Ktoś jest w twoim domuTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Stephanie Perkins

Ktoś jest w twoim domu


Tytuł oryginału

There’s Someone Inside Your House ISBN 978-83-8116-985-1 Copyright © 2017 by Stephanie Perkins All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2020 Redaktor prowadzący Dariusz Wojtczak Redakcja Adriana Staniszewska Projekt graficzny okładki Mariusz Banachowicz Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Dla Jarroda, najlepszego przyjaciela i prawdziwej miłości

Ludzie przeżywają taki ból tylko raz;Ktoś jest w twoim domu

ból pojawia się ponownie, ale trafia w twardszą ścianę.


WILLA CATHER

Pieśń skowronka

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kiedy wróciła do domu, ujrzała na wycieraczce minutnik w kształcie jajka.

Haley Whitehall spojrzała przez ramię, jakby spodziewała się, że kogoś za sobą zobaczy. W oddali czerwony kombajn przetaczał się przez pola kukurydzy. To jej ojciec. Był czas zbiorów. Matka też jeszcze nie wróciła z pracy — była zatrudniona jako technik dentystyczny u jedynego stomatologa w mieście. Które z nich zostawiło tu minutnik? Gdy Haley go podnosiła, pod ciężarem jej ciała próchniejące deski ganku ugięły się i lekko rozsunęły. Przedmiot zagrzechotał w jej dłoni. Dzień był zimny, lecz plastikowa obudowa — ciepła. Dość ciepła.

Zadzwonił jej telefon. To oczywiście była Brooke.

— Jak tam krew? — zapytała ją Haley.

Jej przyjaciółka jęknęła.

— Koszmar.

Haley weszła do środka, a siatkowe drzwi się za nią zatrzasnęły.

— Jakaś szansa, że pani Colfax odpuści?

Wmaszerowała prosto do kuchni i rzuciła plecak na czarno-białą podłogę przypominającą szachownicę. „Strawa duchowa!” Dziś po południu próba była szczególnie wyczerpująca.

— Nigdy. — Brooke prychnęła. — Nigdy nam nie odpuści. Komu potrzebny jest zdrowy rozsądek, skoro ma ambicje?

Haley odstawiła minutnik na blat — tam, gdzie było jego miejsce — i otworzyła lodówkę.

— Normalnie opowiadałabym się za ambicjami. Ale, ale. Naprawdę nie mogę się doczekać sceny, w której będę tonęła w syropie kukurydzianym.

— Gdybym miała pieniądze, sama kupiłabym profesjonalne rekwizyty. Sprzątanie widowni będzie koszmarem, nawet mimo tych wszystkich wodoodpornych plandek, brezentów i folii.

W większości przedstawień teatralnych musicalu Sweeney Todd używano przynajmniej pewnej ilości sztucznej krwi: przy brzytwach znajdowały się ukryte gumowe gruszki do ściskania, w ustach aktorów — żelowe kapsułki z krwią, wierzchnia odzież skrywała zakrwawione ubrania pod spodem. Dodatkowy zamęt mogły powodować czerwone zasłony, czerwone światła lub szaleńcze crescendo skrzypiec.

Niestety, nauczycielka muzyki w ich liceum, pani Colfax, miała wielkie zamiłowanie do dramatyzmu, jakkolwiek by go definiować. Zeszłoroczne przedstawienie Piotruś Pan, do którego aż z Nowego Jorku ściągnęła prawdziwe uprzęże do latania, skończyło się złamaniem kości zarówno u Wendy, jak i u Michaela Darlinga. W tym roku pani Colfax nie tylko chciała, by demoniczny fryzjer podrzynał gardła swoim klientom, ale także zapragnęła zalać ich krwią pierwsze trzy rzędy. Tę część widowni nazywała „strefą krwi”.

Brooke była inspicjentką. Traktowała to zadanie jako zaszczyt, lecz mimo podejmowanych prób nie była w stanie zapanować nad szalonymi pomysłami pani Colfax.

A w każdym razie nieszczególnie jej się to udawało.

Haley przyciskała ramieniem telefon do ucha, równocześnie chwytając w ręce paczki z serem provolone i krojoną szynką z indyka, a także torebkę ze wstępnie umytą sałatą i słoik z sosem majonezowym.

— Shayna musi się zmagać z jej szaleństwem.

— Shayna przede wszystkim zmaga się z własnym szaleństwem — odparła Brooke.

