. Pan Harrigan mógłby jednak pomyśleć, że się wymądrzam, i w sumie miałby rację. Powiedziałem więc:

– Nie rozumiem.

– Naprawdę? Taki bystry chłopak jak ty? Pomyśl, Craig, pomyśl. Właśnie przeczytałem za darmo coś, za co ludzie płacą spore pieniądze. Nawet uwzględniając to, że w prenumeracie „Journal” jest znacznie tańszy, niż kiedy kupuje się go w kiosku, wydaję około dziewięćdziesięciu centów za numer. Tymczasem na tym… – Uniósł telefon tak, jak wkrótce miały to robić tysiące dzieciaków na koncertach rockowych. – Rozumiesz?

Kiedy tak to ujął, rzeczywiście zrozumiałem, o co chodzi, nie potrafiłem mu jednak odpowiedzieć. Wydawało się to…

– Wydaje się to głupie, prawda? – zapytał, czytając mi w twarzy albo w myślach. – Bezpłatne udostępnianie przydatnych informacji kłóci się ze wszystkim, co wiem o osiąganiu sukcesu w biznesie.

– Może…

– Może co? Podziel się swoimi przemyśleniami. Nie ironizuję. Wyraźnie wiesz o tym więcej niż ja, więc ciekaw jestem twojego zdania.

Myślałem o jarmarku we Fryeburgu, na którym bywaliśmy z tatą raz czy dwa każdego października. Zwykle zabieraliśmy ze sobą moją koleżankę Margie, mieszkającą przy naszej ulicy. Margie i ja jeździliśmy na karuzelach, po czym we trójkę zajadaliśmy ciastka i słodkie kiełbaski, a na koniec tata zaciągał nas na pokaz nowych traktorów. Na wystawę sprzętu rolniczego szło się obok ogromnego namiotu, w którym ludzie grali w bingo. Przed nim, powiedziałem panu Harriganowi, zawsze stał facet z mikrofonem, informujący przechodzących, że pierwsza partyjka jest za darmo.

Zamyślił się.

– Wabik? Może ma to jakiś sens. Chcesz powiedzieć, że możesz przeczytać tylko jeden, dwa, trzy artykuły, a potem maszyna… co? Odcina ci dostęp? Mówi, że musisz zapłacić, żeby grać dalej?

– Nie – przyznałem. – To jednak nie tak jak z tym namiotem do bingo, bo można czytać tyle artykułów, ile się chce. Przynajmniej z tego, co wiem.

– Przecież to się kupy nie trzyma. Rozdawanie darmowych próbek to jedno, ale żeby tak za nic oddać cały towar… – Prychnął. – Nie było ani jednej reklamy, zauważyłeś? A reklamy to potężne źródło dochodów dla prasy. Potężne.

Podniósł iPhone’a, wbił wzrok w swoje odbicie w wygasłym ekranie, po czym odłożył go i przyjrzał mi się z dziwnym, kwaśnym uśmiechem na twarzy.

– Być może mamy tu przed sobą ogromny błąd, Craig, popełniony przez ludzi, którzy rozumieją praktyczne skutki takiej technologii… jej konsekwencje… nie lepiej niż ja. Niewykluczone, że czeka nas ekonomiczne trzęsienie ziemi. Kto wie, może już trwa. Trzęsienie ziemi, które zmieni to, jak i gdzie zdobywamy informacje, a tym samym nasz sposób postrzegania świata – zawiesił głos. – I to, jak go urządzamy, oczywiście.

– Nie nadążam – przyznałem.

– Spójrz na to tak. Kiedy przygarniasz szczeniaka, musisz nauczyć go załatwiać się poza domem, prawda?

– Prawda.

– Gdybyś miał szczeniaka nienauczonego czystości, czy dałbyś mu smakołyk w nagrodę za to, że nasrał w salonie?

– Pewnie, że nie – powiedziałem.

Kiwnął głową.

– Udzieliłbyś mu lekcji dokładnie odwrotnej do zamierzonej. A w sprawach handlu, Craig, większość ludzi przypomina szczenięta, które trzeba nauczyć czystości.

Niespecjalnie mi się to porównanie spodobało i nie podoba się do dziś – myślę, że wiele mówi o tym, w jaki sposób pan Harrigan zbił fortunę – ale trzymałem buzię na kłódkę. Widziałem go w nowym świetle. Był jak stary odkrywca poznający nowy ląd i słuchałem go zafascynowany. Myślę też, że tak naprawdę nie chodziło mu o to, żeby mnie czegoś nauczyć. Usiłował sam to wszystko zrozumieć, a jak na gościa po osiemdziesiątce bardzo był pojętny.

– Darmowa próbka to nic złego, ale jeśli bezpłatnie rozdajesz za dużo rzeczy, czy to ubrania, żywność czy informacje, ludzie z czasem zaczynają oczekiwać, że tak będzie zawsze. Jak szczenięta, które srają na podłogę, a potem patrzą ci w oczy, myśląc: „Przecież to ty mnie nauczyłeś, że tak można”. Na miejscu „Wall Street Journal”… „Timesa”… nawet cholernego „Reader’s Digest”… piekielnie bałbym się tego ustrojstwa. – Znów wziął iPhone’a do ręki; jakoś nie mógł zostawić go w spokoju. – Jest jak pęknięta magistrala wodociągowa, z której chlustają informacje zamiast wody. Myślałem, że mamy tu zwykły telefon, ale teraz rozumiem… czy raczej zaczynam rozumieć…

 

Potrząsnął głową, jakby próbując wyrzucić z niej myśli.

