Masakra ludzkości

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Stephen Baxter

Masakra ludzkości


Tytuł oryginału

The Massacre of Mankind ISBN 978-83-8116-645-4 Copyright © Stephen Baxter 2017 All rights reserved First published in Great Britain in 2017 by Gollancz, an imprint of The Orion Publishing Group Ltd Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2019 Redakcja Agnieszka Zienkowicz Ilustracje na okładce i wewnątrz książki Michael Michera Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

KSIĘGA I – Powrót Marsjan

1. Do broni!

2. Spotkanie weteranów

3. Artylerzysta w Nowym Jorku

4. Nierzetelny Narrator

5. Wracam do Anglii

6. Korytarz Surrey

7. W Londynie

8. Spotkanie w Ottershaw

9. Telefon z Niemiec

10. Do Stanmore i Londynu

11. W Londynie

12. Mobilizacja

13. Zbliżając się do Uxbridge

14. Lądowanie pierwszej fali

15. Poniedziałek w Londynie

16. Do wnętrza Kordonu

17. Walec nr 12

18. Machina latająca nad Londynem

19. Pierwsze godziny w Kordonie

20. Okupowana wieś

21. W Abbotsdale

22. Jak Marsjanie wydostali się z Kordonu

23. Ucieczka ze Stanmore

24. Na Linii Królewskiej

25. Jak zaczął się odwrót

26. Marsjanie w Wormwood Scrubs

27. Ucieczka przez centralny Londyn

28. Upadek Londynu

KSIĘGA II – Anglia pod władzą Marsjan

1. Odbieram w Paryżu telefon

2. Spotkanie w Berlinie

3. Podróż na wybrzeże

4. Na pokładzie „Niezwyciężonego”

5. U wybrzeży Niemiec

6. Bitwa na Morzu Północnym

7. Lądowanie w Zatoce Wash

8. W Portsmouth

9. Tajne zadanie

10. Noc w Hampshire

11. Wracam do Londynu

12. Z Aldwych do Stratfordu

13. Zejście do kanałów

14. Wyjście

15. W Transzei

16. Tunel pod Transzeją

17. Wewnątrz Kordonu

18. Ziemniaczane pola

19. Kolacja

20. Verity Bliss

21. Wyprawa na rowerze

22. Marriott

23. Razem z partyzantami z Buckinghamshire

24. Przebudzenie

25. Willa Cytereańczyków

26. Żniwa

27. Pasażer machiny bojowej

28. W jaskiniach w West Wycombe

29. Opowieść artylerzysty

30. Przedziwne negocjacje

31. Wejście do Reduty

32. Więźniowie Marsjan

33. Laboratorium

34. Ściekalnia

KSIĘGA III – Światy w stanie wojny

1. Dom w Dahlem

2. Na Long Island

3. W posiadłości Bigelowów

4. Exodus

5. Przybywam do Thornborough

6. W Los Angeles

7. HMLS „Boadicea”

8. Zaczyna się

9. Ucieczka z Long Island

10. Mosty Nowego Jorku

11. Central Park

12. Jak Marsjanie przybyli do Melbourne

 

13. W Pekinie

14. Marsjanie zajmują Manhattan

15. Walter Jenkins w Dahlem

16. Teatr cieni

17. Nad Durbanem

18. Pod Sankt Petersburgiem

19. Natarcie znad Łaby

20. Do stolicy

21. Z Marsjanami w Berlinie

22. Nowa edisonada

23. Oblężony świat

24. Zemsta Marsjan

25. Gracz

26. Rozejm

KSIĘGA IV – Mars na Ziemi

1. Rozmowa telefoniczna

2. Pokłosie

3. Koleją jednoszynową do Anglii

4. Powrót do Reduty

5. Podziemna gawra Marsjan

6. „Vaterland”

7. Nad Arktyką

8. Na przylądku Czeluskin

9. Nierzetelny prorok

10. Epilog

Posłowie i podziękowania

Dedykuję

H.G. Wellsowi,

rozwijając jego pomysł,

oraz

H.G. Wells Society

Jeżeli astronomia czegoś uczy, to tego, że człowiek jest jedynie szczegółem w rozwoju wszechświata, oraz że w gromadzie otaczających go ciał niebieskich należy w sposób nieunikniony spodziewać się innych, choć odmiennych szczegółów. Uczy nas, że choć człowiek prawdopodobnie nigdy nie znajdzie swojego sobowtóra, jego przeznaczeniem jest odnaleźć dowolną liczbę kuzynów rozrzuconych w kosmosie.

