JedynaczkaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Stefania z Cieciszowskich Sienkiewiczowa

Jedynaczka

Wstęp i opracowanie: Adam Wolański

Warszawa 2017

Spis treści

Wstęp

Nota wydawnicza

Jedynaczka

Przypisy słownikowe

Wstęp

„Jedynaczka”, nieznana dotąd nowela autorstwa matki Henryka Sienkiewicza, Stefanii Sienkiewicz z domu Cieciszowskiej (1814–1873), została odnaleziona w 2016 r. przez kustosz Michalinę Byrę z Pracowni Informacji Naukowej Biblioteki Narodowej w zasobach Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. Istnienie utworu nie było dotychczas odnotowywane w bibliografiach. Nowela nie miała również wydania książkowego.

Na ślad „Jedynaczki” M. Byra natrafiła podczas kwerendy związanej z Rokiem Henryka Sienkiewicza. Najpierw odnalazła wzmiankę w „Kurierze Warszawskim” z 7/19 sierpnia 1865 r., w której napisano: „«Bazar» Ner 7, wyszedł z druku i zawiera: «Jedynaczka», powieść przez S. Sienkiewicz”. Następnie ustaliła, iż chodzi o „Bazar. Tygodnik Ilustrowany Mód i Robót Ręcznych”, popularny periodyk dla kobiet poświęcony modzie i kulturze. Jego pierwszy numer ukazał się 5 lipca 1865 r. Część modowa była przedrukiem „wzorów i krojów” z wydania zagranicznego, natomiast dział literacki składał się – według słów redaktorów pisma – zarówno z przekładów, jak i oryginalnych materiałów krajowych.

Na stronicy drugiej pierwszego numeru „Bazaru” informowano, iż redakcja rozpoczyna właśnie druk „powieści oryginalnej pt. «Jedynaczka» przez Panią S.S.”. Pierwszy odcinek, sygnowany inicjałami „S.S.”, zajął pełne dwa łamy stronicy trzeciej i niecałe trzy wiersze stronicy czwartej. Całość utworu opublikowano w dziesięciu odcinkach różnej objętości. Nazwisko autorki „S. z C. Sienkiewicz” (czyli Stefania z Cieciszowskich) pojawiło się dopiero w odcinku czwartym z 2 sierpnia 1865 r. Począwszy od odcinka szóstego, nowela była drukowana na pierwszej stronicy pisma z dokończeniem wewnątrz numeru.


Szósty odcinek noweli „Jedynaczka”, drukowany odtąd na pierwszej stronicy tygodnika „Bazar” (nr 7 z 16 sierpnia 1865 r.)

O autorce noweli, Stefanii z Cieciszowskich Sienkiewiczowej wiadomo stosunkowo niewiele. Była żoną Józefa Sienkiewicza i matką ich sześciorga dzieci. Oboje państwo Sienkiewiczowie ciężko pracowali na utrzymanie tak licznej rodziny. Prowadzili skromne, pełne niedostatków życie. Stefania Sienkiewiczowa była kobietą energiczną, odpowiedzialną i zapobiegliwą. Często chwytała się różnych zajęć, aby dorobić. Jako osoba uzdolniona literacko pisała „dla chleba”.

Dotychczas znana była jako autorka dwóch krótkich utworów prozatorskich oraz wierszy okolicznościowych. Nowele „Maszerdon. Obrazek na tle ludowym” oraz „Nietoperz. Gawęda z podań ludowych” opublikowała w 1864 r. w czołowym polskim piśmie tamtej epoki, „Tygodniku Ilustrowanym”. O dokonaniach poetyckich matki wspominał po latach w jednym z wywiadów prasowych sam Henryk Sienkiewicz: „[P]isywała wiersze, jakkolwiek były to tylko poezye do albumów, bez pretensyi do jakiejś głębszej wartości artystycznej”.

Nowo odnaleziona nowela – mimo iż pisana zapewne również w celach zarobkowych – odznacza się sporym kunsztem literackim. „Jedynaczka” opowiada o losach osieroconej dziewczynki, wychowywanej, a właściwie rozpieszczanej przez zakochanych w niej dziadków, co w konsekwencji prowadzi do pasma tragedii w dorosłym życiu kobiety. Nowela ma zwartą konstrukcję, ujętą w tak zwaną ramę. Utwór otwiera i zamyka scena w salonie, gdzie losy tytułowej jedynaczki relacjonuje gronu młodych panienek – gwoli ostrzeżenia i przestrogi – sędziwy „Pan S***”.

Oprócz konstrukcji ramowej autorka utworu korzysta również z niezwykle popularnej w literaturze europejskiej XVIII i XIX wieku konwencji powieści epistolarnej. Drugoplanowe postaci często wymieniają korespondencję listowną z główną bohaterką, dzięki czemu poznajemy nie tylko wydarzenia z jej życia, lecz także jej przemyślenia na różne życiowe sprawy. Są one konfrontowane z poglądami pozostałych bohaterów.