– Craig, a gdyby tak ktoś z dostępem do tajnych danych o pracach nad nowymi lekami postanowił zamieścić je na takim urządzeniu, udostępnić całemu światu? Upjohn czy inny Unichem straciłyby miliony dolarów. Albo przypuśćmy, że jakiś rozgoryczony człowiek decyduje się ujawnić tajemnice rządowe.

– Chyba zostałby aresztowany?

– Może. Pewnie tak. Ale kiedy już mleko się wyleje, jak to mówią… ajajaj! Leć do domu, bo spóźnisz się na kolację.

– Już idę.

– Jeszcze raz dziękuję za prezent. Raczej nie będę z niego często korzystał, ale zamierzam o nim rozmyślać. Przynajmniej na tyle, na ile będę w stanie. Mój umysł nie jest już taki lotny jak dawniej.

– Pewnie, że jest, i to jak – zaprotestowałem, nie tylko po to, żeby się podlizać. Bo rzeczywiście, czemu do artykułów i wideo na YouTubie nie dołączano reklam? Przecież wtedy ludzie, chcąc nie chcąc, musieliby je zobaczyć? – Poza tym, mój tata mówi, że kto myśli, ten i wymyśli.

– Aforyzm częściej przytaczany niż sprawdzający się w rzeczywistości – stwierdził, a na widok mojej zdumionej miny dodał: – Mniejsza z tym. Do jutra, Craig.

W drodze powrotnej, kiedy schodziłem ze wzgórza, kopiąc nogami grudy ostatniego śniegu, myślałem o tym, co powiedział pan Harrigan: że internet jest jak pęknięta magistrala wodociągowa, z której chlustają informacje zamiast wody. To samo można było powiedzieć o laptopie mojego taty, komputerach szkolnych i w ogóle wszystkich w całym kraju. A nawet na świecie. Choć iPhone był dla niego taką nowością, że ledwo potrafił go włączyć, pan Harrigan już wtedy zrozumiał konieczność, by tę dziurawą rurę załatać, jeśli branża prasowa – przynajmniej w znanej mu postaci – miała dalej funkcjonować jak do tej pory. Myślę, że chyba przewidział powstanie paywalli na rok–dwa lata przed tym, kiedy po raz pierwszy użyto tego terminu. Mnie wówczas takie sprawy były zupełnie obce, nie miałem też pojęcia o usuwaniu ograniczeń sprzętowych – co z czasem zaczęto nazywać jailbreakingiem. Kiedy paywalle w istocie się pojawiły, ludzie przywykli już do tego, że wszystko dostają za darmo, i oburzali się, gdy kazano im bulić za dostęp do treści. Skoro nie mogli bezpłatnie wejść na stronę „New York Timesa”, odwiedzali witryny typu CNN czy „Huffington Post”, mimo że jakość publicystyki była tam niższa. (Chyba że, oczywiście, kogoś fascynował najnowszy krzyk mody, jakim był odsłonięty fragment cycka). Pan Harrigan miał co do tego absolutną rację.

Tego samego wieczoru, kiedy po kolacji pozmywaliśmy i schowaliśmy naczynia, tata otworzył swojego laptopa na stole.

– Znalazłem coś nowego – oznajmił. – Stronę o nazwie previews.com, na której można oglądać zapowiedzi nowych filmów.

– Serio? To oglądajmy!

I przez następne pół godziny gapiliśmy się na zwiastuny, które normalnie musielibyśmy zobaczyć w kinie.

Pan Harrigan rwałby sobie włosy z głowy. Tę resztkę, która mu jeszcze została.

* * *

Kiedy wracałem od pana Harrigana tamtego marcowego dnia dwa tysiące ósmego roku, byłem prawie pewien, że w jednej sprawie się mylił. Raczej nie będę z niego często korzystał, powiedział, ale ja zauważyłem, z jaką miną patrzył na mapę pokazującą przewidywane do zamknięcia lokale Coffee Cow. I to, jak szybko skorzystał ze swojego nowego telefonu, by zadzwonić do kogoś z Nowego Jorku. (Jego adwokata, a jednocześnie menedżera biznesowego, dowiedziałem się później. Nie brokera).

Miałem rację. Pan Harrigan często używał tego telefonu. Był jak stara, niezamężna ciotka, która po sześćdziesięciu latach abstynencji sięga po łyczek brandy na spróbowanie i niemal z dnia na dzień zostaje dystyngowaną alkoholiczką. Wkrótce iPhone leżał na stoliku obok jego ulubionego fotela, ilekroć przychodziłem. Bóg raczy wiedzieć, do ilu ludzi z niego dzwonił, wiem tylko, że do mnie wydzwaniał prawie co wieczór z pytaniami o to, co jego nowa własność potrafi. Raz powiedział, że ten telefon jest jak stary sekretarzyk z żaluzjowym zamknięciem, pełen małych szuflad, schowków i zakamarków, które łatwo przeoczyć.

