Długi MarsTekst

Z serii: Długa Ziemia #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jak często się zdarzało, wyładowała swoją frustrację na kotce.

– Bardzo jesteś podejrzliwa jak na kupę przypadkowych iskrzeń elektrycznych w ćwiartce kilograma żelu Korporacji Blacka.

– Uznam to za komplement. Ale słusznie, jestem podejrzliwa. Ty też powinnaś. Na tym okręcie jest wiele ukrywanych przed tobą tajemnic różnego rodzaju. I jeśli przyznasz to sama przed sobą, możesz mieć niezłą szansę, by niektóre z nich odkryć.

ROZDZIAŁ 7

Po zwiększeniu prędkości do dwóch kroków na sekundę w godzinach roboczych i zapewnieniu czasu na planowane przestoje, testy systemu i serwis, pokonywali prawie sto tysięcy światów w ciągu doby. W rezultacie, po dziesięciu dniach od przemowy Cowleya w Madison Zachodnim 5, sterowce mijały już Ziemię Zachodnią 1 000 000 i wlatywały w bardziej egzotyczny pas światów, znany jako Wysokie Meggery.

Maggie ostrożnie pozwoliła sobie poczuć ulgę. Lista problemów do rozwiązania, zarówno technicznych, jak ludzkich, skracała się wyraźnie. Mimo ponurej opinii Maca, że prawdziwym celem misji jest demonstracja siły rządu federalnego, żadnych kłopotliwych spraw nie zgłaszano też z gruntu. Po pięciu długich latach pracy na Niskich Ziemiach i na Podstawowej zwolniono ją z ogromnego i ciągłego wysiłku niesienia pomocy, wciąż koniecznej dla dużej części dotkniętej erupcją Yellowstone Ameryki Podstawowej.

Zastanawiała się, czy nie pozwolić Harry’emu Ryanowi otworzyć przepustnicy do końca, wyprzedzając plan testów, i przekonać się, co potrafią jej ptaszki.

Wtedy właśnie do drzwi jej kajuty zapukał Douglas Black.

* * *

Kiedy trochę skrępowany Nathan Boss dokonał prezentacji, Black usiadł sztywno naprzeciw Maggie. Mężczyzna, który stał za nim, najwyżej trzydziestoletni, patrzył na nią ponuro jak sierżant musztry na szeregowego.

Nathan czym prędzej się wyniósł.

Maggie nie miała pojęcia, że Black jest na pokładzie; z irytacją przypomniała sobie sugestie Shi-mi na temat sekretów tej wyprawy. Tego człowieka, Douglasa Blacka – najpotężniejszego, a prawdopodobnie najbogatszego przemysłowca na wszystkich ludzkich światach – widywała tylko z daleka: na scenie obok prezydenta Cowleya, jak niedawno w Madison, w telewizyjnych wiadomościach, gdy mówił o nowym projekcie technicznym albo zeznawał przed kolejną senacką komisją badającą nieetyczne praktyki korporacyjne. Był niższy, niż wyglądał w telewizji, pomyślała. Szczuplejszy, starszy. Nosił zwykły czarny garnitur i krawat. Kiedyś mógł być przystojny, ale teraz włosy mu się bardzo przerzedziły, na łysinie pojawiły się wątrobowe plamy, nos i uszy powiększyły się, jak zwykle u starych ludzi, a oczy łzawiły mu pod ciemnymi okularami, które nosił nawet w pomieszczeniu.

Black zauważył, jak Maggie mu się przygląda, i parsknął śmiechem.

– Niech pani sobie daruje krytykę, pani kapitan. Wiem, że nie jestem arcydziełem malarstwa i trochę rozczarowuję w porównaniu z tym, jak ludzie w telewizji upiększają mnie cyfrowo. Za to może pani podziwiać mój młodzieńczy uśmiech. – I rzeczywiście uśmiechnął się szeroko, demonstrując rzędy równych zębów. – Porządne siekacze. To jedna z tych rzeczy, które można kupić za pieniądze.

Miał bostoński akcent, pomyślała; stara szkoła, jak Kennedy na ziarnistych, czarno-białych nagraniach. Stara szkoła, ale niespecjalnie stare pieniądze. Wszyscy znali życiorys Blacka, wiedzieli, że odziedziczył majątek zdobyty przez jego dziadka na ropie i za jego pomocą zdobył fortunę i władzę dzięki oszałamiającym wynalazkom technicznym – a przy okazji zyskał długi orszak wrogów.