Shayna była temperamentną — i nierzadko wybuchową — projektantką kostiumów. Trudno było o przyzwoite kostiumy w prowincjonalnej Nebrasce, i to z zerowym budżetem, a teraz na dodatek dziewczyna musiała się zajmować usuwaniem plam krwi ze strojów.

— Biedna Shayna. — Haley rzuciła wiktuały na blat kuchenny. Wzięła leżący najbliżej bochenek chleba, pszenny z jakimiś ziołami, który jej matka upiekła ubiegłej nocy. Piekła, by się odprężyć. Używała wprawdzie wypiekacza do chleba, lecz mimo to... Cóż, miło z jej strony.

— Biedna Brooke! — odrzekła jej przyjaciółka.

— Biedna Brooke — zgodziła się z nią Haley.

— A jak dzisiaj poszło Jonathanowi? Trochę lepiej?

Haley się zawahała.

— Nie słyszałaś go?!

— Przeprowadzałam na parkingu testy przeciwbryzgowe.

Haley grała w sztuce panią Lovett, a chłopak Shayny, Jonathan, odtwarzał postać Sweeneya; były to główne role, żeńska i męska. Haley, chociaż była dopiero w przedostatniej klasie, od dwóch lat grywała w kółku teatralnym główne role, dostawała również solówki w chórze szkolnym. Zarówno jako aktorka, jak i wokalistka (miała mocny kontralt) była po prostu lepsza od rówieśników. Naturalna. I nie sposób było jej na scenie przeoczyć.

Jonathan natomiast był... nieco powyżej średniej. Miał charyzmę, co wzmacniało jego osobowość sceniczną. Niestety, ten musical znacznie przekraczał jego możliwości. Od tygodni chłopak zmagał się z Epiphany, swoją najtrudniejszą piosenką solową. Piosenki, które wykonywał, wypadały fatalnie, jakby ciągle był czymś przerażony, ale prawdziwą zgrozą były jego duety.

Brooke wyraźnie czuła, że Haley nie ma ochoty plotkować.

— Oj, przestań — dorzuciła. — Jeśli sama nic nie powiesz, a to wypłynie, będziesz wiedziała, że to ja wygadałam.

— To jest po prostu... — Haley posmarowała kawałek chleba sosem majonezowym, po czym wrzuciła do zlewu brudny nóż. Umyje go później. — Próbę od początku do końca poświęciliśmy wyłącznie A Little Priest. I to nie na całą piosenkę, lecz na kilka taktów, które powtarzaliśmy w kółko. Przez dwie cholerne godziny.

— Jezu.

— Pamiętasz ten fragment, w którym śpiewamy jednocześnie różne linie melodyczne? A nasze głosy powinny... hmm... wibrować z podniecenia?

— Kiedy Sweeney w końcu się zorientował, że pani Lovett chce się pozbyć jego ofiar, robiąc z nich... paszteciki? — mówiąc to, Brooke bez wątpienia szelmowsko się uśmiechała.

— To była katastrofa. — Haley zaniosła swój talerz do salonu, ale nie usiadła. Krążyła po pokoju. — Nie sądzę, żeby Jonathan potrafił to zrobić. Naprawdę uważam, że nie jest w stanie. Śpiewa unisono, dotrzymuje kroku...

— W pewnym sensie.

— W pewnym sensie — przyznała Haley. — Ale jeśli ktoś śpiewa inne słowa niż on, co jakiś czas przerywa i zaczyna na nowo. Mam wrażenie, jakby walczył z tętniakiem.

Brooke się roześmiała.

— Właśnie dlatego wcześniej wyszłam. Czułam się jak suka, ale, mój Boże, nie mogłam dłużej tego znieść.

— Nikt nie nazwałby cię suką.

Haley przełknęła spory kawałek szynki z indyka. Starała się zachować równowagę — utrzymać i telefon, i talerz, jedząc kanapkę i krążąc po pokoju — ale nawet tego nie zauważała. Była zmartwiona.

— Jonathan tak by mnie nazwał.

— Jonathan nie powinien był dostać tej roli.

— Uważasz, że powinnam do niego zadzwonić i przeprosić?

— Nie. Nie! Za co?

— Za to, że byłam tak oschła wobec niego.

— To nie twoja wina, że facet nie radzi sobie z Sondheimem1.

To była prawda, ale Haley wciąż wstydziła się swojej frustracji. I tego, że wyszła z próby. Opadła teraz ciężko na starą, obitą sztruksem kanapę, jeden z wielu reliktów z czasów, gdy dom należał do jej dziadków. Westchnęła. Brooke powiedziała coś jeszcze w ramach solidarności z przyjaciółką, lecz telefon Haley akurat w tym momencie wykonał swój głupi numer.