Percival Lowell, Mars, 1895


Miałem wrażenie, że ludzkość była na progu zrozumienia swego miejsca w kosmosie.

Świat intelektualny żył spekulacjami i nadzieją. Wtedy ponownie przybyli Marsjanie.

Walter Jenkins, Opowieść o Wojnach Marsjańskich, 1913 i 1928

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

KSIĘGA I – Powrót Marsjan


1. Do broni!


Dla tych z nas, którzy ją przeżyli, I wojna marsjańska z początku XX wieku była kataklizmem. Dla umysłów znacznie potężniejszych od naszych, starszych nawet od Marsjan, umysłów patrzących na nasz świat z zimnych zewnętrznych krańców kosmosu, konflikt ten musiał jednak sprawiać wrażenie trywialnego i niegodnego uwagi incydentu.

Im dalej planeta znajduje się od Słońca, tym jest starsza i chłodniejsza. Z tego powodu Ziemia jest starsza od gorącej, bujnej Wenus, a Mars, srogi i chłodny, starszy od naszego, umiarkowanego pod względem temperatury globu. Planety zewnętrzne: Saturn, Uran i Neptun, są w rzeczy samej prastare i skute okowami czasu oraz lodu. Jowisz jednak — król planet, większy niż wszystkie pozostałe razem, starszy od Marsa o tyle, o ile Mars jest starszy od naszego świata, ogrzewany wewnętrznym ogniem, jest — musi być — siedzibą najtęższych umysłów. Wiemy obecnie, że umysły z Jowisza obserwowały nas od dawna — obserwowały ludzkość, Marsjan, nawet niewinną Wenus. Co mogły sądzić o naszej wojnie? O rozświetlających noc, szybko gasnących iskrach, rozbłyskach ognia na błękitnej powierzchni naszej planety, plamach czarnego jak atrament dymu, no i oczywiście o rozpierzchających się, bezradnych tłumach… Jowiszanie mogli patrzeć na to tak, jak milczący Bóg patrzy na coś, co stworzył, ale mu nie wyszło, i choć trudno wyobrazić sobie ich miny, ich dezaprobata musiała być wielka.

A jednak, jak stwierdził Walter Jenkins, wielki kronikarz I wojny, kosmiczny nadzór stanowi kontekst, w jakim my, ludzie, którzy uważaliśmy się kiedyś za panów stworzenia, musimy wieść nasze marne życie. Z jednej strony Walter miał rację. Ów szerszy kontekst ukształtował wszystko, co dotyczyło II wojny — i najważniejsze chwile mojego życia.

Z drugiej strony, podobnie jak większość ludzi, nie tracę zmysłów tylko dlatego, że o tym nie myślę.

Jeśli zaś już mowa o powadze nadzoru, to spisując włas­ne wspomnienia, nie mogę ignorować długiego cienia rzucanego przez wielkie jak nagrobek tomiszcze, które każdy zna pod tytułem Opowieść — historię I wojny, spisaną przez Waltera, mojego szacownego szwagra (o ile wolno mi go w dalszym ciągu tak nazywać po rozwodzie z jego bratem Frankiem) — dzieła, które (jak powiedziałby terapeuta Waltera, Freud) z siłą Snopa Gorąca wypaliło w podświadomości publicznej określony sposób postrzegania I wojny marsjańskiej. Pozwolę sobie jednak, jako komentator spoza kadru, ostrzec czytelników, że jeżeli spodziewają się relacji o wspaniałości kosmosu, spisanej wzniosłą prozą przez kogoś, komu zapłacono za pisanie, to powinni wybrać tekst innego korespondenta. Jeśli jednak zależy wam na szczerym, opartym na faktach sprawozdaniu z moich osobistych doświadczeń — kobiety, która przeżyła I wojnę marsjańską, a której życie rozpadło się na kawałki podczas II wojny — przedstawiam wam skromnie niniejszy tekst, opis widzianej własnymi oczami historii.