– Panie Black… – zaczęła.

– Mów mi Douglas.

– Wolałabym nie. Pan może się do mnie zwracać: kapitan Kauff­man. Nie miałam nawet pojęcia, że przebywa pan na pokładzie, dopóki nie poinformował pan mojego nieszczęsnego zastępcy o swojej obecności.

– No tak, obawiam się, że zaskoczyliśmy tego młodego człowieka, prawda? Nic nie można na to poradzić, niestety. Przemycono mnie na pokład i zamknięto w prywatnej kajucie, ukrytej w zakątku gondoli… musi pani mnie tam odwiedzić. Jak pewnie pani rozumie, kluczową sprawą jest bezpieczeństwo. Trzeba pani wiedzieć, że jestem… no cóż, podatny na ataki, a zyskałem sobie bardzo wielu przeciwników. Dlatego też zorganizowano ten podstęp, we współpracy z admirałem Davidsonem i moją ochroną, wszystko za pośrednictwem ludzi z biura prezydenta Cowleya. Byli bardzo pomocni. – Znowu uśmiechnął się z satysfakcją.

– Panie Black! Z mojego punktu widzenia jest pan pasażerem na gapę!

Nie zrobiło to na nim wrażenia.

– Jakież to ekscytujące! W moim wieku… W każdym razie muszę zaznaczyć, że wniosłem na pokład trochę bagażu.

– Bagażu?

– Jest ten oto Philip i skromny personel… mój osobisty lekarz, kilku doradców naukowych, planetolog, klimatolog… I trochę specjalistycznego sprzętu. Kilka razy poddawałem się przeszczepom i zestawy leków immunosupresyjnych osłabiają mój system odpornościowy. Cóż, starość nie radość. Potrzebuję ochrony, rozumie pani. Na szczęście macie obszerne ładownie.

– Wielkie nieba! Ile ton ładunku wchodzi w grę? I wszystko przeszmuglowane bez mojej wiedzy!

– To prawda. Ale jesteśmy tutaj. Nie sądzę, żeby wyrzuciła mnie pani za burtę.

– Nie. Ale mogę to zrobić temu pańskiemu opryszkowi, jeśli nie przestanie się tak na mnie gapić.

– Philip, zachowuj się…

Philip spuścił wzrok, poza tym nie drgnął mu żaden mięsień.

– Obawiam się, że on musi mi towarzyszyć. To kolejny warunek mojej ochrony względem waszej uprzejmej oferty zakwaterowania. No, może nie pani oferty, ale prezydenta… – Black umilkł po użyciu tego ostatecznego argumentu. Najwyraźniej skłonny był zaczekać, aż Maggie to sobie przemyśli.

– Panie Black, nie mogę powiedzieć, że nie jestem zaskoczona… więcej, osłupiała… znajdując pana na pokładzie mojego okrętu.

– To dlatego, że mnie pani nie zna. Zawsze byłem większym miłośnikiem przygód, niż to sugeruje mój publiczny wizerunek.

– Wiem, że wpompował pan w te jednostki mnóstwo pieniędzy.

– Owszem. Prawdę mówiąc, praktycznie finansowałem ich budowę, oczywiście poza chińską techniką krokerów. Chętnie wspieram gałęzie przemysłu pracujące dla sił zbrojnych.

– To wiem.

Przypomniała sobie, jak zaszokowało ją odkrycie, że ślady Korporacji Blacka można znaleźć wszędzie w „Benjaminie Franklinie”. Zawsze podejrzewała, że Black zinfiltrował armię – od poziomu swoich kontaktów wśród sztabowców, którzy akceptowali jego gigantyczne kontrakty, aż po implantacje swoich urządzeń w każdym okręcie liniowym, każdym czołgu i wozie pancernym, a nawet w ciałach żołnierzy. I wykorzystywał to, by – w najlepszym razie – gromadzić informacje, ale raczej by wywierać delikatne naciski.

– Musiało to pana kosztować miliardy, ale sądzę, że wykupił pan sobie miejsce na tej łajbie.

– Cieszę się, że tak pani do tego podchodzi.

