Długi kosmosTekst

Z serii: Długa Ziemia #5
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

THE LONG COSMOS

Copyright © Terry and Lyn Pratchett

and Stephen Baxter, 2016.

First published as The Long Cosmos

by Transworld Publishers,

a division of The Random House Group Ltd.

All rights reserved

Projekt okładki

Piotr Cieśliński/Dark Crayon

Ilustracje na okładce

© Composer, paylessimages, dreamypixel,

Ivan Grlic/Fotolia.com

Ilustracja kapsuły

© Richard Shailer

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja i korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8097-257-5

Warszawa 2017

www.proszynski.pl

Jacksowi Thomasowi i Malcolmowi Edwardsowi,

za ich wystawne przyjęcia,

na jednym z których odrodziła się

opowieść o Długiej Ziemi.

T.P.

Popieram. I Sandrze, jak zawsze.

S.B.


PRZEDMOWA

Projekt Długiej Ziemi narodził się podczas rozmowy na przyjęciu na początku 2010 roku, kiedy Terry Pratchett wspomniał mi o pewnym pomyśle z dziedziny science fiction, który dawno temu odłożył na bok. Zanim impreza dobiegła końca, postanowiliśmy rozwinąć tę fabułę wspólnie. Początkowo planowaliśmy dwie książki, ale w grudniu 2011, kiedy skończyliśmy pierwszy szkic tomu 1 (Długa Ziemia), ta pierwsza książka zdążyła się podzielić na dwie, nie mogliśmy się powstrzymać przed badaniem Długiego Marsa w tomie 3, i planowaliśmy, jak uzyskać wielką kosmiczną kulminację całej serii... W rezultacie w tym momencie mogliśmy już zaprezentować naszym heroicznie cierpliwym wydawcom plany całego pięcio­tomowego cyklu.

Książki ukazywały się w tempie jednej na rok, ale pisaliśmy szybciej. Czas nie pracował dla nas, a Terry miał też inne projekty, które chciał zrealizować. Dwa pierwsze tomy ukazały się w latach 2012 i 2013. Jednak już w sierpniu 2013 przekazaliśmy wydawcom konspekty końcowych trzech tomów cyklu, w tym również niniejszej książki. Potem pisaliśmy dalej. Ostatni raz spotkałem się z Terrym jesienią 2014 roku, kiedy pracowaliśmy – między innymi – nad fragmentem o „wielkich drzewach” w Długim Kosmosie (rozdział 39 i późniejsze). Moim obowiązkiem było przeprowadzenie książki przez etap redakcji i publikacji.

S.B.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ 1

DOŁĄCZCIE DO NAS

W drodze „dół” zawsze oznaczał Ziemię Podstawową. W dół, do zatłoczonych światów. W dół, do milionów ludzi.

„Góra” była kierunkiem światów ciszy i czystego powietrza Wysokich Meggerów.

Pięć kroków na zachód od Podstawowego Madison w Podstawowym Wisconsin, na małym wydzielonym cmentarzu przy domu dziecka, Joshua Valienté stał nad nagrobkiem swojej żony. Na dole, niemal tak daleko, jak było dla niego możliwe zejście w dół. W tym marcowym dniu panował dotkliwy chłód.

Helen Green Valienté Doak.

– O co tu chodzi, skarbie? – zapytał cicho. – Jak do tego doszliśmy?

Nie przynosił kwiatów. Nie musiał – dzieci dobrze opiekowały się małym cmentarzem, zapewne pod delikatnym nadzorem siostry John, starej przyjaciółki Joshuy, która teraz kierowała Domem. Prawdę mówiąc, ten nagrobek był jej pomysłem – miał stanowić pocieszenie dla Joshuy, kiedy się zjawiał. Helen uparła się, żeby pochowano ją na Podstawowej – świecie o wiele trudniej dostępnym.