Przyznać muszę, że ironia chciała, by moje doświadczenie drugiego konfliktu zaczęło się na długo przed ponownym zjawieniem się Marsjan na Ziemi: od skomplikowanego ciągu rozmów telefonicznych z Walterem, dzwoniącym ze szpitala w Wiedniu. Cierpliwie budowałam sobie wtedy nowe życie w Nowym Świecie i nie chciałam mieć z nim nic wspólnego. Niestety zawsze cechowało mnie poczucie obowiązku, odpowiedziałam więc na wezwanie.

Szalona sprawa, na Jowisza! Od początku była to naprawdę zaplątana opowieść.

2. Spotkanie weteranów


Pierwsze podejrzenie nadchodzącej burzy miałam w Nowym Jorku, dokładnie mówiąc, w budynku Woolwortha, w którym o spotkanie poprosił mnie major Eric Eden (w stanie spoczynku), celem, jak powiedział, przekazania wiadomości od Waltera Jenkinsa.

Mój młody kolega, Harry Kane, nalegał, aby mi towarzyszyć. Harry należał do rasy bezczelnych amerykańskich dziennikarzy, zawsze podejrzliwych względem wszystkiego, co europejskie, czym, jak sądzę, charakteryzował się już przed wojną schlieffeńską. Przypuszczam, że chciał wesprzeć mnie moralnie, ale był również zawodowo zainteresowany wojną marsjańską, która była dla niego jedynie odległym spektaklem młodości.

Tak więc wyruszyliśmy w drogę. Był rześki marcowy dzień 1920 roku. Manhattan przecierpiał właśnie — jak wszyscy mieli nadzieję — ostatnią śnieżycę w roku, a największym zagrożeniem okazały się tego konkretnego poranka sterty rozmokłego śniegu wzdłuż krawężników, gotowe w każdej chwili przemoczyć nieuważną kostkę. Pamiętam ów poranek: chodniki pełne radosnych, hałaśliwych ludzi, elektrycznie podświetlane tablice reklamowe, jarzące się w szarości dnia — nieskalaną niewinną energię młodego narodu — w tych ostatnich godzinach i minutach, zanim zostałam wessana z powrotem w sprawy ponurej, rannej starej Anglii.

W końcu przecisnęliśmy się przez drzwi i znaleźliśmy się we wnętrzu budynku Woolwortha. Powietrze w holu, rozgrzane i naperfumowane, uderzyło mnie w twarz niczym cios dłonią. W tamtych czasach Amerykanie lubili bardzo ciepłe wnętrza. Rozchyliłam płaszcz, poluzowałam chustkę na głowie i poszliśmy po polerowanym greckim marmurze, ochlapanym roztopionym śniegiem i brudem z ulicy. W holu panował spory ruch.

— Widzę, że twój major Eden nie zna za dobrze miasta — powiedział Harry z tym swoim zdystansowanym rozbawieniem, cechą dość atrakcyjną (choć może trudno to sobie wyobrazić) u mężczyzny młodszego ode mnie o kilka lat.

— Już to wiesz, choć nie widziałeś go jeszcze na oczy?

— Oczywiście. Dlaczego umawiać spotkanie akurat tutaj? W Londynie Amerykanin wybrałby katedrę Świętego Pawła — to ta z dziurą w kopule, prawda? — a Brytyjczyk w Nowym Jorku… no cóż, jesteśmy w najwyższym budynku świata! — Wskazał przed siebie palcem. — Ale oto i on.