— Co powiedziałaś? Co chwila tracę zasięg.

— Więc zadzwoń do mnie ze stacjonarnego.

Haley zerknęła na telefon bezprzewodowy, który stał na niskim stoliku, zaledwie kilka kroków od niej. Uznała jednak, że to zbyt duży wysiłek.

— Już dobrze — skłamała.

Brooke powoli relacjonowała jej swoje trudności w pracy inspicjentki, a Haley zaczęła myśleć o czymś innym. I tak słyszała tylko jedną trzecią z opowieści przyjaciółki. Resztę stanowiły zakłócenia.

Zapatrzyła się w okno i dokończyła kanapkę. Słońce wisiało nisko na horyzoncie. Świeciło ponad polami kukurydzy, przez co kruche łodygi wyglądały na miękkie i zmatowiałe. Jej ojciec nadal tam był. Gdzieś tam. O tej porze roku każdy słoneczny dzień spędzał na polu. Świat wydawał się opuszczony. Stanowił zupełne przeciwieństwo głośnej, barwnej, entuzjastycznej grupy ludzi, których Haley zostawiła w szkole. Powinna wytrzymać do końca próby. Nienawidziła ciszy i poczucia izolacji, które przenikały jej dom. Na swój sposób ją to męczyło.

 

Zamruczała do telefonu ze współczuciem, chociaż nie miała pojęcia, z jakiego powodu miałaby współczuć, a potem wstała. Odniosła talerz do kuchni, spłukała okruchy i otworzyła zmywarkę.

Jedyną rzeczą w środku był brudny nóż do masła.

Spojrzała na zlew, który był pusty. Zmarszczyła brwi. Włożyła talerz do zmywarki i potrząsnęła głową.

— Nawet jeśli uda nam się sprawić, że rozpylacz zadziała — mówiła Brooke, a jej słowa nagle zaczęły docierać wyraźnie — nie jestem pewna, czy wystarczająco dużo osób zechce usiąść w pierwszych trzech rzędach. No wiesz, kto idzie do teatru, by założyć poncho i dać się obryzgać krwią?

Haley wyczuła, że jej przyjaciółka potrzebuje kilku słów wsparcia.

— W ten weekend jest Halloween. Ludzie kupią bilety. Pomyślą, że to dobra zabawa.

Zrobiła krok w stronę schodów — ku sypialni — i nadepnęła trampkiem na mały, twardy przedmiot. Ten przeleciał po płytkach podłogowych, ślizgając się i grzechocząc, pobrzękując i podzwaniając, aż uderzył o próg przed spiżarnią.

Tym przedmiotem był... minutnik w kształcie jajka.

Haley przestało bić serce. Tylko na moment.

Poczuła na plecach nieprzyjemne ciarki, gdy szła w stronę drzwi do spiżarni, które jedno z jej rodziców zostawiło uchylone. Zamknęła je, popychając je palcami, a potem powoli podniosła minutnik. Wydawał się ciężki. Mogłaby jednak przysiąc, że postawiła go na blacie, ale może upuściła go na podłogę wraz z plecakiem.

— ...nadal słuchasz?

Głos ledwo do niej docierał.

— Co takiego?

— Pytałam, czy nadal mnie słuchasz.

— Wybacz — powiedziała. Zagapiła się na minutnik. — Pewnie jestem bardziej zmęczona, niż sądziłam. Chyba się zdrzemnę, zanim mama wróci do domu.

Rozłączyły się, a Haley wcisnęła telefon do prawej przedniej kieszeni dżinsów. Ponownie umieściła minutnik na kuchennym blacie. Był gładki i biały. Nieszkodliwy. Nie umiała wskazać powodów, ale ten cholerny przedmiot po prostu ją niepokoił.

Poszła na górę i od razu się położyła, opadając ze zmęczenia, a później skopując z nóg trampki, zbyt wyczerpana, by rozwiązać sznurowadła. Telefon dźgał ją w biodro. Wyciągnęła go z kieszeni i rzuciła na stolik nocny. Światło zachodzącego słońca wpadało przez okno pod idealnym, irytującym kątem, aż się skrzywiła i przewróciła na drugi bok.

Natychmiast zasnęła.

* * *

Obudziła się przestraszona. Serce waliło jej jak młotem, a w domu panowały ciemności.

Wypuściła powietrze z płuc; to był długi, rozluźniający, sięgający przepony wydech. I wtedy uświadomiła sobie dźwięk. Dźwięk, który ją obudził.