Na kamieniu wyryto datę śmierci Helen, w 2067 roku. Trzy lata później Joshua miał wrażenie, że nadal usiłuje jakoś się pogodzić z brutalną rzeczywistością.

Był człowiekiem, który szukał samotności zawsze, a w każdym razie w długich okresach swego życia. Ten pęd był też przyczyną jego przeżyć z Dnia Przekroczenia. Już ponad pół wieku minęło od dnia, kiedy nieodpowiedzialny geniusz, niejaki Willis Linsay, opublikował specyfikację prostego w budowie aparatu, nazwanego w sieci „krokerem”. Kto go zrobił, przypiął do paska i nacisnął przełącznik u góry, ten „przekraczał”, opuszczając dawny świat, obecnie określany przez wszystkich Ziemią Podstawową. Trafiał do innego: milczącego i porośniętego puszczą, jeśli przekraczał z takiego miejsca jak Madison, Wisconsin, jak trzynastoletni Joshua. Mógł wtedy przesunąć przełącznik w drugą stronę i wrócić do punktu startowego albo też – jeśli był dostatecznie odważny, jak młody Joshua – wykonywać kolejne kroki, do następnego świata, i jeszcze następnego… Nagle otworzyła się Długa Ziemia, łańcuch światów równoległych, podobnych, ale nie identycznych. I – poza Ziemią Podstawową – wolnych od ludzi.

Dla takiego odludka jak Joshua Valienté było to idealną kryjówką. Ale dokądkolwiek uciekał, zawsze musiał w końcu wrócić. Teraz miał sześćdziesiąt siedem lat, jego żona umarła, a Sally Linsay zginęła dawno temu – dwie kobiety, dwa przeciwieństwa, które definiowały jego życie. Nawet jedyny syn praktycznie się nie kontaktował. Wydawało się, że Joshuę czeka już tylko samotność.

Poczuł nagły, ostry ból głowy, jakby prąd poraził go w skronie.

I stojąc tam, miał wrażenie, że coś usłyszał. Może poddźwiękowy łoskot głębokiego wstrząsu, falę dźwiękową tak potężną, tak gęstą energetycznie, że raczej wyczuwalną niż słyszalną.

Starał się skupić na tu i teraz – tym miejscu, nazwisku żony na nagrobku, prostokątnych budynkach tej Niskiej Ziemi – głównie drewniane ściany i panele słoneczne. Ale daleki dźwięk nie dawał mu spokoju.

Czyjeś wołanie odbijało się w Wysokich Meggerach jak echo.

DOŁĄCZCIE DO NAS

I o wiele dalej od Podstawowej, na pustym, rozgwieżdżonym niebie, gdzie powinna być Ziemia:

– To niemożliwe – uznała Stella Welch, wpatrując się w tablet.

Dev Bilaniuk westchnął.

– Wiem…

Stella miała już ponad sześćdziesiąt lat, o trzydzieści więcej od niego. Co więcej, była Następną: tak inteligentną, że kiedy naprawdę ruszała wzdłuż jakiejś linii spekulacji czy analizy, Dev – też przecież niegłupi, z doktoratem z uniwersytetu w Valhalli – ledwie dostrzegał na horyzoncie wzniesiony przez nią kurz. Owszem, w tej chwili nie wyglądała zbyt mądrze, zwłaszcza z perspektywy Deva: wisiała głową w dół w ogromnej komorze wewnątrz Ceglanego Księżyca, z chmurą sterczących na wszystkie strony nieważkich włosów. I wydawała się tak samo jak Dev zdumiona „Zaproszeniem”, przechwyconym przez radioteleskop CYKLOP.

– Przede wszystkim – stwierdziła – nie skończyliśmy jeszcze CYKLOPA.