„Jedynaczka” to swoisty XIX-wieczny moralitet, w którym Stefania Sienkiewiczowa, matka czterech dziewczynek, przedstawia swoje poglądy na temat współczesnego systemu wychowania dziewcząt. Rozpieszczona jedynaczka dorasta w zbytku i aprobacie wobec wszelkich swoich zachowań. „Dziadkowi zdawało się, że wypełnił dostatecznie, co do niego należało, kiedy po śmierci rodziców jej wziął do siebie małą Zosię, kochał, pieścił i psuł ją zbytkiem pobłażania. Babka pamiętała dobrze, żeby dziecina nigdy głodna ani usmolona nie była, wszystkim jej grymasom i zachceniom dogadzała natychmiast, otaczała wygodami, a gdy już na panienkę wyrastać zaczęła, podsycała próżność, chwaląc bezprzestannie urodę, dostarczając zbytkownych strojów, troskliwie czuwając, żeby się Zosia nie opaliła, nie zmęczyła, przy żadnej robocie rączek nie zwalała, bo jak twierdziła, urodziła się na wielką panią, zatem do gospodarstwa trzymać będzie sługi, które wszystko za nią zrobią”.

Kiedy kilkuletnia Zosia staje się nastoletnią Zofią, zaczynają się za nią oglądać mężczyźni. O jakim kawalerze marzy panna Zofia? „Mój przyszły małżonek musi być młody, piękny, bogaty, musi mnie kochać szalenie i zawczasu przyrzec stosować się we wszystkim do mojej woli, bo wiesz, że sprzeciwieństwa nie znoszę i za pierwszy warunek położę, żeby się nigdy nie wdawał w moje czynności i zabawy, chyba że sama tego zażądam. Będą tam zapewne i inne jeszcze warunki, nad którymi pomyśleć muszę, a mam czas, bo w liczbie dzisiejszych moich wielbicieli nie upatrzyłam żadnego, który by posiadał te wszystkie przymioty, zaledwie po jednym dostało się każdemu, nie myślę też wybierać pomiędzy nimi i dawno dałabym odprawę, gdyby nie to, że jak Ci już mówiłam, bawię się dobrze w ich towarzystwie, a zabawa konieczna jest do mego szczęścia”.

Płochości tytułowej jedynaczki autorka przeciwstawia w swoim moralitecie postawę Zosinej przyjaciółki, Celiny, która „czuje się zdolna do poświęcenia dni dla szlachetnego człowieka, którego serce wybrało”, z którym żyć będzie „z daleka od miasta i jego uciech”, bo „Bóg nie stworzył człowieka do uciech, ale do pracy”. I wierzy owo dziewczę będące wzorem cnót, że „szczęście i miłość będzie naszym udziałem”.

Kiedy Zofia wkracza w dorosłość, szczęście szybko się od niej odwraca. W krótkim czasie przygniata ją lawina nieszczęść. W finale opowieści młode panny z warszawskiego salonu, wysłuchawszy dramatycznych losów Zofii szczegółowo zrelacjonowanych przez sędziwego mentora, „Pana S***”, postanawiają ustrzec się wad „jedynaczki” i wybrać sobie za mężów takich, którzy „nie są sługami, ale opiekunami małżonek”.

Nota wydawnicza

Niniejsza edycja „Jedynaczki” powstała na podstawie oryginalnych odcinków drukowanych w 1865 r. w tygodniku „Bazar” (numery: 1 z 5 lipca, 2 z 12 lipca, 3 z 19 lipca, 5 z 2 sierpnia, 6 z 9 sierpnia, 7 z 16 sierpnia, 8 z 23 sierpnia, 9 z 18/30 sierpnia, 10 z 25 sierpnia/6 września i 11 z 1/13 września). Numery pisma są dostępne w formie elektronicznej w zbiorach Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego.

Wydanie ma charakter popularny. Oryginalny tekst autorski został poddany – w stopniu dopuszczonym konwencją – modernizacji w zakresie pisowni i języka. Najważniejsze zasady opracowania edytorskiego zastosowanego w wydaniu można ująć w następujących punktach:

1. Zmodernizowano pisownię samogłoski ścieśnionej („pochylonej”) é, np. całéjcałej, mojéjmojej.

2. Zmodernizowano pisownię w zakresie samogłosek nosowych, np. sęzatsensat, książeksiążę.

3. Zmodernizowano wszelkie odstępstwa od dzisiejszej ortografii w zakresie o/ó, np. tłomaczyćtłumaczyć, wytłómaczenie → wytłumaczenie.

4. Zmodernizowano ortografię wyrazów z literami i/j/y występującymi zamiast dzisiejszej joty, np. historyahistoria, ZofijaZofia.

5. Zmodernizowano ortografię wyrazów, w których proponowane zmiany nie dotyczą znamion wymowy pisarza, np. francuzkifrancuski, zkądskąd, wymódzwymóc.

