Walka z szatanem

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ale wówczas zerwała się burza. Robotnicy uświadomieni, dobrze jedzący, syci, nieraz wytwornie odziani, poczęli krzyczeć masowo, że oni nie chcą należeć do czegoś, co ma być towarzystwem dobroczynności, że nie myślą popierać tej „Pracy” i że się z niej wypisują. Ponieważ zaś to biuro mogło istnieć i mieć jakąś wartość o tyle, o ile by się przekształciło na instytucję robotniczą, a więc o ile by ogarnęło całość polskiego świata pracy i miało jego poparcie – inicjatorowie jego powstania zaproponowali, że skoro „Praca” obecna nie odpowiada życzeniom robotników, niechajże ją robotnicy sami wezmą w swe ręce, utrzymają i prowadzą, albo wreszcie niech ją rozwiążą i coś innego na to miejsce wytworzą. Ale niech co innego na pewno wytworzą! Niech zaraz określą, co wytworzą! Niech udowodnią, że zaczynają tworzyć niezwłocznie!

Inicjatorowie założenia „Pracy” zaproponowali zerwanie stosunków z „Jednością”,– odrzucenie jej pomocy na dzierżawę lokalu i wydatki z istnieniem takiego biura związane oraz objęcie tejże „Pracy” przez samych robotników, skoro im spółka z tak zwaną „burżuazją” nie dogadza. Lecz wówczas jeden z wielkorządców partyjnych postawił wniosek przeciwny, mianowicie, żeby się pobierania funduszów z „Jedności” nie wyrzekać, pieniądze te brać – „owszem” – tylko nie wchodzić z tamtą instytucją w żadne prawne stosunki i zobowiązania. Było to wyjście tak dowcipne i nowe, że sami robotnicy stojący pod rozkazami tego doradcy nie głosowali za tym wnioskiem. Tylko on sam i dwie jeszcze osoby poparły go przez podniesienie ręki.

Ryszard Nienaski siedział w kącie wielkiej izby, w dymie nieprzejrzanym z papierosów, w zaduchu nie do wytrzymania, w tym chaosie zdań, instynktowych okrzyków, wrzasków, sprzeczek na uboczu... Lampy gazowe pod sufitem przygasły od potwornego powietrza, istnego gnoju w przestrzeni. Trudno było dech złapać. Lecz nie fizyczne udręczenie przytłaczało go tego wieczora. Nie odzywał się. Słuchał i patrzał. Był po stronie tych robotników. Rozumiał, co mówią. Tak, wszystko tak... Przytwierdzał. A przecie w mowie ich, w rubasznych, zaciekłych wykrzykach, w mściwych spojrzeniach, w niewybrednych dowcipach, we wszystkim, cokolwiek mówili, czuł tylko materialną ich rację, jakiś chwilowy rezon i nad czymś przewagę. W sobie przez wewnętrzną intuicję, wiedział co innego. Nie umiałby zaprzeczyć żadnemu z przemądrzałych wywodów, które tak nieodparcie, czarno na białym okazały, że nie masz ojczyzny, a przecie wiedział, że to wszystko jest mizernie skłamane, i to od a do zet.

Do najbliższego towarzysza, który podrwiwał tęgo z owej „ojczyzny”, nachylił się i spytał ochrypłym głosem:

– A gdy pod Małogoszczem, wiecie, wtedy... A gdy tam biła się szlachta i różne niby „klasy”, to byście także nie poszli? Siedzielibyście w domu, w izbie, w suterynie, na poddaszu? Patrzylibyście z dala i z góry, jak to tam Dobrowolski...

Tamten coś niechętnego mruknął. Wnet pokazywał sąsiadom tego „inteligenta”. Inteligent zasie czuł, że nie to rzekł, co należało, co chciał wyrazić, że nie ma racji, aczkolwiek posiada w sobie prawdę o tej rzeczy, że w ogóle nie ma tu o czym gadać. Pierwszy to raz w życiu wesoły Ryś Nienaski poczuł szczególniejszą boleść, bezsilną a do obłąkania głęboką zgryzotę. Jak gdyby się szatan pazurami i zębami wszczepił w serce, uwiesił u niego i wżerał w nie coraz mocniej. Nie było rady, nie było środka, żeby dyndające jego. cielsko od serca odtrącić, zmiażdżyć, zniweczyć, zabić.