– Jasne. Ale testy submacierzy jak dotąd były udane. I właś­nie przełączaliśmy się między rozmaitymi próbnymi celami, kiedy to... ten komunikat SETI… pojawił się w źródle danych, przeładował i…

– Poza tym mieliśmy raporty, że inne teleskopy, głównie na Niskich Ziemiach i na Podstawowej, też to wyłapały. Znaczy, na innych wykrocznych światach. To nie jest jakiś nadajnik strzelający przekazem radiowym na tym konkretnym niebie. To fenomen obejmujący całą Długą Ziemię. Jak to możliwe?

– Jakieś dziwne raporty pojawiały się też w outernecie. Niezwykłe zjawiska na Długiej Ziemi. Nic związanego z radioastronomią. Nietypowe elementy w długim wołaniu trolli…

Zdawało się, że nie zwraca na to uwagi.

– No i deszyfracja. – Raz jeszcze spojrzała na ekran tabletu, na którym widniały trzy krótkie słowa, w zwykłym angielskim: DOŁĄCZCIE DO NAS.

– Wydaje się, że pod podstawowym przekazem ukryto całą masę informacji – powiedział Dev. – Możliwe, że będzie trzeba pełnej macierzy CYKLOPA, żeby to ściągnąć.

– Chodzi o to – ciągnęła ze znużeniem – że odebrany przekaz dotarł tu z wkodowanym własnym algorytmem deszyfrującym, jakby to był jakiś wirus komputerowy. Algorytmem potrafiącym przełożyć własną treść na angielski…

– I na inne języki – dodał Dev. – To znaczy ludzkie języki. Sprawdziliśmy. Zrzuciliśmy całość na tablet będący własnością Chińczyka z naszej ekipy…

Dostał za to naganę. Ale napięte stosunki między Chinami i krajami zachodnimi na Ziemi Podstawowej tutaj – dwa miliony światów dalej – nie miały większego znaczenia.

– Jak? – mruknęła zirytowana Stella. – Do diabła, w jaki sposób do nas mówią? Prawdopodobnie bez żadnej uprzedniej wiedzy o ludzkości i naszych językach? Podejrzewamy, że komunikat został wysłany przez jakąś bardzo daleką cywilizację, od strony Strzelca. Może o lata świetlne od nas, może nawet z okolic jądra galaktyki. Nasze wycieki radiowe nie mogły jeszcze tam sięgnąć, nawet z Podstawowej.

Bombardowany zdaniami Dev stracił cierpliwość.

– Pani profesor, pani doświadczenia w tej dziedzinie są o dziesięciolecia dłuższe od moich. Pisała pani teksty, z których się uczyłem. W dodatku należy pani do Następnych. Dlaczego to mnie pani pyta?

Spojrzała mu w oczy i poza niecierpliwą irytacją dostrzegła błysk humoru.

– Mimo to powiedz, co o tym sądzisz. Jakieś pomysły?

Wzruszył ramionami.

– Wydaje mi się, pani profesor, że w przeciwieństwie do pani jestem przyzwyczajony do życia w jednym świecie z istotami mądrzejszymi ode mnie. Ci… Sagittarianie… są jeszcze mądrzejsi. Mądrzejsi od pani. Chcieli coś nam powiedzieć i wiedzieli, jak to zrobić. Najważniejsze teraz, jak pani wie, to wymyślić, co robić dalej.

Uśmiechnęła się.

– Oboje znamy odpowiedź na to pytanie.

On także się uśmiechnął.

 

– Potrzebujemy większego teleskopu.

DOŁĄCZCIE DO NAS

I jeszcze dalej od Ziemi Podstawowej:

Pewnego dnia Joshua Valienté miał tego podstarzałego trolla nazwać „Sancho”. Ale on już miał imię, w pewnym sensie, w swojej gromadzie trolli – choć nie takie, które jakakolwiek ludzka istota potrafiłaby rozpoznać czy wymówić. Było to raczej złożone podsumowanie jego tożsamości, motyw w nieskończonej pieśni trolli.

