3 książki za 34.99 oszczędź od 50%
Za darmo

Kroniki włoskie

Tekst
Autor:
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W tej chwili młody Branciforte uczuł pokusę bardzo w tej epoce rzadką: koń kroczył samym brzegiem, tak że chwilami fala zalewała jego kopyta; przyszło Julianowi na myśl, aby go pchnąć w morze i położyć w ten sposób koniec okrutnemu losowi, którego był pastwą. Co pocznie z sobą, skoro jedyna istota, która dała mu niekiedy uczuć istnienie szczęścia, opuściła go! Ale zatrzymała go jedna myśl: „Czym są męki, które cierpię – powiedział sobie – w porównaniu z tymi, które wycierpię kiedyś, skoro raz zakończę to nędzne życie? Helena nie będzie już dla mnie po prostu obojętna jak teraz; ujrzę ją w ramionach rywala, a rywalem tym będzie jaki panek rzymski, bogaty i poważany; aby bowiem udręczyć moją duszę, biesy będą szukały najokrutniejszych obrazów, to ich obowiązek. Tak więc nie zdołam znaleźć zapomnienia o Helenie, nawet w śmierci; co więcej, miłość moja zdwoi się, skoro to jest najpewniejszy środek, jaki znajdzie wiekuista potęga, aby mnie skarać za okropny grzech, który popełniłem.”

Aby do reszty odpędzić pokusę, Julian zacząl pobożnie odmawiać Zdrowaś! Dźwięk porannego Ave, modlitwy poświęconej Madonnie, omamił go niegdyś i skłonił do szlachetnego czynu, który obecnie uważał za największy błąd swego życia. Ale przez szacunek nie śmiał posuwać się dalej i wyrazić całej myśli. „Jeżeli z natchnienia Madonny popełniłem straszny błąd, czyż nie powinna ona, w swej nieskończonej sprawiedliwości, znaleźć jakiegoś sposobu, aby mi wrócić szczęście?”

Ta myśl o sprawiedliwości Madonny ukoiła stopniowo jego rozpacz. Podniósł głowę i ujrzał na wprost siebie, za Albano i jego lasami, owo Monte Cavi, okryte ciemną zielenią, i ów święty klasztor, którego ranne Ave przywiodło Juliana do tego, co nazywał obecnie haniebną głupotą. Niespodziewany widok świętego miejsca pocieszył go.

– Nie – wykrzyknął – niepodobna, aby mnie Madonna opuściła! Gdyby Helena była moją żoną, jak się na to godziło jej serce i jak tego żądała moja godność męska, wieść o śmierci brata byłaby napotkała w jej duszy pamięć węzłów spajających ją ze mną. Powiedziałaby sobie, że należała do mnie dawno przed nieszczęśnym wypadkiem, który na polu bitwy zetknął mnie z Fabiem. Był o dwa lata starszy ode mnie, bieglejszy w robieniu bronią, dzielniejszy, silniejszy. Tysiąc argumentów stanęłoby mej żonie za dowód, że ja nie szukałem walki. Przypomniałaby sobie, że nigdy nie żywiłem nienawiści do jej brata, nawet wówczas, gdy wypalił do niej z muszkietu. Pomnę, że na pierwszej schadzce, po powrocie z Rzymu, mówiłem: „Cóż chcesz? honor tak nakazywał; nie mogę go potępić jako brata!”

Odzyskawszy nadzieję mocą nabożeństwa do Madonny, Julian pchnął żywiej konia i w kilka godzin przybył na kwaterę swej kompanii. Zastał ją na wymarszu: ruszano na gościniec wiodący z Neapolu do Rzymu, przez Monte Cassino. Młody kapitan zmienił konia i ruszył z żołnierzami. Nie bito się tego dnia. Julian nie spytał, po co idą, mało go to obchodziło. W chwili gdy się znalazł na czele żołnierzy, los jego przedstawił mu się z innej perspektywy. „Jestem po prostu głupiec – powiadał sobie – nie powinienem był opuszczać Castro. Helena jest prawdopodobnie mniej winna, niż sobie wyobraziłem w pierwszym uniesieniu. Nie, ta dusza tak prosta i czysta, której pierwsze drgnienia miłosne zrodziły się w mych oczach, nie przestała należeć do mnie! Kochała mnie tak głęboko, tak szczerze! Czyż nie ofiarowywała się dziesięć razy uciec ze mną, biedakiem, aby wziąć ślub u jakiego mnicha w Monte Cavi! Powinienem był w Castro uzyskać przede wszystkim drugą schadzkę i przemówić jej do rozsądku. Doprawdy, namiętność czyni mnie niedorzecznym jak dziecko! Boże, czemuż nie mam przyjaciela, aby go błagać o radę! Ten sam krok wydaje mi się w ciągu dwóch minut na przemian okropny i wyborny!”

