O żołnierzu tułaczu

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Stefan Żeromski

O żołnierzu tułaczu

Warszawa 2013

Skoro świt, a nim grube mroki pobladły w dolinie, stukano do drzwi mieszkania zajętego w gospodzie „zum Bar” na kwaterę dowódcy. Gudin zepchnął w tej chwili nogą pierzynę, wyskoczył z łóżka i rozebrany poszedł drzwi otworzyć. Stanęło w nich i z wolna weszło do izby kilku oficerów w kostiumach narzuconych niedbale oraz sierżant jednej z kompanii trzeciego batalionu. Generał wlazł na wysokie posłanie łóżka, usiadł w kucki i zwrócił się do sierżanta, który wyprężony jak struna, zginał kark, żeby nie uszkodzić pompona przy kapeluszu, zawadzającego o stragarz powały niskiego pokoju.

– No i jakże, byłeś? – zapytał wycierając oczy.

– Byłem, obywatelu generale, z sześcioma ludźmi. Gdzie się rzeka zakręca.

– Co rzeka! Widziałeś ich? – zawołał porywczo i z niepokojem.

– Z daleka...

– Któż to był? Szyldwachy?

– Widzieliśmy szyldwachów, ale także i regularnych.

– Gdzież oni byli?

– Kilkunastu żołnierzy paliło ogień przy jeziorach na dole, inni wspinali się ścieżką, a na samej górze przechadzało się kilku szyldwachów.

– Czy was spostrzegli?

– Tak, obywatelu generale... – szepnął sierżant nieśmiało.

– Widziałeś schronisko Grimsel-Hospiz?

– Nie, obywatelu...

– Więc gdzież ty byłeś, u licha, jeżeliś nawet tam nie doszedł?

– Schronisko musi być za wałem. Ten wał jest jakby groblą jezior, które tam leżą i któreśmy z daleka widzieli.

Generał zamilkł i usiłował odnaleźć te same punkta na mapie rozłożonej obok jego łóżka. Oficerowie, skupieni przy jednym z okien, rozsunęli perkalowe firanki, ale niewiele światła weszło do izby, gdyż brzask jeszcze nie tknął cieniów, schowanych w podwórzach i zaułkach między domostwami.

Ktoś skrzesał ognia i zatlił małą świeczkę łojową.

– Dziękuję... – rzekł Gudin półgębkiem, nie podnosząc głowy. Po chwili bystro wejrzał na sierżanta i głośno, z szyderstwem, zawołał:

– Czy to prawda, co powiadają naoczni świadkowie i znawcy, że te pozycje są nie do zdobycia? Czy prawdą jest, co powiadają, że nasze francuskie męstwo nic tu nie poradzi, że nasz francuski geniusz w kpa się tu zamieni, że białe Austriaki zarzucą nas z tych gór swymi pochyłymi bermycami? – Powiedz, Râteau...

– To jest miejsce nie do zdobycia – rzekł sierżant posępnie.

W grupie oficerów przemknął się szept bardzo cichy. Generał z wolna podniósł głowę i zmierzył okiem pełnym nienawiści kapitana stojącego we framudze drugiego okna.

– Czy pozwolisz mi, obywatelu generale, zadać sierżantowi kilka pytań? – rzekł ten oficer ze spokojnym uśmiechem, w którym zamknięte było jadowite szyderstwo.

– Uprzejmie proszę... – rzekł Gudin.

– A więc to prawdą jest, co powiadają – zwrócił się kapitan do sierżanta – że stojąc na Grimsel nieprzyjaciel zasypałby nas nie bermycami, ale stosami kamieni? Że byłby w możności nędznie zatłuc nas wdzierających się pod górę, jak niegdyś chłopi ze Szwycu zgruchotali przodków tych białych Austriaków pod Näfels, z taką wszakże różnicą, że my szlibyśmy na górę pewni nie tylko śmierci, ale także i hańby naszego geniuszu... Râteau! – rzekł kapitan głośniej. – Ty wiesz, że ja się nie boję...

– Słyszałem, obywatelu Le Gras, że pragniesz zadać sierżantowi jakieś tam pytanie... – rzekł Gudin.

– Tak. Pragnę mu zadać kilka pytań. Jak długo szliście do miejsca, gdzie się dolina zwęża – do jezior?

– Szliśmy – rzekł sierżant – chyba ze trzy godziny.

– Jaka jest na tej przestrzeni szerokość doliny?

– Ze ścieżki, po której szliśmy, dorzucałem na najszerszych miejscach kamieniem do drugiej ściany wąwozu, a prawie wszędzie cały spód jego zajmuje rzeka.

– Wszak prawda, że w pewnych miejscach ścieżka idzie na wysokości kilkuset metrów?

– Nie inaczej, obywatelu kapitanie.

– Że na tej ścieżce może obok siebie postępować najwyżej dwóch ludzi?