I teraz, karmiąc się pożywnym mięsem bizona, w zapadającym powoli wczesnowiosennym zmierzchu, Sancho zaniepokoił się. Upuścił swój kawał żebra, wyprostował się i zbadał wzrokiem horyzont. Inne warknęły, na moment oderwane od jedzenia, ale zaraz wróciły do posiłku. Sancho jednak wciąż stał nieruchomo, nasłuchiwał i patrzył.

Trolle miały za sobą udany dzień tutaj, w sercu innej Ameryki Północnej. Od długiego czasu tropiły stado zwierząt, które były jak bizony, ale nie całkiem. Trolle miały na oku – grupowym, stadnym oku – pewnego konkretnego samca, który utykał ciężko i wlókł się z tyłu za całą grupą. Trolle posuwały się w stronę zachodzącego słońca, niewidoczne, podążające równolegle do truchtu bizona przez oddalone o kilka kroków światy. Ich zwiadowcy pojawiali się na moment, by sprawdzić stan ofiary, a potem natychmiast wracali, aby tańcem, gestami i pohukiwaniem przekazać meldunki.

I w końcu stary bizon się potknął.

Dla samego zwierzęcia było to zakończenie długiej historii życia. Tylna noga nigdy się porządnie nie zrosła po złamaniu z przemieszczeniem, którego doznał jako zaledwie cielę. I teraz w końcu go zdradziła.

Leżącego i dyszącego w upale samca natychmiast otoczyli łowcy: wielkie i ociężałe humanoidy o futrach czarnych jak noc, z kamiennymi nożami i zaostrzonymi kijami w masywnych dłoniach. Zaatakowały, kłując i tnąc, celując w ścięgna, starając się przecinać żyły, próbując przebić serce. Trolle dysponowały pewną wysublimowaną inteligencją, ale nie jako wytwórcy narzędzi. Używały rozłupanych kamieni i kijów, ale nie potrafiły atakować ofiar z dystansu – nie miały łuków ani nawet oszczepów. W rezultacie polowanie było bezpośrednie i bliskie, wspaniale fizyczne – wielkie muskularne ciała rzucane na ofiarę, dopóki nie padała w efekcie zwykłej aplikacji siły. Bizon był stary i dumny: z rykiem spróbował stanąć do walki, ale znów upadł, pokonany kolejnymi atakami łowców.

To właśnie Sancho zadał bizonowi ostateczny cios, jednym uderzeniem ciężkiego kamienia roztrzaskując mu czaszkę.

Trolle zebrały się nad powalonym zwierzęciem i zaśpiewały swoją pieśń zwycięstwa: o radości z bliskiego posiłku, o szacunku dla ofiarowanego przez bizona daru życia. A potem zajęły się dzieleniem mięsa.

Niebawem zaczęła się uczta: najpierw wątroba, nerki, serce. Już wkrótce wieści o udanym polowaniu będą rezonować w długim wołaniu trolli, powtarzanym przez ich stada na tysiącach światów – i na zawsze utkwią w pamięci pewnych starszych osobników, takich jak Sancho.

Teraz jednak, gdy ten udany dzień dobiegał końca, coś odwróciło uwagę Sancha od zdobyczy. Coś usłyszał. Albo… nie usłyszał.

Co to było? Jego umysł różnił się od ludzkiego, ale był przestronny i pełen zakurzonych wspomnień. Nie znał ludzkich słów – ale gdyby je znał, mógłby to, co usłyszał albo co wyczuł, nazwać „Zaproszeniem”.

Sancho spojrzał na swoją grupę: samce, samice i młode, z satysfakcją pożerające mięso. Spędził z nimi długie lata, widział, jak rodzą się dzieci, jak starzy padają i umierają. Znał ich tak dobrze, jak samego siebie. Byli całym jego światem. Teraz jednak zobaczył ich takimi, jakimi byli naprawdę: garstka zwierząt zagubionych w pustym, nagim krajobrazie. Skulonych i bezradnych w ciemności.