Późno w nocy wyszedłszy z zebrania przemierzał oświetlone ulice, wrzaskliwe i rozbawione rojowisko birbantów, nocnych nicponiów, nieszczęśliwych i prostytutek. Niósł wśród gwaru głowę swą jakby rozbitą pałkami, w niej myśl zwieruszoną z posad. W upadku swym ta wiecznie radosna myśl straciła swą żywotność, prężność, polot. Stała się czymś zgoła innym, nie sobą, smutkiem. Coś istotnego, najgłębszą treść rzeczy ogarniała rozległą swą powierzchnią. Gąszcz nowych, niezliczonych rzeczy ciągnęła w sobie niby włok, który zagarnął muły i stwory dna głębokiego. Raz wraz wynurzało się – jak popław, wskaźnik rzeczy – przeświadczenie, że ludzie polscy skazani są na pracę w ciemnej próżni swego losu, a trudzą się jak gdyby dla kogoś nieznanego, kto ze śmiechem patrzy wciąż przez „judasza” drzwi ich kaźni. Wspominał tych wszystkich ludzi zamożnych, po których schodach tułał się, wstępował i schodził w ciężkim upokorzeniu... Ich niechęć, ich odraza, ich abominacja do owej „Polski”, tak lub inaczej zamaskowana... A teraz znowu ta sala, pełna dymu, zaduchu i obłąkanych słów... Usiłował pocieszyć się myślą, że ci i tamci są to elearowie, że wszystko to tutaj nasiąkłe jest obcością, przyciągnięte przez obcy magnes... Śmiał się na wspomnienie żądania, żeby robotnik polski, gdy nogą stanie w Paryżu, koniecznie tutejsze, francuskie interesy miał na oku, żeby w gruncie rzeczy, w istocie faktu stał się Francuzem, żeby koniecznie zapomniał o Polsce... Zapomnieć o niej – nazywało się tutaj – stać na stanowisku międzynarodowym. A przecie oczywistą to było rzeczą, że kto o Polsce zapomni i staje we Francji na gruncie niby międzynarodowym, ten się staje nie czym innym, tylko Francuzem. „Interesy robotników francuskich...” Ci z Polski byli obowiązani popierać interesy robotników francuskich... Niewolnicy, zawsze i wszędzie niewolnicy... Szloch poety, który na tym bruku tyle przemyślał, przebolał, zabrzmiał w duszy niby głos przechodnia, niby okrzyk radosny, przyniesiony z daleka:

Tam, gdzie ostatnia stoi szubienica,

Tam jest mój dom i moja stolica.

Jeszcze cztery razy zwoływana była na zebrania całość świata robotniczego w sprawie „Pracy”. Wynikła najśmieszniejsza pod słońcem sytuacja. Wydawało się ludziom, że owa „Praca” jest to właśnie wróg czyhający na byt i dobro proletariatu, i że tu mieści się zamach na idee nowoczesne. To, co w gruncie rzeczy było najbardziej godziwym środkiem podźwignięcia pewnej kategorii ludzi i wprowadzenia ich w sferę życia wyższego porządku, traktowano na skutek masowego złudzenia czy zbiorowej złej woli jakoby skombinowany i skomplikowany machiawelizm reakcji. Sprawa tak dalece się rozwinęła, że na te wiece w kwestii „Pracy” schodzili się przywódcy ruchu syndykalistycznego francuskiego, najbardziej włochaci i kudłaci mędrcy rosyjskiego socjalizmu i inni pisarze oraz doktorowie marksowskiej idolatrii wyrazu „walka klas” – przez swe życie, swe posady, salony, służbę i cały sposób życia zupełnie obcy światu robotniczemu, właśnie „burżuazja” najistotniejsza, tym bardziej wstrętna, że bezprawnie nadużywająca haseł a do gruntu cudza głęboko bolesnej doli i duszy ludu. Biedne polskie biuro „Pracy”, kopciuszek wyniesiony przypadkiem na tak rozwidnioną scenę, nie wiedziało, co ze sobą począć. Ciągnęły się długie mowy w różnych językach dla udowodnienia, że taka instytucja z punktu widzenia prawdziwego interesu robotniczego nie jest potrzebna w Paryżu. Jeden z mówców francuskich szeroko tę rzecz uzasadniał.