„Tykanie!”

Dziewczyna poczuła, jak ścina jej się w żyłach krew. Przeturlała się w stronę stolika nocnego. Telefon zniknął, a na jego miejscu, dokładnie na wysokości jej oczu, stał minutnik w kształcie jajka.

Który właśnie przestał tykać.

1 Stephen Sondheim — autor musicalu Sweeney Todd (przyp. tłum.).

ROZDZIAŁ DRUGI

Następnego ranka w całej szkole huczało z powodu dwóch zdarzeń: brutalnego zabójstwa dokonanego na Haley Whitehall i pofarbowanych na nowy, różowy kolor włosów Olliego Larssona.

— Można by pomyśleć, że mniej się będą przejmowali włosami — zauważyła Makani.

— To Osborne w stanie Nebraska. — Jej przyjaciel, Darby, spijał ostatnie krople mrożonej kawy zakupionej na stacji benzynowej. — Populacja: dwa tysiące sześćset osób. Wierz mi, chłopak z różowymi włosami to dla wszystkich równie wielki szok co śmierć powszechnie uwielbianej uczennicy.

Patrzyli przez przednią szybę auta Darby’ego na drugi koniec parkingu, gdzie Ollie opierał się o ceglaną ścianę biura dyrektora. Czytał książkę w miękkiej oprawie i ostentacyjnie ignorował szepty — i głośniejsze uwagi — kolegów ze szkoły.

— Słyszałam, że poderżnięto jej gardło w trzech miejscach. — Makani przerwała. Okna samochodu były opuszczone, więc ściszyła głos. — Przecięcia wyglądały jak uśmiechnięty emotikon.

Darby’emu aż wypadła słomka z ust.

— To o-krop-ne! Kto ci o tym powiedział?

Wzruszyła ramionami, czując się niezręcznie.

— Po prostu słyszałam.

— O Boże! A dzień się nawet dobrze nie zaczął.

Nagle przy oknie od strony pasażera pojawiła się pociągła twarz z podkreślonymi czarną kredką oczami.

— Cóż, a ja słyszałam...

Makani aż podskoczyła.

— Jezu, Alex!

— ...że zrobił to Ollie. A potem użył jej krwi do pofarbowania włosów.

Makani i Darby gapili się na nią z szeroko otwartymi ustami.

— Żartuję. Oczywiście. — Otworzyła tylne drzwi, wrzuciła futerał z trąbką i wślizgnęła się do środka. Samochód był ulubionym miejscem ich porannych spotkań. — Ale ktoś tu coś takiego powie.

W jej dowcipie było zbyt wiele prawdy. Makani się skrzywiła.

Alex dla podkreślenia kopnęła oparcie jej siedzenia granatowym glanem.

— No nie, nie wierzę w to. Nadal coś do niego czujesz, zgadza się?

Niestety, taka była prawda.

Oczywiście, nadal coś czuła do Olliego.

Od chwili przyjazdu do Nebraski Makani Young nie mogła oderwać oczu od Olivera Larssona. Był bez wątpienia najdziwniej wyglądającym facetem w całym liceum Osborne High. Ale też dzięki temu najbardziej interesującym! Był chudy, jego kości biodrowe były tak wystające, że wydawało jej się to seksowne, a kości policzkowe miał tak wydatne, że kojarzyły się z pozbawioną skóry czaszką; wrażenie to potęgowały jego jasne, niemal niewidoczne brwi. Zawsze nosił ciemne dżinsy i gładkie czarne koszulki z krótkim rękawem. Jedyną jego ozdobą był srebrny kolczyk — cienkie kółko pośrodku dolnej wargi. Właściwie chłopak wyglądał jak szkielet.

Przechyliła głowę. Może jednak mniej przypominał go teraz, gdy jego jasnoblond włosy zyskały kolor jaskrawego różu.

— Pamiętam, jak sama się w nim durzyłaś — wytknął Alex Darby.

— Tak, chyba jakoś w ósmej klasie. Dopóki nie zdałam sobie sprawy, że facet jest totalnym samotnikiem. Że nie zamierza umawiać się z nikim, kto chodzi do naszej szkoły. — Co było u niej rzadkie, zastanowiła się i powiedziała skrępowana: — Przykro mi, Makani.

Makani i Ollie spotykali się zeszłego lata. W pewnym sensie... Na szczęście jedyne osoby, które o tym wiedziały, siedziały tutaj, w samochodzie Darby’ego.