A zza horyzontu coś się zbliżało.

DOŁĄCZCIE DO NAS

W świecie oddalonym o kilka kroków od Podstawowej, w nowej, kamiennej kaplicy w cieniu historycznej angielskiej parafii pod wezwaniem św. Jana nad Wodami:

Nelson Azikiwe miał już siedemdziesiąt osiem lat i oficjalnie przeszedł na emeryturę. Prawdę mówiąc, przybył tutaj, ponieważ jego dawna parafia na Podstawowej – teraz skuta lodem na świecie wciąż przeżywającym długą zimę wulkaniczną – była miejscem, gdzie w swym długim i pełnym wędrówek życiu czuł się najbardziej w domu. Gdzie jeszcze mógł spędzić lata emerytury?

Ale dla kogoś takiego jak Nelson stan spoczynku był jedynie etykietą. Nadal z całych sił trudził się nad rozmaitymi projektami, tyle że teraz miał prawo nazywać to rozrywką, nie pracą.

Oczywiście, bardzo pomogła mu rozwijająca się infrastruktura techniczna tej Niskiej Ziemi, która umożliwiała komunikację, niezbędną do utrzymania kontaktów z szerokim światem, a raczej światami, bez konieczności opuszczania wygodnego saloniku. Mógł codziennie porozumiewać się z Quizmasters, sieciową grupą podstarzałych, paranoicznych i obsesyjnych osobników – o ile wiedział, żadnego z nich nie spotkał nigdy osobiście – rozproszonych obecnie po Niskich Ziemiach i dalej. Mimo to przez dziesięciolecia zdołali utrzymać regularne kontakty, w ostateczności wymieniając się kość­mi pamięci. Dziwił fakt, że do dzisiaj, ponad pół wieku od dnia przekroczenia, nikt jeszcze nie wymyślił sposobu przekazywania wiadomości do wykrocznych światów – sposobu innego niż fizyczne jej przeniesienie.

W tej chwili uwagę Quizmasters zajęło zjawisko określane jako „Zaproszenie”. Wieści o tym, że radioteleskop w Szczelinie odebrał sygnał pochodzący zapewne od obcej cywilizacji, przez pewien czas były sensacją w mediach Niskich Ziemi – choć zaściankowych i obsesyjnie zajętych lokalną polityką i celebrytami. Nastąpił grad raportów, burza spekulacji o galaktycznej przyszłości człowieka albo niedalekiej zgubie z kosmosu, a potem wszyscy o temacie zapomnieli. Ale nie Quizmasters. Niektórzy z nich uważali, że wiadomość jest tym, na co w oczywisty sposób wygląda: obcym sygnałem z nieba, spełnieniem wieloletnich marzeń programu SETI – Search for Extraterrestrial Intelligence, przekazem szepczącym do radioteleskopów na każdym wykrocznym świecie, gdzie tylko je zbudowano. Inni sądzili, że tak nie jest – właśnie dlatego, że to najbardziej oczywiste wyjaśnienie. Może chodzi o jakiś tajny wojskowy eksperyment, jakąś korporacyjną wirusową infiltrację albo pierwsze posunięcia od dawna przepowiadanej chińskiej inwazji na bezsilną post-Yellowstone’ową Amerykę.

I właśnie kiedy Nelson przesiewał codzienne wiadomości na ten gorący temat, otrzymał bardziej osobiste zaproszenie.

Ekrany na wszystkich jego tabletach i innych urządzeniach nagle poczerniały. Nelson usiadł wygodnie w fotelu, podejrzewając wyłączenia prądu – całkiem częste w świecie, którego produkcja elektryczności opierała się na ostrożnym spalaniu drewna. Ale po chwili jeden ekran po drugim rozjaśniły się, ukazując tę samą znajomą twarz: męską, spokojną, pod ogoloną czaszką.