6. Zmodernizowano wszelkie odstępstwa od dzisiejszej ortografii w zakresie podwajania spółgłosek, np. professorprofesor, klassaklasa, missjamisja.

7. Zmodernizowano wszelkie odstępstwa od dzisiejszej ortografii w zakresie pisowni łącznej i rozdzielnej, np. niechcącnie chcąc, trzebabytrzeba by, nakoniecna koniec, przedewszystkiemprzede wszystkim.

8. Zmodernizowano wszelkie odstępstwa od dzisiejszej ortografii w zakresie pisowni wielkich i małych liter, np. 13 Czerwca13 czerwca, oblicze Matronyoblicze matrony.

 

9. Zmodernizowano interpunkcję, zachowując jednak niekiedy te przecinki, które w intencji autorki mogły odgrywać rolę znaków intonacyjnych.

10. Zmodernizowano konwencje graficzne w zakresie zapisu np. cytatów i dialogów.

11. Zmodernizowano według pisowni współczesnej końcówki narzędnika i miejscownika liczby pojedynczej przymiotników rodzaju nijakiego oraz liczby mnogiej przymiotników rodzaju niemęskoosobowego, np. (była dzieckiem) zepsutem(była dzieckiem) zepsutym, szerokiemi (krokami)szerokimi (krokami).

12. Zmodernizowano według pisowni współczesnej końcówkę biernika rzeczowników miękkotematowych rodzaju żeńskiego, np. (poszedłem na) pensyą(poszedłem na) pensję.

Jedynaczka

Wesoło było w salonie pani D***, chociaż na dworze śnieg sypał wielkimi płatami i wiatr dął przeraźliwie, bo jasny ogień gorzał na kominie, a przy nim zasiadło kilku poważnych przyjaciół sędziwej starościny i kilka wesołych towarzyszek młodej i pięknej jej wnuczki Anieli. Młodzież niekrępowana surowym obliczem matrony, która zawsze wesołą i dla gości swoich uprzejmą była, swobodnie rozmawiała razem ze starszymi, nie czyniąc min znudzonych i zniechęconych.

Panienki śmiały się i prześladowały z cicha Anielę jakimś nieobecnym konkurentem; nareszcie jedna z nich powiedziała półgłosem:

– Żarty pominąwszy, powiedzże nam Anielko, czy doprawdy myślisz wyjść za pana Władysława? Jeszcze jesteś tak młoda, tak szczęśliwa w domu, niedawno żyć zaczęłaś, po co się tak spieszyć?

– Do szczęścia nigdy za prędko – przerwała druga – a Anielka byłaby szczęśliwa, bo pan Władysław posiada wszystkie przymioty duszy i serca, a ona sama, choć trochę rozpieszczona, wyborna także dziewczyna.

– Czyliż pieszczoty zepsuć kogo mogą? – zawołała trzecia z panienek. – Czym więcej okazują nam pobłażania, tym go mniej nadużywamy, nieprawdaż Anielko?

– I ja tak sądzę – odrzekła Aniela – ale zapytajcie o to pana S***, który choć dobry nasz przyjaciel, często gromi babunię, że pieści swego aniołka, a ten jest przecież tak pokorny, że zawsze zgadza się z wolą i zdaniem drugich, wszak prawda babunieczku? – dodała, przesyłając na dłoni poufny pocałunek wpatrującej się w nią babci.

– Prawda, mój aniołku – odpowiedziała starościna – że jesteś dobrym i uległym dzieckiem, ale nie wszystkie są takie, a pan S***, poczciwy nasz przyjaciel, dawno już żyje na świecie, wiele widział i słyszał, jego więc zdanie każdy cenić i uważać powinien.

– Cóż dopiero, kiedy smutnym doświadczeniem poparte – dorzucił pan S***. – Wiele przeżyłem i wiele ucierpiałem w życiu, ale nie pamiętam cięższej chwili jak ta, w której ujrzałem owoc moich długich zabiegów zniszczony i śliczny kwiatek podcięty ręką tych, co go pielęgnować ani rozwinąć nie umieli. Smutna to historia, panno Anielo, i nierad bym zakłócać nią wesołości twojej i twoich towarzyszek, a jednak dawno już zbierałem się opowiedzieć ją wam i dziś z tym właśnie zamiarem przyszedłem, bo wiele osób młodych, choć w innym położeniu i z innym charakterem jak ta, o której chcę mówić, ulega tymże samym wadom, nie stara się kształcić serca i umysłu, aby jedno i drugie pustym i płonnym nie zostało, marnuje dary hojnej natury i szczęścia drogę zagrodzi sobie na wieki. Tak uczyniła młoda moja pupilla, której smutnej, ale prawdziwej życia historii raczcie posłuchać cierpliwie.