– Tak jest, obywatelu.

– Że zanim w pięć batalionów zdołamy dotrzeć do jezior, już Austriacy, ukryci za skałami, mogą wystrzelać połowę naszej kolumny idącej dwójkami?

– Tak myślę...

– A czy przez szkła widziałeś ścieżkę, od jezior prowadzącą na Grimsel?

– Dostrzegłem ją, obywatelu.

– I dlatego mówisz nam, że miejsce jest niezdobyte?

– Tak jest.

Oficer skłonił się generałowi i rzekł do niego:

– O te jedynie szczegóły rozpytać się pragnąłem.

– Obywatele! – powiedział niedbale Gudin zwracając się do wszystkich – wyruszamy dziś, i to niezwłocznie, dla zdobycia szturmem przejść: Grimsel, Furka, Gotthard...

– I Monte Rosa... – szepnął kapitan Le Gras tak cicho i niewyraźnie, że te dwa słowa mogły bardzo dobrze uchodzić za kaszel.

– Plan operacji całej wydany został w kwaterze głównej. Podpisał go Massena. Uruchomiliśmy 27 termidora 30 tysięcy wojska. Bracia nasi walczą vv tej chwili na śmierć i życie. Idą w górę Reussu, uderzają na przejście „zum Stein”, aby spaść do doliny Meyen, biją się w dolinie Rodanu, a my śmieliżbyśmy leżeć bezczynnie tutaj, w Guttannen? Zwyciężymy czy zginiemy od kamieni, od kul, od bagnetów, ale pójdziemy zdobywać tę górę, chociażby z jej szczytu strzelano do nas piorunami! Z przyjemnością przedstawiłbym wam plan całej naszej wyprawy, ale brak mi czasu. Zanim się ubiorę, chciałbym wyłożyć ten plan w obecności, dajmy na to, kapitana Le Gras. Może zechce tu również zostać jeszcze podpułkownik Labruyère...

Oficerowie i sierżant gromadnie wyszli ze stancji. Gudin zerwał się z łóżka i wdziewając pośpiesznie swój uniform rozkładał mapy, wskazywał linie operacyjne pochodu, wyznaczone czerwoną barwą – i szybko wykładał:

– Wiadomo – mówił – że arcyksiążę Karol zajmuje swymi wojskami olbrzymi łańcuch pozycyj: od Simplonu i mieściny Brieg w dolinie Rodanu – aż do Zurychu. Ma on do rozporządzenia 78 batalionów piechoty, 85 szwadronów jazdy, czyli 64 613 żołnierza i 13 299 koni. Posiada wszystkie przejścia i wszystkie drogi środka Alp, więc: Grimsel i Furka, dolinę Urseren, Teufelsbrücke, całą dolinę Reussu aż do jeziora Czterech Kantonów wraz z dolinami na poprzek do niej idącymi – więc z Meyen i z Issi; dalej – rozdół Szwycu, płaskowzgórze Einsiedeln z przełęczą Etzel, dolinę Sihlu i Zurych. Uderzamy na nieprzyjaciela ze wszystkich stron, mamy wyprzeć go ze wszystkich stanowisk, porozcinać go na grupy, rozerwać ich łączność – i wygnać – zanim tamci nadciągną. Thurreau uderzy na brygadę Straucha w dolinie Valais, my wstąpimy na Grimsel, wyrzucimy nieprzyjaciela z pozycji u źródeł Rodanu i weźmiemy go we dwa ognie, ażeby zmuszony był uchodzić na włoską stronę, którędy mu się żywnie podoba. To uczyniwszy zajmiemy przejście Furka, dolinę Urseren, Urnerloch, Teufelsbrücke i dolinę Reussu...

Wiadomo – mówił, ożywiając się i gwałtownymi ruchy wskazując na mapę – że rozstaliśmy się w Innertkirchen z generałem Loison i że ten dzielny człowiek poprowadził swe dwa bataliony i trzy kompanie w dolinę Gadmen, skąd ma wstąpić nad Steinen, wysadzić nieprzyjaciela spomiędzy lodów i zejść przez Meyental do Wasen. Daumas idzie z Engelbergu, ażeby przez Surenen wejść do wąwozu Reussu. Z czoła, od Flüelen, uderzy na Austriaków sam Lecourb. Chciejcież zważyć, że los operacji od nas zależy! Jeżeli odbierzemy Grimsel, to zadajemy cios nieprzyjacielowi w samo serce, bo zdobywamy czworobok, który tu oznaczyłem czerwoną linią. Czworobok ten idzie: z Innertkirchen do Wasen, z Wasen do Teufelsbrücke, stamtąd do Furka i Grimsel, a z Grimsel do Innertkirchen. Dopóki nieprzyjaciel ma Grimsel i Urseren – niceśmy nie wygrali, może bowiem siedzieć w tych miejscach jak w fortecy i mieć połączenie z doliną Tessinu przez Gotthard, a z Chur przez dolinę Renu. Tymczasem obywatel Le Gras uważa wyprawę na zdobycie tej głównej pozycji za coś tak błahego, że śmiał wobec połowy oficerów kolumny, ba! wobec sierżanta – drwić ze słów moich. Gdyby nie to, że dziś idziemy, powinien bym cię, obywatelu, natychmiast skazać na śmierć...