Nelsona przeszył dreszcz wyczekiwania.

– Witaj, Lobsangu. Myślałem, że znowu odszedłeś.

Twarz uśmiechnęła się, a rozmaite urządzenia w pokoju rozbrzmiały głosem niczym uderzenie w gong w buddyjskiej świątyni.

– Dzień dobry, Nelsonie. Rzeczywiście, odszedłem. Traktuj moją obecność tutaj jako rodzaj poczty głosowej…

Nelson zastanowił się, z jak dużą częścią Lobsanga rozmawia. Miał wrażenie, że w stanie pełnej funkcjonalności Lobsang kieruje niemal całą Ziemią Podstawową, więc język mówiony musiał być dla niego metodą komunikacji równie wydajną, co – na przykład – jodłowanie alfabetem Morse’a. Ten awatar był pewnie zaledwie trochę bardziej złożonym generatorem mowy. A jednak, uświadomił sobie Nelson, Lobsang pamiętał o tym, by ta „poczta głosowa” uśmiechnęła się do starego przyjaciela.

– Mam wiadomość dla ciebie – powiedział Lobsang.

Ekran tabletu przed Nelsonem mrugnął znowu; twarz Lobsanga zniknęła, zastąpiona fotografią dziecka, opalonego chłopca w wieku dziesięciu, może jedenastu lat.

– To ktoś, kogo sam niedawno odkryłem. Odezwała się zdalna sonda, trochę spóźniona…

– Kto to jest?

– To twój wnuk, Nelsonie.

DOŁĄCZCIE DO NAS

O wiele dalej od Podstawowej, ponad dwieście milionów kroków dalej:

USS „Charles M. Duke” nie był okrętem admirał Maggie Kauff­man. W wieku sześćdziesięciu ośmiu lat była już za stara na dowodzenie operacją, a nawet oficjalnie przeszła w stan spoczynku. Nie przeszkadzało jej to naprzykrzać się dawnym dowódcom i nominalnym następcom w szeregach tego, co pozostało z dawnej marynarki wojennej USA. Ale ta ostatnia misja w głąb Długiej Ziemi była jej pomysłem, jej inspiracją – do diabła, była efektem jej osobistej dwudziestopięcioletniej kampanii, by rozwiązać i domknąć niedokończoną sprawę.

I kiedy kapitan Jane Sheridan powiedziała jej o wiadomości odebranej z Hawajów Podstawowych, Maggie zrozumiała, że sprawa będzie musiała poczekać jeszcze trochę.

Nie ustąpiła jednak bez walki.

– Jesteśmy już tak blisko! Pokonaliśmy dwieście milionów światów z drobnymi.

– I jeszcze pięćdziesiąt tysięcy zostało do pokonania, najtrudniejszy odcinek…

– Bzdura. Tę łajbę mogłabym przeprowadzić przez „najtrudniejszy odcinek” choćby we śnie.

– Obawiam się, madam, że rozkazy są całkiem jednoznaczne. Mamy zawrócić. Niecodziennie wysyłają szybkie łodzie kurierskie z takimi poleceniami. A poza tym ta wiadomość jest do pani, madam. Admirał Cutler zwłaszcza panią prosi o powrót.

– Ed Cutler nie potrafiłby dowodzić nawet cieknącą balią.

– Nie mogę się wypowiadać w tej kwestii, madam.

– Jestem na emeryturze!

– Oczywiście, że tak, pani admirał.

– I nie muszę słuchać rozkazów tego starego biurkownika.

– Ale ja muszę, madam – przypomniała spokojnie Sheridan.

Maggie westchnęła i przez solidne iluminatory na pokładzie obserwacyjnym spojrzała na wulkaniczny pejzaż ostatniej wykrocznej Ziemi. Kuter pościgowy wisiał na niebie obok „Duke’a”.