* *

*

Było to w roku 1824, a w połowie prawie wieku mego, kiedy kupiwszy niewielką posiadłość w Badowskim, zamieszkałem w niej stale. Niedaleko ode mnie mieszkali państwo W***; dwoje szanownych starców, przy których chowała się śliczna jak anioł dziewczynka, wnuczka ich Zosia; małą jeszcze była dzieciną, kiedy zacząłem bywać w domu tym często, i pokochałem ją prawie jak własne dziecię, bo była obdarzona tym wszystkim, co czyni was miłymi w oczach ludzi. Jej piękne lazurowe oczy miały wyraz słodyczy i dowcipu zarazem, ciemne warkocze osłaniały bielutkie czoło, zręczna i wysmukła, ruchy pełne godności, serce czułe, pojęcia bystre – oto dary, jakie odebrała od natury.

Dziadek jej był to szlachcic starej daty, prosty sobie i poczciwy, ale umiejący dobrze zagospodarzyć niewielką wioseczką i pszeniczką handlować, i na jarmarkach skupować zboże, kiedy tanie było, i trafnie odprzedać je znowu, kiedy ceny produktów poszły wysoko. Nie lenił się też w każdy kącik gospodarstwa zajrzeć ciekawym okiem. Zimową porą wychodził do dnia z latarką i z grubą laską, z których jedna oświecała, druga podpierała słabe już często kroki jego. Pomagała mu też czasem do otrzeźwienia zaspanej czeladzi, której nie odstąpił, aż sieczki narżnięto, obroki wymieszano i bydłu strawę obdzielono. Klucze od spichlerza, stodoły i lamusa nosił zawsze przy sobie, nawet poczciwej żonie nie lubił ich powierzać, bo zaraz uważał, że zmniejszyła się kupka pszennego pośladu, a nawet czasem zatarły się litery, które na czystym ziarnie starannie wypisał ulubioną laską swoją. Nie pomniał na to, że w zamian kokoszki jejmości naznosiły chmarę jajek, że podwórze napełnione było młodym i dobrze utrzymanym drobiem, że kapłon i indyk tłusty pokazał się nieraz na stole; on by rad, żeby to wszystko bożym wiatrem żyło, bo pieniążków za to nie widział, którymi tak lubił napełniać okuty kuferek pod jego łóżkiem stojący. Targował się nawet o plewy z dziewkami dworskimi, bo trzoda chlewna należała także do dochodu jejmości, a przecież ta tyle umiała sobie radzić, że i na jarmark często wysyłała, i karmnika upasła i spiżarnię zaopatrzyła, nie prosząc się nigdy o zboże. Poczciwa babka była zatem także skrzętną i dobrą gospodynią; może by i u niej znalazło się gdzie w pończoszce z kilkaset dukatów holenderskich na wiano dla ulubionej wnuczki zebranych, ale ta często wyciągała takową, bo była dzieckiem zepsutym, rozrzutnym, leniwym, żywym i nieuważnym. Wady te łatwo dałyby się pokonać pod okiem rozsądnej matki, która by nie nad zbieraniem posagu, ale nad kształceniem jedynaczki i rozwijaniem rzadkich jej przymiotów usilnie pracowała; na nieszczęście, oboje państwo W*** żadnego pojęcia o tym obowiązku nie mieli. Dziadkowi zdawało się, że wypełnił dostatecznie, co do niego należało, kiedy po śmierci rodziców jej wziął do siebie małą Zosię, kochał, pieścił i psuł ją zbytkiem pobłażania. Babka pamiętała dobrze, żeby dziecina nigdy głodna ani usmolona nie była, wszystkim jej grymasom i zachceniom dogadzała natychmiast, otaczała wygodami, a gdy już na panienkę wyrastać zaczęła, podsycała próżność, chwaląc bezprzestannie urodę, dostarczając zbytkownych strojów, troskliwie czuwając, żeby się Zosia nie opaliła, nie zmęczyła, przy żadnej robocie rączek nie zwalała, bo jak twierdziła, urodziła się na wielką panią, zatem do gospodarstwa trzymać będzie sługi, które wszystko za nią zrobią. Wielka pani zaś powinna, podług jej mniemania, mówić po francusku, trochę zagrać i zaśpiewać, nade wszystko umieć się pięknie ubrać i gości przyjmować, a tego wszystkiego nauczyć ją miała nastręczona przez sąsiadkę francuska guwernantka, która przecież po kilkomiesięcznym w domu ich pobycie, widząc, że nie poradzi z rozpieszczonym dzieckiem, któremu ani się sprzeciwiać, ani do niczego przymuszać nie wolno było, obrażona, że na pierwszą sługę jedynaczki obrócić ją chciano, zrzekła się dwustu dukatów holenderskich, które jej rocznie płacić miano, i odjechała z wielkim zadowoleniem uczennicy i jej opiekunki.