– A mam wybór?

Zignorował tę uwagę.

– Wie pani, że z wielkim zainteresowaniem obserwowałem pani karierę.

– Nie wątpię.

Ty i inni, myślała, wspominając tajemniczego „doktora Geor­ge’a Abrahamsa”, który pojawił się nagle i zaproponował jej translator wołania trolli, akurat kiedy czegoś takiego potrzebowała w związku z misją „Franklina”. A potem chwalił się, jak to manipulował różnymi sytuacjami, by przyspieszyć jej karierę. Aha, i to on podarował jej mówiącego kota. Przypuszczała, że Black, podobnie jak Abrahams, reprezentują węzły w szerszej sieci takiej kontroli i komunikacji.

Tutaj jednak była na swoim okręcie i sama musiała zachować kontrolę nad sytuacją.

– Panie Black, czego pan właściwie chce? Tylko przejażdżki po Długiej Ziemi?

– Czy to takie dziwne? Proszę pomyśleć, co osiągnąłem w życiu. I kiedy wkraczam w zmierzch tego życia, nie może pani uwierzyć, że kupiłbym sobie taką ostateczną przygodę? Niech pani pomyśli, kapitanie. Nauczyliśmy się obojętnie przyjmować Długą Ziemię, ten ogromny, wyżejwymiarowy pejzaż, do którego tak dzielnie wkraczamy. Czy jednak nie istnieją głębsze tajemnice istnienia? Może to nie takie dziwne, że ćwierć miliarda światów istnieje, byśmy mogli je zbadać tym pani cudownym okrętem. Dziwne jest to, że istnieje choćby jeden świat… A co możemy tam znaleźć, kto to wie? Jak mógłbym nie wyruszyć z tą misją, jeśli zyskałem taką szansę? Musiałem polecieć teraz, zanim sam opuszczę ten wszechświat, zbyt szybko…

– Niech pan nie przesadza, panie Black. Nie kupuję tego. Nie jest pan turystą i wszedł pan na pokład w jakimś konkretnym celu.

– Ha! – Z pozornym zadowoleniem klasnął w ręce. – Zawsze wiedziałem, że jest pani inteligentna. Dobrze więc. Co pani zdaniem chciałbym osiągnąć?

– Skąd mogę wiedzieć? Godzinę temu nie miałam nawet pojęcia, że jest pan na pokładzie. Może szuka pan Źródła Wiecznej Młodości.

Uniósł siwe brwi.

– Jest pani zaskakująco spostrzegawcza. Nie będę mówił nic więcej. Rzeczywiście szukamy czegoś konkretnego, a jeśli znajdziemy, dowiem się o tym natychmiast. A teraz… – Zaczął się podnosić. Ochroniarz Philip podał mu rękę. – Na pewno nie musi się pani mną przejmować.

– Proszę mi wierzyć, nie mam zamiaru. To jednostka wojskowa. Pan jest ładunkiem. W dodatku ładunkiem nadmiarowym.

– Świetnie. To przynajmniej awans z kategorii gapowiczów. Ale kiedy już wyszedłem z ciemnicy, że tak powiem, chciałbym obejrzeć ten pani wspaniały okręt. Może udałoby się wypożyczyć na godzinkę pani czarującego zastępcę?

– Nie widzę przeciwwskazań. Skontaktuję też z panem Maca, to znaczy lekarza okrętowego, doktora Mackenzie. Zadba o pański stan fizyczny.

– Zapewniam, że to nie będzie konieczne. Jak już wspomniałem, mam własnego lekarza…

– To nie była propozycja, sir. To mój okręt i skoro jest pan na pokładzie, odpowiadam za pańskie bezpieczeństwo. Mac odwiedzi pana jutro.

 

– W takim razie czekam niecierpliwie. A jeśli wolno spytać, gdzie wypada nasz najbliższy postój?

Na to mogła odpowiedzieć dokładnie.

– Poza kilkoma przystankami w ramach prób, zatrzymamy się na Ziemi Zachodniej 1 617 524. Będziemy tam za kilka dni. Weźmiemy na pokład jeszcze jednego członka załogi.

A razem z nim, pomyślała z niechęcią, kolejny zestaw kłopotów. Ale tym razem był to jej wybór.

– Może trafi się okazja, żeby trochę rozprostować nogi.