— Nie ma sprawy — odrzekła Makani, ponieważ łatwiej jej było to powiedzieć, niż stwierdzić, że jest inaczej.

Na temat Olliego krążyło wiele plotek: że sypiał tylko ze starszymi od siebie kobietami, że sypiał tylko ze starszymi mężczyznami, że sprzedawał opioidy skradzione z posterunku policji, gdzie pracował jego brat, że kiedyś omal nie utonął w płytkiej części rzeki. Że gdy go uratowano, był kompletnie pijany i goły jak święty turecki.

Z drugiej strony, ich szkoła była mała. O każdym krążyły tu różne plotki.

Makani doskonale wiedziała, że nie powinna wierzyć w żadną z nich. Plotki, nawet prawdziwe, nigdy nie opowiadają całej historii. Właśnie z powodu plotek sama unikała większości koleżanek z grupy. To był instynkt samozachowawczy. Widząc w niej równie ponurą bratnią duszę, Darby i Alex przyjęli ją do swojej paczki, kiedy musiała się przeprowadzić z Hawajów w połowie roku szkolnego, będąc w przedostatniej klasie. Jej rodzice się rozwodzili i postanowili wysłać ją na jakiś czas, by miała choć trochę normalności, do babci.

Normalność! Z babcią! Na jakimś zadupiu!

Tak przynajmniej tłumaczyła swoją sytuację przyjaciołom. Ale podobnie jak w plotkach, było w tym wyjaśnieniu kukurydziane ziarno prawdy. Po prostu brakowało pozostałej części kolby kukurydzy.

Jej rodzice nigdy, nawet w najlepszych czasach, nie zwracali na nią zbytniej uwagi, a do tego niedawno się rozstali, gdy doszło do incydentu na plaży. Po incydencie natomiast... nie mogli już na nią patrzeć. Ona zresztą też nie lubiła patrzeć na siebie.

Tak, zasłużyła sobie na to wygnanie.

Teraz była połowa października i Makani przebywała w Osborne od prawie roku. Chodziła do ostatniej klasy, tak samo jak Darby i Alex. Cała trójka tylko odliczała dni do ukończenia szkoły. Makani nie bardzo wiedziała, gdzie dalej pójdzie, ale na pewno nie zostanie tutaj!

— Możemy wrócić do tego, co w tej chwili najważniejsze? — zapytał Darby. — Haley nie ży-je! I nikt nie wie, kto ją zabił, a to mnie strasznie wkurza.

— Myślałam, że nie lubisz Haley — zadumała się Alex, układając pofarbowane na czarno włosy w skomplikowaną fryzurę, która wymagała dużej liczby plastikowych spinek. Szukając w szkole przedstawicieli subkultury gotyckiej, ją pierwszą można by wskazać. Jeśli nie liczyć Olliego.

Makani go nie liczyła.

Oboje ubierali się na czarno, oboje byli też tak chudzi, że sterczały im kości. Jednak Alex była twarda i agresywna. Żądała uwagi. Ollie natomiast był łagodny i cichy jak nocne niebo.

— Nie miałem nic do Haley. — Darby wsunął sobie kciuki pod szelki, które nosił na co dzień do koszuli w kratę i praktycznych spodni. Był niski i przysadzisty, a ubierał się jak elegancki starszy pan.

Darby po urodzeniu został zarejestrowany jako dziecko płci żeńskiej i choć jego imię i nazwisko nadal brzmiało Justine Darby, od pierwszego roku liceum podawał się za chłopca. Jeśli w ich szkole dziwnie patrzono na chłopaka z różowymi włosami, to Makani mogła sobie tylko wyobrazić, ile czasu zajęłoby im przyzwyczajenie się do „dziewczyny”, która tak naprawdę czuje się chłopakiem. Przeważnie miał spokój, ale czasami rzucano mu podejrzliwe spojrzenia. Niektórzy przy tym mrużyli oczy lub zaciskali usta.

— Nie znałem jej — kontynuował. — Wydawała się dość miła.

Alex strzeliła spinką z wizerunkiem złośliwie wyszczerzonej Hello Kitty.

— Czy to nie dziwne, że gdy ktoś umiera, wszyscy od razu okazują się jego przyjaciółmi?

Darby się skrzywił.

— Nie powiedziałem tego. Jezu.

Makani pozwoliła im się przez chwilę sprzeczać, zanim wkroczyła między nich. Zawsze tak robiła.

— Myślicie, że zrobiło to jedno z jej rodziców? Słyszałam, że w takich przypadkach morderstwa dopuszcza się zwykle członek rodziny.