Wieczorem, kiedy kompania opuszczała gościniec, aby wrócić do lasu, Julian zbliżył się do księcia i spytał, czy nie mógłby zostać jeszcze kilka dni w wiadomym miejscu.

– Ruszaj do wszystkich diabłów! – wrzasnął Fabrycy. – Czy myślisz, że to jest czas na głupstwa?

W godzinę później Julian puścił się z powrotem do Castro. Zastał tam swoich ludzi; ale po swym wyniosłym rozstaniu z Heleną nie wiedział, jak pisać do niej. Pierwszy jego list zawierał tylko te słowa: „Czy zechcesz mnie przyjąć najbliższej nocy?” – „Możesz przyjść” – było też jedyną odpowiedzią.

Po odjeździe Juliana Helena sądziła, że ją rzucił na zawsze. Wówczas uczuła całą wagę słów zrozpaczonego młodzieńca: była jego żoną, nim miał nieszczęście spotkać jej brata na polu bitwy.

Tym razem Julian nie spotkał się z ową sztywnością, która zraniła go tak boleśnie pierwej. Helena przyjęła go, co prawda, również przez kratę, ale widać było, że drży; że zaś Julian przemawiał bardzo wstrzemięźliwie, prawie tak jak do obcej, tym razem Helena odczuła, jak okrutny może być ów ton niemal urzędowy, gdy następuje po słodkiej zażyłości. Julian, który lękał się zwłaszcza usłyszeć jakieś zimne słówko, które by mu zraniło duszę, przemawiał tonem adwokata, dowodząc, że Helena była jego żoną na długo przed nieszczęsną walką pod Ciampi. Helena pozwoliła mu mówić; lękała się, że ją zdławią łzy, w razie gdyby rzekła coś ponad oderwane słowa. W końcu widząc, iż jeszcze chwila, a zdradzi się; poprosiła Juliana, aby wrócił nazajutrz. Tej nocy, jako w wilię uroczystego święta, odprawiano jutrznię wcześniej, tak iż schadzka ich łatwo mogła wyjść na jaw. Julian, który rozumował jak zakochany, opuścił ogród w głębokiej zadumie; nie umiał rozstrzygnąć, czy go Helena przyjęła dobrze, czy źle. W głowie zaczynały mu świtać pojęcia nabyte z rozmów z kompanami: „Któregoś dnia – powiedział sobie – trzeba będzie wykraść Helenę.”

I zaczął rozpatrywać sposoby dostania się siłą do klasztoru. Ponieważ klasztor był bogaty i kuszący do grabieży, utrzymywał znaczną ilość służby, przeważnie byłych żołnierzy; pomieszczono ich w koszarach, których zakratowane okna wychodziły na wąski korytarz. Korytarz ten szedł od bramy klasztornej wybitej w czarnym murze, wysokim na osiemdziesiąt stóp, do furty strzeżonej przez siostrę odźwierną. Po lewej stronie tego wąskiego korytarza znajdowały się koszary, po prawej mur ogrodowy, wysoki na trzydzieści stóp. Front klasztoru, wychodzący na plac, była to gruba ściana, sczerniała od starości; jedyne jej otwory to była brama oraz okienko pozwalające żołnierzom wyglądać na zewnątrz. Można osądzić, jak ponure wrażenie sprawiała ta ściana z bramą wzmocnioną szerokimi blachami żelaza, przybitymi za pomocą ogromnych gwoździ, oraz jednym okienkiem cztery stopy wysokim, a osiemnaście cali szerokim.

Nie podążamy za kronikarzem w długim opowiadaniu schadzek, które Julian wyprosił u Heleny. Stosunek odzyskał serdeczność, jaką miał niegdyś w ogrodzie w Albano; jednakże Helena nigdy nie zechciała wyjść do ogrodu. Pewnej nocy uderzyła Juliana jej zaduma: matka przybyła z Rzymu, aby ją odwiedzić, i zamieszkała na kilka dni w klasztorze. Matka była zawsze tak tkliwa, tyle okazywała delikatności dla uczuć, których domyślała się w córce, że Helena czuła głębokie wyrzuty, iż musi ją oszukiwać: jakże bowiem ośmieliłaby się wyznać, że miewa schadzki z mordercą jej syna? W końcu Helena wyznała szczerze Julianowi, że jeśli ta dobra matka zapyta ją wprost, nie będzie miała siły jej okłamywać. Julian uczuł całe niebezpieczeństwo; los jego zależał od przypadku, który mógł podsunąć jakieś słowo pani Campireali. Następnej nocy przemówił stanowczym tonem w ten sposób:

– Jutro przybędę wcześniej, usunę jedną sztabę w tej kracie, ty zejdziesz do ogrodu, zaprowadzę cię do kościoła w mieście, gdzie oddany mi ksiądz nas połączy. Zanim się zrobi dzień, znajdziesz się z powrotem w ogrodzie klasztornym. Skoro raz zostaniesz moją żoną, będę już bez obawy. Jeśli matka twoja zażąda tego jako pokuty za okropne nieszczęście, nad którym bolejemy wszyscy, zgadzam się nawet na to, aby spędzić kilka miesięcy z dala od ciebie.