– Panie Black, jeśli o mnie chodzi, to nie zejdzie pan z pokładu tej jednostki, dopóki znowu nie stanie w suchym doku.

Black się roześmiał.

– Podziwiam pani bezpośrednie podejście, kapitan Kauffman. Pożegnam się teraz. Chodźmy, Philipie…

ROZDZIAŁ 8

Siostra Agnes miała rację – Joshua nie palił się do skakania, kiedy Lobsang gwizdnął. Tak naprawdę nigdy do końca Lobsangowi nie wybaczył, że w 2030 nie zdołał ocalić Madison Podstawowego przed terrorystycznym atakiem jądrowym. Jeszcze głębiej sięgało wspomnienie tego, jak ponad piętnaście lat temu Lobsang wciągnął go – urodzonego samotnika – w swoje plany i intrygi.

Ogólnie jednak musiał przyznać, że na Długiej Ziemi Lobsang działał jako siła dobra. Może teraz znów chciał zrobić coś dobrego.

W dodatku, jeśli wierzyć Agnes, Lobsang czuł się samotny.

Poza tym Joshuę dręczyła migrena. Kiedy uświadomił sobie, że działa sygnał ostrzegawczy w głowie, zapowiedź jakichś niepokojów na Długiej Ziemi, oczekiwał próby kontaktu ze strony Lobsanga. I prawie z ulgą przyjął jego zaproszenie.

W każdym razie wyruszył na Podstawową.

* * *

Zgodził się spotkać z Lobsangiem w miasteczku Twin Falls w Idaho Podstawowym, dwieście pięćdziesiąt kilometrów od Yellow­stone.

Dla Joshuy samo przekroczenie do miasta stanowiło problem. Lód i popiół na Podstawowej oznaczały, że poziom gruntu mocno się różnił od tego na sąsiednich światach, w dodatku był nieprzewidywalny. Dlatego Joshua przekroczył na Podstawową w bezpiecznej odległości od Twin Falls, wynajął SUV-a i przyjechał na umówione miejsce. Drogi na ogół były przejezdne, zwłaszcza ekspresowe i autostrady. Za to ruch panował niewielki – tylko ciężarówki i trochę autobusów z opatulonymi ludźmi za zaparowanymi oknami; niewiele prywatnych samochodów, parę takich SUV-ów jak jego – pewnie z powodu ogólnoświatowych niedostatków paliwa.

Na początku wszystko szło dobrze. Potem wpadł w śnieżycę i musiał przez wiele kilometrów jechać za ciężkim pługiem.

Wreszcie dotarł do Twin Falls. Praktycznie było zamarznięte. Ulice otaczały bariery lodu – starego, brudnego, nawarstwionego lodu, który leżał tu już od lat. Lodu, jaki pewnie można znaleźć na biegunie północnym na Marsie, pomyślał Joshua. Wszędzie leżał popiół wulkaniczny – nawet tutaj, długie lata po tym, jak przestał spadać z nieba; tworzył całe stosy zmiecione w różne zakamarki albo utwardzone lodem mocne, szorstkie bandy przy krawężnikach. W centrum miasta domy zawaliły się pod ciężarem popiołu lub śniegu, niektóre były spalone. Nikt ich nie odbudowywał, nikt nie usuwał gruzów. To było Idaho w styczniu. Jakby trafił w epokę lodowcową.

Zastanawiał się, czemu ludzie w ogóle tu zostają – a wiedział, że zamieszkane osady przetrwały nawet dalej na północ. Pewnie z uporu, pomyślał, albo z inercji. Albo dumy; jak zaobserwował, ludzie mieli skłonność podejmowania wyzwań i nie uznawali porażki niezależnie od szans zwycięstwa, wracali do domów na terenach zalewowych, gdy tylko cofnęły się wody powodzi, na zbocza wulkanu, gdy tylko ucichła erupcja. Twin Falls wciąż nadawało się do życia, choć z trudem, więc ludzie wciąż tu żyli we własnych domach.

Zostawił samochód na parkingu przed motelem i zapłacił właścicielowi z góry za pilnowanie go, dopóki nie wróci. Właściciel poradził, żeby zlać z baku benzynę, zanim odejdzie, a potem próbował się targować o uzgodnioną wcześniej cenę. Joshua spławił go szybko – był w fatalnym nastroju, bo męczący go od tygodni ból głowy jeszcze się pogorszył, gdy opuścił Wysokie Meggery i wrócił na Podstawową.