Mężczyzna, którego wskazywał, stał sam. Był szczupły, niewysoki, ubrany w garnitur, który wyglądał na odpowiednio drogi, choć w porównaniu do otaczających go bajecznych strojów sprawiał wrażenie tuzinkowego. Jeśli był to Eden, to wyglądał na mniej niż swoje trzydzieści osiem lat — sześć lat więcej ode mnie.

— A musi to być Eden, ponieważ…

— …jako jedyny przygląda się wystrojowi.

Faktycznie, mężczyzna wbijał wzrok w sufit pokryty (czy zauważyłam to kiedykolwiek przedtem?) mozaiką, wyglądającą na rzymską, może nawet bizantyjską. Amerykanie… z tą ich potrzebą, aby w nowiusieńkim pomniku triumfującej Mamony sięgać do porzuconej europejskiej przeszłości…

— Czy mógłby wyglądać jeszcze bardziej jak Anglik, który wybrał się za granicę? — mruknął Harry, ruszając w kierunku Edena. — Jeśli to wszystko, na co go stać w zakresie wtapiania się w otoczenie, to nic dziwnego, że Marsjanie go złapali.

Nie mogłam się powstrzymać od parsknięcia śmiechem.

— Ciii… Jesteś okropny. Ten człowiek to bohater. — W końcu Eric Eden był jedynym człowiekiem, który przeżył pobyt we wnętrzu działającego marsjańskiego walca — pojmano go w pierwszych dniach wojny w 1907 roku, gdy wojsko, w swej ignorancji, zaczęło sondować jamę pod Woking, którą przy lądowaniu wybił w ziemi pierwszy statek Marsjan. Trzymany żywcem, prawdopodobnie jako okaz do późniejszych badań, wyrwał się z walca niczym innym jak gołymi rękami i wrócił do swojej jednostki z bezcennymi informacjami o marsjańskiej technologii.

Bohater lub nie — gdy się do niego zbliżaliśmy, Eric sprawiał wrażenie zdenerwowanego.

— Pani Jenkins, jak sądzę…

— W zasadzie od rozwodu wolę „panno Elphinstone”.

— Przepraszam. Rozpoznali mnie państwo na podstawie plakatów na wystawie księgarni, tak?

Harry uśmiechnął się.

— Coś w tym stylu.

— To było szeroko zapowiadane tournée. Na razie jesteśmy tylko Bert Cook i ja, ale w Bostonie ma do nas dołączyć stary Schiaparelli — odkrywca kanałów, jak państwo chyba wiecie — jest po osiemdziesiątce, ale ciągle świetnie się trzyma…

Przedstawiłam krótko Harry’ego.

— Oboje pracujemy dla „Post”.

— Nie czytałem pańskiej książki — przyznał Harry. — Jest trochę spoza moich kręgów. Spędzam czas na walce z Tammany Hall, nie z Marsjanami.

Eric miał zdezorientowaną minę, więc przejęłam rolę tłumaczki.

— Tammany Hall to działająca w naszym mieście wielka polityczna machina demokratów. Amerykanie robią wszystko na wielką skalę — nawet korumpują. A do twojej informacji, Harry: to nie oni siedzieli w walcu.

— Jakkolwiek — odparł niespeszony Harry — też działałem w branży książkowej. Ale moja dziedzina to sensacyjne powieścidła, niepropagujące bohaterskiej przeszłości.

 

— Cała przyjemność po mojej stronie — odparł niemal szeptem Eric. Cóż za kwintesencja brytyjskiej powściągliwości! — Panno Elphinstone, Walter Jenkins ostrzegł mnie, że może się pani wahać… przed kolejnym wplątaniem się w jego sprawy, mimo to wielokrotnie podkreślał wagę tej wiadomości dla pani i reszty rodziny. Najwyraźniej stracił z państwem kontakt. Dlatego musiał podjąć próbę dotarcia do pani okrężną drogą — przeze mnie.