– O!... – mruknął Le Gras przymykając swe piękne oczy.

– Tak! – zawołał Gudin – niesubordynacja dosięgła takiego stopnia, że oficerowie drwią z generałów, że prości żołnierze mruczą, gdy się wydaje rozkazy...

– Generale! – szepnął Le Gras – niesubordynacja idzie jeszcze dalej: żołnierze nie tylko wyrzekają, ale nawet nie jedzą po całych dniach.

– Ja im w tych górach obiadów nie stworzę!...

– Oni też nie liczą na sztukę stwarzania i w sposób idylliczny rabują szwajcarskie wsie i mieściny. Przyszli z jednej i niepodzielnej Rzeczypospolitej, mieli przynieść na ostrzu bagnetów braterstwo i inne przysmaki, tymczasem wnieśli tu przemoc i gwałt, a zostawiają jako ślad swego pochodu – ruiny i popioły. Cóż to uczyniliśmy z Meiringen, z Innertkirchen?

– Kogo śmiesz pytać, obywatelu? – wrzasnął Gudin.

– Generała, który ma prawo skazać mię na śmierć i rozstrzelać. Jestem nieznanym oficerem, jestem tak dalece pozbawionym koligacyj, że nie mam nawet stryja, który by mię protegował... Istotnie! jestem z motłochu. Widziano mię wśród sankiulotów za dni wrześniowych. Toteż kiedy generał brygady, Cezar Karol Stefan Gudin de la Sablonnière, zapytuje mię...

– Nie odpowiadam na podobne zaczepki! – rzekł dumnie generał bokiem odwracając się do hardego kapitana i wydymając usta. – Nie stryj mię proteguje, lecz ja sam siebie! Byłem na San Domingo, w armii Ardenów pod Ferrandem, byłem w armii północnej i w reńskiej, byłem w Niemczach pod Moreau, krwią i ranami zdobyłem szlify w dolinie Kinzig...

 

– Kapitan Le Gras pragnie złożyć plan operacji, której celem jest zdobycie Grimsel – rzekł wolno i ozięble podpułkownik Labruyère, mężczyzna ogromnego wzrostu, z wielką wygoloną twarzą, obwisłą dolną wargą i posępnie mądrym wyrazem oczu. Milczał on dotąd, jak gdyby sprzeczkę toczono w języku, którego wcale nie rozumiał, i z wyrazem absolutnej obojętności badał swe paznokcie.

– Kapitan Le Gras? – rzekł generał, potężnym aktem woli tłumiąc w sobie rozszalałą pasję i usiłując zagasić blask nienawiści w spojrzeniu. – Słucham... co za plan?

– Wczoraj nad wieczorem – zaczął mówić Le Gras – wracając z rekonesansu, po zbadaniu całej wyższej części doliny Hasli, za zbliżeniem się do wodospadu Handegg spostrzegłem chłopa, który na zboczu góry kosił trawę. Dałem znak grenadierom i zbliżyłem się na ich czele do podnóża tak ostrożnie, że Szwajcar nas nie dostrzegł. Zakomenderowałem po cichu i czterech żołnierzy na cel go wzięło. Wówczas krzyknąłem rozkazując, żeby schodził do nas bez zwłoki. Chłop oniemiał z przerażenia. Wprędce zsunął się po stromej pochyłości i stanął przed nami wylękły. Zacząłem go badać, skąd jest i co tam robił. Jest to gospodarz stąd, z Guttannen, nazywa się Fahner. Dowiedziawszy się, że idziemy z Innertkirchen w górę Hasli, uciekł pospołu z innymi mieszkańcami tej wioski z bydłem i dobytkiem – w nagie góry. Na zapytanie, gdzie się obecnie ci mieszkańcy znajdują, wskazał mi ręką jakieś wertepy pod szczytami. W istocie – odgłos dzwonków, które pasterze tutejsi przywiązują do szyi krów i kóz, słyszałem niezmiernie wysoko. Począłem ściśle rozpytywać tego chłopa o ścieżki i drogi górskie, gdyż niepodobieństwem mi się wydawało zdobycie przełęczy od frontu – jak to już raz zresztą miałem honor wczoraj zaznaczyć w twojej, obywatelu generale, przytomności.