Zjawił się trochę za wcześnie na umówione spotkanie, więc przeszedł do centrum miasteczka i napił się kawy. Zapłacił szokująco wysoką cenę za coś, co smakowało jak wióry zmieszane z trocinami. Ale przynajmniej mógł posiedzieć w ciepłym wnętrzu.

Po godzinie, dokładnie w umówionym czasie, na zachmurzone niebo wpłynął twain.

* * *

Mieli sobie zaskakująco niewiele do powiedzenia. Kiedy więc Lobsang w pomarańczowej szacie i z ogoloną głową, z prawie nieruchomą sztuczną twarzą powitał Joshuę na pokładzie, Joshua skupił się na samym twainie.

Mający siedemdziesiąt metrów sterowiec był niewielki w porównaniu z dawnym „Markiem Twainem” i ogromnymi statkami komercyjnymi na Długiej Missisipi, gondolę miał nie większą niż przyczepa turystyczna, ale wygodnie mogły tu mieszkać dwie osoby. W gondoli był przestronny salon z szerokimi oknami, lotnicze fotele i na ścianach monitory pokazujące animowane mapy i odczyty wysokości, temperatury i siły wiatru.

Jak na wszystkich sterowcach Lobsanga, były też jego prywatne pomieszczenia za zamkniętymi drzwiami; Joshua zawsze sądził, że to warsztaty serwisujące mechaniczną infrastrukturę Lobsanga, dyskretnie umieszczone poza zasięgiem wzroku gości. Teraz jednak za uchylonymi drzwiami zauważył pionowy walec wysokości niecałego metra i pokryty skomplikowanymi rzeźbami – czyżby młynek modlitewny? Za nim coś w rodzaju kapliczki: złoty Budda w bogatym okryciu z czerwonej, zielonej i złotej folii. Aromat kadzidła…

Kolejna część Lobsanga ukryta przed publicznością, uznał Joshua.

Był też ziemiometr, ale Lobsang uprzedził Joshuę, że nie zamierza dzisiaj przekraczać, tylko przelecieć nad terenami Ziemi Podstawowej. Chciał podążyć wzdłuż międzystanowych autostrad 84, 86 i 15, mniej więcej na północ i na wschód, żeby obejrzeć nową kalderę Yellowstone.

– To niezwykły widok, Joshuo – powiedział Lobsang. – Nawet dla takich twardych wędrowców po Wysokich Meggerach jak my. A jest tutaj, na Podstawowej. Przerażające, jeśli się zastanowić.

Siedział – czy raczej jego jednostka mobilna siedziała – z Joshuą przy oknach. Nie nabrał umiejętności prowadzenia luźnych pogawędek. Ale trudno.

Joshua trzymał kubek kawy nieskończenie mocniejszej i bardziej aromatycznej niż ta, którą mu podano w Twin Falls. Patrzył z góry na oczyszczoną autostradę, pas czerni przecinający szarobiały krajobraz. Nieliczne ciężarówki poruszały się po niej między ocalałymi miasteczkami, ale widział też konne bryczki, jakby eksponaty z muzeum. I rowery, przynajmniej w pobliżu osad. A nawet coś, co wyglądało jak psi zaprzęg mknący przez śnieżne zaspy.

– Niezły widok – stwierdził. – Dziesięć lat temu człowiek by nie uwierzył, że coś takiego zobaczy.

– Rzeczywiście. Całkiem jakby strefy klimatyczne z północy i z południa nagle przesunęły się półtora tysiąca kilometrów bliżej równika. W efekcie takie Los Angeles ma teraz klimat zbliżony do Seattle sprzed erupcji.

– Wiem. Byłem tam. Angelinos nienawidzą tego deszczu i mgły.

– Tymczasem Seattle bardziej przypomina Alaskę. Właściwie to duża część planety na północ i na południe od czterdziestego stopnia jest skuta lodem. Kanada, północna Europa, Rosja, Syberia… wszystko puste. Państwa się załamały, ludzie przekroczyli, starożytne miasta porzucone, jeśli nie liczyć kilku twardzieli, którzy wciąż się tam trzymają. Nelson Azikiwe mówi, że w Brytanii mało co się teraz porusza, tylko grupy ratownicze z Niskich Ziemi, które próbują ocalić skarby kultury.