— Naprawdę? — Harry ponownie się uśmiechnął. — Nie jest to trochę postrzelone? — Zrobił palcem wskazującym kółko na wysokości skroni. — Człowiek chce porozmawiać z byłą żoną i jedynym sposobem na to jest kontaktowanie się z kimś — z całym szacunkiem — kogo ledwie zna, na drugim końcu świata, w nadziei, że uda się temu komuś porozmawiać z byłą żoną brata…

— To cały Walter — stwierdziłam. Było to dziwne, ale czułam się w obowiązku bronienia szwagra. — Nigdy zbytnio nie umiał układać sobie stosunków z ludźmi.

— I być może nawet zanim musiał się tygodniami ukrywać po wioskach przed ścigającymi go Marsjanami — dodał ponuro Eric.

Młody, pewny siebie Harry nie był nieżyczliwie nastawiony, ale zdecydowanie nie wszystko pojmował.

— Nie bardzo też rozumiem, jakie Jenkins wyświadczył panu przysługi, majorze Eden. Przeglądałem wywiad z panem w „Post”, w którym zaatakował pan Jenkinsa za twierdzenie, iż widział więcej rzeczy związanych z Marsjanami niż jakikolwiek inny naoczny świadek, gdy najeźdźcy sza­leli po Anglii. Stwierdził pan, że sam bez dwóch zdań był świadkiem wydarzeń, których on na pewno nie widział.

Eric grzecznie uniósł dłoń.

— Tak naprawdę tego nie powiedziałem, nie dosłownie. Wasz reporter dodał to w trakcie rozmowy dla jej uatrakcyjnienia — no cóż, podejrzewam, że gazety muszą się sprzedawać. Raczej jestem zdania, że my, weterani, powinniśmy, hm, trzymać się razem. A poza tym, patrząc z szerszej perspektywy, to Jenkins wyświadczył mi przysługę. Nie da się zaprzeczyć, że to jego wspomnienia najbardziej ukształtowały sposób postrzegania wojny przez opinię publiczną. A wspomina o mnie.

— Naprawdę?

— O tak. Księga pierwsza, rozdział ósmy. Choć niezgodnie z prawdą określa mnie jako „zaginął”. Krótka wzmianka1.

— W słowniku występuje jako Nierzetelny Narrator — prychnęłam.

— Nigdy jednak nie relacjonował moich przygód, tak jak, powiedzmy, Berta Cooka, więc miałem okazję opowiedzieć je sam — a moi wydawcy nadać im miano „historii nieopowiedzianej”.

Harry się roześmiał.

— A więc w końcu wszystko sprowadza się do interesu? To mi się podoba. A więc jaki jest plan, majorze Eden? Będziemy cały dzień stać i gapić się na freski?

— Mozaiki. Przepraszam. Panno Elphinstone, pan Jenkins zażyczył sobie rozmowy telefonicznej. Z panią.

Harry gwizdnął.

— Z Wiednia? Transatlantyckiej? Parę pensów będzie to kosztować. Wiem, że wszystkich podnieca nowy kabel podmorski i tak dalej, ale mimo wszystko…

Eric się uśmiechnął.

— Z tego, co mi wiadomo, dzięki sukcesowi książki panu Jenkinsowi nie brakuje pensów. Nie wspominając o prawach do filmu, które sprzedał. — Spojrzał na zegarek. — W każdym razie zadzwoni do naszego apartamentu w hotelu — mojego i Berta. Gdyby mogła mi pani towarzyszyć…

— O którym hotelu mówimy?

Eric przez chwilę sprawiał wrażenie lekko zażenowanego.

— O Plazie.

Harry głośno się roześmiał.

— Osobiście zadowoliłbym się skromniejszym zakwaterowaniem, ale Bert Cook… — wyjaśnił Eden.

— Nie ma potrzeby przepraszać. Ale… — Gdy popatrzyłam Ericowi w oczy, dostrzegłam w nich jakąś cząstkę siebie — coś, czym nigdy nie mogłabym się podzielić z Harrym, mimo całej jego serdeczności. To było spojrzenie weterana wojny. — Dlaczego miałby dzwonić? Czyżby zamierzali wrócić? Dlaczego teraz? Moment nie jest dobry, prawda?

Eric bez słowa wzruszył ramionami, wiedział jednak, co mam na myśli.