Robotnik – mówił – jest twórcą bogactw w nowożytnym społeczeństwie, lecz z bogactw tych nie korzysta. Przeciwnie, ludzie, którzy nic nie mają wspólnego z wytwarzaniem bogactw, jedynie z nich korzystają. Robotnicy usiłują, oczywiście, zdobyć za swą pracę choć cząstkę wytworzonych przez się bogactw. Grupują się tedy i jednoczą. Ponieważ zaś posiadacze skarbu nie ustępują dobrowolnie ani jednej z niego okruszyny, robotnicy muszą walczyć. Walka ta skierowana jest przeciwko „pracodawcom” i przeciwko państwu, które pracodawców wspiera i broni, albowiem z nich żyje. Walka ta rozpada się na dwa sposoby i ma dwa łożyska. Jednym z nich w ciągu trzydziestu ostatnich lat toczyło się we Francji usiłowanie zyskania od burżuazji i rządu ustępstw w drodze przetargów parlamentarnych i w instytucjach tego rodzaju, co Conseil Supérieur du Travail. Innym łożyskiem pędziły nieustanne wysiłki w celu wytworzenia niezależnego, autonomicznego życia syndykatów robotniczych w duchu allemanistycznym, które powołały do pracy Bourse de Paris, a później Confédération Generale du Travail. Do któregoż z tych prądów chce się przyłączyć, w które trafić łożysko „Praca”, ufundowana i wspomagana przez burżuazję polską? Jak ją mają traktować świadomi swoich dróg robotnicy francuscy? Czy ona będzie sprzymierzeńcem czy wrogiem w czasie walki? Czy stanie na gruncie idei strajku powszechnego, która jest hasłem i zwiastunem odrodzenia świata?

Zarząd „Pracy” nie mógł odpowiedzieć na to pytanie, gdyż nie miał prawa dać odpowiedzi, ani twierdzącej ani przeczącej. Nie to było funkcją tego zarządu. Nie decydowanie o zapatrywaniu robotników w tej instytucji zgrupowanych na ideę strajku powszechnego, lecz wyszukiwanie dla nich pracy i zarobku. Ta chwiejność złe sprawiła wrażenie. Robotnicy polscy, należący w przeważnej większości do znaku syndykalizmu francuskiego, szyderstwem powitali chwiejność zarządu.

Na pomoc mu niejako wystąpił z tłumu mówca niewiadomy i nieznany. Był to już starszy człowiek, wysoki, szczupły i wyschnięty blondyn z długą brodą, czaszką łysą i jak gdyby spaloną od słońca, z twarzą pooraną a raczej podeptaną. Mówił po polsku, językiem z rosyjska zaśmieconym i połamanym. Począł zjadliwie przedrwiwać wywody poprzedniego mówcy syndykalisty utrzymując, że owe sławetne i sławione syndykaty i giełdy pracy zawojować jeszcze nic nie zawojowały, a pewnie i w przyszłości na hałasie skończą. Natomiast niewątpliwie rozbijają one świat pracy i biedy ludowej na dwie części: na robotników sytych i na ludzi głodnych, na „proletariat” uprzywilejowany i na łachmaniarzy nie mających prawa należenia do żadnego tam związku. Pomiędzy warstwami tych robotników płatnych i objętych przez prawo a warstwą ludzi niepłatnych, wyjętych spod prawa, wynika coraz głębsza szczelina, która się tu i owdzie na świecie w przepaść zamienia. Pierwsi wytwarzają swe związki zawodowe i gromadzą w nich dosyć duże pieniądze. Dość powiedzieć, że w ciągu jednego tylko roku związki zawodowe niemieckie wypłaciły strajkującym członkom swoim blisko sześć milionów zasiłku. Tymczasem nędzarskie klasy „społeczeństwa” nie są w stanie nic „oszczędzać” dla wytworzenia kasy związkowej. Tamci z syndykatu i ci z pola czy z podwórza – to dwie kasty. Syndykaliści i anarchiści, marksiści najbardziej ortodoksyjni, „bolszewiki” i „esery” nie życzą sobie wytworzenia buntu wszystkich o chleb, o pieniądze burżuazji, o zniweczenie głodu i skasowanie nędzy. Nie życzą sobie oni jednego zamachu wszystkich nędzarzy i wszystkich robotników po społu. Wszyscy ci partyjni panowie marzą na jawie o „przyszłym ustroju”, o przyszłej organizacji pracy. Zajęci są tym nade wszystko, w jaki sposób zabezpieczyć ów przyszły ustrój od wytworzenia się w nim nowych eksploatatorów pracy i nowej burżuazji. Nie żywych, dzisiejszych ludzi mają na oku ci nominaliści nowocześni, lecz swój przyszły „ideał”. Są to religianci nowego świata. Kapłani starego zapewniali swych nędzarzy, że zapłata ich nie jest na tej nędznej ziemi, siedlisku bogaczów, lecz obfita jest w niebiesiech. Ci kapłani nowego świata zapewniają swych nędzarzy, że zapłata ich jest nie dziś, lecz w „przyszłym ustroju”. Toteż ci wszyscy wieszczkowie przyszłości należą nie dość że do obecnego świata burżuazji, lecz są reakcjonistami. Ich to mistrz właśnie, Karol Marx, powiedział, że kto przewiduje przyszłość zbyt szczegółowo, przewiduje ją na podstawie przeszłości, a więc sam jest człowiekiem przeszłości, reakcjonistą a nawet człowiekiem wieków średnich, bo świat dzisiejszy wyrasta z wieków średnich i oparty jest o nie jak o fundament.