– Ale dotarliśmy już tak daleko… – westchnęła smutnie. – I minęło tyle czasu…

Dwadzieścia pięć lat, odkąd zostawiła zespół naukowy na Zachodniej 247 830 855 – na bardzo dziwnej Ziemi, będącej zaledwie księżycem większej planety. Ponad dwadzieścia lat, odkąd misja wsparcia odkryła, że zniknęli.

– To moi ludzie, Jane.

– Wiem, madam. – Sheridan dobiegała trzydziestki, ale była sprawna i wydawała się o wiele starsza. – Ale ja widzę to tak. Po dwudziestu pięciu latach oni albo nie żyją, albo znaleźli sposób, by przetrwać. Tak czy tak, poczekają jeszcze trochę.

– Niech to szlag… Nie tylko jesteś wręcz śmiesznie młoda, ale też wręcz śmiesznie rozsądna. Owszem, masz rację. I niech szlag trafi Cutlera. O co w tym chodzi? Jakie zaproszenie?

– Wiem tyle, co i pani, pani admirał.

Dyskutowały jeszcze, kiedy „Duke” ruszył w długą drogę do domu, i wróciło wywołane regularnym przekraczaniem delikatne wrażenie kołysania. Za oknami przefruwały całe światy, jeden na sekundę, potem dwa, potem cztery, upał i chłód, krajobrazy, formy życia i systemy klimatyczne… Pojawiały się i znikały w mgnieniu oka. Ale nikt nawet nie patrzył na te rutynowe cuda.

DOŁĄCZCIE DO NAS

I gdzie indziej:

W ten chłodny marcowy dzień wygolony na zero nowicjusz siedział ze skrzyżowanymi nogami przy niskim stoliku i w skupieniu pracował nad tekstem, pochodzącym z ósmego wieku naszej ery. I nagle jego uwagę odwrócił daleki dźwięk. Ciche wołanie.

Nie rozmowy i śmiechy wieśniaków, niosące się w czystym powietrzu Himalajów: starych mężczyzn z fajkami, kobiet nad praniem, małych dzieci bawiących się drewnianymi, ręcznie robionymi zabawkami. Ani brzęk krowich dzwonków z przełęczy. Ten dźwięk był niczym głos – pomyślał chłopiec – odbijający się echem od zimnych, białych, okrytych lodem zboczy gór, wyrastających nad tą doliną, głęboko w dawnym Tybecie.

Głos brzęczący mu w głowie. Słowa cicho wymawiane:

…Ludzkość musi się rozwijać. Taka jest logika naszego skończonego kosmosu: musimy wznieść się, by sprostać jego wyzwaniom, jeśli nie chcemy wraz z nim przeminąć. Pomyśl. Nazywamy siebie myślącymi, ale jaki byłby prawdziwy Homo sapiens? Co by zrobił? Z pewnością przede wszystkim chroniłby swój świat, albo światy. Spoglądałby w niebo, szukając innych form świadomego życia. I patrzyłby na wszechświat jako całość…

– Joshua? – zawołał chłopiec.

Mistrz uderzył otwartą dłonią o blat stolika, aż chłopiec podskoczył.

– Uważaj, Lobsangu!

DOŁĄCZCIE DO NAS

DOŁĄCZCIE DO NAS

Słowa spływały z nieba wzdłuż Długiej Ziemi, gdziekolwiek znalazły się uszy do słuchania, oczy do patrzenia i umysły do rozumienia.

Stojąc nad nagrobkiem swej żony, Joshua nie potrzebował żadnych zaproszeń.

 

– Zostawcie mnie w spokoju, do diabła!

I przekroczył gniewnie.

Powietrze wypełniło przestrzeń po nim i delikatny wietrzyk musnął płatki kwiatów na grobie.

Ale głos z niebios wciąż nie milkł.

DOŁĄCZCIE DO NAS

DOŁĄCZCIE DO NAS

DOŁĄCZCIE DO NAS