Kiedy Helena zdawała się oszołomiona tą propozycją, Julian dodał:

– Książę wzywa mnie do siebie; honor i inne względy każą mi jechać. Jedynie to, czego żądam, może zapewnić naszą przyszłość; jeśli się nie zgadzasz, rozstańmy się na zawsze, tu, w tej chwili. Odjadę, wyrzucając sobie swoją nierozwagę. Uwierzyłem twemu słowu, sprzeniewierzyłaś się najświętszym ślubom. Mam nadzieję, że słuszna wzgarda obudzona twą zmiennością zdoła mnie uleczyć z miłości, która od zbyt dawna jest nieszczęściem mego życia.

Helena zalała się łzami.

– Wielki Boże! – wykrzyknęła z płaczem. – Cóż za cios dla matki!

Zgodziła się wreszcie.

– Ale – dodała – mogą nas spostrzec, kiedy będziemy wychodzili lub wracali; pomyśl, co za zgorszenie, pomyśl o okropnym położeniu, w jakim znalazłaby się matka; poczekajmy, aż odjedzie.

– Sprawiłaś, że zwątpiłem w to, co było dla mnie najświętsze: twoje słowo. Jutro wieczór będziesz moją żoną lub widzimy się w tej chwili ostatni raz z tej strony grobu.

Biedna Helena zdołała odpowiedzieć jedynie łzami. Gnębił ją zwłaszcza stanowczy i okrutny ton Juliana. Czy w istocie zasłużyła na wzgardę? Czy to był ów kochanek niegdyś tak powolny i czuły? Wreszcie zgodziła się na to, co jej przykazał. Julian odszedł. Od tej chwili Helena czekała następnej nocy w męczarniach rozdzierającego lęku. Gdyby się przygotowywała na pewną śmierć, boleść jej byłaby mniej dotkliwa; mogłaby znaleźć nieco otuchy w myśli o Julianie i o tkliwym przywiązaniu matki. Reszta nocy zeszła jej na najsmutniejszych wahaniach. Były chwile, że chciała wszystko wyznać matce. Kiedy nazajutrz stanęła przed nią, była tak blada, że matka, zapominając o wszelkich postanowieniach, rzuciła się w ramiona córki, wołając:

– Co się dzieje? Wielki Boże! powiedz, coś ty uczyniła albo co masz uczynić? Gdybyś wzięła sztylet i utopiła mi go w sercu, mniej byś mi zadała bólu niż tym okrutnym milczeniem.

Helena tak żywo uczuła tkliwość matczyną, tak jasno widziała, że matka nie tylko nie przesadza swych uczuć, ale raczej je powściąga, iż roztkliwiła się sama; padła do jej kolan. Kiedy matka, dochodząc, co to może być za nieszczęsna tajemnica, wykrzyknęła, iż Helena chce od niej uciec, Helena odparła, że nazajutrz i przez dni następne pozostanie przy niej, ale błaga, aby o nic więcej nie pytała.

 

Po tym niebacznym słówku nastąpiło pełne wyznanie. Pani Campireali wzdrygnęła się na wiadomość, że morderca syna znajduje się tak blisko. Ale po tym okrutnym bólu nastąpił wylew żywej i czystej radości. Któż zdoła sobie wyobrazić jej szczęście, kiedy się dowiedziała, że córka nigdy nie chybiła swoim obowiązkom?

Natychmiast roztropna matka odmieniła z gruntu zamiary; uznała, że wolno się jej uciec do podstępu wobec człowieka, który nie był dla niej niczym. Serce Heleny było w straszliwej rozterce; wyznała wszystko do ostatka, ta umęczona dusza potrzebowała się wywnętrzyć. Signora Campireali, która działała w przeświadczeniu, że jej wszystko wolno, wytoczyła szereg argumentów, zbyt długich, aby je tu przytaczać. Dowiodła bez trudu nieszczęsnej córce, że w miejsce tajnego małżeństwa, które zawsze jest plamą dla kobiety, uzyska małżeństwo publiczne i pełne chwały, jeśli zechce na tydzień odłożyć akt posłuszeństwa wobec tak szlachetnego kochanka.