 

Jakże to mozolnie mędrcy socjalistyczni łamali sobie głowy, żeby w przyszłym ustroju nie odżyli grabieżcy pracy ludzkiej! Radzili tedy jedni, żeby zgoła porzucić świat złotego cielca i w dalekich pustkowiach, na wyspach samotnych tworzyć wspólnoty na zasadach komunizmu. Rozbiły się i rozleciały te sny czuwających. Radzili inni, żeby utworzyć własny bank, własną giełdę i wymieniać produkty pracy ludowej bez pośrednictwa kapitalistów i kupców. Ale te przedsiębiorstwa runęły.

Poczęli tedy nawoływać jeszcze inni, żeby przede wszystkim tworzyć rzeczpospolite, gdzieby władza polityczna przeszła w ręce ludu. Miała to być dyktatura proletariatu i podwalina „przyszłego ustroju”. Zburzono trony i zaprowadzono rzeczpospolite, lecz oto władza dostała się nie do rąk ludu, lecz właśnie do rąk bogaczów. A więc socjalni demokraci radzą, żeby demokratyzować maszynę państwową, wybierać jak najwięcej deputowanych socjalistycznych. I oto, gdy w Niemczech tych posłów socjalistycznych zasiada w parlamencie Rzeszy setka z górą, państwo to jest najbezwzględniejszą ostoją reakcji, postrachem narodów, koszarami militaryzmu, zaborcą i gwałcicielem praw ludów, twierdzą despotyzmu, a sami ci posłowie zapewniają nieustannie swą władzę, że nigdy „na ulicę nie wyjdą” i nigdy się nie pokuszą o zburzenie tej twierdzy despotyzmu. Socjaliści-politycy nawołują we wszystkich krajach: zdobywajcie prawo powszechnego głosowania – równe, tajne, bezpośrednie... A gdy to prawo zdobyte zostanie, powiększa się tylko ilość urzędników pobierających dla siebie pensje z zarobków ludu. Ze wszystkich poczynań socjalistycznych wynika tylko jedno niewątpliwe: ta sama ludu nędza. Przybywa tylko „inteligencji”, rozprawiającej o przyszłym ustroju a żyjącej z pracy mas okradzionych. Taka sama wciąż bieda przesuwa się przed ich oczyma i wałęsa pod ich oknami. Wciąż ci sami są ludzie brudni, spracowani, cuchnący, zrozpaczeni, okrutni, grzeszni wskutek swojej niedoli.

Obecnie rewolucyjny syndykalizm we Francji i we Włoszech oraz przyczepiony do niego anarchizm głosi potrzebę i nadzieję strajku generalnego. Tym „mitem” rewolucji socjalnej usiłuje zalepić straszliwą ranę świata. Związki zawodowe, w których łonie i za których pośrednictwem ma się ta rewolucja dokonać, istnieją pod okiem rządów sprawowanych przez burżuazję oraz przez jej popleczników: socjalistów politykujących. Ci przedstawiciele proletariatu – jak to stwierdzają wszyscy konserwatyści – są po przyjściu do władzy najzacieklejszymi i najmądrzej reakcyjnymi sługami reakcji. Ci przebiegli karierowicze, ekstowarzysze, znają przecie najlepiej zawartość kas związkowych, siłę samych związków i długość strajkowego ich oddechu. Ci doradcy kapitalistów potrafią przez przetrzymanie złamać każdą grewę. Z matematyczną dokładnością wiedzą oni, którego dnia wielki strajk górniczy angielski ustanie, kiedy nastąpić musi odpływ siły ludu szwedzkiego w najznakomiciej nawet zbudowanym strajku. W ciągu całego stulecia panowie anarchiści nie zwrócili się nigdy do robotników bez pracy, do „lumpenproletariatu”, do „bosiaków”, do „baciarów”...

To przemówienie witały złowrogie pomruki zgromadzenia. Dawały się słyszeć jakieś nieśmiałe syki i eksklamacje. Ale skądś, z kątów podtrzymywały je – i oklaski.