— Albo chłopak — powiedział Darby. — Czy Haley umawiała się z kimś?

Makani i Alex wzruszyły ramionami.

Wszyscy troje wpatrywali się w przechodzących kolegów z roku, a towarzyszyła im niecodzienna cisza.

— To smutne — podsumował w końcu Darby. — I po prostu... straszne.

Makani i Alex kiwnęły głowami. Tak właśnie było.

— Chcę powiedzieć, że... Jaki człowiek dopuszcza się czegoś takiego?! — zapytał.

Makani poczuła nagle przyprawiającą o mdłości falę wstydu.

„To nie to samo — upomniała się w myślach. — Nie jestem tego typu osobą”.

Ale kiedy zadzwonił dzwonek — a dokładniej trzy dzwonki ostrzegawcze — wyskoczyła z samochodu tak szybko, jakby naprawdę coś im groziło. Darby i Alex jęknęli i również wysiedli, zbyt pogrążeni we własnym posępnym nastroju, by zauważyć jej osobliwe zachowanie.

Makani sapnęła i poprawiła na sobie ubranie, upewniając się, że w miarę dobrze wygląda. W przeciwieństwie do przyjaciół, tu i ówdzie miała krągłości.

— Może to był seryjny zabójca — stwierdziła Alex, kierując się w stronę klas. — Kierowca ciężarówki, który podczas długiej trasy akurat przejeżdżał przez miasto! Dziś seryjnymi zabójcami są zawsze tirowcy.

Makani poczuła powrót sceptycyzmu.

— Kto tak mówi?

— FBI.

— Mój tato jeździ ciężarówką — wtrącił się Darby.

Alex wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

— Przestań się uśmiechać. — Darby spojrzał na nią spode łba. — Albo ludzie pomyślą, że ty to zrobiłaś!

* * *

Zanim nastała pora lunchu, niesmaczny żart Alex o potencjalnym źródle farby do włosów Olliego niestety się rozszedł. Makani co najmniej parę razy słyszała, jak któryś z uczniów szepcze o możliwej winie Larssona. Strasznie ją to rozzłościło. Ollie był dziwaczny, owszem. Ale nie mógł być zabójcą — nie z takiego powodu. Co więcej, nigdy nie widziała, żeby rozmawiał z Haley Whitehall czy choćby na nią patrzył.

A często mu się przyglądała.

Zdenerwowała się tym, chociaż wiedziała, czym są takie plotki — to wymysły tworzone w celu odwrócenia uwagi od nieznanego. Od tego, co przerażające. Przypadkiem usłyszała też, jak paru uczniów plotkuje o Zacharym Loupie, szkolnym ćpunie. Jej zdaniem Zachary także nie był winny, ale przynajmniej wydawał się lepszym podejrzanym. A do tego był dupkiem. Nie potrafił być miły nawet dla swoich przyjaciół.

 

Większość uczniów zgodnie jednak przyznawała, że najbardziej podejrzana jest rodzina Haley. Może też jej chłopak. Nikt wprawdzie nic nie wiedział o żadnym jej chłopaku, ale być może spotykała się z kimś potajemnie.

Dziewczyny często mają swoje tajemnice.

Myśl ta wciąż dręczyła Makani. Podczas gdy Darby i Alex dyskutowali o tej sprawie, ona odsunęła od siebie torebkę z frytkami i rozejrzała się.

Prawie wszyscy z trzystu czterdzieściorga dwojga uczniów byli tutaj, w środku kampusu, na dziedzińcu z każdej strony otoczonym budynkami z brązowej cegły. Dziedziniec był dość zwyczajny, nieco przygnębiający. Nie było tam żadnych stołów czy ławek, tylko tu i ówdzie rosło jakieś karłowate drzewo, dzięki czemu uczniowie nie musieli siedzieć na betonie. Gdyby otoczyć to miejsce drutem kolczastym, można by je uznać za więzienny spacerniak, chociaż nawet więźniowie mieli do dyspozycji stoły i ławki. Pośrodku placu, niczym mauzoleum, stała wyschnięta, pełna suchych liści fontanna — trudno byłoby sobie przypomnieć, jak z paszczy kamiennego lwa płynie strumień wody.