Ona, signora Campireali, uda się do Rzymu; przedstawi mężowi, że na długo przed nieszczęsną walką Helena była żoną Juliana. Ceremonii dokonano owej nocy, kiedy, przebrana w habit, spotkała ojca i brata nad jeziorem, na dróżce wyrąbanej w skale, która ciągnie się wzdłuż murów klasztoru kapucynów. Cały dzień matka nie opuściła córki; wreszcie nad wieczorem Helena napisała do kochanka naiwny i, naszym zdaniem, bardzo wzruszający list, w którym opowiedziała mu wszystkie walki targające jej sercem. Kończąc, błagała na kolanach o tydzień zwłoki.

Pisząc do Ciebie (dodała) ten list, na który czeka posłaniec mej matki, mam uczucie, iż źle zrobiłam zwierzając jej wszystko. Widzę, jak się gniewasz, oczy Twoje patrzą na mnie z nienawiścią; najsmutniejsze wyrzuty rozdzierają moje serce. Powiesz, że mam charakter słaby, tchórzliwy, godny wzgardy; przyznaję, Drogi Aniele. Ale wyobraź sobie ten widok: matka, zalana łzami, niemal klęcząca przede mną. Niepodobna mi było nie wyznać jej, że jest coś, co mi broni spełnić jej prośby; a skoro raz słabość moja wyrzekła niebaczne słowo, nie wiem, co się stało, ale było mi wręcz niepodobieństwem nie opowiedzieć wszystkiego, co zaszło. O ile mogę sobie przypomnieć, mam wrażenie, że dusza moja, wyzuta z wszelkiej siły, potrzebowała rady. Spodziewałam się znaleźć ją w słowach matki… Zapomniałam, Mój Drogi, że ta ukochana matka nie może być Twoją sojuszniczką. Zapomniałam o mym pierwszym obowiązku, którym jest słuchać Cię. Widocznie nie jestem zdolna do prawdziwej miłości, która, jak powiadają, wyższa jest nad wszystkie próby. Gardź mną, Julianie, ale na imię Nieba, nie przestań mnie kochać. Wykradnij mnie, jeśli chcesz, ale oddaj mi tę sprawiedliwość, iż gdyby matki nie było w klasztorze, najstraszliwsze niebezpieczeństwo, hańba nawet, nic nie wzbroniłoby mi usłuchać Twych rozkazów. Ale matka jest tak dobra! tak rozumna, tak szlachetna! Przypomnij sobie, co Ci opowiadałam niegdyś: gdy ojciec wpadł do mego pokoju, matka ocaliła Twoje listy, których nie miałam już sposobu ukryć; następnie, gdy niebezpieczeństwo minęło, oddała mi je, nie czytając, bez słowa wymówki. I całe życie była dla mnie taka jak w owej straszliwej chwili. Sam widzisz, czym powinna ją kochać, a mimo to, w chwili gdy piszę do Ciebie – cóż za okropne wyznanie! – mam uczucie, że jej nienawidzę. Oznajmiła, że z powodu gorąca chce spać w ogrodzie; słyszę uderzenia młotków, ustawiają właśnie namiot, niepodobna nam widzieć się tej nocy. Lękam się nawet, że sypialnia zamknięta jest na klucz, zarówno jak drzwi na kręconych schodkach: rzecz, której nie robiono nigdy. Ostrożności te nie pozwoliłyby mi zejść do ogrodu, gdybym nawet chciała to uczynić, aby ułagodzić Twój gniew. Och, jakżebym się oddała Tobie w tej chwili, gdybym mogła! jak bym pobiegła do owego kościoła, gdzie nas mają połączyć!…

List ten kończyły dwie stronice oszalałych wykrzyków, których żar wydał mi się jakoby naśladowany z filozofii platońskiej. Tłumacząc ten list, opuściłem wiele ozdób w tym rodzaju.

Julian Branciforte zdziwił się mocno, otrzymując pismo na godzinę przed wieczornym Ave; właśnie porozumiał się z księdzem. Gniew go ogarnął.

– Nie potrzebuje mi radzić, abym ją wykradł, ta słaba i tchórzliwa istota!

I ruszył natychmiast do lasu Faggiola.

Oto, z drugiej strony, jakie było położenie signory Campireali: mąż jej był umierający, niemożność pomszczenia się na Brancifortem wiodła go z wolna do grobu. Próżno ofiarował znaczne sumy rzymskim bravi; żaden nie chciał się targnąć na jednego z kapralów – jak ich mienili – księcia Colonny; zbyt byli pewni, że wytracono by ich i ich rodziny. Nie dalej niż w zeszłym roku spalono całą wioskę, aby pomścić śmierć jednego z żołnierzy Fabrycego Colonny; wszystkim mieszkańcom – mężczyznom i kobietom, którzy chcieli uciekać w pole, związano ręce i nogi sznurem, po czym rzucono ich w płomienie.