Ryszard po tym przemówieniu, które miało podobieństwo do głowni rzuconej na palne materiały, uczuł, że należy wyłożyć myśli, nasiąkłe od pasji i nocnych zgryzot. Zażądał głosu i otrzymał go w tumulcie i wpośród głośnego swaru całej sali. Poprzedni mówca kończył rzecz swoją oświadczeniem co do biura „Pracy”. Traktował je jako nicość, mdłą i śmieszną paliatywką, coś w rodzaju angielskiego plasterka, przylepianego na wrzodzie syfilitycznym... Gdy przyszła na Ryszarda kolej przemawiania, pożałował swego milczenia. Było już jednak za późno. Uciszyło się. Trzeba było mówić. Jąkając się i plącząc, z ową nieuniknioną a tak fatalną łezką w tonie głosu, która sama jedna mogła zdecydować o przegranej, Nienaski w tej sali, pełnej zaduchu, dymu, nienawistnego sapania a próżnej współczucia, począł dowodzić o potrzebie, o konieczności zarówno „Pracy”, jak „Jedności”. Wywołał zaraz atmosferę odrazy. Powoływał się na ostatniego mówcę, co sprowokowało szczere i serdeczne wokoło śmiechy. Nie zrażony tym, coraz mężniej mówił:

– Cóż mi tam z tego, że tu, w tej ohydnej sali, dobrze płatni robotnicy, niegdyś polscy, dziś francuscy, nieraz po piętnaście franków zarabiający na dzień, zadecydują, że „Praca” jest niepotrzebna dla bezdomnych nędzarzy, którzy obcym, francuskim językiem mówić nie umieją, którzy tu śpią pod ławami ulic miasta i pod mostami rzeki? Cóż mi tam z tego? Jakie po temu mają prawo ci towarzysze z syndykatów decydować o śmierci tamtych towarzyszów spod mostu lub spod ulicznej ławy? Syndykaliści potępiają politykomanów z parlamentu, Jauresów i Vaillantów, za metodę ich walki, a sami w imię metody swej walki, dla swego „mitu” generalnej grewy, na nędzę, norę policyjną, a nawet na śmierć z biedy, lekkim sercem skazują nędzarzy. Tamto nie są robotnicy! Tamto jest motłoch! Łazęgi, bezdomne mrowie! Otóż ja, Polak, mówię, że to są moi bracia Polacy i dlatego ich losem zajmuję się z całą gwałtownością. Kto się tu ośmieli zabronić człowiekowi, ażeby pomagał bratu swemu unieść głowę z rynsztoka życia, ażeby przytulił do siebie tę głowę, stłuczoną przez koła karocy bogacza, zbryzganą błotem pierzchającym spod kopyt jego koni? Słyszałem tutaj dowodzenie, że taki wysiłek podźwignięcia człowieka jest „szkodliwy”. Szkodliwy – dla kogo? Dla „mitu”.

Przychodź i szepc mu w ucho hasła swego mitu, ktokolwiek chcesz, ale wówczas, gdy się już dźwignął z ziemi! Ale kto z was ma rękę tak szatańską, ażeby się ośmieliła podnieść na tego brata, kto z was skaże go na los dobrego towaru dla handlarzy ludźmi, kto z was odbierze mu tę ostatnią deskę ratunku, gdy w obcym morzu tonie?

Przedmówca, ujmujący się za każdym człowiekiem ujarzmionym, zlekceważył i ośmieszył tę małą „paliatywkę”, tę „Pracę”. Nic dziwnego! On głosi hasło wielkiego przewrotu, ogarniającego kulę ziemską. Jakżeby mógł zwrócić uwagę na maleńką twórczą rewolucję w parysko-polskim partykularzu? Bo to była przecie rewolucja, tylko twórcza, więc, według niego, nic nie warta.

Lecz on tu głosił obronę nędzarzy, więc mu muszę oddać szacunek. Jego głos jest takim samym „mitem” jak „rewolucja” esdeków, którzy cierpliwie obserwują koncentrację bogactw i nie przeszkadzają złemu, nie sprzeciwiają się niczemu, co widzą, albowiem wszystko odbywa się według recepty i zbliża koniec – podobni w tym do rosyjskich „starokniżników”, którzy także cierpliwie czekają na zbliżanie się końca. Głos tego mówcy jest takim samym „mitem”, jak greve generale George’a Sorela i innych. Niechaj że on pokaże nam ów napad nędzarzy na bogactwo. Rada i program – nic nie znaczy. Czyn tylko nie byłby złudzeniem umysłu, snem na jawie i „ideałem”, z którego tak się wyśmiewał. Trzeba nie głosów, nie haseł i rad, i drwin, lecz czynów, choćby tak maleńkich jak owo biuro „Pracy”. To nieprawda, żeby ono było z inicjatywy reakcyjnej. Bo zapytuję, z jakich funduszów buduje się gmachy, w których się mieszczą giełdy pracy? Z podatków, pobieranych od burżuazji przeważnie przez municypalności miast. My tu nałożyliśmy podatek duży na tutejszą „burżuazję” polską i za osiągnięty fundusz założyliśmy małą giełdę pracy dla rodaków przybywających do Francji za chlebem. To biuro jest aktem postępowym, jest czynem rozumnym, jest zamierzeniem radykalnym, jest samym radykalizmem. Przychodź i szepc w ucho każdemu z członków tej imprezy, co tylko chcesz, ale dla swojego mniemania nie waż się odejmować nędzarzowi od ust kawałka chleba, gdy on jest głodny – opieki, gdy jej nie ma!