Po długiej indagacji udało mi się wydusić z niego oświadczenie, że stąd na Grimsel można przejść nie tylko dołem, nie tylko brzegiem Aaru, jak tego żąda czerwona linia, ale także i górą, po szczytach. Wziąwszy tę okoliczność pod uwagę – mówił Le Gros – przyszedłem do wniosku, że zamiast wdzierania się na przełęcz z dołu, po gładkich ścianach, w szacie, co prawda, geniuszu francuskiego, ale także wśród gradu kul i zepchniętych urwisk – może byłoby wygodniej przebyć łańcuch górą, stamtąd niby z obłoku zwalić się na nieprzyjaciela i wziąć szponami cały jego obóz, jak orlik bierze gniazdo trznadlów...

Gudin usiadł na krzesełku, przywalony niezmiernym ciężarem tej wiadomości. W gardle mu tak zaschło, ze nie był w stanie słowa przemówić. Cierpiał nieznośnie, dostrzegając bez wzniesienia powieki, że Le Gras patrzy na niego i że się od niechcenia z pobłażliwością uśmiecha.

– Gdzież jest ów chłop? – zapytał nareszcie dowódca.

– Trzymam go pod strażą w izbie przeznaczonej pod moją kwaterę. Rozmawialiśmy z nim w nocy. Właśnie podpułkownik...

– Czy istotnie zna ścieżkę, po której mogłoby przejść pięć batalionów wojska?

– Mówi, że góra w pewnym miejscu jest dostępną. Jest to, rzecz naturalna, przeprawa ogromnie trudna. Trzeba iść po lodowcu...

– Ach, więc tak... – rzekł Gudin, aby tylko coś powiedzieć.

– Stamtąd możemy od razu wstąpić na Furkę czy zejść wprost do Urseren. Chłop zgodził się przeprowadzić nas aż do Grimsel. Kiedy go pytałem, jakiej by za to żądał nagrody, wyraził życzenie. Pragnąłby otrzymać na własność łąkę leżącą z prawej strony Aaru, u wejścia do ciasnego Hasli. Nie wiem, czy postąpiłem roztropnie: przyrzekłem mu...

– Przewodnik zostanie sowicie wynagrodzony, jeżeli zasłuży To się zobaczy. Cokolwiek bądź i którędykolwiek – idziemy – rzekł generał przybierając minę tęgą. – W każdym razie pragnąłbym zobaczyć tego człowieka i sam z nim pomówić. Za chwilę będę panom służył. Chciejcie obwieścić pochód.

Obydwaj projektodawcy opuścili mieszkanie generała i wśród tłumu wojska przeszli do obszernej chaty stojącej w pobliżu protestanckiego kościółka. Tam właśnie pojmany Fahner siedział, strzeżony jak oko w głowie przez kilku żołnierzy. Dwaj oficerowie jęli zadawać mu nowe pytania, na co Fahner odpowiadał straszliwą francuszczyzną. Nim zdołali pojąć to wszystko, co im prawił, i zakreślić na mapie miejscowości, które nazywał, dały się słyszeć gromkie okrzyki, zwiastujące, że dowódca już wyszedł. Przerwano tedy rozprawę i Fahner w otoczeniu żołnierzy, na czele których szedł Le Gras, wyprowadzony został z izby. Przede drzwiami hotelu na wybrukowanym wzniesieniu stał Gudin. Pióra i szerokie galony na jego trójgraniastym kapeluszu, haft na wysokim odwiniętym kołnierzu i na szerokich klapach fraka – mimo półcienia – błyszczały tak uderzająco, że Fahner od razu poznał wodza i zdjął kapelusz. Zdumiewała go tylko młodość tego naczelnika. Gudin miał lat dwadzieścia dziewięć.

Długie włosy, czarne jak krucze pióra, spadały pierścieniami na jego ramiona. Piękne czarne oczy uśmiechały się szczerze do wiarusów pozdrawiających Francję. Oficerowie tworzyli szeregi, umieszczając na drodze kompanie już gotowe do marszu. Bataliony: drugi, czwarty i piąty stały jeszcze w łąkach. Część pierwszego myła się dopiero na brzegu Aaru. Żołnierze czesali swe długie, zakurzone i skudłane włosy, wiązali je w tyle głowy jedni drugim powrózkami w harcopfy, prali koszule i nie wysuszone kładli na się z pośpiechem, łatali trzewiki i czyścili karabiny.

Dwa szeregi grenadierów ubranych wyciągnęły się daleko w opłotki po jednej i po drugiej stronie miasteczka. Czerwone pompony i trójkolorowe kokardy na ogromnych czarnych kapeluszach utworzyły długi szlak barwny; białe skórzane pasy od ładownic i pałaszów, krzyżujące się na piersiach żołnierzy, odbijały wyraźnie od czarnych chustek i granatowych mundurów. Cała ta kolumna była obdarta i wynędzniała. Prawie wszyscy mieli chodaki dziurawe, kamasze bez guzików a wystrzępione jak mokasyny, spodnie rozmaitej barwy i pochodzenia. Spod fraków, wyciętych na piersiach półokrągło tuż prawie pod klapami, widniały zamiast kamizelek brudne koszule. Natomiast każdy miał guziki na żabotach i w tyle fraka, spinające zawinięte brzegi pół, wyczyszczone cegłą na czysto.