Signora Campireali miała wielkie posiadłości w Królestwie Neapolu; mąż nakazał jej, aby sprowadziła stamtąd morderców, ale udała tylko, że go słucha; myślała, że córka jest bez ratunku związana z Julianem. W tym przeświadczeniu umyśliła, aby Julian odbył jedną lub dwie kampanie w armii hiszpańskiej, która wówczas wojowała z buntownikami we Flandrii. „Jeśli go nie zabiją, myślała, będzie to znak, że Bóg nie potępia tego koniecznego małżeństwa.” W takim razie oddałaby córce swoje ziemie neapolitańskie, Julian Branciforte przybrałby nazwisko od jednego z tych majątków i udałby się z żoną na parę lat do Hiszpanii. Po wszystkich tych próbach przemogłaby się może, aby znieść jego widok. Ale wszystko zmieniło fizjonomię od wyznania córki; małżeństwo nie było już konieczne, zgoła przeciwnie. Gdy Helena pisała do kochanka list, któryśmy przytoczyli, signora Campireali pisała do Pescara i do Chieti, nakazując swoim dzierżawcom, aby jej przysłali do Castro pewnych i śmiałych ludzi. Nie taiła, że chodzi o pomszczenie śmierci ich młodego pana, Fabia. Goniec wyruszył przed zachodem słońca.

V

Ale nazajutrz Julian wrócił do Castro, wiodąc z sobą ośmiu żołnierzy gotowych iść za nim i narazić się na gniew księcia, który czasem śmiercią karał takie wybryki. Julian miał w Castro pięciu ludzi, przybywał z ośmioma; mimo to liczba czternastu żołnierzy, choćby najdzielniejszych, zdawała mu się niedostateczna na tę potrzebę: klasztor był niby warownia.

Chodziło o to, aby siłą czy zręcznością dostać się przez pierwszą bramę; następnie trzeba było minąć korytarz więcej niż pięćdziesiąt kroków długi. Na lewo, jak wspomniano, wznosiły się zakratowane okna koszar, w których zakonnice pomieściły kilkudziesięciu sług klasztornych, dawnych żołnierzy. W razie alarmu z okien tych posypałby się rzęsisty ogień.

Ówczesna ksieni, kobieta z głową, lękała się zakusów Orsinich, księcia Colonny, Marka Sciarra i tylu innych, którzy władali wszechmocnie w okolicy. Jak oprzeć się ośmiuset śmiałkom, gdyby zajęli niespodzianie miasteczko takie jak Castro w mniemaniu, że klasztor jest nabity złotem?

Zazwyczaj u wizytek w Castro znajdowało się piętnastu lub dwudziestu bravi w koszarach na lewo od korytarza wiodącego do furty klasztornej; na prawo od tego przejścia był wielki mur, niepodobny do przebycia; na końcu wznosiła się żelazna brama, wychodząca na sień usianą kolumnami; za tą sienią był dziedziniec klasztorny, na prawo ogród. Tej żelaznej bramy strzegła siostra odźwierna.

Kiedy Julian wraz z ośmioma ludźmi znalazł się o trzy mile od Castro, zatrzymał się w gospodzie, aby przeczekać największy upał. Tam dopiero przedstawił swój zamiar; następnie wyrysował na piasku plan klasztoru, który chciał napaść.

– O dziewiątej – rzekł do swoich ludzi – powieczerzamy za miastem; o północy wejdziemy; zastaniemy pięciu kamratów, którzy czekają w pobliżu klasztoru. Jeden z nich, konny, uda gońca z Rzymu, aby odwołać signorę Campireali do łoża konającego męża. Będziemy się starali przebyć bez hałasu pierwszą bramę, która znajduje się wśród koszar – powiedział, rysując plan na piasku. – jeżeli zaczniemy bitwę przy pierwszej bramie, ciury klasztorne zbyt łatwo mogliby nas wystrzelać z muszkietów na placyku pod klasztorem lub w wąskim przejściu między pierwszą a drugą bramą. Druga brama jest żelazna, ale mam do niej klucz.