Większość tych schowków i zakamarków znalazł samodzielnie (korzystając z rozmaitych źródeł internetowych), ale na początku służyłem mu pomocą, choć może raczej należałoby to nazwać ułatwianiem pogrążania się w nałogu. Kiedy powiedział, że nie znosi napuszonego brząkania na ksylofonie, które oznajmiało przychodzące połączenie, zmieniłem je na urywek Stand By Your Man Tammy Wynette. Ależ miał z tego radochę. Pokazałem, jak wyciszyć telefon, żeby nie zakłócał mu popołudniowej drzemki, jak nastawić budzik i jak nagrać wiadomość powitalną na pocztę głosową w razie, gdyby nie chciał z nikim rozmawiać. (Jego komunikat był wzorcem zwięzłości: „Aktualnie nie odbieram telefonów. Oddzwonię, jeśli uznam to za stosowne”). Zaczął wyłączać telefon stacjonarny z gniazdka przed swoją codzienną drzemką, i zauważyłem, że coraz rzadziej włączał go z powrotem. Pisał do mnie esemesy. Robił iPhone’em zdjęcia grzybów rosnących na łące za jego domem i rozsyłał mailem prośby o ich identyfikację. Zapisywał notatki w przeznaczonej do tego aplikacji i wyszukiwał wideo swoich ulubionych muzyków country.

– Dziś rano zmarnowałem całą godzinę pięknego letniego dnia na oglądanie teledysków George’a Jonesa – wyznał mi później tego roku ze wstydem i dziwną dumą zarazem.

Raz go zapytałem, czemu nie kupi sobie laptopa. Robiłby na nim dokładnie to samo, czego się nauczył na swoim telefonie, ale na większym ekranie widziałby Portera Wagonera w całej jego cekinowej krasie. Pan Harrigan tylko pokręcił głową i parsknął śmiechem.

– Idź precz, szatanie. To tak, jakbyś nauczył mnie palić marihuanę i czerpać z tego przyjemność, a potem powiedział „Wiesz, jeśli lubisz trawkę, pokochasz heroinę”. Nie, dziękuję, Craig. To mi wystarczy. – I czule poklepał telefon, jak klepie się małego, śpiącego zwierzaka. Szczeniaka, powiedzmy, który nareszcie nauczył się czystości.

Jesienią dwa tysiące ósmego roku czytaliśmy Czyż nie dobija się koni? i kiedy pewnego wczesnego popołudnia pan Harrigan zarządził przerwę (te wszystkie maratony taneczne strasznie męczą, powiedział), poszliśmy do kuchni, gdzie pani Grogan zostawiła talerz ciastek owsianych. Pan Harrigan poruszał się powoli, o dwóch laskach. Ja szedłem za nim, w nadziei, że zdążę go złapać, gdyby stracił równowagę.

Usiadł, krzywiąc się i stękając. Wziął ciastko.

– Stara dobra Edna – powiedział. – Po tych jej pysznościach kiszki mi zawsze ruszają z kopyta. Nalej nam obu mleka, dobrze, Craig?

Kiedy poszedłem spełnić jego prośbę, powróciło pytanie, które ciągle zapominałem mu zadać.

– Dlaczego pan się tu przeprowadził, panie Harrigan? Przecież może pan mieszkać wszędzie, gdzie pan zechce.

Wziął szklankę mleka i jak zwykle wzniósł ją w toaście, a ja, też jak zwykle, odpowiedziałem tym samym gestem.

– A gdzie ty byś zamieszkał, Craig? Gdybyś mógł, jak to ująłeś, mieszkać wszędzie, gdzie zechcesz?

– Może w Los Angeles, tam, gdzie kręcą filmy. Zaczepiłbym się przy noszeniu sprzętu, a potem poszukałbym czegoś lepszego. – Wtedy zdradziłem mu moją wielką tajemnicę. – Może pisałbym scenariusze filmowe.

Myślałem, że mnie wyśmieje, ale tego nie zrobił.

– Cóż, ktoś musi, więc czemu nie ty? Ale nie tęskniłbyś za domem? Za widokiem twarzy ojca, za składaniem kwiatów na grobie matki?

– Och, przyjeżdżałbym od czasu do czasu – odparłem, ale jego pytanie i wzmianka o mojej matce dały mi do myślenia.

– Chciałem zerwać z przeszłością – wyznał pan Harrigan. – Jako ktoś, kto przeżył całe życie w mieście… wychowywałem się na Brooklynie, zanim stał się, nie wiem, czymś w rodzaju rośliny doniczkowej… zapragnąłem swoje ostatnie lata spędzić poza Nowym Jorkiem. Zamarzyło mi się zamieszkać gdzieś na prowincji, ale nie w jakimś ośrodku turystycznym typu Camden, Castine czy Bar Harbor. Szukałem miejsca, gdzie drogi do dziś są nieubite.