– Nelson Azikiwe?

– To kolejny z moich przyjaciół, Joshuo. Spotkałeś go w moim rezerwacie w Niskim Madison, w dniu erupcji. Chciałbym, żebyście pracowali razem.

Joshua nie odpowiedział. „Przyjaciele” oznaczali „aktywa”. Czasami czuł się takim przyjacielem Lobsanga jak szachowy pionek arcymistrza. Ale i tak pewnie w końcu zrobi to, o co Lobsang poprosi.

– Polityka Ziemi Podstawowej została dramatycznie przekonfigurowana – tłumaczył Lobsang. – Nowymi mocarstwami są państwa południowej Europy, północnej Afryki, Indie, Azja Południowo-Wschodnia, południowe Chiny… nawet Meksyk i Brazylia, która wykorzystuje ostateczne wymieranie lasów tropikalnych, by otworzyć Amazonię dla rolnictwa i górnictwa. Toczy się rozgrywka o pozycje w tym nowym porządku, jak pewnie możesz sobie wyobrazić. Chiny odłączyły się trochę od swych wykrocznych cieni, ale na Podstawowej Chińczycy są bardzo mocni.

– Powodzenia.

– Za to Ameryka Podstawowa jest zdruzgotana. Zapewne nie interesuje cię to szczególnie w twoim gospodarstwie w Diabli Wiedzą Gdzie.

Joshua zmarszczył czoło.

– Doskonale wiesz, że już tam nie mieszkam. Nie byłem tam od miesięcy. Musiałeś posłać Billa Chambersa, żeby mnie ściągnął z wakacji, prawda?

– Miałem nadzieję, że jakoś zdołacie z Helen dojść do zgody.

– Więc chyba nie znasz Helen. Myślę, że cały ten czas, jaki po Yellowstone spędziłem w pobliżu Podstawowej, był tą kroplą, która przepełniła czarę… choć przecież Helen wiedziała, że postępuję słusznie. Jej zdaniem nigdy nie zdołam uzyskać równowagi między domem a…

– A wezwaniem Długiej Ziemi. To dwie strony twojej natury.

– Coś w tym rodzaju.

– A Dan?

– Och, staram się go widywać jak najczęściej. Świetny chłopak; trzynaście lat, a już jest wyższy ode mnie.

– Mimo to twoje wakacje wciąż wyciągają cię z domu… A przy okazji, jak twoja ręka?

Joshua uniósł protezę lewej dłoni, udał, że chwyta Lobsanga za gardło, a potem, że odrywa ją z trudem.

– Ma lepsze i gorsze dni.

– Mógłbym ci załatwić coś lepszego.

– Ale z tobą w środku. Bez urazy, ale nie. – Joshua wyciągnął kubek. – Jest jeszcze kawa?

* * *

Sterowiec sunął w spacerowym tempie. Dopiero wieczorem znaleźli się nad Idaho Falls, jakieś sto trzydzieści kilometrów od kaldery. Lobsang zdecydował, że tutaj zatrzymają się na noc.

Na prośbę Joshuy obniżył sterowiec tak, że mogli zejść na ziemię i na krótko wyrwać się z ogrzewanego powietrza gondoli. Lobsang upierał się jednak, że na noc powinni wrócić.

– Ostatnio nie brakuje tu bandytów, Joshuo.

Z Lobsangiem u boku Joshua przespacerował się na próbę po powierzchni drogi, zawalonej lodem i zaspami popiołu, zasypanej kawałami pumeksu tak wielkimi, że trudno było uwierzyć, by jakaś siła mogła cisnąć je na sto trzydzieści metrów, a co dopiero kilometrów. Mróz szczypał go w policzki, nos, czoło i wszystkie kawałki skóry, jakich nie osłaniała ciężka zimowa odzież.

Podszedł do strumienia. Woda płynęła powoli, szara od popiołu, pnie drzew na brzegach były szarobrązowe. Sceneria wydawała się upiorna, a światło zachodzącego słońca miało kolor miedzi. Na autostradzie zamarł ruch, ale i natura wydawała się przyduszona. Joshua nie słyszał nawet krzyku ptaków, kiedy oglądał cienkie pnie martwych sosen.