Syndykaliści paryscy, pochodzenia francuskiego i polskiego, z odrazą patrzą na tę „Pracę”, jako na organizację polską. Ja wiem. „Precz z ojczyzną!” Nie myślę polemizować... Tymczasem to właśnie biuro stoi w gruncie rzeczy na stanowisku międzynarodowej solidarności robotników, ono bowiem dba o to, ażeby przychodnie z ziemi polskiej nie zaszkodzili – broń Boże! – robotnikom francuskim. Więc zapisuje ich do syndykatów i przez samą swoją egzystencję przeciwdziała wytworzeniu się armii „żółtych”. Tymczasem syndykalizm francuski stoi na stanowisku czysto narodowym, najbezwzględniej i jedynie francuskim. Czy on wie cokolwiek o doli i żywocie robotników polskich? Przez postawienie całej swojej teorii związków zawodowych i metodą grewy powszechnej stwierdza on dobitnie, że tylko francuskie stosunki ma na oku, stwierdza to nie bez dumy, że jest to francuska forma socjalizmu. W Polsce nie wolno zakładać związków zawodowych, więc cóż tam ma czynić ta „francuska” metoda przeniesienia życia robotniczego i nadziei świata do syndykatów, hasło ich autonomii i cała action directe? Nic to nie obchodzi robotników francuskich, którzy jakoby nie uznają ojczyzny. Nie uznają oni w istocie rzeczy swego państwa dlatego, że się zawiedli na towarzyszach Millerandzie, Briandzie, Vivianim, którzy tym państwem rządzą, a zamiast „walki klas”, głoszonej dawniej, głoszą obecnie „pokój społeczny”, wdrażany przez armię i policję. Syndykaliści nie dbają o to, że chcą zniweczyć nie państwo, lecz ojczyznę masom nieszczęsnym, które o nią muszą walczyć, bo bez niej plują im w twarz najeźdźcy, nie pozwalają na najprostszą organizację trudu, na najlżejsze polepszenie doli, na założenie owego właśnie związku zawodowego pracowników jednego fachu. Syndykaliści francuscy nie uznają państwa, sprzeczają się ze swoim, ale pod jego osłoną, pod czuwającą bronią jego żołnierzy istnieją ich związki, organizacje i nadzieje zburzenia tegoż państwa. Państwo, które chcą zburzyć, pozwala im organizować się, samo czyni miny i gesty, jakoby było organizacją najbardziej przychylną dla robotników. Oświeca ich dzieci i prowadzi dobrze postawione szkoły całego kraju. Czy chce, czy nie chce, syndykalizm francuski korzysta z działań na całej linii tegoż rządu, który zwalcza. A gdyby zewnętrzny nieprzyjaciel dla stłumienia wolności syndykalistycznej, w chwili przypuszczalnego zniszczenia obecnej władzy we Francji, naszedł jej granice, czy syndykaliści nie staliby się obrońcami tego kraju – i któż wie, czy nie chwyciliby się tychże środków obrony, co dzisiejsi ministrowie. Bo czymżeby walczyli z armiami najeźdźców, uzbrojonymi w mitraliezy i aeroplany, jeśli nie armią uzbrojoną w mitraliezy i aeroplany? Syndykaliści nie obawiają się wojny, gdyż mówią, że jej nie będzie. Są zresztą tacy, którzy mówią śmiele, że im jest wszystko jedno, kto Francją rządzi: Francuzi czy Niemcy. Szczęśliwi! Nie znają niewoli. Twierdzą, że syndykaliści z tamtej strony Renu nie dopuszczą do wojny. O, skrzydlate słowo!