Gudin w towarzystwie kilku oficerów przeszedł wzdłuż szeregu, a później skierował się ku domostwu, w drzwiach którego stał Le Gras z Fahnerem.

– Oto jest przewodnik, generale – rzekł kapitan rozsuwając żołnierzy.

Dowódca zobaczył przed sobą mężczyznę wielkiego wzrostu, z rękoma i stopami kolosalnych rozmiarów. Rudawy zarost okrywał policzki tego chłopa aż prawie do samych powiek, dawno nie strzyżone włosy sterczały na jego wielkiej głowie jak pęki trzciny. Duże, łagodne, siwe oczy spoglądały na dowódcę ciekawie, oczy potomka Normanów, którzy, według legendy, przyszli ze Skandynawii, osiedli w Haslithal i zbudowali jej małe mieściny. Fahner miał na sobie podarty kusy spancerek, brudną koszulę i krótkie zgrzebne spodnie. Na nogach miał trepy wystrugane z drzewa, bez przyszwy, podbite szeregiem ćwieków z ogromnymi łbami a przywiązane do stopy sznurkami.

– Czy jest droga stąd na Grimsel, oprócz idącej w głębi doliny? – zapytał Gudin.

– Droga?... Nie, drogi nie ma.

– A wszakże mówiłeś, że przejść można?

– Przejść można – odpowiedział Fahner. – Tak, przejść można.

– Gdzie jest to przejście?

– Tam... – rzekł chłop, wysuwając się naprzód i wskazując najbliższy szczyt po lewej ręce od Guttannen. Ażeby zobaczyć tę drogę, wszyscy musieli zadrzeć głowy.

– Czy sądzisz, że tamtędy może przejść cała nasza kolumna?

– Czy może? Cała kolumna? Dlaczegóż by nie mogła przejść cała kolumna? Dobrze mówię: cała kolumna... Tam przejdzie każdy, kto zna drogę. Kto nie zna i kto jest słaby – ten idzie dołem, a później obok jezior. Komu pilno do Realp, do Hospenthal albo do Andermatt, taki idzie przez tą wysoką drogę. Kto zna miejsce; bo kto jest słaby w rękach albo w nogach...

– A ty znasz ją, obywatelu?

– Czy ja znam tę drogę? No tak, ja ją znam, tę drogę. Ja tam chodzę, jak każdy inny w Hasli. Teraz śniegi już zeszły, lawiny w tym miejscu się nie trafiają. Dlaczegóż? przejść można, kto zna drogę i kto jest silny... Od wodospadu pójdzie się na lewo do Gelmersee...

– Czy z Grimsel nie dostrzegą nas, gdybyśmy szli tamtędy?

– Z Grimsel? Czy dostrzegą? Jakże to można zobaczyć takiego, co idzie górami? Nie, nie dostrzegą z Grimsel...

Generał zamyślił się i nie spojrzawszy już na Fahnera odszedł do swej kwatery. Niebawem kazał sobie podać konia.

Wówczas już oddziały wojska tłoczyły się w opłotkach, zdążając na południe od Guttannen w górę Aaru. Dwa bataliony szły w nieładzie znad rzeki ku drodze wprost przez łąkę wbijając w ziemię wyhodowane trawy i maleńkie działki żyta, które dnia tego, 14 sierpnia, stało jeszcze niedojrzałe.

Na łąkach i na podcieniu górskim leżał mrok głęboki, ale już granatowy. Wyżej był rozkoszny, ciemny błękit, przez który przebijały się odprysłe promienie i padały na ukos od szczytów niezmiernych krzesanic Nägelisgrätli aż do północnego końca szerokiej doliny. Te drżące, półjasne smugi podobne były do strun jakiejś niezmiernej liry. Same czuby turni stały już w ogniu słonecznym. Lasy u podnóża gór, ledwo w mroku widzialne, siklawy jak białe nitki snujące się między skałami, dziwne barwy i szerokie powietrze zimnego poranku napełniały serca żołnierzy, oficerów i wodza szczytną fantazją.

Kompanie szły jak jeden człowiek, mocno, równo, sprężyście, zostawiając poza sobą spustoszoną wioseczkę o szarych dachach domostw i obór. Tuż za wsią kolumna weszła w las świerkowy. Z ciemnej jego gęstwiny powiał na idących chłód ostro przeciągający. Słychać też było huk donośny.