– Cicho tutaj – stwierdził.

Jednostka mobilna miała na sobie arktyczną odzież, tak jak on. Oddech, najwyraźniej ogrzewany i nawilżany przez jakiś wewnętrzny mechanizm, parował całkiem przekonująco.

– Dla mnie ten świat jest jeszcze cichszy. Wiele węzłów i sieci komunikacyjnych przestało działać albo zostało porzuconych. Dla mnie, Joshuo, świat staje się Thulcandrą.

Joshua rozpoznał odwołanie.

– Milcząca planeta. Czemu mnie tu sprowadziłeś, Lobsangu?

– Jak twoje bóle głowy?

– Oczywiście wiesz o nich. No więc skoro pytasz, jest gorzej niż dotąd. Rozumiesz, zwykle czuję się nieswojo, kiedy jestem na Podstawowej albo w pobliżu, ale to coś gorszego…

Umilkł i rozejrzał się czujnie. Miał wrażenie, że usłyszał coś, co naruszało głuchą ciszę. Ukradkowe kroki… Wilk wygłodzony w tym zamarzniętym pustkowiu? Niedźwiedź? Człowiek, może jeden z bandytów, przed jakimi ostrzegał Lobsang?

Lobsang chyba nic nie zauważył.

– Ale to coś innego, prawda? Twój ból głowy… Musiałeś wyczuć, że coś w Podstawowej się zmieniło.

– Ty też to wyczuwasz, prawda? – rzucił Joshua. – I masz dowody, tak? Dowody czegoś… Inaczej byś mnie tu nie ściągał.

– Rzeczywiście. Dowody czegoś… dobrze powiedziane. Czegoś nieuchwytnego i nieokreślonego, ale jednak oczywistego dla mnie, który mimo postwulkanicznego upośledzenia wciąż ogarniam cały świat niczym bezcielesny duch bardo.

– Jako co?

– Mniejsza z tym. To realne zjawisko, Joshuo. Posłuchaj… Znasz mnie przecież. Nie zaprzeczysz, że jestem pilnym badaczem głupoty człowieczeństwa, która czasami wydaje się niemal zabójcza.

 

– Wiele razy o tym dyskutowaliśmy – odparł oschle Joshua.

– No więc teraz naprawdę coś się zmieniło. Wydaje się, że spowodowały to następstwa erupcji Yellowstone. Ludzie zarea­gowali dobrze albo fatalnie. Ale wśród bohaterstwa i tchórzostwa, szczodrości i sprzedajności, jeśli spojrzeć na to globalnie… a niespecjalnie jestem zdolny do innego spojrzenia… wydaje mi się, że reakcję ludzkości na Yellowstone charakteryzował zaskakujący wybuch tego, co siostra Agnes nazwała kiedyś zdrowym rozsądkiem.

I kiedy wymówił te słowa, jakaś postać w pomarańczowym kombinezonie, bosa i z ogoloną głową, zmaterializowała się w rozrzedzonym powietrzu, już w skoku.

– HAAARRRGH!

– Nie teraz, Cho-je…

Ale słowa Lobsanga urwały się, kiedy napastnik zacisnął nogi na jego szyi. Powalił Lobsanga na zamarznięty grunt – lecz Lobsang przekroczył, padając, i zniknął, a nowo przybyły sam przetoczył się po brudnym lodzie; popiół zaplamił mu pomarańczowy kombinezon.

Joshua miał pistolet – z brązu, przekraczalny. Zawsze nosił broń. I zanim napastnik zdążył się poderwać, Joshua mierzył już w niego; stał w rozkroku i oburącz trzymał pistolet.

– Słyszałem, że ktoś nas śledzi. Nie ruszaj się, skoczku…

Tuż obok pojawił się Lobsang. Oddychał ciężko, szatę miał rozdartą koło szyi.

– W porządku, Joshuo. Nic mi naprawdę nie grozi. To tylko…

– HYY-AAGH!

Typ na ziemi wykonał coś w rodzaju salta w tył i znowu skoczył na Lobsanga. Lobsang jednak sam zrobił przewrót w przód i przybysz poleciał dalej. Tym razem to on przekroczył, zanim jeszcze spadł na ziemię.