– Ach! Bogu dzięki, żeśmy się tej Francuzicy pozbyli! – mówiła babka w dzień jej wyjazdu, wszedłszy do męża pokoju w chwili, kiedy właśnie zamykał regestrową książkę, w której zapisał pańszczyznę. – Aż mi się lżej na sercu zrobiło, nieznośna była ze swoim parlez-vous français, mademoiselle, ustawicznie Zosię męczyła i nudziła, aż zmizerniało niebożątko.

– No, ale któż teraz uczyć ją będzie? – zapytał dziadek. – Gdy tak dalej, jejmość, pieścić ją będziesz i na wszystko pozwalać, to dziewczyna nic umieć nie będzie.

– Boże święty! – zawołała zgorszona takim przypuszczeniem babka. – Ona! Nic nie umieć! Toć chyba, jegomość, nie wiesz, że ona już i teraz gładko czyta i pisze, często widzę, jak pożycza książek od sąsiadek i tak się w nich zaciekawi, że nawet i w nocy chce czytać, że aż muszę jej świece zdmuchnąć, żeby sobie oczynów nie psuła, a jak zacznie potem ślicznie opowiadać o różnych panach i paniach, co tak się pokochali, że aż poumierali z tego, niby to i ja, choć stara, spłaczę się nieraz jak dziecko. Oj, ma ona swój rozumek, ma!

– Ej, to bałamuctwa; lepiej byś ją, jejmość, nauczyła szyć, prząść, ciasto upiec, koło drobiu chodzić, toby jej się na więcej przydało, jak to tam czytanie o kochaniach. Książę żaden ani hrabia nie zajedzie do Kalinowa po nią, a jak pójdzie za równego sobie szlachcica, to ten będzie wolał, żeby znała się na gospodarstwie, jak na parlez-vous français i klawicymbale. Oj, tak, tak – dodał, widząc zachmurzenie żony – taka gospodyni jak moja Małgosia, to to skarb prawdziwy – i pogłaskał ją pod brodę, bo wiedział, że tym sposobem rozbroi gniew jej, który w oczach wyczytał, a który tylko wtedy objawiał się zwyczajnie, kiedy kto ośmielił się mówić co na Zosię albo jej się sprzeciwić.

Poczciwa kobiecina była zwykle łagodnego i dobrodusznego usposobienia, bez hałasu rządziła domem, a nawet i jegomościem, który pomimo wrodzonej oszczędności, czasem do skąpstwa posuniętej, pomimo mantyctwa, które z wiekiem do ogromnych rozmiarów dochodziło, wobec gniewu żony, tak rzadko wybuchającego, tracił odwagę i był milczącym i uległym małżonkiem. Tym razem jednak obraza była zbyt wielka, ażeby tak łatwo przebaczona być mogła, bo się odwróciła nadąsana i rzekła:

– Ej, jegomość, pochlebiać umiesz, a na te biedaczkę nastajesz, a ja jegomości powiadam, że ona urodziła się na wielką panią i basta. Co jej po szyciu i przędzeniu. Jak ona wchodzi tylko na próg, to każdy czapkuje, gdyby przed królową, taką ma piękną prezencję; nie raz i sam jegomość mimowolnie za jarmułkę uchwycisz, aż mi się śmiać chce, dobrze ja wszystko uważam; zresztą, toć to jeszcze młoda, ledwo ma lat czternaście, sama się z książek douczy, bo i na francuskich czyta expedite.

– Choćby jeszcze do madam oddać do Radomia na jaki rok – wtrącił nieśmiało dziadek.

– Co do madam! Żeby mi Zosieńce zrobili co jeszcze, tu jedna tylko była, a tak po niej zmizerniała, że aż strach patrzeć; jakiem żywa, nigdy na to nie pozwolę! – zawołała z oburzeniem babka.

– No, to róbże sobie, jejmość, co chcesz, a patrz końca – odpowiedział dziadek i zaczął szerokimi krokami przechodzić się po pokoju, założywszy w tył ręce; nareszcie stanął przede mną milczącym dotąd i rzekł: – A odezwijże się przecie, jegomość, i powiedz tej upartej babuli, czy to dobrze tak dziewczynę bałamucić pieszczotami i czy ja źle mówię, że warto by ją do madam oddać na rok przynajmniej.

– Ej! Ani mi jegomość o tym wspominaj, bo się pogniewamy.