Wkrótce koń Gudina zatrzymał się na wzniesieniu, jak wysoki stopień, leżącym w dolinie. Widać było stamtąd piany wodospadu, fruwające między kosmatymi i czarnymi jak noc ścianami świerków. Młody generał tknął konia ostrogą i kłusem dojechał do brzegu rzeki. Stał na prost głównego koryta żółtawoburych wód Aaru, które tam zlatują nagle do jamy na siedemdziesiąt metrów głębokiej. Z boku do tej samej przepaści skacze z taką furią, jakby był strzałem wysadzony z ziemi, Aerlenbach, potok srebrzysty, ten, co „wody błękitnymi spada”, wylęgły w lodach i jeszcze nie zbrudzony mułem ziemi. Z rykiem chwytają się za bary te dwie rzeki w głębinie, zmagają tam, trzaskając łbami o granit. Z czeluści, która wiekuiście wzdycha, wypadają chmurki wodnego pyłu, ogromne banie mgły ledwie widocznej kołyszą się i błądzą nad dołem to tam, to sam, rozsiewając naokół deszcz drobny i spływając po głazach długimi smugami, jak łzy cienkimi. Niżej w kipiących pianach siepią się potworne kłęby, zupełnie jak nagie ciała zdychające w kurczach boleści.

Gudin mocno zdarł konia i patrzył w dziwną przepaść. Na widok boju tych pian wspaniałych myśli jego porzuciły rzeczywistość. Wydało mu się przez chwilę, że widzi tam, pośród pyłu wody, znienawidzoną aż do śmierci, chudą, bladą twarz, z długimi kudłami nieporządnej baby i oczami wilka, kościstą twarz Bonapartego ze sztychu Hudgesa czy portretu Guérina. Znowu poczuł w sobie ciosy zazdrości i zachwytu, nienawiści i uwielbienia. Sława czynów chudego Korsykanina nie dawała mu chwili spokoju. Każdy biuletyn wojny włoskiej zatruwał mu pokarm i napój niby kropla jadu. Kiedy Napoleon odpłynął do Egiptu, Gudin w skrytości ducha i ze drżeniem serca oczekiwał wieści, że zginął tam, że zarżnięty został ten tygrys, który poczynał już kłami i pazurami szarpać świat strupieszały. Ale oto w początkach sierpnia tego, 1799 roku, doszła Gudina wiadomość, że Korsykanin ma wracać. I zaraz ta pogłoska przeleciała nad armiami jak wrzask wojennej trąby...

Siwy, piękny koń Gudina, połechtany ostrogą, w podskokach wybiegł z lasu na obszerną łąkę, nisko rozłożoną u stóp łańcuchów górskich i zupełnie podobną do placu, na którym stoi Guttannen. Tutaj kończyła się szeroka dolina. W górę szedł stamtąd ciasny wąwóz między stromymi skałami, a na końcu jego widać było poprzeczne górskie siodło: Grimsel.

Bataliony wojska stały już uszykowane na tej łące i nieruchomo spoglądały na wylot szczeliny Hasli i na otaczające turnie. Z prawej strony widać było drożynę prowadzącą na przełęcz. Była to perć wybrukowana płaskimi głazami i dobrze ubita. Zbudowano ją w wieku XV, czasu krwawych walk między berneńczykami a chłopstwem z doliny Rodanu. jakie wynikały zazwyczaj z powodu „600 owiec i 20 koni”. Drożyna szła od razu w górę, wysoko nad Aarem, który wypadał spomiędzy skał na łąkę jak zziajane i śmiertelnie poranione zwierzę.

Fahner, podążający szybko za generałem, wskazywał ciągle ręką na lewo, gdzie ze szczytu góry zlatywał na samo dno doliny wodospad Gelmerbach. Kapitan Le Gras zbliżył się do Gudina i szpadą wskazał mu kierunek pochodu, mówiąc:

 

– Zaszedłszy poza łańcuch tych szczytów znikniemy dla Austriaków na całą dobę. Ujrzą nas aż wtedy, gdy wyjdziemy zza ostatniego, który tam oto widać...

Twarz jego wyrażała niepokój. Bał się, by generał na złość nie uparł się iść doliną Hasli.

– Dwie kompanie pierwszego batalionu – rzekł Gudin wyniośle – udadzą się natychmiast ścieżką w górę Hasli. Ukażą się demonstracyjnie nieprzyjacielowi, stoczą z nim utarczkę, jeżeli to będzie możebne...

W oczach kapitana błysnęła radość i głęboka wdzięczność. Młody dowódca wykonywał jego plan i rozwijał go trafnie.

– W pobliżu jezior jest na Aarze zerwany mostek kamienny... – szepnął jeszcze Le Gras nieśmiało.