O tej porze roku pogoda była nieprzewidywalna. Niektóre dni były ciepłe, ale większość raczej chłodna. Dzisiaj było dość ciepło, więc na dziedzińcu panował tłok, a stołówka świeciła pustkami. Makani zadrżała i zapięła bluzę z kapturem. Gdy chodziła do szkoły w Kailua-Kona, zawsze było ciepło. Powietrze pachniało tam kwiatami, kawą i owocami, czuć było nawet, że ma słony posmak jak woda Pacyfiku, który połyskiwał nad parkingami i boiskami do futbolu.

W Osborne unosił się zapach oleju napędowego, powietrze smakowało rozpaczą, a zewsząd miasteczko otaczał ocean kukurydzy. Głupia kukurydza. Tyle kukurydzy.

Alex złapała garść niedojedzonych frytek Makani.

— A może zrobił to ktoś z chóru szkolnego? Albo z kółka teatralnego?

Darby zadrwił:

— Kto, na przykład dublerka Haley?

— Czy nie taką osobę podczas dochodzenia przesłuchaliby detektywi z Masterpiece Mystery? — zapytał Alex.

— Czyli kto?

— Sherlock, Morse, Poirot, Wallander, Tennison.

— Znam tylko jedno z tych nazwisk. — Darby zanurzył swój kawałek pizzy w odrobinie sosu czosnkowego. — Dlaczego nie oglądasz normalnej telewizji?

— Mówię tylko, że nikogo nie powinniśmy wykluczać.

Makani wciąż się wpatrywała w fontannę.

— Mam nadzieję, że to nikt z uczniów.

— Na pewno nie — rzucił Darby.

— No proszę cię — powiedziała Alex. — Gniewni nastolatkowie cały czas robią takie rzeczy.

— Tak — upierał się — ale pojawiają się w szkole z całym arsenałem broni palnej. Nie napadają ludzi w ich domach! Nie z nożami!

Makani zakryła sobie dłońmi uszy.

— W porządku, wystarczy. Przestańcie.

Speszony Darby zwiesił głowę. Nic nie powiedział, lecz nic nie musiał mówić. Strzelaniny w szkołach naprawdę miały miejsce. Byli prawdziwi zabójcy i prawdziwe ofiary. Śmierć Haley wydawała się nierzeczywista, ponieważ nie sądzili, że może im się coś takiego przytrafić. Morderstwo było dokonane zbyt precyzyjnie. Na pewno ktoś miał ku temu powód. Makabryczny i niezrozumiały, mimo wszystko jakiś powód.

Makani odwróciła się i popatrzyła na nich, spuszczając z tonu i próbując wytłumaczyć własną reakcję.

— No cóż... Jessica tego nie zrobiła.

Alex uniosła brwi.

— Jessica?

— Jessica Boyd. Dublerka. — Makani przewróciła oczami, kiedy Alex złośliwie się uśmiechnęła. — Wiem tylko, że jest dublerką Haley, słyszałam, jak ktoś o tym mówił. Czy jednak potraficie sobie wyobrazić, jak ona kogoś zabija?

— Masz rację — zgodziła się Alex. — Wydaje się to mało prawdopodobne. — Jessica Boyd była delikatną, wrażliwą dziewczyną. Trudno by było sobie nawet wyobrazić, jak spuszcza w toalecie martwą złotą rybkę. — Ale czy zauważyliście, że przyjaciółka Haley nie przyszła dziś do szkoły?

— Brooke jest w żałobie — powiedział Darby poirytowany. — Ja też bym był, gdyby to się stało jednej z was!

Alex pochyliła się i podjęła konspiracyjnym tonem:

— Pomyślcie. Haley była jedną z najzdolniejszych uczennic w szkole. Wszyscy wiedzieli, że zostawi nas dla jakiegoś innego, większego i lepszego miejsca... Broadwayu, Hollywood i tak dalej. Ktoś taki zwykle jest strasznie zarozumiały, ale nie ona. Ludzie ją lubili. Co zawsze oznacza, że ktoś jej jednak nie lubił! Że ktoś żywił do niej urazę.

Makani zmarszczyła nos.

— I myślisz, że to była jej przyjaciółka?

— Właściwie to prawie nikt nie znał Haley — wytknął im Darby — chyba że był z kółka teatralnego albo z Vocalmotion.

Vocalmotion to nazwa, którą, niestety, wybrali sami członkowie chóru szkolnego. W liceum Osborne High były tylko trzy porządne instytucje: kółko teatralne i chór — w których występowały niemal te same osoby — oraz drużyna futbolu amerykańskiego.

Ich szkoła oczywiście bardzo poważnie traktowała futbol. Mieszkali przecież w stanie Nebraska.