Pomimo tej groźby ośmieliłem się, choć bardzo ostrożnie poprzeć stronę dziadka. Zacząłem naturalnie, od wystawienia i podwyższenia zalet Zosi, co już ją w połowie udobruchało, bo się uśmiechać zaczęła, przeszedłem potem do przykładów córek wszystkich bogatych panów, co mają w domu guwernantki albo na pensję chodzą; skończyłem nareszcie twierdzeniem, że brylant taki oszlifować koniecznie trzeba, ażeby kiedyś całym światłem zajaśniał. Porównanie to trafiło do jej przekonania, a choć się długo jeszcze wahała, udając rozgniewaną, przystała w końcu, ażeby pojechać z Zosią do Radomia na jakie kilka tygodni, wyprawić madam, pannom i guwernantkom suty podwieczorek, który miał zjednać je dla niej, potem zabawić w mieście dopóty, dopóki się biedactwo nie otęskni, a ona sama nie przekona się, że te niepotrzebne, jak twierdziła, nauki nie będą szkodzić jej zdrowiu, wtedy dopiero obiecała zostawić Zosię na pensji, i to nie dłużej jak na kilka miesięcy, bo to aż nadto czasu dla jej bystrego rozumu, żeby się wszystkiego wyuczyć; w końcu położyła jeszcze ostatni warunek, żeby Zosia na to wszystko przystała dobrowolnie, bo „przymuszać jej do niczego nie pozwolę nigdy – dodała – a ona podobno najmądrzejsza z nas wszystkich, wie, co dla niej potrzebne”. Uśmiechnąłem się na ten dodatek niezbyt pochlebny dla nas, dziadek ruszył ramionami, ale obaj nic nie odrzekliśmy, aby nie popsuć tak szczęśliwie ubitego targu. Wejście Zosi w tej chwili o mało co nie obaliło wszystkich naszych zabiegów. Wbiegła do pokoju, śpiewając, uściskała babkę i dziadka, mnie przywitała podaniem ręki, którą figlarnie wstrząsnęła, potem siadając na niskim stołeczku u nóg babki, zaczęła układać przyniesione w fartuszku kwiaty i zapytała:

– O czym tu tak państwo radzicie i radzicie, tak długo, że aż sama musiałam przybiegnąć do was, bo nikt nie przyszedł zabawić Zosi; znudziło mi się rwać samej te kwiatki w ogrodzie, chodzę i chodzę po ulicach a czekam, czy też sobie kto przypomni, że Zosia żyje na świecie, ale nie, widać, że już jej nikt nie kocha – dodała, patrząc babce w oczy, niby smutno.

 

– Słowiczku mój, co też ty mówisz! Ciebie nie kochać? A kogóż by? Przecież Agatka była z tobą. Dobrze jej przykazywałam, żeby cię na krok nie odstępowała; a to wietrznica dziewczyna! Już gdzieś poleciała. Oj, dostanie ona dobrą burę!

– O nie, babuniu – przerwała Zosia. – Nie łaj Agatki, ja jej sama pozwoliłam odejść, bo matka jej chora, ona była smutna i płakać chciała, a ja nie mogę patrzeć, jak kto smutny i płacze, wolałam już zostać sama i kazałam Agatce pobiegnąć do chałupy Wojtkowej i zanieść jej różnych rzeczy z apteczki, których dałam jej kilka garści.

– Jak to kilka garści? – zapytał dziadek. – Czegożeś ty jej dała?

– Cukru, ryżu, cynamonu do rumianku i flaszeczkę tego starego wina z pomarańczkami, co to dziadunio używa, kiedy chory.

– Jezus Maryja! Cóż to za rozrzutnica! – zawołał rozgniewany dziadek. – A widzisz, jejmość, jaka to z niej cnota, garściami rozdawać korzenie i wina całą flaszkę na raz, ona nas zniszczy, że z torbami pójdziemy.

– No i cóż się stało, że się, jegomość, tak gniewasz i przestraszyłeś dziewczyninę – która w samej rzeczy schowała główkę w kolana babki – cóż wielkiego, że dała trochę ziół i korzeni swojej służce, wprawdzie może za wiele, ależ to takie ma złote serduszko, że jak ubogiego zobaczy, toby i sukienczynę zdjęła z siebie a dała. No, no, uspokój się, robaczku – dodała, głaszcząc ciemną główkę Zosi – i idź przymil się dziadkowi – domówiła ciszej – to on się zaraz udobrucha.

Zosia powstała ze stołeczka, zbliżyła się do dziadka ze złożonymi rączkami i rzekła pokornie:

– Dziaduniu, już nigdy nie będę, nie gniewaj się na twoją Zosię – minkę zrobiła jakby do płaczu, na który wcale jej się nie zbierało, bo widząc, że zmiękł gniew dziadka, parsknęła śmiechem, a uściskawszy go kilkakrotnie, chciała wybiec z pokoju, kiedy babka, przypomniawszy sobie dopiero, o czym mówiliśmy przed jej przyjściem, zawołała:

– Ale, ale, czekajże Zosieńko, powiem ci, jakie tu były o tobie narady. Twój dziadek i ten pan – dodała, wskazując ironicznie na mnie – utrzymują, że tobie koniecznie uczyć się jeszcze trzeba, nie chcą mi wierzyć, że ty już umiesz tak wiele, i wymogli na mnie słowo, że pojedziemy do Radomia, że ty chodzić będziesz do madam, potem tam zostaniesz na nauce, ale to wszystko, jeżeli zechcesz, bo jak nie, to ani mówić o tym.