Prawda, że są tam olbrzymie wrzeciądze żelazne przytwierdzone do muru; kiedy są założone, wówczas nie ma sposobu otworzyć. Ale ponieważ te sztaby żelazne są zbyt ciężkie, aby odźwierna mogła je poruszyć, nigdy nie widziałem, aby je zamykano, a przechodziłem tamtędy z dziesięć razy. Mam nadzieję, że i dziś wieczór uda mi się przejść bez przeszkód. Zgadujecie, że mam sprzymierzeńców w klasztorze; zamiarem moim jest porwać osobę świecką, nie zakonnicę; nie powinniśmy robić użytku z broni, chyba w ostateczności. Gdybyśmy wszczęli bitwę przed naszym przybyciem do drugiej bramy, odźwierna zawołałaby niechybnie dwóch starych ogrodników, mieszkających w klasztorze, i zdołaliby założyć sztaby, o których mówiłem. Jeżeli zdarzy się to nieszczęście, trzeba będzie rozbijać mur, co nam zabierze z dziesięć minut; w każdym razie ja podejdę do bramy pierwszy. Jeden ogrodnik jest przekupiony; możecie się domyślić, że nie pisnąłem mu słowa o swoich zamiarach. Przebywszy drugą bramę bierzemy się na prawo i jesteśmy w ogrodzie; tam zaczyna się wojna, trzeba kłaść każdego, kto się nawinie. Będziecie używali, to się rozumie, jedynie szpady i puginału; najmniejszy wystrzał poruszyłby całe miasto, zaatakowano by nas przy wyjściu. To nie znaczy, abym z trzynastoma zuchami takimi jak wy nie czuł się zdolny przejść przez ten kurnik, ale ten i ów w mieście ma rusznicę, strzelaliby z okien. W takim razie, mówię to nawiasem, trzeba by się przemykać pod same domy. Raz znalazłszy się w ogrodzie, powiadacie z cicha każdemu, kto się zjawi: „Zabieraj się stąd!” Kto nie usłucha, tego puginałem. Ja wchodzę do klasztoru furtką z trzema, którzy się znajdują najbliżej, w trzy minuty później schodzę z jedną albo dwoma kobietami, które wyniesiemy na rękach, nie pozwoliwszy im chodzić. Po czym zmykamy żywo z klasztoru i z miasta. Dwóch zostanie przy bramie; oddadzą w krótkich odstępach ze dwadzieścia strzałów, aby nastraszyć mieszczan i trzymać ich z daleka.

Julian powtórzył dwa razy to objaśnienie.

– Czyście dobrze zrozumieli? – rzekł – W sieni będzie ciemno, po prawej ogród, po lewej dziedziniec; nie pomylcie.

– Możesz na nas polegać, kapitanie! – wykrzyknęli żołnierze.

Następnie poszli pić; tylko kapral został i poprosił kapitana o chwilę rozmowy.

– Nic prostszego – rzekł – niż projekt Waszej Dostojności. Włamywałem się już w życiu do dwóch klasztorów, to będzie trzeci; ale za mało nas jest, jeśli przyjdzie nam się bawić w burzenie muru, trzeba pamiętać, że ciury klasztorne nie zostaną bezczynne w czasie tej długiej operacji; ustrzelą panu siedmiu lub ośmiu ludzi, a kiedy będziemy wracali, mogą nam odebrać brankę. Tak nam się stało w pewnym klasztorze koło Bolonii: zabito nam pięciu ludzi, my zabiliśmy ośmiu, ale kapitan nie dostał swojej lubki. Poradzę Waszej Dostojności dwie rzeczy. Znam w pobliżu czterech wieśniaków, którzy dzielnie sługiwali pod Markiem Sciarra i którzy za cekina będą bili się całą noc jak lwy. Może i ukradną jakie srebro w klasztorze; pana to nic nie obchodzi, grzech jest ich: pan najął ich po to, aby porwali kobietę, oto wszystko. Druga rada jest taka. Nasz Hugo jest to sprytny i wykształcony chłopak; był lekarzem, nim zabił szwagra i umknął do machia (lasu). Może go pan posłać przed nocą do bramy klasztornej; poprosi o służbę i postara się, aby go wpuszczono na strażnicę; spoi tych ciurów, ba, może mu się uda zamoczyć im zapał u muszkietów.

Nieszczęściem Julian usłuchał rady kaprala. Odchodząc kapral dodał:

– Mamy się targnąć na klasztor, to pachnie ekskomuniką większą; co więcej, klasztor wizytek jest pod osobliwą opieką Madonny…

– Rozumiem cię! – wykrzyknął Julian, jak gdyby zbudzony tym słowem. – Zostań ze mną!

Kapral zamknął drzwi i wrócił odmówić różaniec z Julianem. Trwało to dobrą godzinę. Skoro zapadła noc, ruszyli w drogę.

Kiedy wybiła północ, Julian, który sam wszedł do Castro koło jedenastej, wrócił po swoich ludzi znajdujących się poza bramami miasta. Wszedł z ośmioma żołnierzami, do których przyłączyło się trzech dobrze uzbrojonych chłopów; połączył się z pięcioma żołnierzami, których miał w mieście, i w ten sposób znalazł się na czele szesnastu ludzi gotowych na wszystko. Dwóch było przebranych za służących; wzięli obszerne czarne bluzy, aby osłonić swoje giacco, i nie mieli piór na czapkach.