— Dokładnie to wam mówię — upierała się Alex. — Nikt inny jej nie znał. Czy ma więc sens teoria, że dopuściło się tego jedno z jej przyjaciół? Z zazdrości?

— Czy powinniśmy się martwić? Planujesz nas pozabijać? — zapytała Makani.

— Ech — obruszył się Darby.

Alex westchnęła.

— Wcale nie jesteście zabawni.

— Zdaje mi się, że dziś rano cię ostrzegałem — wytknął jej Darby. — Nie ekscytuj się tak.

Wiatr się wzmógł i szarpnął banerem zawieszonym po drugiej stronie dziedzińca. Była to zapowiedź spektaklu Sweeney Todd. Każda litera ociekała krzykliwymi, ręcznie namalowanymi kroplami krwi, a z przeciwległych rogów — niczym teatralne kotary — opadały dwa długie pasy ciemnoczerwonego tiulu. Kolejny podmuch uniósł je w powietrze, gdzie tańczyły i się skręcały. Makani poczuła na plecach zimny dreszcz. Jej imię oznaczało po hawajsku właśnie „wiatr”, lecz nie była przesądna. Poza sytuacjami, w których była. Powinni przestać rozmawiać o Haley.

— To nietaktowne — oświadczyła, ponieważ nie mogła się powstrzymać. Skinęła głową w kierunku banera. — „Strefa krwi”. Myślicie, że odwołają spektakl?

Alex przełknęła ostatnią tłustą frytkę.

— Wolałabym nie. To pierwsze szkolne wydarzenie, w którym postanowiłam wziąć udział. Z własnej woli — dodała. Była członkiem marszowej orkiestry dętej, co znaczyło, że musiała uczestniczyć w meczach futbolowych.

Darby patrzył na nią tak długo, aż udało mu się w końcu złapać jej wzrok.

— Co? Wydawało mi się to zabawne — mruknęła. — Bycie skąpanym w sztucznej krwi.

Makani prychnęła.

— Znowu to słowo. „Zabawne”!

Na twarzy Darby’ego pojawiła się udawana melancholia.

— Pamiętam czasy, gdy zbierałaś plastikowe koniki i karty Pokémon, a twoim celem życiowym była praca dla Pixara.

— Przymknij się, dupku. — Alex się uśmiechnęła.

Zaczęli nawzajem drwić ze swoich dziecięcych hobby i dziwactw, a Makani, jak to się często zdarzało, poczuła się wykluczona. Straciła zainteresowanie, a jej wzrok powędrował w stronę placu. Już prawie czas. W każdej chwili teraz i...

Jest!

Serce gwałtownie jej zabiło, gdy Ollie wyłonił się z szatni i wyrzucił pustą plastikową reklamówkę ze sklepu spożywczego. To była jego codzienna rutyna. Zawsze jadł drugie śniadanie we wnęce za starymi szafkami, po czym znikał w głównym budynku. Spędzi tę godzinę w bibliotece.

Makani poczuła znajome ukłucie smutku. Ollie był taki samotny.

Pod banerem Sweeneya stało kilku futbolistów, blokując mu wejście do budynku. Makani napięła mięśnie, gdy Matt Butler — złoty chłopak Osborne, najlepszy w mieście na pozycji biegacza — powiedział coś, kiedy Ollie się zbliżył. Cokolwiek to było, Larsson nie zareagował. Matt powiedział coś jeszcze. Ollie nadal nie reagował. Matt dotknął palcami włosów tamtego. Przyjaciele Matta się roześmiali, Ollie jednak wciąż ignorował zaczepki. Ten widok przyprawiał ją o ból.

Muskularny facet o absurdalnym imieniu — coś jak Buddy albo Bubba — podskoczył nagle i chwycił szybko tiul, a wtedy prawa część banera oddarła się i spadła na ziemię. Ollie musiał się uchylić, co jeszcze bardziej rozbawiło mięśniaka, ale jego śmiech trwał krótko.

Matt ze złością wskazał na rozerwany baner.

— Hej, koleś! Okaż trochę szacunku.

Jego wybuch niósł się przez chwilę po dziedzińcu. Buddy’emu czy Bubbie kilka dobrych chwil zajęło dostrzeżenie związku między zniszczonym banerem a Haley, ale gdy na jego twarzy zmieszanie przerodziło się w upokorzenie, chłopak stanął przed wyborem: przyznać się do wykroczenia albo się postawić. Postawił się. Szturchając ramieniem bark Matta, wywołał gwałtowną reakcję, czyli kolejne przepychanki, aż w końcu futboliści przestali blokować wejście.