Zosia na pierwsze słowa babki zaczerwieniła się mocno i łzy stanęły jej w oczach, zapewne na myśl rozłączenia, potem widać inna przyszła jej do głowy, zaimponowania tam pięknymi strojami i dostatkami dziadka, może nareszcie i sama nauka miała dla niej powab jakiś, bo była ciekawa i chciwa poznania świata, dosyć, że uśmiechnąwszy się mile, odpowiedziała:

– O! Dobrze babuniu, pojedziemy do Radomia, to prawda, że ja jeszcze mało umiem, mało znam ludzi i czasem nawet nie wiem, jak się ubrać, w mieście to się tego wszystkiego wyuczę prędzej, żal mi tylko kochanej babuni i dziadka porzucać, i swoich kwiatków w ogrodzie, i ptaszków, co tak wdzięcznie śpiewają; jak ja się tam obejdę bez tego wszystkiego, kto mnie tam kochać będzie – i to mówiąc, smutnie zwiesiła główkę.

Słowa te rozrzewniły sędziwą babkę, nawet i dziadkowi łzy stanęły w oczach. Zosia na ten widok wybuchła głośnym płaczem, ściskając ich kolana; oboje byli gotowi od zamiaru odstąpić, kiedy ja, choć także wzruszony, zbliżyłem się do Zosi i podnosząc ją, rzekłem:

– Wstydź się Zosiu być tak dziecinną i rozczulać dziadków twoich. Czyż nie wiesz, że takie wzruszenie szkodzić może ich zdrowiu! Nie jest to wielkim nieszczęściem opuścić dom rodzicielski na parę miesięcy. Tego rodzaju zmartwienia spotykają każdą prawie panienkę w twoim wieku, a przecież znoszą je z większą mocą duszy.

Wymówka ta obudziła wrodzoną jej dumę, nigdy niższą w niczym ani słabszą od nikogo okazać się nie chciała, podniosła więc czoło, otarła prędko oczy i rzekła:

– Któż panu mówił, że ja płaczę? Ja sama, proszę babuni i dziadka, żeby byli spokojni, a mnie na naukę oddali, ja się chcę uczyć i umieć wszystko co drugie. Ale babuniu – dodała już wesoło – weźmy i Agatkę z sobą, i Azorek z nami pojedzie, moglibyśmy nawet i kanarka zabrać z klatką, nieprawdaż? A kiedy wyjedziemy babunieczku?

– Powoli, powoli, mój ty kołowrotku, jeszcze to kilka dni zejdzie, zaczym ja się wybiorę, wszak i ciast upiec muszę, i konfitur, i suszenin naładować na ten podwieczorek dla panien i dla ciebie na potem, i sama muszę się przecie ogarnąć, bo już tak dawno nigdzie z domu nie wyjeżdżałam. Trzeba będzie posłać po Żyda krawca, żeby przywiózł jakiego kitaju i mnie nową suknię wystroił. Zosi, jeżeli będzie co brakować, to się w mieście przykupi.

– Babunia przecież także może sobie kupić materii i kazać w magazynie zrobić, będzie to przyzwoiciej na obywatelkę, tak wszystkie panie robią.

– Ja nie „pani”, moja Zosiu, tylko sobie prosta szlachcianka, ty to co innego.

– Jak to co innego? – zawołał rozgniewany dziadek. – Zosia jest przecie córką naszego syna, nosi toż samo nazwisko, skądże ma być co lepszego, nie bałamuciłabyś jej, jejmość, głowy, bo doprawdy jak się rozgniewam, za dwa lata z pensji odebrać nie pozwolę, aż jej te fuksy wywietrzeją. Materii koniecznie na suknię, proszę uniżenie już kitaj niedobry, a jeszcze od ziemi nie odrosło, co to potem będzie, proszę jegomości – dodał, zwracając się do mnie.

– Potem będzie miała lepszy rozum – odrzekłem. – Pozna, że bogaty strój nic nie znaczy, że nie o powierzchowne wdzięki ciała, ale o piękność duszy starać się należy, że dostatki, jakich nam Pan Bóg udziela, wtedy tylko podwyższyć mogą wartość naszą, kiedy ich używamy dla dobra ludzkości, dla otarcia łez nieszczęśliwych, dla oświecenia zostających w błędzie lub ciemności. Biada tym, co w bogactwach swoich widzą tylko środki dogodzenia próżności lub zbytków... „Czym więcej im dano, tym więcej od nich wymagane będzie”.