 

Cóż Polska? Co wie o niej robotnik francuski, śpiewający Internationale? Robotniczego pogłowia, z kobietami, starcami i dziećmi – milion na kilkanaście milionów ludności. Siedmiomilionowa masa chłopów w samym Królestwie... A cóż o tym mówią pomiędzy sobą robotnicy polscy przyszedłszy do Francji? Nic! Po pierwsze zapominają o polskiej ziemi, gdyż tam jest źle a tu lepiej. Tam nie ma praw, nie ma szkół, nie ma związków, a robotnicy nie mają ojczyzny, i tam jest ich ojczyzna, gdzie im lepiej płacą w warsztacie. Zostają tutaj i mają powiększyć armię syndykalistyczną. Dobrze i słusznie! Lecz przecie powinni być ludźmi międzynarodowego poglądu. Cóż dadzą ze siebie tamtej, polskiej stronie? Czy tylko ten frazes, że i tam należy przenieść życie i nadzieje do syndykatu i słowem skrzydlatym zwalczać wszelkie zło, które nad światem robotniczym zawisło? Nie słyszałem tu nic z ich ust...

Wracając w nocy z tego zebrania Ryszard Nienaski zstąpił do metro i oczekiwał nadejścia wagonu. Hala była niemal pusta. Duszny w niej nieustannie zapach czegoś jakby mydlin, daleki stały huk podziemiami pędzących pociągów, smutnie jednaki blask lamp elektrycznych – były jak gdyby tłem zgoła odmiennym od wspomnień rzeczy gwałtownie w duszy dokonanych. Nienaski zamyślił się nad nieudolnością swego przemówienia, nad wszystkim, co mówili inni, nad istotą tych spraw. Nie zauważył, że obok niego na ławce siedział od dość dawna młody człowiek z tego samego wracający zebrania. Ów młodzieniec był szczupły, dość porządnie ubrany, przystojny i zgrabny. Przypatrywał się spod oka Nienaskiemu i poruszał niecierpliwie widząc, jak ten jest zatopiony w myślach. Znać było, że ma zamiar wszcząć z nim rozmowę, lecz nie nadarza mu się stosowna sposobność. Tymczasem wpłynął do hali nowy tłum osób, a w nim również z zebrania wracający mówca, krytyk surowy wszelkich partii i programów, na którego Ryszard w swym przemówieniu powoływał się tak niefortunnie. Człowiek ów chodził tam i z powrotem wzdłuż brzegu rampy, nie spostrzegając ani Nienaskiego ani młokosa, który przy nim siedział. Tymczasem ukazanie się jego podnieciło ostatniego odwagę. Młody ów człowiek uchylił niezgrabnie kapelusza i zwrócił się do Ryszarda ze słowami wypowiedzianymi po polsku, ale o francuskim brzmieniu i akcentowaniu wyrazów:

– Wracamy z tegoż zebrania...

– Ach, tak? – spytał zagadnięty.

– Pan zmęczony?

– Nie.

– Pociąg zaraz nadejdzie. Pan na Italie?

– Tak, jadę w tamtą stronę.

– A to razem jedziemy.

– Doprawdy?

– W tę samą stronę jedzie także Żłowski.

– Kto taki?

– Żłowski.

Młody człowiek pokazał Nienaskiemu. oczyma przechadzającego się pasażera. Ryszard poznał w nim swego „przedmówcę”. W tym samym czasie tamten zauważył obudwu. Uśmiech ironiczny, pełen cierpkości, świadczący o zamknięciu się w sobie, o marzeniach, pasjach i wiecznie fatalnych przeżyciach, ślizgał się po wargach owego Żłowskiego. Towarzysz Ryszarda pozdrowił go ukłonem i wskazał ręką wolne miejsce obok siebie na ławce. Żłowski z pewnym ociąganiem się, jakby odpychany obecnością ich na tej ławce, siadł wreszcie przy młodzieńcu. Nieznacznym i mało uprzejmym ukłonem pozdrowił obudwu, i ziewając dla ukrycia pewnej alteracji wskutek tego zetknięcia, mruknął coś o pociągu. Młody zniweczył obojętność nastroju oświadczeniem:

– Ależ ciepło było dziś na zebraniu!

– Sala niska, duszna... – wtrącił Żłowski.

– Nie o salę chodzi, tylko o atmosferę.

– Atmosfera... – półgębkiem mruknął, a raczej warknął tamten.

– Wyście nalali oliwy do ognia...

– Oliwy? Skądże znowu! Parę słów krytyki pod adresem białorączek-socjalistów i anarchistów żyjących z renty...

– Och, wpadliście przecie po swojemu, z całą furią, i na syndykalizm...

– Tu serce boli!... Syndykalizm a syndykalizm... Panowie obadwaj jadą w tą samą stronę, na Italie? Pociąg idzie, trzeba wsiadać.

– Pan mieszka w tamtych okolicach? – zapytał Nienaski.

– Tak, ja w tamtej stronie, na Glacierach... – rzekł Żłowski z grzecznością nieco nadmierną.

– Ja bo na Arago... – mówił młody.

– Nie jadłem kolacji... – skrzywił się Żłowski. – Czy panowie nie znają w tamtych stronach jakiej zdrowej kuchni?