– Właśnie... Dwie kompanie pierwszego batalionu zajmą się ostentacyjnie naprawianiem mostku... – rzekł znowu Gudin z taką powagą, jak gdyby bardzo dawno myślał o zerwanym moście, którego reparacja może służyć jako wyborny sposób bałamucenia Austriaków i maskowania czynu istotnego. Po chwili obwieścił zgromadzonym oficerom, że sam uda się w towarzystwie dwóch kompanii doliną Aaru. Wypocząwszy kolumna ma bez wielkiego pośpiechu wstępować na górę obok Gelmerbachu ścieżkami, które wskaże chłop-przewodnik. Nad jeziorem Gelmersee całe wojsko ma się zatrzymać i czekać.

– Będziecie tam wypoczywali – mówił – dopóki nie przybędę. Mam nadzieję, że zdołam powrócić, zanim wszyscy dojdziecie do owego jeziora.

Dwie kompanie uszykowały się i dwójkami poczęły wstępować na ścieżkę. Gudin ze swymi adiutantami wjechał między tłum żołnierzy i posuwał się z wolna. Wkrótce półbatalion znikł w lesie świerkowym, w ostatnim lesie, za którym dalej gdzieniegdzie czepiały się tylko karłowate olszyny i kosodrzewina.

Między szczytami Nägelisgrätli strzelały już promienie słońca na przeciwległe wyżyny. Wielkie, świetliste place blasku skoczyły na czarne pole granitów, na dzikie krzesanice, gdzie już tylko gdzieniegdzie żółty mech połyskuje. Z wolna to światło przybliżało się do rzeki, objęło las świerkowy, wynalazło w nim i zatliło wszystkie krople rosy, wypędziło barwy granatowe i rozpostarło inne, pełne odmian i cieniów.

Za lasem ukazała się w słońcu szybko maszerująca kolumna, podobna z oddalenia do wielkiej piły, która się wrzyna w bok góry. Pióra na kapeluszu Gudina połyskiwały i każdy ruch jego głowy widać było doskonale. Le Gras stojąc przed frontem swej kompanii tłumaczył żołnierzom, w jaki sposób wykonany będzie atak na Niemców. Starzy grenadierowie, którzy z niejednego już pieca chleb jedli pojęli go natychmiast i dopytywali się o drobne szczegóły. Młodzi zasięgali informacji od wyjadaczów i z osłupieniem szukali oczyma swej drogi na gładkich ścianach górskiego łańcucha. Byli to ludzie z rozmaitych stron Francji: spod Pirenejów i spod Ardenów, Bretończycy i Normandowie, górale i chłopi z równin.

– A wy tam pojmujecie, o co rzecz idzie? – zapytał Le Gras dwóch żołnierzy, nadzwyczaj ciekawie przysłuchujących się temu, co mówił.

Oui, je comprends... oui! – rzekł jeden z nich, wskazując ręką na góry. – L’ennemi lànous là! Apràs nous l’ennemi... z tyłu za łeb i kolanem go, ścierwę! Vous comprenez?

Cały szereg prędkich, gwałtownych i plastycznych ruchów ilustrował doskonale odpowiedź starego żołnierza i zrozumiany został wybornie przez wszystkich.

– To, to, tak właśnie! – mówił kapitan ze śmiechem.

– Ty rozumiesz, co gadał?... – zwrócił się ten stary żołnierz do młodszego kolegi, z którym przed chwilą rozmawiał.

– Coś miarkuję, ale jak toto ma być, tego nie mogę...

– Tak, widzisz, będzie. Twoje Szwaby siedzą na tamtej górze, co stoi na poprzek – prawda?

– No, juścić prawda.

– Jakby my do nich szli dołem, toby nas przecie kamieniami zafrygały. Tak gadał Legra – i sprawiedliwie. Tak, widzisz, bracie, ten stary Swicer z Gutanowa, co go Legra wczoraj zajął, ma pokazać drogę niby tędy, miarkujesz?

– A i gdzież tu tędy przejdzie, ogłupieliście? – zaperzył się młody. – To ta i wy rozumiecie, co gadają! Jakżeby to wlazł – na takie mury!

– To już nie moja głowa. Mówią, że wlezie. Jakeś stąd patrzał, to się widziało, że żeneral i te dwie kompanie, co z nim poszły, że, mówię, idą po gładkiej ścianie jak mucha po szybie, a ona tam przecie jest dróżka – i niezła. Wiesz tera?

– Oj, głupie, głupie ludzie, żeby w takich przecież górach siedzieć! słyszane rzeczy...

– Czekaj, bracie, jak cię jeszcze Szwab wytnie w zęby kulką na takim koniuszeczku góry, to se dopiero namachasz kozłów, zanim się roztrzepiesz po kamieniach. Ale co tam!... Rira bien, qui rira le dernier. Wiesz, co znaczy taka gadka?

– Ij – co mi ta przyjdzie z waszej gadki? Ckliwo mi oto patrzeć na takie...