Zosia spojrzała na mnie ze zadziwieniem, nigdy słów podobnych nie usłyszała z ust opiekunów, nigdy nie napotkała we francuskich książkach, które tak czytać lubiła, a choć znała cokolwiek księgę, z której były wyjęte, bo czasami czytywała z niej głośno przy babce niektóre ustępy, to przecież słowa mądrości i prawdy niezrozumiałymi pozostały dla niej, bo padły na nieuprawną rolę jej serca, w którym złe nałogi jak bujne chwasty obrały siedlisko, a nie było ręki, która by wzrost ich zatamowała. Prostoduszna babka sądziła, że uczyni Zosię bardzo nabożną, kiedy nauczywszy ją pacierza i katechizmu, co niedziela wiozła do parafialnego kościoła na naukę i uroczyste nabożeństwa, co sobota zapaliła lampkę przed obrazem Matki Boskiej nad jej łóżkiem wiszącej, dawała przykład postu, jałmużny, śpiewania różańca i godzinek, ale kiedy Zosia prosiła ją o wytłumaczenie którego z obrządków naszej wiary albo słów usłyszanych z kazalnicy, odpowiadała zwykle: „Moje dziecko, co ci tam po tej ciekawości; zawsze chcesz wszystko wiedzieć co, jak i dlaczego. Ja tyle lat żyję na świecie, a nigdy nikogo nie pytałam się o to: tak powiedziano albo przykazano, to dosyć, trzeba wierzyć i pamiętać, a ciekawość to pierwszy stopień do piekła, mój robaczku” – dodawała, głaszcząc ją pod brodę. Zosia, choć niechętnie, musiała na tym poprzestać, rosła w niewiadomości, w bojaźni jeszcze Boga, ale bez miłości ku niemu, bo bez poznania doskonałości łask i wszechmocności Jego. Zamyśliła się chwilę nad usłyszanymi wyrazami i już miała zapytać o ich znaczenie, kiedy babka przerwała:

– No, moja Zosieńku, idź, kochanko, do ogrodu albo do swego pokoju ochłodzić się, bo cię twarzyczka pali, jeszcze mi zachorujesz, a co tylko dziś powiesz albo zrobisz, wszystko się tym panom nie podoba, trzeba im zejść z drogi.

To mówiąc, wyszła z Zosią, a ja z kolei zadumałem się nad nieszczęśliwym położeniem tego dziecka, obdarzonego tyloma przymiotami, szlachetnym sercem, wyższym pojęciem, powierzonego opiece ludzi uczciwych i kochających, a jednak przez nich samych popychanego do zguby, zatem skazanego na wieczną niedolę i cierpienie. Niewiele też obiecywałem sobie z ułożonego projektu oddania jej na pensję, zwłaszcza pod warunkami ułożonymi przez babkę. Trzeba by to coś nadzwyczajnego, żeby dziewczyna tak wychowana jak Zosia i w ten sposób oddana w ręce ludzi obcych nie znalazła w nich raczej pochlebców aniżeli doradców i nauczycieli; tej nadzwyczajności nie można było bynajmniej spodziewać się po radomskiej pensji, dlatego też rozważywszy wszystko dobrze, nie ledwie żałować zacząłem, że popsułem projekt dziadka, a skutek pokazał, że obawy moje nie były bezzasadne. W kilka dni po tej rozmowie, kiedy już i ciasta, i nowe suknie, nawet i liberia z galonkami dla dwóch ludzi były gotowe, kiedy porobiono zapasy rozmaitych wiktuałów, kuchennych i aptecznych, z których część miała być rozdzielona pomiędzy profesorów i guwernantki, część druga użyta na ów podwieczorek i zaopatrzenie Zosi, kiedy to wszystko upakowano na dwie wielkie bryki, po długim bieganiu, płaczu, żegnaniu każdego kącika domowego, a w końcu ukochanego dziadka i mnie starego przyjaciela, który choć czasem gorzką prawdę powiedział, był przecie lubionym od całego domu, żegnani z rozczuleniem od dawnych sług i gromady, która zeszła się pożegnać ukochaną panienkę, wyruszyli na koniec traktem do Radomia, gdzie też i ja po dniach kilku udać się zamierzałem, tak dla własnych interesów, jako też dla odwiedzenia Zosi i polecenia jej szczególniejszej opiece przełożonej pensji, z którą otwarcie pomówić postanowiłem, chcąc dać jej poznać położenie i charakter dziewczęcia, ażeby wiadomości tych użyć mogła na korzyść wychowanki. Lekka słabość sprawiła, iż dopiero po dwóch tygodniach mogłem zamiar swój przyprowadzić do skutku, wiedziałem tylko od odwiedzającego mnie często pana W***, że żona jego powróciła do domu zadowolona ze swojej podróży, bo Zosia była zdrowa, wesoła, bardzo podobała sobie i nauczycielkę, i koleżanki, i nowy sposób życia, a choć mocno płakała przy rozstaniu się z babką, to przecież to wzruszenie ani nauka nie zaszkodziły jej zdrowiu, bo już posyłała umyślnego posłańca do Radomia z listami do Zosi i do madam i z nowymi dla nich przysmakami. Zosia przy tysiącznych ucałowaniach rączek i nóżek najukochańszych rodziców i opiekunów dziękowała im szczerymi wyrazami za ich troski i dobrodziejstwa, których się sądziła niegodną, których nigdy odwdzięczyć nie potrafi, ale w głębi serca zachowa.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?