Nigdy nie byłam szczególnie mocna z astronomii, ale od wojny marsjańskiej wszyscy wiedzieliśmy co nieco o tańcu planet. Mars i Ziemia ścigają się wokół Słońca niczym samochody w Brooklands. Ziemia, poruszająca się po bardziej wewnętrznym torze, porusza się szybciej i w równych odstępach czasu wyprzedza Marsa. W chwili takiego wyprzedzenia, zwanego opozycją (ponieważ patrząc z Ziemi, Słońce i Mars znajdują się wtedy po jej przeciwnych stronach), Mars i Ziemia maksymalnie się do siebie zbliżają. Orbita Marsa jest jednak eliptyczna, orbita Ziemi też (choć w mniejszym stopniu), planety nie zataczają więc idealnych okręgów. W związku z tym za każdym razem owo „największe możliwe przybliżenie” oznacza inną odległość: raz jest to mniej więcej sześćdziesiąt milionów mil albo i więcej, raz niecałe czterdzieści — te nazywamy opozycjami w peryhelium. Także w tym zakresie występują cykle. Opozycje w peryhelium następują mniej więcej co piętnaście lat: ostatnie były w latach 1894 i 1909, następna ma nadejść w 1924 roku…

— Ale kolejna opozycja w peryhelium nastąpi dopiero za cztery lata — wyrecytowałam z pamięci. — Atak z tysiąc dziewięćset siódmego miał miejsce dwa lata przed ostatnią opozycją w peryhelium. Tak więc, jeśli w ogóle zamierzają przylecieć, na pewno nie nastąpi to w ciągu najbliższych dwóch lat. A gdyby mieli złamać schemat i przylecieć w tym roku, powinni już być w drodze. W tym roku opozycja nastąpi dwudziestego pierwszego kwietnia…

— I jak trąbiła każda gazeta — wtrącił Harry — z naszą włącznie, oznaczałoby to datę startu dwudziestego siódmego lutego, czyli kilka tygodni temu.

Kolejna porcja ponurej, zapamiętanej logiki. W 1907 roku opozycja obu planet miała miejsce 6 lipca. Lądowanie zaczęło się dokładnie trzy tygodnie i jeden dzień wcześniej, a początek wystrzałów z potężnych armat na Marsie nas­tąpił cztery tygodnie i cztery dni wcześniej.

Dla wszystkich było jednak jasne, że nawet jeśli astronomowie zauważyli na Marsie coś niepokojącego, nikt by się o tym nie dowiedział. Od wojny marsjańskiej rządy objęły pracę astronomów tajemnicą państwową. Oficjalnie miało to zapobiec wybuchom paniki podczas opozycji z lat 1909, 1911 i 1914, bezmyślnym alarmom, które zaszkodziłyby bezpieczeństwu prowadzenia działalności gospodarczej i tak dalej, i choć nawet jeden Marsjanin nie wyglądał wtedy ze swojego walca, doprowadziło to do tego — przynajmniej w Wielkiej Brytanii — że posiadanie nielicencjonowanego teleskopu jest uznawane za przestępstwo. Rozumiem logikę tego kroku, ale moim zdaniem zbyt daleko posunięta tajność wywołuje większy strach i niepewność.

A więc walce mogły być teraz zawieszone w kosmosie — w drodze! Z jakiego innego powodu Walter miałby nas wzywać? Walter był jednak Walterem — człowiekiem, który nigdy nie dochodził do sedna, i zdawałam sobie sprawę z tego, że czeka mnie czas niepewności, zanim napięcie zostanie rozładowane.

— W takim razie odbierzmy rozmowę — stwierdziłam najodważniej, jak umiałam. Wsunęłam rękę pod ramię Erica, Harry ujął moją drugą i wyszliśmy we troje z holu. — Chyba wytrzymam godzinę luksusu w Plazie.

— A ja — stwierdził Harry — nie mogę się doczekać, by poznać tego Cooka. Niezły z niego typ, nawet jeśli tylko połowa z tego, co mówi, jest prawdą.