– Weźże i chlipnij tego czerwonego wińska. Za gorzałkę ono nie obstoi, to jest prawda, ale zawsze człowieka co niebądź otrzeźwi...

Obadwaj pociągnęli z manierki i zakąsili skibką uschniętego chleba.

Starszy żołnierz należał do kategorii wytrawnych lisów. Widział świata niemało i w niejednej wojnie łba nadstawiał. Z Berlina, gdzie się znalazł po ukończeniu pierwszej z tych wojen w jego życiu, poszedł z kilkoma kamratami do Francji, zasłyszawszy, że się tam tęgo biją, i złudzony obietnicą, że tam więcej kamratów znajdzie. Towarzysze rozproszyli się po drodze, on zaś sam dowlókł się do granic francuskich i poszukując swoich zapisywał się do rozmaitych pułków z kolei. Tymczasem lata upływały na szukaniu daremnym. Języka się poduczył, nabrał przywiązania do kapitana Le Gras, do kapralów i sierżantów swego batalionu, którzy mu na biwakach różne różności opowiadali – został.

Ostatnimi czasy, po rozpoczęciu wojny z Austrią, zetknął się ze swojakiem. Był nim jeniec, młody piechur, wzięty w kupie innych Austriaków w potyczce pod Zurichem. Stary wiarus dołożył wszelkich starań, ażeby jeńca namówić do wstąpienia w szeregi francuskie, a władze do przyjęcia go na żołnierza. Gdy mu się to udało, rozpostarł nad przybłędą iście braterską opiekę. Uczył go języka, choć sam ledwo piąte przez dziesiąte mówił i rozumiał, czyścił mu karabin, łatał uniform, zaplatał włosy, wyręczał we wszystkim i oddawał mu najlepszą część jadła i napitku. Za to wszystko gadał do niego... I młody polubił wiarusa taką mocą przywiązania, jaka tylko na wojnie wyrasta. W ciągu sześciu miesięcy zrośli się ze sobą jak dwie połowy tej samej kości żyjącego ciała.

Ledwo żołnierze spożyli po kromce chleba, już kapitanowie wywoływali przed kompaniami rozkaz wstępowania na górę. Rozmowy nagle ucichły i kolumna wolno ruszyła z miejsca jak monstrualny wąż migając łuską bagnetów i ładownic. Przewodnik, który postępował na czele, wprowadził idący za nim pierwszy batalion na ścieżkę obok wodospadu Gelmerbach. Żołnierze mieli ciągle przed oczyma białą pręgę wody, zlatującą na dolinę z wysokości stu metrów z górą. Szyk wojskowy rozbił się wkrótce, gdy każdy grenadier musiał własnym przemysłem odszukiwać sposób wdzierania się na górę. Ścieżka ginęła wśród złomów strąconych kamieni i drzew, a tylko kiedy niekiedy spostrzec ją było można w postaci głębokich, śliskich i prostopadle zbiegających wyżłobień w glinie. Na tym zboczu łańcucha wciąż jeszcze leżały cienie. Kroplista rosa jak śnieg bieliła się na świerkach i trawach. Mokre kosówki wyciągały z gęstwiny swe długie gałęzie i zagradzały drogę żołnierzom.

Ludzie szli rześko, przejęci ciekawością, co też spostrzegą za krawędzią, z której zlatywał wodospad; z bezwiedną uciechą wciągali w płuca powietrze czyste i rzadkie i, jak ogromna kompania wesołych turystów, skracali sobie drogę przecinając ścieżkę zygzakowatą. Cały las u podnóża rozciągnięty wrzał od gwaru, który, wzmagając się ciągle, zagłuszył wkrótce jęk białej siklawy. Starsi i młodsi oficerowie nie powstrzymywali tego nieładu, sami uniesieni rozkoszą wdzierania się na stromą pochyłość o tak cudownym poranku.

Stanąwszy na wierzchołku pierwszej skały, postępujący na czele procesji ze zdumieniem ujrzeli przed sobą jezioro, staw, nie większy od Czarnego pod Kościelcem w Tatrach. Za tym jeziorem stała rozwarta dolina Diechterthal, pusta, raptownie dźwigająca się do góry, pozbawiona już drzew, a pełna smutnych wałów osypisk i brył kamiennych, wśród których kipiał dziki potok. Z prawej ł lewej strony śmigały stamtąd w górę brunatne, szare i czarne turnie o powierzchniach stromych i gładkich, wypolerowanych przez wody. Tu i ówdzie widać było na nich rysy, żłoby i faliste linie, tajemnicze hieroglify lodowców, które stamtąd przed wiekami odeszły. Nisko na zrębach tych skał wisiały kępy kosodrzewiny, podobne z oddalenia do mchu. Wyżej kołysały się w przestworze pogięte jej gałęzie, nie grubsze dla oka od ździebeł trawy.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?