– Owszem... – rzekł Ryszard.

– A pan gdzie mieszka?

– W uliczce Boulard.

– O, tam, to już trudno co znaleźć. Same buwetki. Ale i ja bym chętnie zjadł kawałek mięsa... – mówił młokos żywo i wesoło. – Więc wszyscy trzej decydujemy się?

– Owszem. Chętnie bym się odżywił po tych jałowych rozprawach ii czczych frazesach... – uśmiechnął się Żłowski.

– W takim razie wysiądźmy bliżej; na bulwarze, i zajdźmy do Chartier. Znam tam pracujących. Pomimo, że to już tak późno i dawno po obiedzie, dadzą nam dobre porcje.

– A, znakomicie! Skorzystamy z protekcji... – zauważył Żłowski z ironią, nieuniknioną w każdym słowie, które wygłaszał.

– Z protekcji? Nie! Dopomożemy do spełnienia aktu sabotażu.

– Zjadając trzy kotlety?

– Zjadając trzy zdrowe, duże, dobrze przyrządzone kotlety. Zaraz wam to udowodnię!

– Nazwa warta czynu, czyn nazwy. Ale wierzę na słowo.

Nadjeżdżający pociąg przerwał odpowiedź. Wszyscy trzej szybko wsiedli do tego samego przedziału i zajęli miejsca. Pokonywując świszczący zgrzyt wagonów, gdy z platformy wtłaczały się w swój tunel, młody człowiek nachylił się do Nienaskiego i mówił:

– Nie wiecie nawet, obywatelu, kto ja jestem... Nazywam się Błaszczykiewicz. Dobre nazwisko, jak na Paryż i dla Francuzów – che?

– To prawda!

– Musiałem z całego nazwiska zatrzymać tylko cztery pierwsze litery – co robić? Nazywam się tutaj Blas.

– Jesteście emigrantem?

– Gdzież tam! Ojciec był tu już za robotą. Jeszcze z tych starych emigrusów, co to z Kunickim, z Waryńskim. Zawsze nam, dzieciom, o tych rzeczach perorował. Ba, już nie żyje.

– Ach, tak?

– Zmarło mu się tutaj. Warsztat zostawił – bo szewc był z fachu – jednemu tutaj towarzyszowi, ten nas najtężej oszwabił, jak można – no i tak, Paryż nas już wykarmił.

– Już Paryż?

– Powiedzieliście, że my są Francuzi, patrioci francuscy. Nie macie żadnej racji.

– Nie was też miałem na myśli.

– Tym gorzej, bo całą nową szkołę...

– Szkołę?

École nouvelle – mówię... O, Żłowski już podrwiwa, jeśli nie słowem, to choć spojrzeniami i miną. A ja wam tu zaraz dowiodę! Będą tam u Chartier towarzysze...

Pociąg przystawał na stacjach przez chwilę, wyrzucał jeden tłum, zabierał inny – i mknął podziemiami.

– Będą tam u Chartier towarzysze, to się przekonacie...

– O czym ja się tam przekonam, o czym?

– Wy na inteligentów gadacie, a samiście inteligent!

– Jestem inteligentem z wychowania, lecz nie z zawodu. I co z tego?

– Wasza teoria jest inteligencka – to z tego! Łatwo wam na papierze napisać: cały proletariat niech wstaje – wszyscy, bez żadnego podziału na warstwy, na rodzaje – niech rozwala świat! Napisać to łatwo wam, inteligentom, ale jak to wykonać nam, ludziom, którzy zawsze wszystko mamy robić i którzy wiemy, jak robić? Nam, robociarzom!

Żłowski milczał, patrząc na młokosa żelaznymi oczami. Rzekł w końcu:

– To jest wykręt, nie obalenie mojej teorii, tylko wykręt.

– A właśnie, że to jest obalenie waszej teorii.

– Nie.

– Ten, kto stawia zasadę, musi trzymać w rękach po pierwsze sposób, a po drugie narzędzie, czyli całą możność, i to całą od początku do końca, wykonania tej zasady. Co więcej, w tej zasadzie, którą się stawia, musi być zawarta moc jej rozwinięcia na przyszłość i spełnienia w zupełności. Zasada jest jak manometr na maszynie. W niej jest wyrażona cała siła i cała zdolność ogromu zagadnienia, jak w manometrze miara siły maszynowej. Wasza zasada to jest jakby manometr przybity na ścianie – ale bez maszyny, którą wyraża. Takiej zasady nie ma po co stawiać, jak nikt manometru bez maszyny nie umieszcza na murze. Chyba w jakim muzeum osobliwości tego świata.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?