 

O wpół do pierwszej Julian, który wziął na siebie rolę gońca, przybył galopem do bramy klasztoru, czyniąc wielki zgiełk i krzycząc, aby otworzono bezzwłocznie gońcowi kardynała. Ujrzał z przyjemnością, że żołnierze, którzy z nim rozmawiali przez okienko, są dobrze podpici. Zgodnie ze zwyczajem podał swoje nazwisko na kawałku papieru, żołnierz poszedł oddać tę kartkę odźwiernej, która miała klucz od drugiej bramy i budziła ksienię w ważnych wypadkach. Czekanie trwało śmiertelne trzy kwadranse; przez ten czas Julian z trudem zdołał utrzymać swą gromadkę w milczeniu. Ten i ów mieszczuch otwierał trwożliwie okno, kiedy wreszcie nadeszła pomyślna odpowiedź ksieni. Julian dostał się na strażnicę po małej drabince, którą mu podano z okna, ile że załodze klasztornej nie chciało się otwierać głównej bramy. Wszedł, a za nim dwaj żołnierze, przebrani za służących. Skacząc z okna do strażnicy, napotkał spojrzenie Hugona: cała strażnica była pijana dzięki jego staraniom. Julian oświadczył sierżantowi straży, że trzem służącym domu Campireali, których uzbroił i przebrał za żołnierzy, aby mieć eskortę w drodze, udało się dostać dobrej wódki; proszą tedy, by im pozwolono wejść, iżby się nie nudzili sami na ulicy. Przyzwolono jednogłośnie. Sam Julian w towarzystwie swoich dwóch ludzi zeszedł po schodkach, które prowadziły ze strażnicy na korytarz.

– Staraj się otworzyć główną bramę – rzekł do Hugona.

On sam dostał się spokojnie do bramy żelaznej. Tam zastał poczciwą siostrę odźwierną; oświadczyła mu, że gdyby go wpuszczono do klasztoru, ksieni musiałaby uprzedzić biskupa, ile że jest po północy; dlatego prosi, aby oddał list siostrzyczce, którą ksieni przysłała w tym celu. Na co Julian odpowiedział, iż w zamęcie spowodowanym niespodzianą agonią pana Campireali otrzymał jedynie list wierzytelny pisany przez lekarza; szczegółów ma udzielić ustnie żonie i córce chorego, o ile te panie są jeszcze w klasztorze, w każdym zaś razie wielebnej ksieni. Odźwierna poszła z tym zleceniem. Przy bramie została jedynie siostrzyczka przysłana przez ksienię. Gawędząc z nią, Julian wsunął rękę za pręty żelazne i niby żartem próbował otworzyć. Siostra, która była bardzo trwożliwa, zlękła się i zgorszyła tą psotą; wówczas Julian widząc, że drogi czas mija, popełnił tę nierozwagę, że jej ofiarował garść cekinów prosząc, by mu otworzyła, gdyż nadto zmęczony jest, aby czekać dłużej. Czuł dobrze, że robi głupstwo, powiada kronikarz, że należało działać żelazem, nie złotem; ale nie miał serca; z łatwością mógł chwycić siostrę, była ledwie o stopę od niego po drugiej stronie kraty. Ofiarowane cekiny przestraszyły siostrzyczkę. Powiadała później, że z zachowania Juliana odgadła, że to nie jest prosty goniec: to kochanek której z zakonnic – pomyślała – który przybył na schadzkę; siostrzyczka zaś była nabożna. Przejęta zgrozą, zaczęła targać ze wszystkich sił sznur od dzwonka i niebawem narobiła hałasu zdolnego zbudzić zmarłych.

– Wojna się zaczyna – rzekł Julian do swoich ludzi – baczność!

Wyjął klucz i wsunąwszy rękę przez kratę otworzył bramę, ku rozpaczy siostrzyczki, która padła na kolana i jęła odmawiać Ave Maria wołając, że to świętokradztwo. Jeszcze w tej chwili Julian powinien uciszyć dziewczynę, ale nie miał odwagi; któryś z jego ludzi zatkał jej usta.

W tej chwili Julian usłyszał wystrzał z muszkietu za sobą. Hugo zdołał otworzyć bramę, reszta żołnierzy wchodziła po cichu, kiedy jeden ze straży, mniej pijany od innych, zbliżył się do okna i zdumiony, że widzi korytarz pełen ludzi, zaczął kląć i wykrzykiwać, że ich nie przepuści. Trzeba było nie odpowiadać i iść dalej ku żelaznej bramie; tak uczynili pierwsi żołnierze, ale ten, który szedł na ostatku – jeden ze zwerbowanych po południu wieśniaków – wypalił z pistoletu do ciury, który wykrzykiwał przez okno, i zabił go. Ten strzał w ciemną noc oraz krzyki pijaków na widok padającego kamrata zbudziły żołnierzy klasztornych, którzy, spędzając tę noc w łóżku, nie mogli pokosztować Hugonowego winka. Ośmiu czy dziesięciu bravi skoczyło wpółnago na chodnik i jęli ostro nacierać na oddziałek Juliana.