Lobsang wyprostował się zdyszany.

– To jeden z pomysłów Agnes. Widzisz…

– NYA-HAA!

Tym razem Cho-je wrócił do tego świata ponad głową Lobsanga, zaciskając razem dłonie, gotów do uderzenia oburącz w jego czaszkę. Lobsang uchylił się, skręcił ciało i kopnął napastnika w brzuch. Cho-je zniknął ponownie.

Joshua zrezygnował. Schował broń do kabury, odstąpił i obserwował walkę – wymianę błyskawicznych ciosów, kopnięć, nawet uderzeń głową, z ostrymi odgłosami trafień, i przekraczania – dwie postacie znikały i pojawiały się znowu, próbując zyskać przewagę. W czasie wypraw z Lobsangiem Joshua widział mnóstwo filmów z Jackie Chanem. A na Długiej Ziemi sam uczestniczył w starciach z elfami – kroczącymi humanoidami i doskonałymi łowcami; potrafiły przeskakiwać ze świata do świata z taką precyzją, że materializowały się obok przeciwnika z rękami wyciągniętymi już tak, by zacisnąć je na gardle. Teraz widział połączenie obu metod walki.

– HII-ARR-AARGH!

– Cho-je, ty durniu…

Wszystko się skończyło, kiedy Lobsang chwycił Cho-je za lewą rękę i ściskając mocno, wykonał salto z miejsca. Kiedy wylądował, nadal trzymał oderwaną w przegubie dłoń. Cho-je zdziwiony patrzył na kikut ramienia; Joshua zauważył iskierki LED wśród białej cieczy spływającej z rany na ziemię.

Cho-je skłonił się przed Lobsangiem.

– Piękna walka. Dobrze wiedzieć, że troska siostry Agnes cię nie zmiękczyła.

– Wręcz przeciwnie – zapewnił Lobsang. – Do następnego spotkania.

– Do następnego. Gdybym mógł odebrać moją kończynę…

Lobsang wręczył mu oderwaną dłoń, a Cho-je zniknął natychmiast.

– Kto to jest Cho-je?

Lobsang pocił się przekonująco.

– Jak mówiłem, to pomysł Agnes. Ona uważa, że jestem zbyt potężny. Że potrzebuję wyzwań. Więc muszę znosić nieskończone pasmo ćwiczeń i treningów. Prawdę mówiąc, Joshuo, pomysł Cho-je przyszedł jej do głowy, kiedy opowiadałem o naszych sparingach podczas wyprawy „Markiem Twainem”. Takie ćwiczenia niezwykle wręcz służą mojemu opanowaniu jednostki mobilnej, a Cho-je staje się przeciwnikiem coraz bardziej pomysłowym… zresztą oprócz tego partnera w starciach fizycznych zwerbowała też innego, jednego z dawnych mieszkańców Domu. To samotny młody człowiek, który bez reszty poświęcił się przeprowadzaniu chytrych ataków wirusowych na mnie.

– Wirusy, tak?

Ruszyli z powrotem do twaina.

– Wirusy są dla mnie większym zagrożeniem niż dowolna przemoc fizyczna, nieważne, ile backupów wykonam. Przy dowolnej synchronizacji między iteracjami otwieram się na potencjalnie zabójczy atak. Zastanawiam się, czy nie stworzyć chociaż jednej kopii rezerwowej całkowicie nieelektronicznej.

– Takiej jak…?

– Och, parę setek mnichów w jakimś skryptorium, nieskończenie przepisujących moje myśli z jednego papierowego tomu do drugiego. Skryptorium może na Księżycu.

– Jedno w tobie stanowczo się zmieniło, Lobsangu. Twoje żarty nadal są okropne, ale teraz przynajmniej umiem rozpoznać, że to żarty.

– Uznam to za komplement.

– I pomyśleć, że właśnie kiedy zdarzył się ten incydent z Cho-je, miałeś wygłosić wykład o zdrowym rozsądku.

– Możemy wrócić do tej dyskusji rano. Twain jest dość spartańsko urządzony, ale całkiem wygodny, jak się zapewne przekonasz.

– Masz jakieś dobre filmy?

– Oczywiście. Co tylko wybierzesz. Tylko proszę, nic ze śpiewającymi zakonnicami, jeśli można…