Jak rzekliśmy, hałas ten rozpoczął się w chwili, gdy Julian otworzył bramę żelazną. Na czele dwóch żołnierzy skoczył w ogród, biegnąc ku drzwiczkom wiodącym na schody oddziału pensjonariuszek, ale przyjęto go pięcioma lub sześcioma strzałami z pistoletu. Dwaj żołnierze padli, on sam dostał kulę w prawe ramię. Strzały te oddali ludzie signory Campireali, którzy z jej rozkazu nocowali w ogrodzie, otrzymawszy szczególne pozwolenie biskupa. Julian pobiegł sam ku znanym sobie drzwiczkom, które wiodły na schody pensjonariuszek. Potrząsnął nimi z całych sił, ale były mocno zamknięte. Rozejrzał się za swymi ludźmi, ale nie odpowiedzieli nic, konali. W ciemności Julian natknął się na trzech pachołków pani Campireali; obronił się puginałem.

Pobiegł z powrotem przez sień do żelaznej bramy, aby wołać swoich ludzi; drzwi były zamknięte: ogrodnicy, zbudzeni dzwonkiem siostrzyczki, założyli wrzeciądze i zamknęli je na kłódki.

„Jestem odcięty” – powiedział sobie Julian.

Krzyknął na swoich ludzi; próżno silił się skruszyć kłódkę szpadą; gdyby mu się to udało, byłby odchylił jedną sztabę i otworzył jedno skrzydło. Szpada złamała się w pierścieniu; w tej chwili nadbiegł z ogrodu służący i zranił go w ramię. Julian odwrócił się; przyparty do bramy, uczuł, że naciera nań kilku ludzi. Bronił się puginałem; szczęściem dzięki ciemności prawie wszystkie ciosy odbijały się od drucianej koszulki. Otrzymawszy dotkliwą ranę w kolano rzucił się na człowieka, który zanadto się odsłonił, powalił go ciosem puginału w twarz i zdołał zawładnąć jego szpadą. Odetchnął, myślał, że jest ocalony; zajął pozycję po lewej stronie bramy, od dziedzińca. Ludzie jego, którzy nadbiegli, oddali kilka strzałów przez kratę i rozproszyli służbę. W sieni było coś widać jedynie przy blasku wystrzałów.

– Nie strzelajcie w moją stronę! – krzyczał Julian do swych ludzi.

– Chwycili pana niby w łapkę na myszy – rzekł doń przez kratę kapral, który zachował zimną krew – zabili nam trzech ludzi. Rozwalimy mur koło zawiasów po przeciwnej stronie; niech się pan nie zbliża, kule będą lecieć na nas; zdaje się, że są nieprzyjaciele w ogrodzie?

– To te łajdaki, ciury Campirealich – odparł Julian.

Nie skończył mówić, kiedy zaczęto ich ostrzeliwać z pistoletów; strzały kierowały się głosem, a szły od sieni wiodącej na ogród. Julian schronił się do izdebki odźwiernej, na lewo od wejścia; ku wielkiej radości znalazł tam niedostrzegalną prawie lampkę przed obrazem Madonny; ujął ją ostrożnie, aby jej nie zgasić. Uczuł, że drży; obejrzał ranę w kolanie, która mu bardzo dolegała; krew płynęła obficie. Spoglądając dokoła ujrzał zemdloną kobietę na krześle; zdumiał się poznając Marietę, zaufaną Heleny; potrząsnął nią.

– Och, panie Julianie! – wykrzyknęła z płaczem – chce pan zabić Marietę, swoją przyjaciółkę?

– Ani trochę; powiedz Helenie, iż ją przepraszam, żem zakłócił jej spokój; niech pamięta Ave Maria w Monte Cavi. Oto bukiet, który zerwałem w jej ogrodzie w Albano; nieco splamiony krwią, umyj go, zanim jej oddasz.

W tej chwili rozległa się salwa muszkietów od strony korytarza; to bravi atakowali ludzi Juliana.

– Powiedz mi, gdzie jest klucz od furtki? – spytał Mariety.

– Nie widzę go; ale oto klucze od kłódek przy wrzeciądzach od wielkich drzwi. Będzie pan mógł wyjść.

Julian pochwycił klucze i wypadł z izdebki.

– Nie silcie się rozwalać muru – rzekł do żołnierzy – mam klucze.

Nastała chwila głębokiego milczenia, gdy Julian próbował otworzyć kłódkę; pomylił się co do klucza, wziął inny, wreszcie otworzył; ale w chwili gdy podnosił sztabę, otrzymał z bliska postrzał w prawe ramię. Uczuł, że traci władzę w tym ramieniu.